background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS

niedziela, 12 czerwca 2016

In progress

Cały czas czekam na ponaglenia w pisaniu, a tymczasem podrzucam projekty tekstów, które powinienem napisać już dawno temu. Niedługo wakacje, może się za to zabiorę, więc można głosować czym się miałbym zająć w pierwszej kolejności.

1. Relacja z Jazzu nad Odrą, a raczej - jak mówi zapowiadany tytuł - "OFF nad Odrą"
2. Birdman i Frank, czyli filmy o nowoczesnych 5 minutach sławy (+ Shakespeare).
3. Nowe płyty Julii Marcell i Marii Peszek. Tekst napisany, w lodówce Pewnego Bloga.
4. Horses Brodki skierowany do zagranicznej publiczności (oraz inspirowany Arcade Fire, o czym wiedziałem przed trackistą jej nowej płyty). Napisany i trzymany w ukryciu.
5. Deep Blue Something - Breakfast at Tiffany's - Dlaczego warto czytać Trumana Capote przy pisaniu piosenek.
6. Truman Capote i Marek Hłasko - takie same życie i śmierć.
7. Relacje z marcowych koncertów w Starym Klasztorze.
8. WROsound na Frytka OFF Festival
9. Master of None - Aziz Ansari robi Przyjaciół na poważnie
10. Odcinek ze Zmierzchem, po którym pokochałem Parks and Recreation.
11. Z serii SNL: jak Andy Samberg nauczyli Saturday Night Live robić virale.
12. Tona zapowiedzi OFFfestivalu.
13. LCD Soundsystem na Openerze
14. Wilco na Halfway Festival.
15. List miłosny do Alison Mosshart
16. Autobiografia Boba Dylana z wydawnictwa Czarne - może zdążę za jego życia.
17. Trzy nowe Mikstejpy.
18. Chłopak, dziewczyna, The Smiths i Ikea - kultowość 500 days of Summer.
19. David Gilmour na ESK.
20. Oxford Drama, mój ulubiony duet elektro.
21. Brodka - Clashes. Doświadczenie bardzo teatralne.

środa, 27 kwietnia 2016

JnO: Piano-pająk (dzień I)


Fot. Marek Maziarz

Największą gwiazdą pierwszego dnia święta muzyki improwizowanej był niewątpliwie występ Archie Shepp Quartet. Amerykański saksofonista to ulubiony jazzman Kim Gordon – liderka kultowego zespołu rockowego Sonic Youth odnalazła w jego kompozycjach awangardowe eksperymenty ponad ustalonymi gatunkami. Karierę rozpoczął od interpretacji utworów Johna Coltrane’a, z którym wydał później dwie płyty. Eksplorował afrykańskie brzmienia stając się nie tylko muzykiem, ale również swego rodzaju poetą oraz ideologiem czerpiącym z rozmaitych form sztuki.

Na scenie towarzyszył mu Piotr Wojtasik, jeden z najbardziej charyzmatycznych jazzmanów tak w Polsce, jak i na świecie - współpracował z wybitnymi muzykami światowej sceny jazzowej, jako sideman oraz lider własnych zespołów.


Gdy wszedłem na salę teatralną, od razu zobaczyłem Piotra Wojtasika wiercącego się i pokrzykującego na pion techniczny z boku sceny. Nerwowe ustalenia dźwiękowo-odsłuchowe bardzo pasowały do jego sylwetki i okazały się zaskakująco na miejscu. Sam Archie Sheep, otoczony dwoma stolikami i z równie staroświeckim kapeluszem wyglądał jak boss ciemnoskórej mafii. Dystyngowanie i z bronią ukrytą gdzieś za pazuchą błyszczącego saksofonu. W jego ekipie nie zabrakło perkusisty w czarnych okularach, który wyskoczył w pewnym momencie zza bębnów, aby zagrać dźwięki tradycyjną techniką uderzania ciała jak również ukrytego w cieniu basisty. Uderzali w klawisze ze swadą westernowych zabijaków. I wciąż nie rozumiem w jaki sposób tak bardzo szelmowskie, błyskawiczne wymiany spustów saksofonu mogło stać się udziałem człowieka, który ledwo utrzymywał mikrofon drżącymi rękami. Chyba, że chodzi o śpiewanie - gdy przyszło do zaintonowania gosplowego standardu, muzyk Archie Sheep wrócił na posterunek.


