background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS

wtorek, 23 sierpnia 2011

It's such a heavenly way to die

Myślę, ze The Smiths to ojcowie hipsterskiego indie. Byli tak alternatywni, że aż smutni. W czasach pamiętających chwałę punku i glam rocka wprowadzili zupełnie nową jakość maniakalno-depresyjną. Odzwierciedlali sposób myślenia całej Wielkiej młodej Brytanii zapisując się w poppkulturze jako jeden z najbardziej wpływowych i ważnych zespołów. Morrissey i Johnny Marr stali się jednym z tych legendarnych duetów songwriterskich obok Lennon/MacCartney np. Mieszanka była idealna - Mozz pisał kultowo płaczące teksty z odniesieniami do literatury, a Marr swoją oszczędnością był najlepszym kompozytorem na Wyspach (oprócz U2, rzecz jasna; podobno w tamtym czasie ze sobą rywalizowali, ciekawe).  Wprawia mnie w zdumienie, jak mało osób ich zna, uważam wręcz, że to skandaliczne.  Praktycznie stworzyli brzmienie obecnej angielskiej muzyki (britpop!), a jego cudownie ekscentryczny sposób bycia wywołał kulturalną burzę. Moje ulubione odniesienia do twórczości The Smiths :
  • polksi zespół Muchy. W całości. Michał Wiraszko jest podobno fanatykiem Morrisseya, a duet kompozytorski z Piotrem Maciejewskim utrzymywał idealne proporcje wyznaczone przez Mozza i Marra.
  • w jednej z lepszych piosenek Afro Kolektywu Mężczyźni są odrażająco brudni i źli Afrojax cytuje I Want The One I Can't Have 
  • bardziej presiżowe covery The Smiths to te wykonywane przez Radiohead, Noela Gallaghera czy Arcade Fire. 
  • wielki Blur zostało założone, gdy cztery chłopacy obejrzeli koncert Kowalskich, a na płycie z 1995 roku mają piosenkę Charmless Man
  • Morrissey do tej pory jest guru, szaleje, egocentryzuje i przesadnie propaguje wegetarianizm, a na ostatnim Glastonbury wystąpił nawet na Pyramid Stage.
  • Marr grał później w Modest Mouse mając wpływ na całą nieżalową Amerykę i nie tylko i grał na soundtracku do Incepcji
  • sposób w jaki Zoeey Deschanel mówi, że kocha The Smiths I sobie podśpiewuje. Dajcie mi chwilę...



Bo tak się składa, że dawno, dawno kiedyś były jeszcze czasy, gdy tagiem indie nie oznaczało się wszystkiego.Zapomnijcie o Strołksach, Franciszkach Ferdynandach czy innych Małpkach. Zestaw szesnastkowa gitara + daneczny bas + beztroskie bębnienie jest tak świetny, że tej całej New Rock Revolution XXI wystarczyło tylko dać elektronikę jakąś i supermodny outfit. Partia gitary jest kluczowa dla całego indie rocka, te pojedyncze wysokie dźwięki co chwila zmieniające się oktawy, ale i tak cały czas goniące pulsujący bas. The Edge też już grał w ten sposób, ale dopiero the Smiths wprowadzili tą bezczelną taneczność i radosny styl. Natchniony Morrissey już w swoim pierwszym tanecznym przeboju macha warzywem i samym tekstem jako working class hero bije się o miejsce na popowym szczycie.




Film Closer z 2004 roku. Na podstawie sztuki teatralnej. Występują Natalie Portman i Clive Owen. (There's a club, if you'd like to goScena w klubie ze striptizem. Jaskrawe kolory, światła, tłum ludzi, ogłuszająca muzyka. Prywatna sala. Po perwersyjnej zabawie on zaczyna się zwierzać. Chce prawdy. Jest zrozpaczony, bo ukochana odeszła z Jej chłopakiem. Ona dalej utrzymuje zimną krew, nieczułą maskę. Po gwałtownym Prodigy gdzieś tam przytłumione dochodzą lodowate dźwięki wibrującej gitary. On zaczyna płakać i rozpaczać coraz bardziej rozpaczliwie prosząc o współczucie i dowód. Kawałek Jej prawdy.
When you say it's gonna happen now, Well, when exactly do you mean?
I am Human And I need to be loved. Just like everybody else does.









And if a double-decker bus crashes into us
To die by your side - Is such a heavenly way to die
And if a ten-ton truck. Kills the both of us
To die by your side - Well, the pleasure - the privilege is mine


Najsłynniejsza i najważniejsza piosenka Kowalskich i jednocześnie najwybitniejszy "samochodowy utwór" ever (lepszy niż Drive my car Beatlesów, a Built to spill już się musiało inspirować). Jestem pewien, że ten refren, te słowa pozwoliły na bezczelne smęcenie w mainstreamie. Bez tego sposobu myślenia nie byłoby Damona Albarna, pomyślcie. Jedno z najbardziej totalnych wyznań w kulturze w ogóle. To mógł napisać tylko człowiek beznadziejnie w miłości, tak bardzo, ze wszystko inne go nie interesuje.
Jeśli rozjedzie nas dziesięciotonowa ciężarówka/ to cała przyjemność będzie po mojej stronie. miłość = śmierć , klasyczny przypadek.
Najlepsze jednak jest to, że nie są to typowe smęty, to jest cały czas wydaje się muzycznie wesołą popołudniową pioseneczką. Niesamowity klimat perspektywy zakochanego podmiotu lirycznego objawia się w filmowej sekcji smyczkowej. I w samym Morrisseyu, który śpiewa o tym wszystkim z totalną beztroską.





To jest dla mnie podwójnie osobiste, bo faktycznie pewnej nocy ta piosenka otworzyła me oczy. Brutalne otrzeźwienie, tak bardzo smutne, że prowadzące do depresji (Moza, żeby nie było). Niesamowity klimat pełen dramatycznej ostateczności.And I'm not happy and I'm not sad. Scena mogłaby się dziać nad jakimiś torami z przejeżdżającym pociągiem. Potwornie niedoceniana sekcja rytmiczna zespołu bezbłędnie generuje ten cały duszny klimat. Nie ma już tutaj przewrotności z Piosenki z autem, a Morrissey sennie dryfuje swoją manierą wokalną po całych taktach. Poraża łatwość i stanowczość z jaką Johnny Marr przerywa te beznadziejne żale wyrywając z otępienia swoją gitarą. "Przestańcie klaskać, chcę umrzeć nieszczęśliwy" - mawia ze sceny Morrissey. Znaczące.




Kołysanka. Albo może modlitwa. Proźba. Błaganie. Senne marzenie. Bujamy się.
A Marr jak zwykle pojawia się po coś. Z maestrią łączenia czterech dźwięków obnaża słabość takiego instrumentu jak "skrzypce". A ta solówka na końcu jest w ogóle dosłownie tym zaśnięciem się. Nie wiem co na to osoby bardziej jarające się Loveless niż ja, ale jestem zdania, że właśnie wtedy wynaleziono gatunek zwany "shoegaze" (nie mówiąc o tym, że The Edge wyrwał sobie wszystkie włosy z głowy i do dzisiaj zazdrości mu znalezienia tego obłędnego efektu gitarowego, który teraz jacyś śmieszni Editorsi grają w zmierzchu).

No no, dobranoc.

PS. Special detikation goes to Maraska, którą uroczyście witamy na tej niezwykle-hiper prestiżowej Prawej Stronie (rubryczka Też ich znam) za olanie przeze mnie i że MUSIAŁEM to skończyć.

1 komentarz: