"Slightly excruciating" tak występ Coldplay na Super Bowl opisał John Olivier w programie Late Night with Seth Meyers. Angielski zespół już wcześniej zebrał dużo lekceważących komentarzy "according to internet" ale co innego jeśli mówi to najbardziej wpływowy Brytyjczyk w Stanach Zjednoczonych. (Olivier prowadzi na HBO przez wielu uważany za rewolucyjny program Last week tonight). Właściwie cały wywiad żartują sobie w wyszukany sposób na temat Zimnogrających mówiąc min. o opuszczaniu sceny przez "headlinerów" czy parodiując przepychanie się Chrisa Martina do pierwszych rzędów. "Let me save you from yourself - you can't close Super Bowl on Yellow (you can close with Clocks, but let Bruno spice it up for little bit)". Całość jest h i l a r i o u s i można ją zobaczyć tutaj.
Trudno o bardziej definiujący Codplay występ niż ten na Halftime Superbowl. Chcieli być fajni, a wszyscy i tak mówią o Beyonce, która zjadła ich na śniadanie. Ten sam brak pewności siebie i chłopięcy entuzjazm, dzięki któremu pokochaliśmy Chrisa Martina sprawił, że oddali swój występ walkowerem dobrowolnie ukrywając się za plecami Prawdziwych Amerykańskich Gwiazd. Dosłownie - aż połowę z 12 minut zabrali im Queen B. i Bruno Mars powtarzający swój show z zeszłego roku. I chociaż muzycznie Coldplay wyszli na tle ich playbacku całkiem fajnie, całą konstrukcją występu przypominając o radości wspólnego muzykowania, to w taki sposób można zostać tylko memem - co przewidziała zresztą córka Chrisa i Gwyneth Paltrow.
Pewnie, można narzekać na dobór piosenek: Paradise jest najsłabszym singlem Coldplay o czym pisałam zaraz po jego wydaniu, a najnowszy jakby nie patrzeć singiel z featuringiem Beyonce mógł może być zabroniony przez frazy o "get high" (chociaż do Jima Morrisona im bardzo daleko).
Tak czy inaczej Coldplay był skazany na niepowodzenie; jeśli chcesz podbić Amerykę, musisz zrobić to jak Bono - podczas Super Bowl w 2002 roku niski Irlandczyk wspominał ofiary ataku na World Trace Center skoczną piosenką po czym zuchwałym gestem pokazał amerykańską flagę wszytą w klapę jego rockendrollowej kurtki.
We wczorajszych zamachach we Francji zginęło 130 osób, kolejne setki zostało rannych. Kilka ataków, min. przy stadionie Stadt de France w czasie meczu towarzyskiego piłki nożnej, strzały do klientów restauracji i klubów, a przede wszystkim przetrzymywanie publiczności w klubie Bartaclan na koncercie Eagles of Death Metal, zespołu Josha Homme'a (który nie brał udziału w trasie europejskiej). Prawdopodobnie największy atak terrorystyczny w Europie po 1945 roku. Być może nie pod względem liczby zabitych, ale przerażającego, starannie zaplanowanego ataku. Ten horror trwał na ulicach Paryża przez kilka godzin, celem były najzwyklejsze miejsca rozrywki, a ofiarami całkowicie niewinni ludzie.
Dzisiaj wszyscy jesteśmy Paryżanami.
Tak ładnie to brzmi, ale to dla mnie to jak najbardziej konkretna sytuacja. Dzisiaj U2 miało grać tam swój koncert, trzeci z kolei. Być może gdyby nie zaplanowana na dzisiaj transmisja w HBO zagraliby tam wczoraj. Takie zbiorowisko ludzi mogłoby być kolejnym celem ataków terrorystów. Mogli być tam moi znajomi z u2forums, którzy jeżdżą na koncerty. Albo nawet ja sam mógłbym sobie zrobić zagraniczną wycieczkę, bo byłem przecież na koncercie w Berlinie. Przy okazji U2 mógłbym chcieć zobaczyć wreszcie Paryż. A będąc już tam, przy okazji mógłbym zobaczyć tego typa z Queens of the Stone Age, bo nie byłem na Openerze jak byli headlinerem. Bo dlaczego nie, wszędzie blisko, tanio, możemy się dogadać i mamy znajomych w całej Europie.
W obliczu tak wielkiej tragedii piszę o muzyce, bo właśnie w ten sposób mógłbym być jednym z nich. Zresztą wspominałem już, że w dziedzinie rasizmu najbardziej zapamiętam historię lidera The Roots, Questlove'a, któremu nielubiący czarnoskórych gliniarze zabrali nie tylko godność, ale muzykę właśnie U2. Piszę o tym, co sam mogę pojąć, bo słuchając tej samej muzyki mamy ten sam światopogląd, wrażliwość - czujemy to samo stając się faktycznie tymi samymi ludźmi. Naprawdę moglibyśmy być na tym samym tragicznym koncercie.
And you become a monster, so the monster will not break you
Piszę o muzyce, bo nie znam się na polityce. Patrząc na niektórzy komentarze nie chcę nic o niej słyszeć. Być może też coś słyszałem o sytuacji międzynarodowej, mam swoje poglądy, ale nie na tyle, żeby tak łatwo wysuwać je w takiej sytuacji. Ja wiem, że hasztagi, profilówki, moje sentymentalne teksty i linki do Jutu to za mało i trzeba wymyślić rozwiązanie dla całej Europy, ale nie mogę znieść jak niektórzy aż palą się do wywołania III wojny światowej. W sensie argumenty typu "idioci bawicie się w fejsbuki, a trzeba było wypierdolić tych muzłumanów, sami sobie jesteście winni" są obrzydliwe. Nie dzisiaj, dzisiaj chcę się tylko solidaryzować. Miałem z tym problem przy dizajnerskim haśle "Je suis Charlie" jak mówili, ze śmianie się z innych religii jest super, jest najlepsze i w ogóle meega esencja "wolności". Ale dzisiaj to są tylko i aż zwykli niewinni ludzie, którzy chcieli spędzić miło wieczór.
Głównym celem tych ataków jest oczywiście wywołanie strachu. Dlatego wybrali ludzi korzystających z typowo zachodniej głupiutkiej rozrywki - oglądających mecz, słuchających muzyki, jedzących kolację w restauracji i tańczących w klubach. Żadne deklaracje ideowe, czysty lifestyle. Typowy piąteczek, kolejna beztroska imprezka. To nas łączy, każdy to robi, każdy lubi Paryż i chętnie spędziłby tam wieczór.
Więc tak, udało im się nas wystraszyć, strach będzie wszędzie, tam gdzie się go najmniej spodziewamy, nawet w chwilach prostej radości. Ale wolę myśleć o tym w inny sposób - jeśli mógłby to być każdy z nas, bardzo łatwo możemy się więc utożsamić z ofiarami. To nasza szansa.
Strach jest zły, ale współczucie jest dobre.
U2 - Achtung Baby (1991) druga strona fot: Anton Corbijn
Chasing the ghosts of our heroesLou Reed, David Bowie, Iggy, Wim Wenders, RilkeTo change location rather than change yourselfTo ask for directions rather than ask for helpTo remain always a true fan
Najlepsze w tej piosence jest to, że Bono w ogóle nie ogarnia tego całego Berlina.
Tak jak ja nie będę jutro ogarniać przed koncertem U2.
Coś tam cedzi, coś bredzi wtykając najbardziej fajne nazwiska, bo przecież Berlin jest najbardziej kolorowym i szalonym miastem Europy. Jeśli stary kontynent to Zooropa, to jego kulturalna stolica powinna nazywać się... Coolopa? Brzmi głupio, ale co ja mogę o tym wiedzieć, skoro nigdy tam jeszcze nie byłem?
Jeśli grasz w Nowym Jorku 8 kolejnych koncertów, musisz przygotować jakieś niespodzianki. Podczas trzeciego wstępu U2 w Madison Square Garden Bono wyciągnął z publiczności gościa z tabliczką "Singer with a broken finger" aby, podobnie jak to zdarzało się już wcześniej, wykonać z fanem piosenkę. Zaproszonym na scenę szczęśliwcem okazał się Jimmy Fallon - host of the Tonight Show i ulubieniec telewizyjnej Ameryki, który zaśpiewał z zespołem Desire. Było oczywiście hilarious, Fallon w swoim stylu skakał po scenie tak bardzo, że zepsuł Bonowi okulary i prawie zaliczył kolejną kontuzję. Jakby jeszcze tego było mało, na scenę triumfalnie wkroczyli przyjaciele Jimmiego z programu - zespół The Roots, którego sekcja dęta przywołała w Angel of Harlem bluesowego ducha wielkiego B.B. Kinga.
Ale ta historia ma też inną, mniej wesołą i nawet bardziej emocjonalną stronę. W spektakularnej kolaboracji dwóch zespołów miejsce Larry'ego na perkusji zajął lider The Roots, Questlove. Jedna z najważniejszych postaci amerykańskiego hip-hopu, bo oprócz muzycznego prowadzenia zespołu (i dobieraniu musical guests dla Fallona) pisze mądre eseje na temat kulturowego wymiaru czarnej muzyki. Jako ciemnoskóry chlopak z Filadelfii zna wszystkie jej konteksty i rzeczywisty wpływ z własnych, Czasem nieprzyjemnych doświadczeń. Jedną z takich historii opublikował wraz z powyższym zdjęciem w serwisie Instagram.
.
Muzyka U2 prześladuje mnie. Zawsze tak było. Miałem 16 lat gdy w piątkowy wieczór wracałem z nabożeństwa dla młodzieży. O ósmej wieczorem ja i dwóch kumpli poszliśmy zobaczyć ich dokument Rattle and Hum z 1988 roku. Kupili nas: było wpół do dwunastej i mieliśmy wystarczająco dużo czasu, aby skoczyć do Tower Records i kupić ich dyskografię. Wziąłem kasety War, Unforgettable Fire, The Joshua Tree i Rattle and Hum. Wziąłem Unforgettable i włożyłem do odtwarzacza. Pracowałem w sklepie muzycznym, więc znałem już kilka ich piosenek. Od razu stałem się fanem. To była cudowna noc - zabawy z przyjaciółmi, jedzenia, filmów i muzyki. Dobre czasy... I Wtedy... To się stało. Stałem się dorosły: złapała nas policja. Dla większości ludzi Rytuały Przejścia to wesołe okazje jak skończenie szkoły, urodzenie dziecka czy rzeczy które robią gdy są zakochani. Moim było znalezienie się na muszce pistoletu w wieku 16 lat. Nie wiem nawet co się stało: byliśmy na Washington Avenue i nagle oślepiły nas światła i głos z radiowozu powiedział "ręce do góry" i człowieku, prawie dostałem zawału. Kiedy zostajesz złapany w tak wrogi sposób NIE jesteś w stanie myśleć logicznie: dawać przemówienia czy być nerwowym uczestnikiem Milionerów. Dlaczego?! - jedyną rzeczą jaką pamiętam jest odgłos charakterystycznego pogłosu gitary The Edge'a. Z przestraszenia wyłączyłem taśmę tak szybko (pamiętam jak Chappelle powiedział o tym, że czarni ludzie wyłączają radio gdy zostają złapani, bo nikt nie chce soundtracku do skopania im tyłka), że policjanci myśleli, że coś kombinujemy. Nienawidzę poczucia winy z powodu bycia sobą. Nie ma niczego bardziej poniżającego niż bezsilność jaką czujesz gdy złapie cię policja. Tamtej nocy podważałem wszystko w mojej głowie: dlaczego nas złapali? Ukradliśmy ten samochód? Może gdybyśmy słuchali Keitha Sweat'a albo Prince'a łatwiej by nam uwierzyli? Siedzieliśmy tam sparaliżowani przez pół godziny, wykastrowany. Kiedy puścili nas wolno, STALIŚMY TAM przez jakieś 10 minut. Cały czas w szoku. Już nigdy potem U2 nie brzmiało tak samo. Każda piosenka = ręce do góry, już!! Powracające. Tamtej nocy poczułem się okradziony z wielu rzeczy. Ale zdolność do NIE łączenia tego dźwięku z tamtym wydarzeniem była ciężka do przeskoczenia. Nigdy o tym nie mówiłem, bo myślałem, że to śmieszne. Ale w świetle tego co się wydarzyło (zawsze się dzieje), pomyślałem, że czas na to. Chciałbym tylko podziękować chłopakom za zaproszenie nas dzisiaj i danie mi nowego początku dla przeżywania muzyki U2.
Chociaz jestem ogromnym fanem Jimmiego Fallona, cały czas oglądam klipy z Tonight Show to nie jego podskoki, ale ta opowieść Questlove'a zostanie ze mną na dłużej. Okropnie zwyczajna bezsilność, według której nie ma nic dziwnego w tym, że mozesz zostać pobity i wsadzony do więzienia tylko z powodu koloru skóry. Wiem o amerykanskich problemach rasowych, czytałem artykuły o zamieszkach w Ferguson, że to ciemnoskórzy są częściej kontrolowani przez policję, która jest w przeważającej części biała... Ale żadne statystyki zza siedmiu mórz nie miały na mnie takiego wplywu jak historia zwykłego wieczoru zwykłego chłopaka. Na tym polega też siła muzyki - jeśli słuchamy tych samych piosenek, jesteśmy tacy sami. nie mogę sobie - na szczęście - nawet wyobrazić jak "hipnotyzuje lufy wzrok " ale wiem jak straszliwą zbrodnią byłoby zabranie mi muzyki ukochanego zespołu.
Nastepnej nocy w Madison Square Garden Bono powiedział ze sceny do Questlove'a:
We're a band some cops stole from Questlove. We're stealin' us back.
PS. Jeśli włączycie płytę ze wspomnianego w opowiadaniu "Rattle and hum" usłyszycie jak Bono zapowiada tymi samymi słowami Helter Skelter. " ". Podczas cieszącego sie szaloną popularnością w mediach procesu "rodziny Mansona odpowiedzialnej min. za morderstwo Sharon Tate sprawcy zaznawali, że piosenka The Beatles zawiera ukryte proroctwo o końcu świata i zabijaniu bogatych.
Afro Kolektyw - 46 minut Sodomy (2014)
Na koniec Afro Kolektyw nagrało własną wersję POP - płyty U2 z 1997 roku.
Po telewizji, przed internetem, w środku komercji.
Popkultura zaczęła uwierać irlandzki zespół tak bardzo, że musieli ukazać ją w nawet nie w krzywym, ale w potłuczonym zwierciadle. Szaleństwo supermarketów przerosło nawet Bono - organizując nieprzyzwoicie gigantyczną trasę stanęli na krawędzi bankructwa, a piosenki zapadały się pod ciężarem ambitnych i awangardowych fuzji elektronicznych. Rozpaczliwie rzucili się w wir imprez plaż Miami gdzie na tle narkotycznych szaleństw elektro dumnie kroczą supermodelki - najbardziej błyszczące, zjawiskowe postaci tego drogiego świata.
Brzmienie POPa jest celowo popsute - te wszystkie niedoróbki, charszczenia i niedomagania są pozostawione specjalnie jako świadectwo zepsucia, zbytku, przytłoczenia popkulturą. Nawet głos Bono niewyciągający wyższych tonów jest kluczowy, bo to głos skacowanego imprezowicza na najgorszym kacu, a istotę Gone obrazuje szurający, gasnący dźwięk gitary The Edge'a. Spod całego tego zamętu Bono wyczuwa nadchodzący nadmiar śmieciowych produktów kultury czemu towarzyszy wstydliwe wyznanie The Playboy mansion: "I never did see that movie / never did read that book". Drugim okiem wciąż lookin' for baby Jesus under the trash; patrzy w głąb, tam gdzie tak niebezpieczne serce jak wysypisko atomowe masz.