Gdy wszedłem na widownię pod koniec występu, Piotra Wojtasika jakby w ogóle nie było. Chował się gdzieś w cieniu, zgaszony dogrywał nie-swoje partie i nie wiedział gdzie się podziać. Biali nie potrafią skakać i doskakiwać do żwawych staruszków?

Nazwa Vehemence Quartet, czyli „gwałtowność”  świetnie oddaje impet z jakim młody zespół wkroczył do pierwszej ligi polskiego jazzu. Stało się to możliwe dzięki zdobyciu nagrody Grand Prix w Konkursie na Indywidualność Jazzową 51. Edycji Jazzu nad Odrą. Pozwoliło im to również na współpracę z koryfeuszami jazzu, takimi jak: Randy Brecker, Eddie Henderson, Janusz Muniak, czy Piotr Wojtasik. Pierwszego dnia wrocławskiego festiwalu wystąpili natomiast z jego dyrektorem artystycznym, Leszkiem Możdżerem.


Vehemence przypominało w swojej muzyce rzekę- z początku spokojnie, nawet nie zauważyłem jak wciągnął mnie gwałtowny wir. Zupełnie nieoczekiwanie i niebezpiecznie swoją dosłownością. Możdżer bardzo tam pasował, bo jego romantyczne pasaże są jak szmer wody błyskającej w szuwarach. Raczej zalewał go nurt obu saksofonów i dysonanse charakterystyczne dla tak młodego zespołu (można je usłyszeć w reklamie festiwalu). Trochę brakuje samodzielności poszczególnym wykonawcom, ale festiwale takie tak te na pewno pomogą odnaleźć młodym muzykom źródło ich inspiracji.


Pianista Gerald Clayton przewodził multikulturowej ekipie młodych muzyków jazzowych. W skład jego ekscytującego trio wchodzą także Harish Raghavan – basista współpracujący z Vijay Iyerem (zagra w NFMie!) oraz perkusista Henry Cole będący w awangardzie rosnącej fali innowacji w jazzie. Ich żywa muzyka zachęca do zabawy i podejmuje tak ważkie tematy jak dwoje zakochanych zmuszonych podzielić się jedną poduszką – w kompozycji „Two heads, one pillow”.


Fot. Marek Maziarz

Lider zespołu wyglądał jak pająk ze swoimi sterczącymi na wszystkie strony dredami. Z komiksową ciekawością skakał po pasażach i rejestrach. Przesuwał palce nad klawiaturą z gracją, szybkością, pewnym sprytem pajęczej sieci. Basista wyglądał w okularach dokładnie Alfred Molina, jak szwarccharakter Octopus górujący nad wszystkimi drzewiem swojego instrumentu. Perkusista grał bardzo instrumentalnie, wygrywając konkretną założoną przez siebie melodię. Gdy roztoczył swoją solówkę, nie zauważyłem nawet braku innych, tradycyjnie prowadzących instrumentów. Nie mogłem oprzeć się wrażeni, że słyszę jazz dokładnie taki jaki chciałbym grać – wtykający się w każdy zakątek melodią. Nerwowy. Może efekciarski, ale skupiony na określonych zadaniach melodycznych.


