background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS

wtorek, 16 stycznia 2018

Opinie w kolumnach


Pismo. Magazyn Opinii (1/2018)

Czy Pismo to polski The New Yorker?

Może nie „jak najbardziej”, ale powiedziałbym że „jak najbliżej” mu do tego legendarnego magazynu.

Czym w ogóle jest The New Yorker? Istnieje milion anegdot na jego temat, z nazwiskami TUZÓW światowej literatury, ale najwięcej o prestiżu czasopisma mówi historia kariery Trumana Capote. Mój ulubiony pisarz, młodziutki chłopak z wiejskiego Południa Ameryki, świadomy swojego talentu postanowił podbić Nowy Jork. W tym celu zatrudnił się jako goniec w redakcji The New Yorkera. Nie chodziło o jakieś profity finansowe, ale zdobycie kontaktów w bohemie literackiej. I faktycznie, Truman zauroczył środowisko swoim oryginalnym stylem oraz poczuciem humoru i reszta jak to mówią, jest historią.

Ale nie chodzi tylko o ploteczki, bo New Yorker od dziesięcioleci promował reportaże i opowiadania. Magazyn finansował podróże Trumana do Kansas i redagował jego pionierską powieść non-fiction Z zimną krwią. Również w naszych czasach jest to najważniejsze miejsce dla debiutantów, bo ledwie miesiąc temu wydrukowane w New Yorkerze opowiadanie Cat Person stało się viralem (hehe, opowiadanie, przebojem internetu), a jego autorka Kristen Roupenian zgarnęła Sześć Zer za kontrakt na swoją pierwszą książkę.

No i tak, Pismo przypomina swoje amerykańskie źródło na pierwszy rzut oka – ten sam format, ta sama sztuczka z rozkładaną okładką (która jest oddzielną całością), te same kilku stronnicowe kolumny litego tekstu. I bardzo dobrze, i trudno uciec od porównania z Przekrojem który tradycyjnie jest UPSTRZONY rysunkami i graficznymi pierdółkami. Wydaje się zresztą, że Przekrój to już snobistyczny gadżet, mało kto czyta go w całości – a w Piśmie faktycznie chodzi o teksty.

Teksty długie i starannie dobrane tematyką. Dwa opowiadania, trzy eseje (jeden filozoficzny), pięć narracji graficznych (razem z okładką) i jeden obowiązkowy (obligatoryjny?) Springer. Szczególnie polecam „Studium” o dochodzie podstawowym ze starannym wypisaniem wszystkich argumentów za i przeciw – i takich tekstów bardzo mi brakuje. Można powiedzieć, że z deklaracji „apolityczności” wyłamuje się portret Hillary Clinton, ale to tłumaczenie z tego oryginalnego New Yorkera i tutaj mam nadzieję, że podobne „Portrety” zostaną napisane o polskich postaciach naszej (pop)kultury.

Wiem, że hajp na Przekrój był z trzy razy większy, ale Pismo - w mniejszej skali i z większą jednak świadomością tekstu - wygrywa ten inteligencki pojedynek na słowa. Bardzo polecam.


poniedziałek, 15 stycznia 2018

Some Dreamers of the Golden Dream















Joan Didion - Wszystko w rozpadzie (2017)
reż. Griffin Dunne
dokument, Netflix

Reportaż w Stanach Zjednoczonych jest czymś innym niż w Polsce - tam jednoznacznie zalicza się on do dziennikarstwa. Długie artykuły mają swoje stałe miejsce w magazynach i tygodnikach, a nawet promocyjne wywiady z artystami stają się zniuansowanymi portretami osobowości. Inna sprawa, że różnica pomiędzy faktami a opinią, tak kontrowersyjna w naszym kraju, w amerykańskiej prasie nie ma tak wielkiego znaczenia, bo dziennikarze mają prawo do przedstawiania własnych subiektywnych osądów. Dzięki swobodzie w podejmowaniu najróżniejszych tematów, stają się prawdziwymi osobowościami, a nawet autorytetami dla opinii publicznej. Przykładem tak ważnej postaci jest Joan Didion - eseistka, o której opowiada dokument Netflixa Wszystko w rozpadzie.

Różnica pomiędzy polskim, a angielskim podejściem do materiałów non-fiction kryje się także w tradycjach literackich: tamtejsi reportażyści pisali relacje na temat własnego kraju, bo to Ameryka była "nowym światem", z którego wysyłano depesze do Europy. Paradoksalną siłą kultowego W drodze jest konieczna fragmentaryczność książki Kerouaca, bo działo się tak wiele: powstawały nowe subkultury i Amerykanie byli zaciekawieni tym, co działo się tuż obok, jak wygląda perspektywa młodych ludzi. Podobnie dziesięć lat później, gdy pod koniec lat 60-tych dopalał się ogień Lata Miłości. Ameryka kipiała od emocji (nierzadko podkręcanych nielegalnymi substancjami) i potrzebowała kogoś, kto ogarnie chaos rozpadającego się świata.




Oryginalny tytuł filmu dokumentalnego, The center will not be hold mówi o rozpadzie, braku ustalonego porządku świata. Joan Didion świetnie rozumiała rozstrojenie tamtego czasu, bo sama go doświadczała:

Pojechałam do San Francisco, ponieważ od kilku miesięcy nie byłam w stanie normalnie pracować; paraliżowało mnie przekonanie, że pisanie stało się aktem bez znaczenia, że przestał istnieć świat, który rozumiałam. Jeśli miałam działać dalej, musiałam nauczyć się rozumieć otaczający mnie nieład.