W Polsce, w naszym kręgu kulturowym popkultura nie jest tak bardzo obecna,
Jeśli spotka się czterech, albo sześciu kumpli to nie rozmawiają o filmach czy płytach, Nie oglądają nawet telewizji. Po prostu piją wódkę.
Opium dla mas jest u nas alkohol. Nie ma nic prostszego niż zalanie się w trupa. Uniwersalny sposób na wszystkie problemy. Pytasz dlaczego śmierć, dlaczego wojny, dlaczego marketing - i dlatego wódka. Największa przyjemność dla najmniejszych ludzi. Tyle ukojenia w malutkiej buteleczce - z wódki to "małpki" sprzedają się najlepiej. Nie trzeba nawet wychodzić z domu, bo przecież wódka w barach jest absurdalnie droga. Nie trzeba mieć towarzystwa, można przecież pić do lustra.
Upadlanie się jeszcze nigdy nie było tak proste. Fizyczne katusze zadawane wątrobie i całemu ciału. Wyrzuty sumienia zamieniają się w wyrzuty z żołądka. Słowa nareszcie zyskują na bezwstydności. Dosłowności i krzykliwości. Beznadziejne zawieszenie. Można iść tylko w górę, albo w dół. Niebo albo piekło. Nagle masz diabła w oczach moja miła, tylko dlatego że się w nich odbijam.
46 minut Sodomy do płyta alkoholowa. Skończyli się w najgorszy możliwy sposób - sztywnym osunięciem się pod stół. Zamiast szampana z gali nagród raczyli się tylko wódką. Zupełna kapitulacja, bezmyślne wlewanie w siebie złej substancji. Cała frustracja, talent, muzyka, podkłady poszły się jebać. Zamiast artyzmu wygrał alkohol. Zataczamy się ze świadomością porażki. Afro Kolektyw to truchło, po raz ostatni i ostatecznie zalali się w trupa. Zostanie nam po nich tylko pięć płyt, masa punchlinów, 40 kilogramów autoironii i kac. Potężny kac.
Wiem co ludzie myślą o U2.
Że te stare dziady, które nie wiedzą kiedy ze sceny zejść. Okej, mogą jeździć na wspominkowe trasy koncertowe typu „the Best of” bo zawsze fajnie usłyszeć One co leci w radiu. Ale nowe płyty? Ambicje artystyczne? Nigdy w życiu! Chęć przypodobania się młodszej publiczności staje się tak samo niestosowna jak 50-letni facet podrywający licealistkę.
Domyślam się też co możecie myśleć o mnie gdy znowu zaczynam coś mówić o U2.
Że ten Jacek jest psychofanem, wszyscy wiemy że jara się irlandzkimi dziadami. Okej, też lubimy tą balladę z RMFu, ale przecież ich wszystkie piosenki są takie same. Prawda? Nowi, modni producenci? I tak nic nie zrobią w tym wieku! Właściwie to czuję się niezręcznie po raz kolejny zaczynając ich temat.
Ale tym razem muszę, bo tak się składa, że film z piosenkami U2 w reżyserii Aoife McArdle jest skierowany właśnie do Was – młodej, internetowej widowni, która nie ma ochoty oglądać podskakującego niziołka w okularach o wielkim ego.
Every breaking wave nie jest teledyskiem do nowego singla z Songs of Innocence. To film krótkometrażowy opowiadający o konflikcie religijnym w Irlandii Północnej lat 70tych. Ale pochodząca z Dublina obiecująca panna McArdle przedstawia te tragiczne wydarzenia z perspektywy młodych ludzi. Przypomina to trochę szeroko komentowaną decyzję o reżyserii Miasta 44 przez „Janka” Komasę. W obu przypadkach chodzi o to samo – zwrócenie się do widowni w mniej zaawansowanym wieku, dla której przestawione wydarzenia są historią, ale taką naprawdę zamierzchłą. Nieprzypadkowo wytwórnia zwróciła się z produkcją filmu do kolektywu The Creators Project, który firmuje najciekawsze teledyski ostatnich 2-3 lat (min. opisywane przeze mnie Trying to be cool). Siłą filmowego Every Breaking Wave jest właśnie świeżość – nowe spojrzenie z wszystkimi wadami i zaletami przyjęcia akurat takiej, młodzieńczej perspektywy.
Zwyczajne love story – chłopiec i dziewczyna wymieniający się oddechami z papierosa, tacy ladni i skąpani złotym światłem. Trochę Romeo i Julia – on katolik, a ona jest protestantką, więc muszą się szukać pomiędzy przestrogami przyjaciół. Łatwo zauważyć przepalone negatywy i stylowe pulsacje nazywając je ckliwymi, zbyt banalnymi dla muzyki tak utytułowanego zespołu. W końcu czy jest coś słodszego niż nastoletnie uczucie? (zakrzyknęli zatwardziali fani zespołu). A z takich podzielonych miłości zrodził się min. sam Paul Hewson (rodzice Bono też byli parą z różnych „parafii”). W filmie wielka historia miga gdzieś w tle, wtrącając się scenkami w zabawy wyszczekanych kumpli. Historia, która wreszcie wybucha wbijając się w zwyczajne życie.
Wielkie zespoły, wygórowane ambicje, podrażnione dumy, hipsterskie obrazki, religijne konflikty, brutalne zamachu, grafomańskie opinie. Wszystkie te uderzające fale historii rozbijają się w końcu o dwójkę ludzi. W porównaniu z ich żarliwą siłą, impetem pierwszych uczuć i ryzykowną ciekawością wszystko usuwa się w cień. Jak chłopak rzucający wszystko i z całych sił biegnący, aby uratować ojca. Albo jak Bono w ostatnim refrenie wydający krótki, rozpaczliwy okrzyk: If you go?
Podsumowania roku miałem nie robić w ogóle, ale głupio tak zostać bez niczego. (Dłuższy i bogatszy opis roku zrobiłem dla 2013). Nawet dla siebie; zawsze coś zostanie w pamięci bloga. Najważniejsze kryterium w przedstawionych Dziełach było jak najbardziej subiektywne - wybieram zestaw nie najlepszych, ale ulubionych rzeczy z poprzedniego roku. Kolejność alfabetyczna.
Moje ulubione single roku 2014:
Afro Kolektyw - Ochroniarzem być Kolejny niemęski, manifest Michała Hofmanna. Tym razy zamglony oparami alkoholu. Oto idealny jest samotny dzień / bądź uprzejma kiedy odrzucasz mnie.
Artur Rojek - Syreny
Nie przyłączam się do zachwytów nad jego solową płytą, ale nie było w Polsce ładniejszego przetłumaczenia rytmiki Arcade Fire. Więcej tutaj.
Damon Albarn - Lonely press play
Pewnie się powtarzam, ale Damon Albarn po raz kolejny ratuje dla świata instytucję love song to set us free. Wciąż potrzebujemy takich piosenek; tutaj o samotności w sieci elektronice.
The Do - Despair, Hangover & Ecstasy
Francuska elektronika zawsze ma w sobie coś ładnie namacalnego. Ale już kompletnie uwiódł mnie taniec z teledysku.
Jonathan Wilson - Love to love
Kojarzy mi się z wakacjami, ta cała przestrzeń i swoboda. Nie zagranie tego na OFFie było naprawdę perfidnym posunięciem setlistowym. Więcej tutaj.
Kristen - Music will soothe me
Najfajniejszy gitarowy riff roku! I ileż tam robi perkusja. Mistrzowie klimatu; tym razem typowo indyjskiego. Więcej tutaj.
Milcz Serce - Atom
Energetyczny pocisk. Niebywale przebojowa i urzekająca tekstem piosenka. Mam nadzieję, że to tylko początek tego wciąż niedocenianego zespołu.
Nervy - Euforia
Właściwie mniej piosenka, a bardziej prezentacja mocy brzmienia. Nikt jeszcze nie miksował dęciaków i elektroniki w taki sposób. Więcej tutaj.
Spoon - Do you
Moje ulubione brzmienie - jak zwykle bardzo inteligentnie podbijają tempo akordu. Trochę Blur z Coffee & TV, trochę radiowy przebój w stylu konkretniejszego The Shins.
U2 - Every breaking wave
With or without you XXI w. Ma w sobie wszystkie najmocniejsze i najbardziej rozpaczliwe elementy ballad U2. Klasyk.
Zapraszam też na odpowiednią playlistę na Spotify.
Moje ulubione filmy 2014 roku:
20 000 dni na Ziemi
Nick Cave jest jedną z tych postaci, która na pewno zasłużyła na cały film o sobie. Ustawiony, ale tym bardziej prawdziwy proces powstawania Legendy. A spotkanie z Kylie Minogue to już w ogóle crème de la crème.
American Hustle
Tempo, tempo! I do tego oparte głównie na samych brawurowo zagranych postaciach.
Begin Again
Sympatyczni ludzie śpiewają sympatyczne piosenki + świetny motyw o produkcji muzycznej.
God Help The Girl
Niby nic, że Stuart Murdoch znowu pisze o dziewczynach, ale tak jakby bardziej. Przepiękny i (niestety) prawdziwy musical. Recenzja tutaj, ale pisałem też tutaj.
Her
Bez wątpienia najważniejszy film ostatnich lat. Czekałem na dzieło, które pokaże jak bardzo technologia wpływa na nasze relacje. O filmie wspominałem tutaj.
Coldplay - X&Y (2005) X&Y nie jest najbardziej udaną płytą płytą Coldplay, ale wciąż można znaleźć na niej bardzo ciekawe rzeczy. Pożarte, zmielone i wyplute, ale te źle strawione cząstki są nadal interesujące. Nietrudno o niestrawność, gdy chce się ugryźć wszystko za jednym razem, Na swoim trzecim albumie angielski zespół pozwolił sobie na lot w kosmos supernowoczesnym technologicznie wahadłowcem. Problem w tym, że wrażeń było tak wiele, że nie byli w stanie ich ogarnąć; podróż okazała się zbyt oszałamiająca, aby coś z niej wynieść.