Joris Teppe Quartet z programem "Jorisaion" zakończył dzień na scenie kameralnej.
Zaczynali niepozornie, lider jak jakiś Stanisław Tym na scenie. Ale taka też ich metoda kompozycyjna – od pojedynczych rozbiegów, rozpoczynając solowymi wypadami. Nieco chaotycznie, wszystko na raz. To wszystko później szumi i pozostaje w głowie. Aż wtem - drummer! Co za chłopak z 8 dychami na karku. Pewnie, kontrasty uzupełniają się.Ten przy klawiszach nie jest typem pianisty, który widząc wpadkę wciska gaz do dechy i jedzie dalej. Cały czas bardzo świadomy co przenosi się niestety -stety na cały zespół. Ale nawet Sonic Youth w pewnym sensie musiało się ogarniać. Końcówka – cholera, oni tańczą! John, I’m only dancing!  Pomimo zmęczenia i naturalnej chęci snu, porywające kwinty są jednak najlepszym fragmentem muzyki jaki można usłyszeć o 1 w nocy.

wtorek, 26 kwietnia 2016

ENL: Wieczór dziesięciu Szekspirów



Europejską Noc Literatury rozpocząłem od fragmentu mojego ulubionego dramatu Szkspira - Makbeta. Jeśli chodzi o czytania, trudno znaleźć bardziej charakterystyczny głos niż ten Janusza Chabiora. W swojej interpretacji aktor poszedł jednak trochę w poprzek swojego fizys; jego Makbet by wątpiący, wyciszony i rozchwiany emocjonalnie. Chociaż moja interpretacja w Grupie Pod Wiszącym Kotem była o wiele bardziej płaczliwa, to pozostał pewien niedosyt, temperatura czytania wstrząsających relacji morderstwa była zaledwie letnia. Maria Pakulnis również nie postawiła męża do pionu, ale to pewnie wina trzymającej za gardło narracji House of Cards -  lady Makbet już zawsze będzie miała dla mnie twarz Robin Wright.

Olga Bołądź doskonale zabawiła się formą komediową Szekspira wykorzystując wszystkie formy tak otwartego gatunku. Najpierw, w formie -meta przytoczyła list czytany w samym dramacie, później z urokiem zaigrała stereotypem dziewczęcości, aby wreszcie skontrastować postaci Julii oraz jej piastunki. Starcie nastoletniego podlotka z doświadczoną życiem kobietą zostało rozegrane doskonale komicznie i z dużym wyczuciem nie tylko motywacji bohaterek - gra pauzą na scenie ma naprawdę ogromne znaczenie.

Najwybitniejszym aktorem wieczoru był z pewnością Mariusz Bonaszewski. Nie ma go w telewizji, bo to prawdziwe zwierzę sceniczne. Perfekcyjnie dobrał fragmenty do formuły spotkania - jeśli czytanie, to operował przede wszystkim głosem. Początkowy, bardzo wyrazisty Hamlet mógł wydać się przez chwilę skrzeczeniem na granicy parodii, ale przecież "w tym szaleństwie jest metoda" -książę Danii jest tylko nieznośnym dzieciakiem, u którego próżno szukać teatralnej powagi. Natężenie wysokich emocji przekazało w końcu cierpienie młodego chłopaka jeszcze nie rozumiejącego polityki i spalającego się w złości. Następnie Bonaszewski zmienił tonację, aby mówiąc o aktorach, wlewać do ucha Otella wątpliwości względem małżonki; i znowu złowieszcze języki celnie oddały dwulicowość Iagona.  Ale majstersztykiem okazał się głos "małego Tomka" - oszalałego i wołającego na burzy Edgara, wiernego sługi Króla Leara. Z trudem dogrzebaliśmy się do właściwego aktora dramatu, trzeba było domyślać się władczej natury upadłego możnowładcy, który brzmiał jak pierwszy lepszy głupek. Przez głos właśnie - pozbawiony pozbawiony posłuchu, władczości i w całkowitym, świadomym braku mocy. Tak genialne wykonania Szekspira można by oglądać na deskach każdego teatru świata, Mariusz Bonaszewski dał występ aktorsko kompletny.

