background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS

wtorek, 10 stycznia 2012

SP 7'' : 'Til your well is gone



Boże Narodzenie będące zazwyczaj czasem cudów i Samego Kevina tym razem przyniosło prezent lepszy bardziej szczęśliwy. Dobrą nowiną stało się to, że Chan Marshall żyje, ma się dobrze i nagrywa nową płytę, tak oczekiwaną przez adoratorów jej niezwykłego talentu. Dokładnie w Wigilię udostępniła utwór King Rides By jako cegiełkę na jedną z dobroczynnych Akcji Świątecznej Pomocy.

W tym późnym powrocie zignorowała właściwie 2011-ty porządek obecnej muzyki. NIe mam tu hooków, nawet standardowej konstrukcji. Nie jest to nawet do końca piosenka; bardziej "strumień świadomości" czy oddzielny monolog autorki. Powolne przedstawienie nastroju, pewien wycinek egzystencji mający przekazać nam nie bombastyczne dzwonki na komórkę, czy soundtrack do kolejnej reklamówki, ale Prawdę. Nie-korzystając z komputerów oparła swą historię na rytmie - wybijanym przez uderzenia masywnej, elektrycznej gitary, jej zgrzyty. Paradoksalnie, za całą zmianę "melodii" odpowiada perkusja, która nie musi trzymać się rytmu, ale może życiowo go podbijać, zbijać i mieszać (jak na koncercie National! ).

Teledysk jest nie mniej znaczący dla sensu utworu. Przedstawia walkę: nieustanną, monotonną, długą i perwersyjnie zajmującą. Cat Power śpiewając też walczy i również jest to walka bez perspektyw na dobre czy złe rozstrzygnięcie. Przypomina to wszystko wędrówkę taką paraboliczną i metaforyczną, w której raz na jakiś czas tylko zdarza się górka czy naturalne wzniesienie terenu.

Wielkie brawa dla pani Chan, że nie bała się tak mocno postawić na klimat. Pierwotnie King Rides By trwał prawie 2 razy krócej, ale to tylko podkreśla epickość i realność (mimizacja hehe) wyprawy w głąb czasu, place and space for your past. Inna sprawa, że sama Chan czyni te 7 minut absolutnie zajmującymi, w każdej sekundzie wydobywając coraz to nowe emocje. Lewą dziurką od nosa wciąga te wszystkie panienki z nadmuchanymi ustami (!). A light kiss, the touch of your hand / a million things I will never understand - cytat niesamowity i brzmi to tylko jak Ona. Tzn. wyobrażacie sobie w jaki sposób mogłaby to zaśpiewać Katie Melua (z całym szacunkiem i buziaczkami)? Idealna równowaga. Cat Power wprowadza tutaj magię swobodnie przechodząc od bólu i rozczarowania do prostoty i czułości.

czwartek, 5 stycznia 2012

The Piano Drop


Tim Heckner - Ravendeath, 1972

Z Machiny :
Twórca muzyki elektronicznej Tim Hecker znalazł tę fotkę w Internecie : "Szukałem w Googlach różnych cyfrowych śmieci i natrafiłem na zdjęcie zniszczonych pianin. Odkryłem też, że studenci MIT (Massachusetts Institute of Technology) zapoczątkowali w latach 70. rytuał wyrzucania tego instrumentu z budynku. To zdjęcie przedstawia pierwszy raz. Wydrukowałem je i powiesiłem w pokoju".

niedziela, 1 stycznia 2012

SP 7'' : Nowe orientacje

Wraz ze wstydem muszę się przyznać, ze potrzebowałem aż 10-tej rocznicy śmierci Grzegotza Ciechowskiego, aby przekonać się o jego tak ogromnym wpływie na polską muzykę. Zrobiłem rachunek sumienia i uroczyście ogłaszam, że moim skromnym zdaniem Republika jest najlepszym polskim zespołem w ogóle, a sam Ciechowski plasuje się gdzieś obok Czesława Niemena w historii. Na szczęście pamięć o Grzegorzu jest w narodzie silna, nie tylko dzięki radiowej Trójce, ale też dzięki następnym pokoleniom wzorującym się na nim (Michał Wiraszko ostatnio). Bardzo istotnymi wydarzeniami są toruńskie "koncerty pamięci Grzegorza Ciechowskiego" organizowane corocznie w macierzystym klubie zespołu - Od Nowa, gdzie najróżniejsi wykonawcy wykonują covery z repertuaru Autora.Owe covery są naprawdę zacne, na co opisałem kilka dowodów.