Czytając powyższy fragment jej pierwszego zbioru artykułów, Slouching Towards Bethlehem i oglądając samą Joan Didion wspominającą lata 60-te, tym co uderza od razu jest jej niespożyta energia, która towarzyszy jej nawet w ósmej dekadzie życia. Od zawsze oglądała świat jak na reportera przystało: z szeroko otwartymi oczami. Była też szybka w działaniu - swój pierwszy artykuł w legendarnym Vogue opublikowała przypadkiem, na zastępstwo za kogoś kto nie nadesłał materiału. Teraz jednak wydaje się całkowicie zrozumiałe, że start jej kariery wyznaczył esej na temat poczucia własnej wartości. I faktycznie, prowadziła ekscytujące życie poślubiając inną wschodzącą gwiazdę dziennikarstwa, Johna Dunne. Razem prowadzili kalifornijski dom otwarty, gdzie przy wspólnym stole siadali "Stephen Spielberg, Martin Scorsese, Janis Joplin"; stole, który wykonał młody stolarz Harrison Ford. Joan Didion była duszą towarzystwa, ale nie byłaby nią bez wielkiej empatii.




Cechowało ją bogactwo tematów - ale nie w stylu Na każdy temat. Wbrew pozorom, nie podążała za sensacjami czy modą, ale za znikającym na jej oczach światem. Wystarczyło dotrzymać mu kroku, aby wpaść na fascynujące tematy -  dla Joan było to trochę łatwiejsze, bo sama była niespokojnym duchem, mającym problemy z dostosowaniem się do zwyczajnego życia rodzinnego. Chwytała sytuacje, które w szczególe bardziej oddają prawdę z oka cyklonu niż prognozy na temat stanu świata. Najbardziej znanym fragmentem pisarstwa pozostanie oczywiście opis dziecka małego dziecka, któremu zostało podane LSD - obraz straszny i symboliczny; oraz niełatwy moralnie, co jest omawiane w dokumencie Netflixa.
Didion przyznaje, że reporter oczywiście pełni swoją dziennikarską rolę, ale zawsze pozostaje w służbie zrobienia jak największego wrażenia na czytelniku. To co irytuje mnie niejednokrotnie u polskich autorów, podziwiam u Joan, bo nie musi się tłumaczyć. Zna porażający ładunek opisywanych przez siebie obrazów i przyznaje się do tego do kamery z tak dziewczęcym błyskiem, że nie sposób nie zachwycić się wpływem jaki ma na czytelnika. Oczarowanym jej podejściem do żywego świata, gdy tak mocno odzwierciedla nadchodząca burzę.

Pisząc o Joan nie chcę pisać o jej sprawach domowych: sama najlepiej zajęła się nimi w swoich ostatnich dziełach. Także czuję pewną niestosowność, że taka mistrzyni obserwacji i warsztatu jest najbardziej znana w Polsce z Roku Magicznego Myślenia - opowieści o stracie męża. Trochę to zbyt sentymentalne jak na tak bardzo cool osobę rodem z lat 60-tych. O pozycji Didion może powiedzieć to, że jej dokument wyreżyserował siostrzeniec, Griffin Dunne; bo film jest też historią amerykańskiej bohemy. Ale nie jest to zarzut braku obiektywizmu; więź ich łącząca pozwala z wielką klasą oddać głos Joan. Oczywistym jest, że to jej historia, nikt nie musi wyręczać jej w opowiadaniu, wciąż magnetyzuje słowem. Pozostajemy pod wielkim wrażeniem Joan Didion tak samo jak reżyser: młody chłopiec, który podczas wakacji z wujkiem poznał być może najbardziej fascynującą dziennikarkę swoich czasów.


PS. Dla Ani, bo zapomniałem jej powiedzieć o tym filmie jak jeszcze była w Polsce. 

niedziela, 14 stycznia 2018

I can't turn off what turns me on



St. Vincent - Masseduction (2017)

Pisząc poprzednio o Annie Clark, przedstawiałem ją jako artystkę, która nakłada na siebie gorset umiejętności muzycznych. Teraz jest to forma oczekiwań medialnych, zachowania gwiazdorskiego wizerunku oraz blichtru wielkiego świata. Po romansach ze słynną aktorką Kristen Steward i równie znaną modelką Carą Delevigne, St. Vincent zasiadła do napisania swojego czwartego albumu. I mam bardzo silne wrażenie, że celebryckie związki oprócz naturalnej fascynacji fizycznej, były napędzane także ciekawością panny Clark światem mainstreamu.
St. Vincent igra z młodością i nieskazitelnym wizerunkiem niczym Dorian Grey - nie jest to przypadek, bo jego (jej?) historię będzie reżyserować w swoim pierwszym filmie długometrażowym.

I chociaż Masseduction nie jest wyróżniająca się kompozycyjnie na tyle, aby zapewnić St. Vincent pozycję jej idola Davida Bowie (czy amerykańska wersja: Davida Byrne'a), to można znaleźć tam kilka intrygujących piosenek, które dokładnie pokazują przebieg badań terenowych Annie Clark nad zagadnieniem gwiazdorstwa.





Los Ageless to wspaniale popowy singiel, w którym autorka wreszcie pozwala sobie na bycie przebojową. W trzech akordach składa prostą, podszytą żądzą wiadomość: How could anybody have you? Świeżość kompozycji przenika się z dosłownością, a to wszystko na tle anielskiej krainy stolicy Hollywood, gdzie na każdym kroku można spotkać karykaturalne postaci, do ostatniej kropli prawdziwej krwi walczące o dobry wygląd.
Podsumowanie nowej, błyszczącej wersji Annie Clark jest jej elektryzujący występ u Ellen DeGeneres: pełne fleszy i dziwnych tancerzy, w którym wokalistka jak najbardziej świadomie igra z kamerą.

Slow Disco pokazuje rolę producenta albumu Jacka Antonoffa. Jego wybór na partnera w zbrodni na alternatywnym wizerunku był kluczowy, bo były chłopak Leny Dunham jest nowym uosobieniem amerykańskiego popu A.D. 2017. Zrobił płytę Taylor Swift, pomagał Lorde, a wcześniej brykał z zespołem fun. Może jego kredyty nie są jeszcze tak okazałe, ale jestem pewny że mamy do czynienia z nowym szefem popowej gry. Tutaj akurat najbardziej typowy autotune został wykorzystany w niezwykle uroczy sposób, gdy wokalny efekt wykręca dźwięki na samym końcu utworu, przenosząc tą elektroniczną modulację na niemal sakralny poziom. Jeśli łączyć smyczki z komputerem, to tylko w tak kreatywny sposób.