Wybitny aktor Teatru Narodowego  miał swoje czytanie w klubie ukraińskim, w tle mając jaskrawe malowidło wielkiej, gołej baby. Wspaniałe miejsce, przypominające o największej być może zalecie Europejskiej Nocy Literatury - ciekawych lokalizacjach dla literatury. Wrocław ma bardzo dużo do zaoferowania i niespodzianki kulturalne kryją się za każdym rogiem.

Bardzo się cieszę, że organizatorzy potrzymali tez tradycję zapraszania nie najbardziej znanych z telewizji aktorów - przykładem pan Bonaszewski, czy do granic urocza Anna Radwan. Która sama jedna musiała uporać się ze "sceną czwórkową" ze Snu Nocy Letniej. Trzeba przyznać, że narzuciła sobie bardzo mocne tempo, opanowała jednak najbardziej zaawansowane konstelacje językowe z tanecznym wdziękiem baletnicy. Ping-pong słowny nie został wymyślony przez amerykańskich scenarzystów, ale Williama Szekspira. Tak wiele emocji, postaci, wyższych i niższych postaw na przestrzeni zaledwie jednej sceny - pani Radwan cudownie nam o tym przypomniała rzucając w nas całym rozkosznym zamętem komediowych umizgów.

Innym aktorem teatralnym, który błyszczał w czasie Nocy Literatury był Cezary Łukaszewicz. W telewizji występował tylko w Paradoksie (dość mocno udany polski serial kryminalny), ale całkowicie ukradł całą scenę balową w Dziadach Trzecich (Teatru Polskiego). Zaproszenie do czytania mniej doświadczonego przez los aktora okazało się idealnym wyborem w kwestiach niestrudzonego złośnika Iagona. Knuł całym sobą, dynamicznie okręcając sobie wokół palca Otella, urywając wątek na tych najbardziej znaczących momentach. Krzepkość wypowiadanych słów właściwa dla młodego mężczyzny mogła wydawać się szczerością, jednocześnie ukazując palący się ogień zazdrości o pozycję wodza. Wyraźnie przygarbionego, w mgnieniu oka przeobrażającego się w zwalistego odmieńca, jakim miał się zobaczyć. Bardzo dobry, z pozoru niezauważalnie różnorodny
występ.

Magdalena Cielecka jest gwiazdą na zupełnie odmiennym poziomie, księżna na swych włościach. Błyskawicznie podporządkowała sobie publiczność zgromadzoną w Kościele Marii Magdaleny, jak również samego Szekspira - w nadprzyrodzony sposób kazała napisać dla siebie oddzielny traktat poetycki zawarty w Hamlecie. Tak bardzo zabrała ten tekst dla siebie; opowieść trupy teatralnej o królewskiej wdowie pokazała wszystkie poziomy grania mistrza ze Stratfordu. Aktorka grająca aktora, niegodziwość odbijająca się w idealnym wzorze, wydarzenia historyczne rezonujące z aktualną polityką i sprawy królestwa przechodzące w uniwersalne opowieści o wierności sobie.

czwartek, 24 marca 2016

SP 7": Rymy w ciemno




Morfina to książka, która została skonstruowana na bycie bestsellerem. Jej autor, Szczepan Twardoch z finezją godną swojej garderoby dobrał do fabuły wszystkie najmodniejsze elementy romantycznego dwudziestolecia międzywojennego. Jest dostojna stolica jako "Paryż Wschodu", piękni panie i panowie, eleganckie bale, narkotyki, wedlowskie kamienice, nierządnica Witkacego i zaloty Iwaszkiewicza. Retro rekwizyty są fetyszyzowane tak bezwstydnie jak, nie przymierzając, w serialach HBO, ale stylizacja działa wspaniale, bo jest uzasadniona - przed Powstaniem i martyrologią Warszawa była naprawdę modną miejscówką. Można być złośliwym, że Twardoch chce być fajny do przesady, ale z prawdziwą niecierpliwością czekałem na tak fajną powieść po polsku.