NO!NO!NO! - My lunatycy


Minus ciężar gatunkowy.
"Polska supergrupa" zrobiła z tego chamskie indie i pokazała jak przebojowa mogła być Republika, gdyby nie musiała walczyć z komuną. Chociaż monochromatyczny image członkowie zespołu musieli mieć bezbłędny, to ich muzyka zawsze była zimna i beznamiętna, wprost odnosząca się do tamtych czasów (Kombinat). Egzaltacja Makowieckiego może irytować, ale jego wicie się z mikrofonem pokazuje emocje mogące być wrzeszczane przez nastolatków z NME i stanowi pouczający kontrast z ówczesnymi występami Republiki. Świetną pracę robi tu Przemek Myszor wtrącający naiwne chórki tak decydujące o charakterze utworu i podbijający wszystko zakręcającymi klawiszami.



Julia Marcell - Będzie plan


Dziewczyna szamana.
Republka zawsze hipnotyzowała tajemnicą (wybitna Poranna wiadomość, o której MUSZĘ kiedyś napisać).
Julia Marcell bierze z tej tradycji to co najlepsze i perfekcyjnym minimalizmem dosłownie czerpie z charakterystycznego brzmienia Ciechowskiego. Niepokojąco łatwo narzuca ten nastrój i zniewala nas swoim głosem. Gdy porzuca pianino słuchający i tak pozostają we władzy niespokojnego rytmu i zaczynają rozumieć, że to nie jakiś sceniczny performans, ale przedziwny rytuał. Żółty sweterek koncentruje wzrok  i zza opuszczonych włosów Julia czyniąc zagadkowe ruchy rękami wpada w trans hipnotyzując wszystkich i przejmując na nimi kontrolę.
(podobno jest jakaś Bjork, co też tak potrafi, słyszałem).


Anna Józefina Lubieniecka - Śmierć w bikini


Pisałem już o talencie pani Anny Józefiny, ale nawet nie podejrzewałem jej o taką dawkę erotyzmu. Zadanie Wojciecha Manna było szczególnie trudne, bo Śmierć w bikini przeszło przecież do historii paranoicznym cedzeniem Ciechowskiego (flecikowe c-ccc-ccc-całuj). Nie ma jednak o czym gadać, bo zmysłowość Lubienieckiej dosłownie nas zalewa i łatwo sobie wyobrazić co mogło tak porazić bohatera oryginalnej wersji. "Taśma profesjonalna" też jest jakaś taka odmienna - wolniejsza i subtelniejsza (ktoś może wie, czy nagrali to na nowo?). Głos Anny Józefiny jest niesamowity - gdy załamuje dźwięki jej wydychane powietrze do mikrofonu jest pełne satynowej głębi. Gdy wyszeptuje idziemy dalej, a w oddali, twój wzrok odbija się od fali ;brzmienie podobieństwa tych słów poraża i zawstydza, podczas gdy u Ciechowskiego pozostawało niezauważone. Wykonanie jest perfekcyjne - klimat odpowiednio leniwy, a wyższe rejestry osiągane są spokojnie bez wysiłku. Końcowa repetycja w bikini jest tak idealna, że przypomina zapętlonego loopa. O ile Julka czerpała z jakiś sił nieczystych, to tutaj stajemy w obliczu zapierającej dech w piersiach czystej onieśmielającej kobiecości.

Bonus
Citizen G.C. - Blah - blah



Śpiewanie po angielsku jest jak pływanie w Morzu Czerwonym. Przyjezdnym jest łatwiej pływać niż normalnie, ale zaraz przychodzą tubylcy i unoszą się na wodzie.