New York  jest świetnym przykładem tego, że pewne rzeczy się nie zmiatają - na przykład to jak ważna w piosence jest kompozycja. Taka muzyczna, rozumiana w jak najbardziej klasyczny sposób. Był czas kiedy Annie Clark trochę wstydziła się swojej szkolnej edukacji, ale teraz doskonale łączy zwichrowaną osobowość sceniczną z ułożoną muzyką. Bez solidnej kompozycji nie mogłaby (tak wzruszająco!) złamać głosu na samym początku zwrotki, co też nie jest łatwym wyczynem dla śpiewaka. Także przekleństwo z refrenu nie zabrzmiałoby tak dosadnie w otoczeniu bardziej chaotycznej muzyki, a tutaj mamy pyszny kontrast między ustalonym pasażem dwóch wprawkowych akordów, a ulicznym językiem. W ten sposób cała, tak starannie rozpisana Kompozycja wprowadza nieco banalną historię na wyższy, teatralny poziom.




Wreszcie tytułowe Masseduction, gdzie St. Vincent konfronuje się nie tylko z oczekiwaniami wartości artystycznej i/lub komercyjnej, co z wizerunkiem nowej divy alternatywy.
Divy targanej namiętnościami, które wychodzą poza sceniczną personę i są właśnie tym co stanowi o wyjątkowości emocji Annie Clark. Zwykło się uważać, że w zwykłym popie chodzi o seksualność - tak jak robiła to Madonna, czy Britney Spears. Erotyzm w wykonaniu St. Vincent jest czymś zupełnie innym: potężną siłą która działa w służbie kapitalizmu i rozpala kariery największych gwiazd. Sprzedaje nie na krótką metę, ale jest tym wysokooktanowym paliwem na długie dystanse, które wywołuje wojny i oplata sobie wyznawców wokół palca. St. Vincent pisała wcześniej o seksualności, ale na najnowszej płycie trafia w środek tarczy - że uwodzenie jest najpotężniejszą bronią masowego rażenia.

PS. Pisałem o St. Vincent już wcześniej i polecam, bo jest to jeden z moich ulubionych artykułów - w jednym tekście udało mi się zmieścić Hamleta, Wierność w Stereo i rozważania o kobiecymmakijażu. 

sobota, 13 stycznia 2018

Kompleks mniejszości



Pomiejszenie (2017)
reż. Alexander Payne

Wyobraź sobie, że możesz uratować planetę przed przeludnieniem. Zyskać lokalną sławę i setki zajmujących anegdot z egzotycznej podróży. Porzucić hipotekę i pomnożyć kapitał. Zrzucić z ramion wielki ciężar codziennej pracy i nudy codzienności. Możesz zostać wielkim bohaterem, jeśli tylko się... pomniejszysz.

Tak rozpoczyna się jedna z najbardziej oryginalnych hollywódzkich opowieści ostatnich lat*.
Nie chodzi tu o efektowny high concept i pomysły sci-fi, tylko skalę opowieści i odpowiednie wyskalowanie historii. Scenariusz Alexandra Payne'a pokazuje niedaleką przyszłość, w której wynaleziono technologię pomniejszania ludzi. Nowatorska metoda wydaje się być cudownym remedium na wszystkie problemy XXI wieku - przeludnienie, energetykę, a nawet politykę i frustracje społeczne. Globalna ekspozycja sprawia, że rozterki amerykańskiego everymana nie nudzą, bo są przedstawione w świetle nowych ekonomii oraz oryginalnych rozterek moralnych.

Fabuła jest mniejsza i o wiele prostsza - przybiera postać alegorycznej przypowieści, która nie narzuca się z wielkimi mądrościami. Łatwo dowiadujemy się o problemach 3. świata, bo w pomniejszonym świecie (nie przez globalizację, a terytorium) żyją obok siebie zupełnie różne warstwy społeczne, co zwiększa prawdopodobieństwo spotkania. Zgrane motywy są podkręcone w bardzo delikatny sposób i to wystarczy, aby wzmocnić ich znaczenie; zmniejszenie dodaje nam najzwyczajniejszej empatii. Dajmy na to scenę z kolonią nielegalnych pracowników po drugiej stronie muru: niby wiemy, że żyją oni "gdzieś obok" i pewnie w naszym świecie też da się tam dojechać autobusem, ale ten wielki mur faktycznie zmienia perspektywę. I wcale nie jest to krytyka Trumpa, czy nachalność dyskusji o emigrantach; komediowe spojrzenie pomaga znormalizować nawet tak ciężkie tematy.




Pomimo dużych spraw, którymi się zajmuje, Pomniejszenie to bardzo fajna komedia w niezwykle ciekawy sposób posługująca się wizualnymi żartami. Nie chodzi nawet o sprawy skali "taki duży-taki mały", ale komizm zwyczajnych akcesoriów, takich jak walizka na skrzypiących kółkach czy dudniące ściany. Futuryzm świata przedstawionego objawia się w jak najbardziej elegancki, uporządkowany sposób: kolorach na przemian wyblakłych i kwitnących, oraz w porządku nowego ustawienia rozmiarów. Trzeba pamiętać, że poprzednie obrazy reżysera Alexandra Payne'a były zwyczajnymi filmami obyczajowymi (Bezdroża, Spadkobiercy) i ten ciepły styl udało mu się przenieść do hollywoodzkiego wielkiego budżetu. W tak małym świecie szczypta humoru potrafi uprzyjemnić egzystencję, a pojedyncze dylematy etyczne zyskują wielką wagę - tym bardziej, gdy jedną z uchodźców politycznych gra niezwykle bezpośrednia Hong Chau. Równie swobodny i bezceremonialny w swoich półlegalnych intrygach jest Christopher Waltz; obie postaci rozświetlają film bez szczególnie wyrazistych postaci i wyraźnego szwarccharakteru. (Jest też jak zawsze cudowna Kristen Wiig).