Utwór tytułowy oznaczony jest dwoma niewiadomymi wyjętymi z tablicy wzorów matematycznych. PoNaukowcu, który was just guessing at numbers and figures, pulling the puzzles apart zagłębiają się w jeszcze bardziej złożone zależności szukając geometrii gwiazd. Piosenka jest starannie rozłożona, a jej zmienne krążą jak przezrocza w planetarium podczas gdy kapitalny bas nadaje racjonalność dowodu naukowego.
W większości utworów brakuje jednak tej harmonii, równianie nijak nie chce się uzgodnić. Jak w kapitalnej kodzie Square One odsyłającej do Space Oddity - gdyby tylko nie rujnować akustycznych akordów pikającymi pierdółkami. Albo nieznośnie sterylnej balladzie pianinowej What If, której próżni nie da się zapełnić nawet tak bezpośrednimi pytaniami. Przez cały album gdzieś na tylnej ścieżce ciągnie się smuga klawisza przypominająca odczłowieczenie załogi bandu.
Zważywszy na ogromne oczekiwania i ambicje samego zespołu, jedyną naprawdę wielka piosenką jest Fix you. To pieśń godna największych, pozwalająca na kumplowanie się z Bono czy Brianem Eno (który pojawił się na płycie dogrywając klawisz do Low). Podobnie jak ówczesna prasa porównam ich tu do U2 z mniej oczywistego Bad - niespieszne budowanie klimatu na cieplejszych rejestrach, które uwalnia solówka gitary rozedganej w nieskończoność. Te wszystkie kosmosy i Prędkości Dźwięku zyskują sens, bo przecież każdy z nas poruszyłby niebo i Ziemię, aby pomóc ukochanej osobie. Singalongowa ballada wchodzi w dramatyczne tony tak rozpaczliwie jak gra The Edge'a poszukującego Miracle Drug dla chorej córki. Nieważne są listy przebojów i rankingi wielkości - chodzi tylko o to, aby Cię naprawić.
Na X&Y Coldplay zgubili drogę i zamiast wejść na nieznane szlaki muzycznych odkrywców podążyli szerokim traktem rock-popowego mainstreamu. Jednak po latach ta płyta nie tyle się broni, co usprawiedliwia. Nie można odmówić jej młodzieńczego entuzjazmu, Verne'owskiej ciekawości i chęci przeżycia wielkiej przygody. Istotę tego ambitnego zamiaru najlepiej uchwycił (oczywiście) Anton Corijbin reżyserując teledysk do Talk. Czterech nieopierzonych chłopaków przemierza dziwaczną planetę borykając się z problemami komunikacyjnymi sympatycznego robota (E.T?). Archaiczna sepia nawiązuje do klasycznej Podróży na Księżyc Georges'a Méliesa, a dekoracja zklecona jest z tektury i bibuły. Rzecz w tym, że ta sama sztuczność brzmienia instrumentów jest tym co irytuje na X&Y najbardziej - w kosmicznych planach podbicia świata muzyki zabrakło potrzebnego dystansu. Coldplay spadł z wysokiego konia; przestał być traktowany poważnie zepchnięty do szufladki "muzyki lajfstajlowej". Na szczęście trzy lata później nie zapomną o ożywczej roli konwencji.
PS. Wydali płytę przestrzeloną, zwyczajnie średnią, ale o talencie Chrisa Martina niech powie lepiej ukryty utwór Til' kingdom come. Prostolinijna ballada opada na Spadochronach uratowana katapultowaniem się z bombastycznej rakiety reszty albumu. Ta ofiarowana Johnny'emu Cashowi piosenka stałą się dla zmarłej legendy country tym samym czym In a little while U2 było dla Johnny'ego Ramone'a - gospel song I think o żegnaniu się z doczesnym życiem.
U2 powróciło z nowym albumem. Po 5 latach nerwów i wkurzania fanów głupimi gadkami zupełnie niespodziewanie udostępnili go na dzisiejszej prezentacji Apple. Za darmo. Do ściągnięcia przez iTunes.
Rok 2011 był dla muzyki rokiem dobrym i ciekawym, mogę się pokusić o górnolotne wyrażenie, że "obfitował w wydarzenia". Chociaż nie pojawiła się żadna rewolucja naznaczająca nową dekadę (jak ongiś Nirvana czy The Strokes/Radiohead) to dalej pozostaje w tym roczniku masa rzeczy, które muszę dopiero ogarnąć. Nigdy nie czułem się gotowy na robienie jakiś podsumowań, ale było w Jedenastym kilka momentów, o których z zachwytem krzyczałem coś o "nagraniu roku!". Któreś z nich udało mi się nawet opisać, teraz zapraszam na pewnego rodzaju erratę, przegląd najfajniejszych utworów złapanych w zeszłym roku. (Właściwie to mam tę listę od lutego, ale wtedy nic nie napisałem).
W Teleexpressowym skrócie: 11 piosenek z 2011 roku.
The Kills - Satellite
Pierwszy singiel z Blood Pressures to The Kills w swojej najbardziej nasyconej postaci. Mięsiste gitary, sprzężenia, rwane tempo, zadzierające uderzenia strun, impulsywne wstawki świdrujące uszy. Nad wszystykim jak zwykle unosi się duszna atmosfera błyskająca wyładowaniami Alison Mosshart. Razem z Hotelem prowadzą kolejną rundę gry pełnej toksycznych/seksualnych podtekstów. Zwielokrotniony wokal w końcówce jeszcze podgrzewa napięcie i jest dowodem na to, że VV wróciła lepsza, bardziej niebezpieczna i jeszcze bardziej femme fatale.