Piosenkę w całości po polsku bez kompleksów prezentuje Piotr Zioła. Zamiast żerować na komputerowych modach zza granicy sięga po gitarowe brzmienia Polskiej Sceny Vintage (chociaż jak się dowiedziałem od admina strony, to porównanie jest  nieco Na Wyrost). Najbardziej istotne jest jednak fakt, że ta sama piosenka napisana w innym języku brzmiałaby zupełnie inaczej. Refren połączony jest ze zwrotką nie tylko melodią, ale przede wszystkim rymem sąsiadującym "klękną - w ciemno". Nie jest to najbardziej oczywiste rozwiązanie, ale po zwrotce rymującej się naprzemiennie A-B-A-B podświadomie oczekujemy na kolejny rym w przejściu do refrenu. Melodia nagle się urywa i zupełnie naturalnie wjeżdżamy z nowym akordem, a pasujące rytmicznie słowa tylko dodają impetu melodii. Żeby było jeszcze śmieszniej, nie jestem pewny, czy mogę pisać o "rymowaniu" bo słowa łączą się ze sobą nie tymi samymi sylabami, ale czystym brzmieniem, kształtem słyszanych wyrazów. Takie naginanie zasad filologii w służbie muzyki jest dla mnie istotą układania tekstów piosenek; mają być lepsze na scenie niż na papierze.

Kiedy dowiedziałem się, że autorem słów do singla Piotra Zioły jest Radek Łukasiewicz (znany z zespołu Pustki), wszystko ułożyło się w jedną, doskonałą całość, bo nie tylko wers "kiedy gwiazdy zbledną" przypomina jego najbardziej osobistą balladę. Metoda twórcza autora "wyszukiwać wyrazów jednosylabowych, które nie będą takimi wyświechtanymi słówkami" ujawnia też swoisty tryptyk songwriterski Po omacku - O krok - W ciemno. I nawet na albumie Piotra Zioły znajdzie się napisany przez Kamila Durskiego (z formacji Lilly Hates Roses) tekst o tytule ostatniej płyty Pustek - Safari. Po Grandzie Brodki i Rojkowych Syrenach (gdzie Radek Łukasiewicz równie nowatorsko ingerował w melodię refrenu samymi słowami) wpływ najlepszego obecnie autora tekstów w Polsce jest coraz większy.

Wracając do modnego męskiego bohatera wspomnianej Morfiny, trzeba zauważyć że Piotr Zioła zapełnia inną niszę na polskim rynku muzycznym. Tradycyjnie zdominowanym przez postaci kobiece, bo wizerunki Organka i Krzysia Zalewskiego dopiero się kształtują, a Skubas z Kortezem to klasyczni (czy raczej "akustyczni") bardowie. Z kolei Dawid Podsiadło jest tak bardzo świadomy swojej nie-fajności, że bardzo ciekawie igra już z figurą wrażliwego chłopaka ze Śląska - jego autoparodia na roaście Kuby Wojewódzkiego mogłaby się pojawić w polskim Saturday Night Live (serio, szacun). Piotr Zioła od początku stylizowany jest na młodego Marka Hłaskę, co tylko potwierdza wystudiowana estetyka teledysku do W ciemno.  Piękna dziewczyna w satynowej sukience, nonszalanckie śniadanie z symetrycznymi tostami, a znalazł się nawet zapalony papieros - niezdrowy przeżytek z zupełnie innych czasów. Może dlatego rytm buja tak bardzo, a całość piosenki muzycznie nawiązuje do innego Heartbreakera - Hamiltona Leithausera śpiewającego o swojej Aleksandrze.