Wszyscy piszą jak doskonałym wyborem dla obsadzenia roli głównego bohatera jest Matt Damon; to prawda, ale niekoniecznie chodzi o jego twarz zwykłego chłopaka. Ja poddrapałbym ten perfekcyjny wizerunek, bo moralna wątpliwość co do motywacji bohatera bardziej pasuje do jego filmowego alter ego.

W samym środku skandalu seksualnego Harveya Weinsteina w serwisie Buzfeed pojawił się artykuł na temat Matta Damona. Autorka w kąśliwy, lecz poparty przykładami sposób zastanawiała się, jak zachowa się aktor będący symbolem "dobrego amerykańskiego chłopaka" w obliczu oskarżeń na temat jego wieloletniego producenta. Tekst jest fascynującym stadium publicznego wizerunku przezroczystych (to znaczy białych, hehe) liberalnych gwiazd Hollywood: przywoływane są kolejne przypadki gaf Damona, któremu zdarzały się oznaki drażniącego braku wrażliwości dla mniejszości rasowych, seksualnych i genderowych. Wciąż, jedynym oskarżeniem pod jego adresem jest telefon do Sharon Waxman, która pracowała nad sprawą Weinsteina już w 2004 roku - Damon prosił o "wyciszenie" sprawy i porzucenie dziennikarskiego śledztwa. Matt Damon oczywiście przeprosił teraz jako ojciec czterech córek i zaniepokojony obywatel w ten sam banalny sposób co zwykle. Ale taka niewinna postawa ma swoje szwy, które widać szczególnie teraz, gdy Hollywood musi odpowiedzieć sobie na pytanie, jak traktuje kobiety.

Podobnie Paul Safranek: jest miły i tylko chce się zmniejszyć - dla świata! - ale dość trudno mu wyjść poza własne potrzeby. Na ile jesteśmy potrzebni światu, a na ile najbliższym nam osobom? I czy pokusa zyskania celu własnej egzystencji nie okaże się zbyt wielka dla zwyczajnego człowieka?



Napisałem o Pomniejszeniu jako o najbardziej oryginalnej opowieści ostatnich lat, ale to oczywiście wyolbrzymienie. To faktycznie jedna z niewielu produkcji o tak ciekawie humanistycznym punktem wyjścia, chyba od czasów scenariuszy Charliego Kaufmana (Być jak John Malovich!) . Reżyser świetnie korzysta z tak zdobytej lekkości dając nam przyjemnie małą opowieść o dużych sprawach.

W okresie rozdawania nagród filmowych, Pomniejszenie trochę zniknęło z oczu krytyków. Ktoś powie, że za mało mówi o aktualnej polityce prezydenta USA, ktoś zauważy zmarnowanie scenariusza na małą ilość dysput o globalnym ociepleniu. Ale to przecież Alexander Payne, którego ostatni film rozgrywał się w czarno-białej Nebrasce. Reporter amerykańskiego Esquire pisał, że jego obrazy mówią o "mężczyznach uświadamiających sobie, że nie muszą mieć tego, co w ich wyobrażeniu powinno do nich należeć".

Ja przyjmuję podobną strategię; zachęcając do obejrzenia filmu, polecam nie oczekiwać zbyt wiele po Pomniejszeniu. Mając przed oczami wielkie możliwości i ambitne koncepty można się rozczarować - tak jak rozczarował się główny bohater film trochę ze zbyt dużym entuzjazmem wskakujący do nowych możliwości. W końcu wszyscy jesteśmy tylko malutkimi trybikami w maszynerii globalnych spraw, które i tak nas przerastają.


piątek, 12 stycznia 2018

Transformacja na wideo



Olga Drenda
Duchologia polska.
Rzeczy i ludzie w latach transformacji (2016)

Przy omawianiu listy Stu Sztosów w Akademickim Radiu Luz dwóch prowadzących opisywało utwór w dość tajemniczy sposób: "nawiązywał do lat 60tych i 70tych" i "było to dawno", oraz "byłem na koncercie jako dziecko". Piosenką z przeszłości okazało się wydane w 2003 roku Spadaj formacji Sistars - tutaj w wersji refix wrocławskiego DJa Spisek Jednego. Czy nie za wcześniej na okrycie singla sióstr kurzem nostalgii? Ale to tylko jeden z wielu powrotów do przeszłości jaki widać było w polskiej popkulturze w ostatnim czasie. Zawsze wrażliwy Taco Hemingway nagrał swoje Wspomnienia, inteligencja zaczytuje się w staroświeckiej szacie graficznej Przekroju, studencka brać masowo zapisuje się na wrocławski Rave jak w '92, a nowy fenomen kulturowy wyłuskała Olga Drenda w swojej książce Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji.

Jej antropologiczne rozważania nad przezroczami z czasów transformacji ustrojowej faktycznie przywołały ducha lat 90tych : publikacja była szeroko dyskutowana w mediach, ale bardziej znacząca wydaje się społeczność skupiona wokół strony "Duchologia" na facebooku. Młodzi ludzie sięgają do szuflad domów rodzinnych i do dziecięcych wspomnień wyszukując w przestrzeni śladów minionej epoki; chętnie utrwalając je za pomocą aparatów w smartfonach.

(klomby z fb: Po drodze do GS-u)

Ale czy faktycznie przez krótki okres naszego życia zmieniło się tak wiele, że możemy obwieszczać "epoki" oraz "pokolenia"? Fajnie jest odkryć coś ciekawego w codzienności, jednak mam wrażenie że poszukiwania sensu są dość przesadzone, gdy ma się te 20 kilka lat. Każdy ma prawo do swojej nostalgii, ale jako młoda osoba trochę prowokacyjnie wyrażę zdziwienie - po co się spieszyć? Po co tworzyć mitologie z przeszłości, gdy jeszcze nie stworzyliśmy własnej, współczesnej nam kultury?