"Najpierw uśmiechy, potem kłamstwa. Dopiero potem kule" (cyt. Mroczna Wieża)
Fleet Foxes - Sim Sala Bim
Jaka ładna pioseneczka. Przy akustycznych harmonijach synestezja nieustannie podsuwa mi kolor zielony: kolor trawy i ogórków. Utwór ten jest tez dowodem na wzorcowy rozwój zespołu na drugiej płycie. Od delikatnej jak szum zefirka zagrywki ukazują nam się krajobrazy bogatsze i skrzypkami przechodzące do najbardziej chwytającego pytania w opowiadaniu tej płyty What makes me love you you despite of reservations? Jednocześnie owej poważności na tej samej linii melodycznej towarzyszy bajkowe Sim sala bim i poprzez końcową impresję chwytów spowija to delikatność i wiosenno - letni spokój.
Spider-man Turn Off The Dark Cast - Rise Above 2
Kompozycja autorstwa
Bono i The Edge'a do broodwayowskiego musicalu o "Człowieku Pajonku"
zachwyca delikatnością i podniosłym upliftingiem. Panowie nie musieli
zachowywać pozorów "gigantów rocka" i całkowiecie poszli w rzewną
balladę. The Edge może być nudnym dinozaurem i nie musi robić kolejnej
rewolucji, ale zawsze obiektywnie będę twierdzić, że kompozytorem
piosenek jest wybitnym. Proszę tylko posłuchać jak fortepian towarzyszy
kolejnym akordom, jak harmonijnie przechodzi do refrenu, wpuszcza
kolejne głosy i wznosi wszystkich (zgodnie z tytułem) do chóralnego,
spektakularnego finału. Songwriting jak u McCartneya, czapki z głów,
chusteczki z saszetek.
PJ Harvey - The Words That Maketh Murder
Bez dwóch zdań - PJ Harvey wysmażyła na Let England Shake brzmienie jak najbardziej idealne do wojowniczego tematu. Jest ono surowe, zimne, naturalistyczne i dochodzące echem wprost ze szkockich wrzosowisk (to Mak(b)eth w tytule jest dla mnie szczególnie znaczące). Skupiony, trzymający w gotowości bojowej rytm buduje złowieszcze przeczucia, aby nagle w siódmej sekundzie pierwszej minuty zaatakować nagłym przejściem. Do dzisiaj nie ogarniam tego akordu wziętego z zupełnie innej bajki, to niesamowite kompozycyjnie jak ten niepasujący motyw decyduje o gwałtownej zmianie wymowy utworu.
Charlotte Gainsbourg - Anna
Zdarza
się czasem, że melodia dosłownie wciąga w piosenkę wślizgując się
między akordy. Tu też to uwielbiam. Beck Hansen komponując to dla córki
swojego idola Sergio G. naturalnym luzem zwykłej gitary klasycznej
ociera się o klasyczne piosenki francuski. Za pomocą skromnych środków
opowiada historię ze skłonną do wzruszeń. W refrenie dodatkowo wycofuje
chórek rozczulający słodką bezradnością.
Anna Calvi - Blackout
Jeden z bardziej bolesnych powodów mojej nieobecności an poprzednim OFF Festivalu. Anna Calvi niemal przeraża siłą i surową stanowczością (na wersjach live wygląda prawie jak Grace Jones). Blackout wyjeżdża z mroku i prze do przodu utrzymywany hipnotyzującym, głębokim głosem Calvi. Mistrzowsko tworzy napięcie bez trudu panując nad żywiołem, z zimną krwią rozwiązuje ten monumentalny refren. Potężne.
Lana del Rey - Video Games
Pełen obaw i szczerości przekornie nie podchodziłem do Video games
przez całkiem długi czas czasu. Byłem zniechęcony sztucznymi zdjęciami,
całym tym szumem wokół teledysków i płynów silikonowych. Szansę dla
panny Lany przekazał mi kuzyn, racjonalny fan Cat Power. Skupiłem się
zatem na samej muzyce i zostałem urzeczony. Poważne, wyściełane akordy
razem z harfą wprowadziły uroczysty, niemal dostojny klimat, tak bardzo
różny od zwykłej pstrokacizny dzisiejszej muzyki pop. Właściwie
fortepian (prawdziwy!) jest tyko tłem dla pięknego, niskiego głosu, tak
smutnego, gdy przypomina dziewczęce zapytanie w refrenie. Nie wiem na
ile napisano, kupiono, przeżyto czy wyprodukowano tę pieśń, ale wzrusza i
snuje się szlachetnie z kolejnymi oddechami "tamtych czasów".
Foster the People - Houdini
Moja zajawka końca wakacji prosto z wrocławskiego Roxy Fm, kiedy niekt jeszcze nie interesował się jakże mizernym Pumped up kicks. Naprawdę przez chwilę uwierzyłem w nową, mocniejszą wersję Phoenix, hooki są tak bardzo potężne. Mocne uderzenia w klawisze z siłą FORTEpianu. Łagodne zejścia basu zastąpione są agresywnymi nabiciami elektronicznej perkusji (clapping!), a wszystkie wykręcone syntezatory i elektroniczne podbicia mają głęboki power-chordowy sens - bombardują kolejnymi hookami. Nerwowe ucieczki wokalu tworzą fantastyczny kontrast w (pre?) refrenie, który na chwilę unosi się w powietrze.