Staranność promocji i kreacji młodego piosenkarza nie może dziwić, gdy zauważymy, że stoi za nią duża wytwórnia płytowa. Ale nie mam zamiaru narzekać na Warner Music Poland (hej, kiedyś taki Universal wydał nawet Afro Kolektyw!). Należy docenić zebranie gwiazdozbioru polskiego pióra - tekst Podobnego, poprzedniego singla Zioły napisała Gaba Kulka, jest wspomniany Kamil Durski i Jego Wysokość Radek Łukasiewicz. Podobnie bez precedensu jest sytuacja, w której wykonawca może sobie pozwolić a wymianę producenta płyty - może zbyt uznanego Marcina Borsa zastąpił Jurek Zagórski, współtwórca Prądu Natalii Przybysz. Gitarowy brud i szczypta brzmienia vintage wyszła piosenkom tylko na dobre dodając dyskretny sznyt minionych dancingów. Najbardziej w tej sytuacji cieszy jednak co innego -  że ktoś wreszcie chce wylansować modę na polskie retro. 

poniedziałek, 14 marca 2016

Frankly, my dear


Carol (2016)
reż. Todd Haynes



Film Carol podąża tym samym fabularnym tropem co inna historia miłosna z imieniem w tytule - Lolita napisana przez Vladimira Nabokova. Starsza osoba uwodzi bardzo młodą dziewczynę, która zaskakująco chętnie odwzajemnia zainteresowanie i w końcu sama przejmuje inicjatywę. Oboje wędrują po Ameryce, kupują magazyny, zatrzymują się w tanich motelach; tak naprawdę uciekając przed skandalem moralnym. Sekretem filmu Todda Haynesa, przenoszącym opowieść na szlachetniejszy uczuciowo poziom jest piękna Rooney Mara. Nie może być mowy o wykorzystaniu nieletniej przez Humberta, bo Therese (znowu wszystko obraca się wokół imienia) jest zawsze świadoma toczącej się sytuacji. A nawet jeśli nie jest świadoma swoich potrzeb, to walczy o zrozumienie z zachwycającą ciekawością.



Śmiały rozsądek Mary w pewnym sensie ratuje cały film przed osunięciem się niemal w pornograficzne rejony; relacja Carol i Therese wciąż musi być podkreślana przyciężkimi zalotami. Nie pomagają w tym manieryzmy Cate Blanchett, doskonale sparodiowane przez Kate McKinnon (już za chwilę następną wielką gwiazdę z Saturday Night Live). Oczywiście Australijka jest jedną z najwspanialszych aktorek, jak mógłbym krytykować kogoś kto tak prawdziwie pocił się u Woody'ego Allena, ale przez większość czasu filmu Carol przypomina femme fatale Mrs. Robinson z Absolwenta. Inna sprawa, że zupełnie ignorowałem momenty, w których na ekranie nie było Rooney Mary, więc mógł umknąć mi obyczajowy wymiar walki o dziecko Carol w patriarchalnych latach 50-tych.

Formuła filmu kostiumowego zaznacza się wyraźnie w stylistyce epoki i strojach bohaterek. Od figlarnej czapki mikołajowej, przez skrzaci płaszczyk Therese do dzielonych przez bohaterki kosmetyków i wymiennie noszone wzory tkanin. Młoda adeptka fotografii i jazzu nie jest hipsterką, ale poszukiwaczką nowych możliwości, czegoś więcej przeznaczonego dla tak inteligentnej dziewczyny. Z kolei kunsztowna kompozycja kadrów nie może nawiązywać tylko do obrazów Edwarda Coopera. Operator skupia się na postaciach ukazanych na cały ekranie, trochę wyżej niż w planie amerykańskim, co tylko uwydatnia piękno aktorek. Podobnie scenariusz stara się być tylko historią miłosną, ale temat homoseksualizmu ujawnia jeszcze więcej czułości i generuje u widza jeszcze więcej potrzebnej empatii.