Olga Drenda rzetelnie zaznacza swoją osobistą perspektywę, jednak mnie jako socjologa ciągnie do bardziej konkretnych danych. Dzieci duchologii dość naturalnie ustawiają mi się w opozycji do niesławnych "milenialsów". Tych to nikt nie lubi: kolejne mniej lub bardziej potrzebne artykuły z rozdrażnieniem opisują bezcelowość i roszczeniowość pokolenia wchodzącego właśnie na rynek pracy. Bycie milenialsem wydaje się najgorszą obelgą, dlatego warto zaznaczyć swoje przynależące jeszcze do XX wieku dziecięce wspomnienia. 
Kiedyś to były: zamiast youtube'a kasety video, Frugo zamiast Coca-coli, w miejsce chmury z mp3 trzeba było nosić ciężkiego Walkmana. My, pamiętni dwudziestoletni pamiętamy niedostatki kontentu i kiczowate programy w kwadratowym teleodbiorniku. 

Hasło "duchologii" nawiązujące do najnowszych prądów filozofii, semiotyki i kulturoznawstwa jest niewątpliwie nobilitacją dla wielu nieporęcznych i szwankujących gratów oraz zabawek. Mając 20 lat zyskaliśmy własną mitologię, tajemny kod niezrozumiały dla dorosłych tylko z dowodu. Jak pisze Przemysław Czapliński:
Siedzieliśmy w gronie znajomych, odczytywaliśmy fragmenty tej książki i co chwilę ktoś wykrzykiwał: „Racja!”, „Tak było!”, „Zgadza się!”. W okrzykach był zarazem podziw dla autorki świetnie rekonstruującej rzeczywistość, radość z odzyskanego śmietnika pamięci i zdumienie, że tak łatwo o tym zapomnieliśmy.
Wciąż pozostaję sceptycznie nastawiony do takiej nostalgii, ale nie dotyczy to samej zawartości książki Olgi Drendy, która przybliża nam kolejne kategorie egzystencji w Polsce lat 90-tych. Szczególnie trafne wydaje się przedstawienie stylów życia, a nawet pewnych filozofii w meblowaniu mieszkania - w pojedynczej szafce zawierają się zagadnienia projektowania, klasy społeczne odbiorców i problemy technologii materiałowej. Wszystkie przygody raczkującego kapitalizmu znajdują swojskie ujście w "listach do redakcji" i relacjach z bazarków z bogactwem towarów rozłożonych na chodnikach. Wspomnienia outsiderów - gości z Zachodu - są uzupełnione bogatym (i kolorowym) materiałem fotograficznym, zwracającym uwagę na szczegóły niewidoczne na pierwszy rzut oka. Tak samo jest z całą opowieścią: autorka trochę już z zachodniej perspektywy przypomina nam o rzeczach wcześniej niedocenianych i przeoczonych. Uznawanych kiedyś za nudne, a dzisiaj zaskakujących swoją oryginalnością i gorzką niepowtarzalnością.




Zastanawiając się nad płynnymi ramami czasowymi duchologii skupiłbym się na nośnikach treści popkultury. Być może z racji tematyki tego bloga, ale najciekawsze w książce wydały mi się tytułowe Rzeczy (...) w czasach transformacji: opowieści o pół-legalnej dystrybucji kaset z pierwszym disco, Papa Dance a muzyka chodnikowa, czy inwazja Modern Talking. "Gustem masowego słuchacza rządzą melancholijne syntezatorowe melodie z Włoch i Niemiec Rockowa krytyka gardzi nagraniami dla dyskomułów, ale powszechne uczy cenią sobie to, co promuje Marek Sierocki - italo disco, Dietera Bohlena i C.C. Catch, Sandrę - i to właśnie te przeboje słychać z  m a g n e t o f o n ó w". Koncerty życzeń nadawane z telewizyjnej estrady i unifikacja odtwórczyń muzyki pop: "W ostatnim odcinku Premii i Premier łatwo wyczuć klimat czasów ostatecznych (...) występują wokalistki, które mogłyby spokojnie wymienić się piosenkami". Wreszcie robiona po omacku reklama wdzierająca się gwałtownie w żywą tkankę wolnorynkowej popkultury. 
Chociaż kasety VHS można było nagrywać na magnetowidzie, to w magiczny sposób wszyscy oglądali amerykańskie mordobicia klasy B. Sensacyjne wyczyny Chucka Norrisa rozchodziły się po Polsce z echem głosu Tomasza Knapika i być może jednym ze sposobów na przepracowanie tej duchologicznej właściwości były (już) internetowe fakty o Strażniku Texasu

Analogowe przekazywanie treści kultury w obliczu sieci internetowej odchodzi już do lamusa . Internet ma to do siebie, że pozwala na znalezienie własnej niszy, dokładne dopasowanie do swoich zainteresowań, jednak przez to brakuje punktów wspólnych. Być może duchologia faktycznie jest ostatnią szansą na wytworzenie wspólnych kodów kulturowych?
A może właśnie takie marudzenie i arbitralne wydawanie osądów o młodszych kolegach sprawia, że jak stary malkontent zasłużyłem sobie na przynależność do duchologicznego lamusa?

Co ja tam mogę wiedzieć; jakby nie patrzeć, kolejne elektroniczne artefakty co chwilę okazują się już być duchologicznymi klasykami.W czasach smartfonów niezniszczalnym sentymentem darzymy Nokię 3310, a po śmierci iPada na twitterze pojawiają się sentymentalne zdjęcia odtwarzaczy mp3. Pierwszy singiel Sistars wydaje się pochodzić z poprzedniej epoki, bo dostaliśmy od tamtego czasu z tuzin projektów sióstr Przybysz. Taco Hemingway trąci myszką nie jako raper, a twórca viralu o hipsterach Hitler w poszukiwaniu elektro. 

To tylko od nas współczesnych zależy, jak ustwimy figurki tworzące naszą mitologię. 