Mądrości p. Grzegorza nigdy za wiele. Republika próbowała "kariery na zachodzie", zagrali nawet koncert na słynnym Roskilde, ale niestety - czyżby ciężar historii (a raczej teraźniejszości) był tak duży, że to one właśnie decyduje o wyjątkowości tego zespołu? Szkoda, bo lepsza szansa się raczej nie powtórzy. Pozostały jednak takie właśnie jak ta anglojęzyczne wersje piosenek Ciechowskiego. Wydaje mi się, że eksportowa wersja Tak tak jest nawet lepsza. Zdecydowanie mocniejsza, mostek przed refrenem jest prawdziwym rozpłynięciem się w głośności. Duże mają tu też znaczenie same słowa - ich brzmienie jest też ostrzejsze, Blah-blah przypomina raczej przedrzeźnianie czy odruchy splunięcio-wymiotne, ta niechęć jest ordynarna. Ciechowski udanie walczy z akcentem przedłużając głoski, co w tym utworze pasuje idealnie. Painful truth łatwiej przedłużyć niż polskie rzyszy, a throw it throw it back towarzyszy splunięcie. Przejście do refrenu jest osobnym popisem aktorskim, gdzie z your vacant eyes z niezwykłą mocą przechodzi do refreny I smash the mirror too. Najbardziej twórcze wykorzystanie bariery językowej. Chociaż szkoda, że wyjęto tę obłąkańczą solówkę na saksofonie, to ten utwór wydaje się stworzony dla angielskiej flegmy.

środa, 28 grudnia 2011

KROPKI - KRESKI : Que Pasa Contigo?


Buena Vista Social Club - s/t (2004)

Wojna futbolowa, Hotel Monopol

Niepowtarzalny klimat został odtworzony nawet w mariażu z Gorillaz. Genialnym oczywiście.

wtorek, 27 grudnia 2011

Guitar hero is forever 28


 Stephen Malkmus and the Jicks - Mirror Traffic (2011)

Robiąc ogólny przegląd dokonywanych przeze mnie wpisów, ich tematyki wpadłem w jakiś aż przestarch czy choćby wzdrygnięcie. Cały czas piszę o jakiś syntezatorowych czy elektroniczno-perkusyjnych indie-popach, jakiś pioseneczkach do podłechtania dziecinnej potrzeby melodyjności. Gdzie są gitary?! Ostatnią uczciwie rockową rzeczą, o której wspominałem było chyba El.P L.Stadt. Nie chodzi tu nawet o moją domniemaną hipsteryczność czy indijskość. Sprawa jest o wiele bardziej poważna - dziś prawdziwych gitar już nie ma. W poprzedniej dekadzie bohaterem był Jack White, który praktycznie w pojedynkę uratował honor wioseł. Chociaż nie zdradził rock and rolla zasiadając tylko za nie mniej archetypiczną perkusją, to nawet on się leni i ostatnim przyzwoitym ciężkim riffem było Will there be enough water? na gigach Dead Weather. Cały ten cyrk z "new rock revolution" uważam za dowcip 20-lecia, skoro nawet Nick Zimmer na It's blitz! zajarał się syntezatorem. Prawda jest taka, że wszyscy młodzi muzycy to lenie i nieuki, którzy nie potrafią grać na gitarze. W ogóle. Bo nie ma sampli. W takiej Polsce pinka muszą grać hip-hopowcy gitarą taty i wszyscy nagle się jarają. Jakie są perspektywy? Bon Iver zna te 4 akordy, The Black Keys nie wymyślą prochu nawet z Danger Mouse'm, a singlem roku obwieszczono Midnight City jednoosobowego M83 co to ma kompuiter z jabłkiem. Czyli perspektywy są żadne.



Płytę z muzyką gitarową musiał dopiero łaskawie wydać Stephen Malkmus - coś jak żyjąca ważność alternatywy, lider ówczesnych Pavement. Jako jeden z wodzów wioślarskiego indie potrafi na pewno grać na rzeczonym instrumencie, więc skrzyknął zespół "The Lasek" i z wielkim funem zrobił Mirror Traffic.
Jego prawie 50-letnią profesorskość słychać już w Tigers gdzie z ogromnym luzem zżyna z Republiki i wjeżdża ze świetnymi strunami. Nawet proste dźwięki są finezyjnie zakręcone i ślizgają się z akordami w tle. Perfekcyjnie "fajna" cudownie zwyczajna gitara ze świetnym wzmacniaczem - nawet jest echo delikatne w początku refrenu, taki smaczny akcent gitary, aby za moment spokojnie wykończyć tę melodię solówką / przejściem na 5 strunach i 20 dźwiękach. Spoko, dzieciaki. To naprawdę świetny koleś, uwielbiamy go już w ogóle, gdy obraża Senator-a i bluzga go za skłonność do robótek eghm, ustnych. My też przecież wiemy, co oni naprawdę lubią, na Wiejskiej także, też są leniami i w ogóle dobrze prawi, polać mu! Ze swoją chwytającą przebojowością (cecha charakteru) Stephen potrafi trafić do ludzi, nie ma co. Mimo 2011 roku dalej świetnie i rześko pokazuje całą tą energetyczność gitarowego luzu i swobody, cool i osom.

Tune grief jest tylko szalonym pretekstem do nawiązania do (nawet) punk rocka z ordynarnym, twardym akcentem i równoważącymi o przebojowymi chórkami. Rytm był wtedy wszak najważniejszy. Wielkim manifestem jest Forever 28, gdzie Stephen pierniczy swoją metrykę i skacze kostką w tytułowo młodzieńczy sposób. Jest to też krzycząco wzruszająca męska deklaracja wierności zasadom głośnego grania.

Mirror Traffic mimo tak dużej dawki radochy jest cały czas świeże, aktualne, a nawet nowoczesne. "Pavement" było przecież indie i teraz Malkmus wciąż naucza nieżalowe zespoły sposobów wykorzystania dźwięcznego riffu w piosence z Pitchforka.(i łapie się na to nawet Dejnarowicz, patrz He said He's sad). To wszystko ponieważ Stick Figures In Love to nie tylko fajniejszy utwór longplaya, ale też super pocinająca i pięknie sprawna (plumkający bas) prawie-hymniczna piosenka, która rozedganym naparzaniem w akord wprowadza songwriting na mniej ograne struny. 
Stephen Malkmus And The Jicks - Long Hard Book by artsandcraftsmx
Z kolei Long Hard Book jest naprawdę naj bardzo warte uwagi. Innowacyjność dotknęła także songwritingu artysty, gdy z sielankowych slide'ów wyłania się zupełnie odmienny nastrój zaskakująco i intrygująco obniżając się o jakiś cały ton w refrenie. a zawołanie piosenka przeobraża się całkowicie zostawiając nas ze zmyślnością i w kropce. Podobnie Malkmus podporządkowuje sobie Asking Price, gdzie odpowiednio wystękane frazy znaczą coś różnego, a końcówka podskórnie się zagęszcza i nie chodzi "tylko" o "piosenkę".
Do tych nowości i odmładzających eksperymentów zachęcił na pewno pana Stephena znacząco wyrazisty producent płyty - nie kto inny jak Beck Hansen. Jako,że zajęty jest obecnie mistycyzmami i rozmaitymi wtajemniczeniami spod znaku czerwonej nitki, swojego ducha wskrzesza u innych. W tym przypadku trafił idealnie, bo na ten przykład w Spazz kopnięcia przetworników gładko łączą się z posępnymi, świątynnymi wręcz natchnionymi odgłosami hammmmm. Na tle strunowych gitar Bedck przemycił swoją ekscentryczność i dziwne dno, a nawet samą gitarą pozwala wytworzyć określoną wizję; jak instrumentalny Jumlegloss.

Wracamy nawet do akustycznych skojarzeń Becka (które on sam eksploatuje dla Charlotte Gainsbourg); przecież No one is (as I be) to nie taka zwykła ballada, wrzucił tam znów jakieś instrumenty dęto-drewniane i rozwiązuje się to naprawdę klasycznie. Znajome dla Becka jest też piszczenie do dobrych klawiszy - Brain gallop nacechowane jest jednak biegłością i swobodą gry Malkumusa.
Ten kunszt szczególnie słychać na zasadzie takiego Share the red, gdzie solówki sączą się ślicznie, nie ma w tym jednak żadnego nudziarstwa, bo wszystko jest na swoim miejscu dopasowane we właściwym rozmiarze.
Stephen Malkmus And The Jicks - All Over Gently by artsandcraftsmx
Zaraz po tym All over gently przywołuje właściwy trop - przecież od popisów Grahama Coxona nie było dawno takiej przyjemności z gry na wiośle. Tam może zdarzyć się wszystko, a i tak brzmi to niesamowicie - jaka satysfakcja z tych 3 akordów w refrenie, które mogą opatulić chórki i klawisze.

Tym właśnie gitarowym spokojem kończy się płyta z Gorgeus George. Takie "zespołowe" płyty jak ta są cały czas ogromnie potrzebne! Nie poddające się szalonej pogoni za bycia czymkolwiek tylko "nowym" dowodzi oczywistości, że dupstepy to nie jedyna droga rozwoju muzyki. I to powolne rozbrzmiewanie ostatniego akordu przypomina, że emocje najłatwiej zagrać na zwykłej gitarze.