Jeden z bocznych bohaterów Carol zapisuje dialogi w filmach, aby przewidywać z nich relacje między postaciami. Steve Carell w rozmowie z Rooney Marą zwierzył się, że odczytywał uczucia z wyrazu jej twarzy (nie jestem więc osamotniony w zachwycie). Mruga na świat z dziecięcym zachwytem, przygryza sylaby ciekawskim akcentem i przeżywa swoją pierwszą, dziwną miłość. Jak sama mówi, jej uwielbienie dla Carol było autentyczne, bo sama Rooney darzy czcią oscarowo posągową Cate Blanchett. Można się tylko zastanawiać dlaczego Nagrodę Akademii za rolę drugoplanową dostała nominowana razem z Rooney Alicia Vikander, równie drobniutka i śliczna pani. I cóż, że dziewczę ze Szwecji jest chyba bardziej approachable; przy Rooney Mara jesteśmy jak Joaquin Phoenix (inna zagadka Hollywood) w Her - niepewni jak też ona wyrosła. Nawet nie staram się myśleć jak mogła zagrać brutalną hakerkę z brudnym piercingiem, tytułową Dziewczynę z tatuażem, ale wystarczy jedna kwestia Przeminęło z wiatrem, aby zobaczyć siłę tej aktorki. "Frankly my dear, I don't give a damn". W tym zdaniu jest wszystko - zimno, zdecydowanie, wyraźna podmiotowość i kobiecość, na którą wreszcie mogą sobie pozwolić tak kruche i uważane za urocze istoty.

PS. Dziękuję Dżej za taki ładny prezent urodzinowy.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Theme of Rome




Mimo upływu lat Ennio Morricone pozostaje jedną z najważniejszych postaci w muzyce rozrywkowej. Dość powiedzieć, że współtworzona przez niego stylistyka spaghetti westernu doczekała się reinterpretacji już następnego pokolenia filmowców w postaci na wskroś klasycznego The Hateful Eight Quentina Tarantino.  Pan Morricone dostał już za ten motyw Złotego Globa i jest faworytem do kolejnego Oscara. Nawet większym dowodem współczesnej istotności maestro są piosenki inspirowane jego pracami.





Największym fanem Ennio jest teraz Brian Burton znany jako Danger Mouse. Jeszcze zanim potwierdził gwiazdorską pozycję wyprodukowaniem ostatniej płyty U2, razem z Daniele Luppim stworzył cały album inspirowany soundtrackami do spaghetti westernów. Rome jest swego rodzaju fan-fiction, czego dowodem jest The Rose with a broken neck; przepisanie motywu filmowego na piosenkę ze słowami Jacka White'a. Wyszło to wyśmienicie, niezwykle wysmakowane brzmienie przywołuje ponadczasową elegancję zakurzonych szlagierów.




Pisanie o Crazy wydaje się być trochę bezcelowe - tak bardzo oczywisty jest to przebój. Także stworzony przez Danger Mouse'a (1/2 duetu Gnarls Barkley); równie mocno inspirowany piosenkami Ennio Morricone. Może to właśnie smyczkowe krajobrazy stanowią tak idealną równowagę dla hip-hopowego urban beatu. Razem z bohaterskim zaśpiewem Cee Lo Greena przenoszą nas na wyższy, spektakularny poziom, niedostępny dla zwykłych radiowych hitów. Z kolei neurotyczny tekst przywołuje wojnę nerwów w pojedynku rewolwerowców trzymających się na oku z dłonią na broni gotowej do wystrzału. Hołd dla klasyki, ale nawet bardziej zabawa symbolami popkultury.





Zmagania z materią piosenkową samego Ennio Morricone obrazuje Here's to you skomponowane przez niego do filmu  Sacco e Vanzetti. Nieprzypadkowo śpiewa ją przyjaciółka Boba Dylana, Joan Baez; forma piosenki folkowej pozwala zachować odpowiedni poziom patosu, podczas gdy szybkie zmiany akordów wybijają dynamiczny charakter soundtrackowych melodii maestro Morricone. Ballada stała się wielki przebojem w całej Europie, a kilkadziesiąt lat później w Podwodnym życiu ze Stephenem Zissou wykorzystał ją Wes Anderson, co automatycznie przenosi ją do naszych hip czasów.