Coals - Tamagochi (2017)

Na przykład z zabawek Tamagochi
Duet Coals ze wzorcowym popkulturowym wyczuciem wskoczył na duchologiczne retrowave wydając w końcówce 2017 roku płytę o takim właśnie tytule. A w środku same skarby najtisów: Rave, Hoodie Bike, VHS Nightmare, Hauntology, czy MTV

Osnute duchologiczną mgiełką - bardziej mroczną, odnoszącą się do genezy hauntologii, który to termin wywodzi się z muzyki: min. Simon Reynolds łączył go z twórczością artystów wykorzystujących stare media i stylizujących się na stare okładki książek, czy fantastycznych serii dla dzieci. Jak pisze Olga Drenda "wszędzie tam, gdzie występowały jakieś zagięcia pamięci, niedokonane przeszłości, słabo uchwytne widma i majaki".

Piosenki duetu są zanurzone w przeszłości dochodząc z głębokim echem wspomnień o staroszkolnym techno. Są tam bardzo ładne progresje akordów, ale z premedytacją rozmyte modulacjami oraz szumami. Wokal Kachy Kowalczyk przypomina nakładanie się obrazu ze startej kasety VHS, z której obraz chwilę po przesunięciu musi ustawić się w górę i w dół aby wreszcie znaleźć właściwą pozycję audiowizualną. Jest trochę straszno, ale generalnie da się do tego tańczyć.

Dowodem na przyjęcie duchologii polskiej do repertuaru zespołu był prosty trick, który zastosowali podczas koncertu na WROsoundzie. W przestronnej, wysokiej sali teatralnej, na skraju sceny ustawiona została lamka dyskotekowa. Nie taka z okładki LCD Sounsystem, ale żarówka z Bierdronki, za jakieś 10 zeta. Taki gadżet wkręcić można do żyrandola i od razu bawimy się lepiej, oglądając kolorowe refleksy obracające się na ścianach. Być może to kwestia tradycyjnego układu Impartu, ale sztuczka z żarówką rozświetliła całą salę, która przy zgaszonym świetle przypominała chałupniczy seans dyskotekowego planetarium.







PS. Jeśli jesteśmy w swojskich klimatach, to polecam audycję Polonez we wspomnianym na początku Akademickim Radiu Luz.

czwartek, 11 stycznia 2018

Feel the party to my bones



Everybody's singing the same song
It goes "tonight, tonight, tonight, tonight, tonight, tonight"
I never realized these artists thought so much about dying

Jest bardzo prawdopodobne, że James Murphy wrócił z muzycznej emerytury tylko po to, aby nagrać ten trójwers - cała persona lidera LCD Sounsystem zbudowana jest w końcu na motywie przemijania. Zaczynając od wydanego w 2005 roku singla Loosing my edge, manifestu muzycznego znawcy konfrontującego się z odejściem pewnej epoki popkultury, po American Dream, wydany w 2017 roku czwarty album nowojorskiego zespołu. 
Powracając po kilkuletniej przerwie i spektakularnym pożegnaniu z publicznością Murphy starał się udowodnić słuchaczom, że nie jest to "odcinanie kuponów - tylko bus pełen starych nauczycieli powracających z przerwy z nową muzyką na tym samym dziwnym efekcie, starających się grać jeszcze głośniej niż wszyscy inni".

W jak zawsze cudownie osobistym tonie wiadomości na facebooku James pisał także także, że "przecież nigdy nie byliśmy szczupli i młodzi; a na pewno ja nie byłem. To co zawsze dzieje się z powracającymi zespołami - nie są tak naprawdę grubsi, ale bardziej ciężcy. Miałem to szczęście założyć zespół będąc już starym i grubym, więc nie grożą nam komentarze "zobacz jacy młodzi kiedyś byli!". Integralną częścią stylu LCD Soundystem jest bowiem ściganie się z własnymi ograniczeniami fizycznymi, gdy starszy siwiejący pan tańczy do grubych bitów.



Świadomość własnego wieku i problemów z nim związanych łączy Murphy'ego z Lorde, 21-letnią nowozelandzką wokalistką, która w tym samym 2017 roku wydała swoją drugą płytę. Album nazywa się Melodrama i jakkolwiek banalny, czy ckliwy może wydawać się ten tytuł, jest on niezwykle trafny i stanowi ramę dla całej opowieści o wyrastaniu z bycia nastolatką na coraz bardziej gwiazdorskich imprezach. Razem z Lorde śledzimy szumne hymny młodości; dawno temu pisałem w ten sposób o We are young grupy fun. i faktycznie - były członek tego zespołu Jack Antonoff jest producentem i współtwórcą Melodramy. : "Megaphone to my chest" "Melodrama forever", "What we do, when we sober", "Supercut of us", "Homemade Dynamite". 
Szczególnie rozczulają wyciszone, mniejsze wersje tych młodzieńczych ballad, gdy Lorde ubrana w długą białą suknię gra akustyczne wersje piosenek wśród gotyckich świec. Ciepłe dęciaki i pulsowanie werbla zapewniają sypialnianą intymność w miejsce programowania bitów.

Sobbing among vintage synthesisers

Epicka perspektywa tego jednego zdania z recenzji filmu o pożegnalnym koncercie LCD Soundsystem w Madison Square Garden (oczywiście w magazynie The New Yorker) mówi wszystko o emocjonalnym ładunku pożegnania  Jamesa Murphy'ego ze sceną w 2011 roku. Rozterki frontmana i rozstania z instrumentami można zobaczyć w dokumencie Shut up and play the hits, który dla wielu fanów stał się ich własną pamiątką imprezowego miasta. Ze względu na budującą się dopiero legendę i sentymenty publiczności, zmartwychwstanie LCD po pięciu latach nie było dla Jamesa takim łatwym zadaniem, bo jednak w pewnym wieku trudno już wstać z fotela i gonić za przebojami. 



Wspomniane Tonite bierze się za bary z nieuchronną codziennością piątej dekady życia. Co prawda cała pierwsza część utworu mówi o śmierci i przemijaniu ("but truth be told we all have the same end"), ale później imprezowe doświadczenia dwóch pokoleń łączą się za sprawą - oczywiście - technologii komórkowej. "You know very well the dialect of negation" #untexting #unfriending.  Oczywiście dobrze znamy narzekanie na ulotną naturę takich relacji, ale wszyscy żyjemy w tym samym smartfonowym uniwersum i musimy nauczyć się jego języka.