PS. Co do kwestii namiętnego poszukiwania "nowości w muzyce" polecam drugą część tego artykułu, stamtąd dużo wziąłem.
http://www.ziemianiczyja.pl/2011/06/440-plyt-2/

poniedziałek, 19 grudnia 2011

KROPKI - KRESKI : Przebicie może być i zaczęłoby błyskać


Lao Che - Prąd stały / Prąd zmienny (2010)

Naprawdę lubię tytułowe nagranie i ten mocarny jednak bas i nie jest to tak całkowicie wazeliniarsko czy ukierunkowane jedynie na poklask i tańczenie poloneza.

Ale co tu będę kryć. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzinek dla Pauliny  =**

niedziela, 18 grudnia 2011

SP 7'' : Mamo, co to jest Afro Kolektyw, że śpiewa?




Napisz rozprawkę, w której przestawisz dobre i złe strony wykonywania przez grupę Afro Kolektyw piosenek popowych. Wypowiedź powinna zawierać od 2000 do 2500 słów i spełniać wszystkie wymogi typowe dla formy wskazanej w poleceniu.



            W dzisiejszych czasach kolejne zespoły wkraczają na drogę grania muzyki melodyjnej. Choć takie grupy jak Cool Kids Of Death czy Koma już wcześniej znane były ze swoich szerokich inspiracji, zmiana stylistyki spotyka się z gwałtowną reakcję części fanów. Afro Kolektyw wypuszczając singla pt. Czasem Pada Śnieg w Styczniu (Zakazane Warzywo) także gra (i śpiewa!) muzykę popową. Czy Afrojax i spółka, których znamy doskonale z hip-hopowych numerów, mają prawo romansować z muzyka popularną i radiową?
         Głównym argumentem popierwającym powyższą kwestię jest niewątpliwie chwalebne odniesienie się do tradycji polskiej muzyki rozrywkowej. Podobnie jak Nerwowe Wakacje, oddają oni hołd takim swojskim klasykom jak Lady Pank czy innm ogólną stylistyką i klasycznością brzmieniowego instrumentalium. Nurt ten zapoczątkowany chyba jednak przez Lampę ma się dobrze i Trójka bęzie teraz kochać Afro jeszcze bardziej - cała płyta nazywa się przecież (dość prowokacyjnie) Piosenki po polsku.
         Tym bardziej, że w tą stronę rozwija się sam Afrojax. Należy pamiętać o jego wpisach na pewnej platformie blogowej jako Glebogryzarka, gdzie w tytułach z serii "Z archiwum polskiej piosenki" propsował nawet Krystynę Prońko. Natomiast dla Machiny zwierzył się tymi słowy : "Piszę nadal po polsku, ale już nie rapuję. Jaram się rodzimymi mistrzami zwięzłej formy: Młynarskim, Osiecką, Przyborą, Tymańskim, Janerką, Nosowską. Przelot mam własny, więc nie tyle się inspiruję, ile porównuję. I jest to świetne źródło frustracji. I w tym tkwi wszystko. Jako jeden z najlepszych polskich raperów Afro po prostu się znudził, a estetyka hip-hopowa stała się dla niego za ciasna. Słusznie bardzo wykorzystuje swój talent do tak trudnej formy jak "Piosenka po polsku", a niesamowity flow pozostaje nienaruszony przez sylabiczność utworu. Na Wiążę sobie krawat była linijka po nieskazitelnie brudne środki pewnego dnia, a tutaj z nieziemską elegancją a w styczniu świeci Słońce i filtruje jak szpieg (i poruszam pewnie się... i cały drugi refren). Nie zmarnował się w hip-hopie i teraz Michał Hoffman ociera się o wybitność, wielki poziom wymienionych przez siebie "mistrzów zwięzłej formy".
          In addidtion to this, można pokusić się o stwierdzenie, że Afrojax, dojrzał muzycznie i śpiewająco do od zawsze w pełni rozwiniętej formacji. In particular, "Afro Kolektyw" nigdy nie grało właściwego hip-hopu, dzięki czemu też tak bardzo ich lubię. Gram organiczny hip hop jazz, co się na mnie drzesz? Od początku lubili oddawać się instumentalizacjom, a człon "Afro" też ma swój konkretny rodowód. Już na Połącz Kropki były numery stricte popowe - refren Trenera Szewczuka to hicior przecież jest i wtedy też był śpiewany. Dlatego też fanami zespołu są ludzie słuchający na co dzień "normalnej" muzyki - nie wiem jak mają się proporcje co do "ziomali" vs. "hipsterów", ale wszyscy oni kochają Afro. Przynajmniej ci drudzy cały czas, bo niektórzy zaczęli strasznie hejtować zmianę kursu zespołu. Przecież jest to raczej ewolucja, rozwinięcie muzycznych wątków z dzieł wcześniejszych.
              Finally, Zakazane Warzywo jest kapitalnym utworem w ogóle. Sążny bas i miarowa perkucja rozpędzają się same, a parapaparapap z klaskaniem (!) to już klasyka gatunku "mistrzów eleganckiego indie-popu Belle and Sebastian". Nawet . Afro śpiewa dobrze, a nawet ładnie, to nic, że zmiękczają studyjnie mu te końcówki. Te zakończenia wersów są naprawdę urocze, bo ocierając się o falset składa bezczelnie ofiarę samej melodii. Bas unosi się i ściele równolegle z melodią, nie żadne tam tło. Tekst jak zwykle kapitalny i bardzo ciekawy. Opowiada bowiem o kłopotach wieku średniego / ogólnych problemach z kobietami. Dostajemy opowieść z dwóch punktów czasowych widzianą i w formie nawet prawdziwie życiowej opowieści o sensie młodości. Sprawy zalotów, choć tak absorbujące, są jednak zawsze fajne - tak samo czarnowidzenie zostało ubrane w najbardziej radosny pop.