sobota, 20 lutego 2016

Good night, and good luck


Spotlight (2016)
reż. Tom McCarthy


Od ambitnego kina zawsze oczekuje się "czegoś więcej". Czegoś więcej niż tylko odegranie roli, czegoś więcej niż schematyczne przedstawienie fabuły, a wreszcie czegoś więcej niż prosty happy end. Te same mieszane uczucia co do szczęśliwego zakończenia miałem po obejrzeniu nominowanych do Oscara filmów The Big Short (o którym pisałem tutaj) i Spotlight*. W obu przypadkach wielomiesięczne śledztwo głównych bohaterów kończy się sukcesem, ich demaskatorska praca zostaje nagrodzona, a widz może pękać z dumy, bo kibicował najlepszym zawodnikom. Trudno jednak cieszyć się z rezultatów, bo na jaw wychodzą ogromne nieprawidłowości, same złe rzeczy: odpowiednio kryzys finansowy i molestowanie dzieci przez księży z Bostonu. Uświadamiamy sobie, że to dopiero początek wielkich problemów, które prędzej czy później będą musiały nas obchodzić. Po otwarciu skrzynki Pandory nie ma co liczyć na katharsis.




Używając zawartej w filmie analogii edytorskiej, Spotlight to Wielki Szort pozbawiony przymiotników. Tam gdzie film Adama McKeya (byłego head writera SNL) tłumaczył skomplikowane mechanizmy rynkowe celebryckimi wstawkami, tam Spotlight stawia na żmudną dziennikarską robotę. Poszukiwanie kolejnych świadków, wertowanie źródeł w bibliotece, kserowanie sążnistych dokumentów. Jak napisał w Dwutygodniku Darek Arest:  "Estetycznie rzecz biorąc, bohaterowie McCarthy'ego są tak bardzo uncool, jak tylko może być facet noszący komórkę w kaburze przytroczonej do paska spodni, siedzący przy biurku z nosem w rocznikach parafialnych, próbujący wyżebrać u niechętnego świadka chwilę rozmowy". Bardzo kompetentna i dziennikarsko essential jest zwłaszcza wspaniała obsada - nie ma ról pierwszoplanowych, nikt nie wyrywa się do przodu, a Mark Ruffalo wybucha dopiero na końcu rozładowując niezgodę na zło narastające także wśród widzów. Chciałbym napisać coś więcej, ale pomimo mnogości wątków i postaci fabula jest konsekwentnie liniowa, omijająca skandale i tabloidowe wybuchy emocji; idąc za przykładem reporterów Boston Globe skupiają się na przedstawieniu większego systemu, jednej strasznej historii wieloletniego tuszowania pedofilii.

Kto wie, być może szczęśliwe zakończenia powinny być zarezerwowane tylko dla serii przygodowych i komedii romantycznych? Łatwo zaakceptować szczęście jednej, czy dwóch osób, ale większa skala niesie za sobą coraz większe wątpliwości. Świat jest bardziej skomplikowany i nie da się go zamknąć w refrenie "żyli długo i szczęśliwie". Dlatego właśnie Spotlight jest pozbawiony happy endu - opowiada o całej społeczności Bostonu, która latami odwracała głowę od problemu. Na szczęście jest ktoś, kto uratuje miasto.

Zabawne, że jedynymi momentami, kiedy postaci filmu McCarthy'ego są odrobinę mniej nudne i poważne są chwile odwoływania się do swojej tytułowej grupy reporterskiej. "Hej to zadanie dla Spotlight!" całkiem nieźle sprawdziłoby się jako zawołanie komiksowej drużyny superbohaterów. Jest to o tyle ważne, że nie oznacza chęci przygody, ale jest dowodem odpowiedzialności reportera. Coraz częściej zapominanej świadomości tego jak ważna jest praca dziennikarza.


*Nie oglądałem jeszcze Zjawy, ale tam też pewnie powtórzy się podobny schemat - Leo dokona swojej zemsty/zdobędzie Oscara, ale zmieniając się w zwierzę/po latach rozczarowań.