"But out of the little rooms and onto the streets
You've lost your internet and we've lost our memory"

Brak Internetu stał się problemem granicznym wspólnym zarówno dla młokosów, jak i seniorów. Obie grupy imprezowiczów potrzebują google maps tak samo mocno: do znalezienia dobrego klubu, lub - jak w przypadku narratora - zapomnianej drogi do niego. Rownież podobnie wszyscy muszą dbać o swoją personę w social mediach.

"We had a paper trail that led to our secrets
But embarrassing pictures have now all been deleted
By versions of selves that we thought were the best ones
'Till versions of versions of others repeating"

Wszyscy chcą słuchać dobrych piosenek i wszyscy chcą być jak najbardziej cool: w zależności od wieku dochodzą tylko do tego w trochę inny sposób. Kiedyś papierowe zdjęcia przypominały o szaleństwach poprzedniej nocy i trzeba było pozbywać się dowodów rzeczowych, podczas gdy teraz wystarczy wykasować fotkę z pamięci telefonu. Kreacja profilu społecznościowego staje się dużo łatwiejsza, gdy nakładamy na siebie kolejne wersje uaktualnień i filtrów. (jeszcze łatwiejsza niż sprzedanie gitar i kupno stołów didżejskich).




(okej, real talk: wersja od Setha Meyersa jest zdecydowanie najlepszą wersją tej piosenki. Żadnych nadprodukcji, żadnych autotune'ów, żadnych zbędnych bombastycznych syntezatorów. Tylko pianino, chór nastolatków w adidasach i Lorde okryta ciepłym światłem, które pokazuje ją jako wielką gwiazdą z bardziej klasycznych czasów. I trochę nie wie co z tym zrobić, trochę zbyt nerowo wpatruje się w kamerę i to jest prawdziwe).

Album Lorde zamyka utwór, pod którym mógłby podpisać się James Murphy - w końcu tak jak Tonite mówi o umieraniu każdej imprezowej nocy. "Every night / I live and die".  Perfect Places to hymn do młodości, do tego krótkiego ekstatycznego momentu, gdy wreszcie znalazło się dobry klub i dobrych ludzi; ale poszczególne linijki odnoszą się do obu grup wiekowych.

"Cause we are young /old/, and we're ashamed"

Ponoć mówi się, że życie jest jak podkowa - puste w środku i ciężkie na obu końcach. Tutaj wyraża się to w niezręczności bycia na imprezie: Lorde jest zażenowana swoim niewielkim stażem na parkiecie i tak samo jak w drugą stronę James Murphy jest zażenowany swoim posuniętym wiekiem. Ale czy ma to przeszkadzać w dobrej zabawie? Odzywa się figlarna cześć natury Lorde i mówi: otóż nie.

"I hate the headlines and the weather / but when we dancing I'm alright."

Klub jest ucieczką od fizycznych bolączek w równie namacalne doznania. W podobny sposób liryki Jamesa Murphy'ego równie dobrze pasują do moich pierwszych zderzeń ze śmiertelnością, gdy jechałem na Openera bez pracy i ze złamanym nosem. Ale dziwne i niezręczne tańce to specjalność młodej Elli Yelich-O'Connor. Właśnie totalnie na przekór obowiązującym zasadom i dance code'om wpada w dziwną fazkę. Serio, kamera jak najbardziej świadomie towarzyszy jej ekspresjom w teledysku do Green Light, a gdy choroba nie pozwoliła Lorde zaśpiewać na gali MTV, ta naprędce stworzyła niemy układ taneczny, jakby stworzony na fanowskie tumbrly.  

Łączy ich brak kompleksów w zabawie i łączą ich inspiracje. Oboje w tekście "All of our heroes fading" mogą pomyśleć o tej samej osobie Davida Bowiego. Lorda wykonywała jego Life on Mars jako hołd na Brit Awards, zmarły artysta był jej fanem, a James Murphy mógł produkować jego ostatni album, do czego przyznał się dopiero niedawno.
 Poznając emocje i historie osób w innym wieku niż nasz - czy będzie to Bowie, czy Murphy, muzyka daje nam szerszą perspektywę życiową, bo możemy czerpać z doświadczeń różnych ludzi: jeśli Lorde wydała ważną, pełną emocji płytę, nie będę przejmować się jej młodym wiekiem. Jeśli James chce tańczyć do swojego przemijania, proszę bardzo. Jeśli podoba mi się radosny pop, nie zawaham się skakać do jego nastoletniego pulsu.


środa, 10 stycznia 2018

The Grumpy Jedi


Star Wars: The Last Jedi (2017)
reż. Rian Johnson


Ósma część legendarnych Gwiezdnych Wojen w reżyserii Riana Johnsona jest jak scena bitwy na pokrytej solą planecie Crait - wyraźnie nawiązuje do serii, ale przedstawia znajome schematy w inny sposób. The Last Jedi jest drugą częścią w trylogii, tak jak wcześniej Imperium Kontratakuje, więc musi pojawić się bitwa podobna do tej na śnieżnym Hoth z piątego epizodu. W filmie Johnsona dostajemy więc potyczkę w białej scenerii, jednak nie jest to śnieg, ale warstwa soli jaka pokrywa tą górniczą planetę.
Takie kombinacyjne podejście Johnsona widać także w zamyśle całej fabuły napisanego przez niego epizodu - scenariusz bardziej niż porusza fabułę do przodu, zajmuje się komplikowaniem losów postaci. Jak na drugą część z trylogii przystało, Rianowi chodzi bardziej o rozwój bohaterów, którzy muszą zmierzyć się z problemami, niż rozwiązywanie konkretnych wątków - o czym niejednokrotnie przypomina w bardzo demonstracyjny sposób.