                    Z drugiej strony jednak niepokojąco przypomina to wszystko mocno związane przecież ze zagadnieniem "polskiej muzyki" Nerwowe Wakacje. Jak na złość, w tymże projekcie gra także gitarzysta Afro Kolektywu Michał Szturomski. I to niestety słychać, bo nie posilił się nawet na zmianę brzmienia gitary i te urywane uderzenia przypominają Nerwowych bardzo. Chociaż ta ekspansja basu wydaje się właśnie wprowadzona, aby udziwnić całość i odwrócić od Wakacji, to i tak za mało. Ale może oba zespoły tak świetnie odtwarzają "polskie brzmienie polskiej muzyki rozrywkowej"? Nie mnie to oceniać, bo urodziłem się przecież dopiero w '93 roku.
                  Jednakże miejmy nadzieję, że w pozostałych kawałkach nie zapomną tak bardzo o mniej gładkim popie. Kolejnym zarzutem jest przypuszczenie, ze może faktycznie odrobinę za daleko odjechali od "swojej" muzyki. Przecież Wiążę sobie krawat było idealną syntezą popu i afrokolektywu z nie mniej widoczną polskością. Zakazane Warzywo to "zwykły" bezwstydny rap, a wiadomo, że można fajniej i bardziej kozacko jednak
                Po trzecie, Afro otrzymało ostatnio wielki prezent od losu i kontrakt na oczekiwaną przez nas płytę podpisało w wielkiej wytwórni Universal. Oczywiście ten cały grad bluzgów, że "afro się sprzedali i muszę teraz grać do radia" można włożyć między bajki, ale ja się pytam - gdzie bluzgi?! Wcześniej mogli pozwolić sobie na absolutnie wszystko, a w tak dużym labelu nastawionym na masową sprzedaż nie przepuszczą raczej jakiegokolwiek zgrzytu czy nieobyczajowości. Nie wiem jak bardzo biologicznie i psycho-fizycznie rozwinęli się chłopacy, ale o kolejnej Seksualnej Czekoladzie możemy chyba zapomnieć.  Pozwolę sobie przytoczyć pewną opinię. chyba z U2forums.com "Afro, jest jeszcze tyle murzynów do zbluzgania...". No szkoda.

            W konkluzji, utwór Czasami Pada Śnieg w Styczniu (Zakazane Warzywo) jest genialnym utworem pop i w pełni usprawiedliwia stylistyczną woltę stołecznego zespołu. Porcja radości i zabawy z obcowania z nowym Afro jest taka sama, a nawet większa jak kiedyś. Grupa bezbłędnie odnalazła się w muzyce popowej. Będąc świadomym wielkiego talentu i wszechstronności Afro Kolektywu czekam na ich nowy album z wielką niecierpliwością i istnieje ogromne duże prawdopodobieństwo, ze Piosenki po polsku będą genialną i rewolucyjną płytą.

PS. Specjalne podziękowania dla pana Grzegorza P. ,który ostatnimi czasy faszeruje mnie tego typu wypowiedziami pisemnymi. Po angielsku.