Najbardziej w filmie podoba mi się sposób prowadzenia opowieści. Mamy prawie tuzin bohaterów, kilka linii fabularnych, a są one ułożone we wręcz geometryczny sposób, Nie tylko rozwijają się równolegle obok siebie, ale także przechodzą w poprzek akcji (Rey i Kylo Ren!). Oprócz aktualnych sytuacji, osoby dramatu muszą odnosić się także do wcześniejszych wersji siebie: do swojej przeszłości, lub sprokurowanych przez siebie wydarzeń, a oprócz tego mamy szansę poznać różne warstwy społeczne Odległej Galaktyki.
Tak jak część siódmą odbierało się sercem - J.J. Abrams jako spadkobierca Stevena Spielberga oddał klimat zabawy Kina Nowej Przygody - tak The Last Jedi szanuję za scenariuszową sprawność i rozwagę w rozhulaniu akcji nowej trylogii. Obyło się na szczęście bez tzw. fan serwisów - nachalnych powrotów starych bohaterów, bo mrugnięcia okiem do fanów rozwadniały akcję Przebudzenia Mocy. Futrzaste Porgi się bronią (a mogło być źle i żenująco), a schowany na końcu Sokół Milenium z całą mocą przypomniał mi klasyczne akcje Hana Solo.

Główną zasługą Riana jest udane przedstawienie postaci wywołujących największe kontrowersje; lub uznawanych za zwyczajnie nudne - Luke'a, Rey i Kylo Rena. Nie wiem, czy wreszcie, ale w The Last Jedi pokazały na pewno one charakter. Wreszcie błyszczy aktorsko Mark Hamil - w oryginalnej trylogii był bardziej chodzącym archetypem, wybrańcem z automatu i przyzwoitką w emocjonalnych istrzeniach Lei i Hana Solo. Teraz się odzywa - i nie są to uprzejmości. Rey nazywana Mary Sue gra nieświadomą dziewczynę, ale dokładnie w tych momentach kiedy trzeba - trochę przymilając się do mistrza Luke'a, a trochę osiągając komiczny efekt. Dziewczęcoś w wykonaniu Daisy Ridley jest bardzo świadoma i udaje się nawet uwiarygodnić nieco naciąganą relację z Kylo Renem. Mało tego - ich "związek" jest tak wyraźny, że jesteśmy w stanie uwierzyć w zainteresowanie Rey ciemną stroną Mocy.
Mówiąc o aktorach, nie można zapominać, że właściwie cała intryga najnowszej trylogii opiera się na roli Adama Drivera: jego Kylo Ren był oskarżany o filozofię emo, bycie antagonistą nie dorastającym do pięt Dartha Vadera. Osoby liczące na "wielkiego złego" zawiodą się także w tej części ale wolę taką "moralną ambiwalencję" która jeszcze mocniej wiąże ze sobą losy Rey i Kylo Rena. Mam nadzieję, że nie jest to tylko kwestia gołej klaty Adama Drivera, który i bez tego jest jednym z najwybitniejszych aktorów naszego pokolenia.
Rozczarowuje wątek Finna, ale poznajemy dzięki niemu kolejnego galaktycznego szaraczka - mechaniczkę Rose. Razem z wątkiem Poe pozwala nam to na rozszerzenie pewnego ludzko-taktycznego pola wielkiego gwiezdnego konfliktu.




Być może fabuła VIII epizodu nie porusza historii jakoś mocno do przodu (w tempie uciekającej fregaty Rebeliantów), ale ile tam się dzieje dla samych postaci! Pan Dem wskazuje na porażkę jako główny temat filmu, a sami bohaterowie zmagają się: z oczekiwaniami (Rey), żalem (Rose), brakiem rozwiązań (Finn), namiętnościami (Kylo), a wreszcie z własnym temperamentem jak Poe Dameron. Najlepszy i najbardziej chwacki pilot Rebelii, który w pojedynkę rozpykuje eskadry wroga musi kisić się w statku, a buzująca energia doprowadza do konfliktu z dowódcami (pardon - dowódczyniami).
Ogólnie też widzimy pewien imposybilyzm konfliktu Rebeliantów z Pierwszym Porządkiem, bo ci pierwsi są zdziesiątkowani, a drudzy pozostają z marnym przywództwem. Ale z jednej strony, pamiętamy siermiężne politykowanie w epizodach I-III; a z drugiej - reżyser odrzucając taktykę pozwala na to, aby konflikt toczył się na poziomie osobowości. To same osoby dramatu muszą znaleźć sobie wroga i zdecydować się na sposób walki (co świetnie zostało przedstawione w "sali tronowej"). Potwierdza to także ogólne skupienie na postaciach : prawdziwych, takich z krwi i kości i - co bardzo istotne - zwyczajnych z pochodzenia.



W recenzji poprzedniego epizodu pisałem o mitologii uniwersum Starłorsów - że J.J. był usprawiedliwiony w przepisywaniu fabuły Nowej Nadziei, bo przywołuje w ten sposób schemat opowieści, który stał się już klasyczny, odruchowo rozpoznawalny w kulturze przez ludzi na całym świecie. Rian Johnson budując swoją własną historię, co krok zadziwia przekorą oraz oryginalnością - i jest to najlepsza rzecz jaka mogła przytrafić się całej nowej trylogii. Na szczęście na samym końcu The Last Jedi Rian w cudowny sposób przypomina o magicznej mocy kosmicznej opowieści umieszczając jednocześnie swoją historię w baśniowym kontekście*.
Chłopiec** ze szczotką jest symbolem całej nowej trylogii: anonimowym wieśniakiem jak Rey i Finn. Ale przede wszystkim: fanem opowieści o Rycerzach Jedi używających Mocy do walki ze złem.

* Nie chciałem pisać o złych, czy bezsensownych momentach w filmie, ale tak - baśniowe przedstawienie uniwersum trochę odrywa nas od zasad prawdopodobieństwa i jest w stanie usprawiedliwić mi absurdy tego filmu.

** Dla antyfanów Disneya - czy ten chłopiec kupowałby gadżety i zabawki z kosmicznej franczyzy? Jak najbardziej. Ale nie stać go tak samo jak polskich rodziców i dobrze, że dostał od Rose ten pierścionek.