Jack White - Love is blindness
W swoim coverze grupy U2 Jacek Biały sięga po najbardziej dosłowne znaczenie tekstu utworu, które staje się manifestem psychopatycznego terrorysty. Nie ma tu modlitwy gitary z oryginalnego albumu, interpretacja skupia się na rockowej mocy (prze-mocy). Solówka jest zupełnym odwróceniem delikatnego, wysublimowanego stylu The Edge'a. Zamiast magicznych "delayów do podłogi" Jack atakuje dźwiękami chaotycznie łapanymi na strunach, szuka ich dopiero w improwizacji ścigając się z ramami taktowymi. Knując w przydomowym studio White wyzwolił z siebie wściekłość; należy się go bać gdy kończy tak beznamiętnie i z zimną gitarą w ręku.
Coldplay - We found love
Najlepsza wersja najbardziej porywającej piosenki ostatniego roku.Cover Rihanny można odczytać jako swoisty manifest Zimnograjków - tak, jesteśmy zespołem pop, gramy taką muzykę jak A-ha i Roxette dla takich szalonych mas ludzi jak gwiazdy radiowego popu. Nawet ja zdążyłem się z tym pogodzić i twierdzę, że taka właśnie formuła jest dla nich idealna. To nie jest już chamski bit Calvina Harrisa, tutaj wszystko żyje - Chris Martin wlewa swoje ekstrawertyczne emocje naturalnie denerwując się na akordach pianina, w tym obłędnym motywie klawiszowym, który podbił miliony ludzi na całym świecie. Prosty rytm, bujanie rozpycha się i zaraża bezpośrednim, chwytliwym entuzjazmem.
Maroon 5 feat. Christina Aguilera - Moves Like Jagger
Razem z Odnalezioną Miłością największy hicior tego roku. Chyba nawet większy, bo poprzedniego weekendu gwizdany motyw główny pełnił funkcję muzycznego przerywnika w dwóch wielkich telewizyjnych szołsach - podczas Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu i w finale EX Factora. Piosenka prezentuje swoje największe zalety już w pierwszych 15 sekundach - wakacyjna melodyjka, najprostszy z tanecznych bitów i funkująca, zacinająca gitara. Śpiew jest tylko przedłużeniem najbardziej zaraźliwego wydmuchiwania powietrza i łączy się z nim wreszcie w niezwykle naturalny sposób. Nawet bezpłciowa Krystyna A. dorzuca inne kolory wprowadzając wątek flirtów i zalotów. Dla każdego coś miłego. Nie ma też wątpliwości, że prawdziwy król parkietu z wielkimi ustami jest tylko jeden.
Z okazji nadchodzącego w całości 2012 roku ( muzyczne podsumowanie poprzedniego zrobię może w lutym). Chciałbym jednak wykorzystać moje doświadczenie w słuchaniu muzyki i zabawić się w prorokowanie "co też stanie się w najbliższych 12 miesiącach w szerokim "przemyśle muzycznym".
Zestawienie to ma charakter wyłącznie teoretyczny i czysto statystyczny, a przy tym jak najbardziej subiektywny. Nie będzie to miało może znaczenia dla świata (pomijam Lane Del Rey i rybnicki Koncert Róż), ale są to rzeczy na które ja sam czekam i którymi będę się "jarał".
ALBUMY POLSKIE Afro Kolektyw - strach pomyśleć co może być ich najlepszą płytą; mają się sprzedać i się wygrubasić. Pustki - po Końcu kryzysu powinni być w życiowej formie. Edyta Bartosiewicz - to robi się coraz bardziej smutne, lojalnie czekamy. Kamp! - perspektywa recenzji polskiej płyty na Pichforku to już kwestia patriotyczna. Natalie and the Loners - z panem Cieślakiem będzie jeszcze lepiej. Ścianka - teraz może ogarnę? Gaba Kulka - od tej pani odpoczęliśmy i zaczynamy bardzo tęsknić. Drivealone - uwolniony od nastoletnich fanek pewnych owadów Piotr Maciejewski może potwierdzić swoje ogromne znaczenie. Muchy - po odejściu wyżej wym. Moje nadzieje spadły drastycznie, ale liryki są jednak Wiraszki; tak Wyjatkowo zwyczajnie. Sorry Boys - polski The Edge do boju! Newest Zealand - miejmy tylko nadzieję, że wszyscy wiedzą o wiedzy Borysa i nie będzie jej narzucał (z featuringiem Izy Lach?) Lao Che - ciekawe, czy teraz będzie o Bitwie pod Grunwaldem, czy o Cudzie nad Wisłą, hehe.
ALBUMY ZAGRANICZNE U2 - naprawdę, nie wierzę już w marketing Bono i kolejne bajki o 30 albumach na raz tylko mnie wkurzają - nie zmienia to wszystko tego, że to zespół mojego życia. Blur - zagrają razem na Brit Awards, a jako gospodarze Igrzysk mają moralny obowiązek pokazać światu brit-pop. Jak nie teraz to kiedy? Damon Albarn - w minionym nie wydał żadnej "swojej" płyty - dziwne. Był zajęty prowadzeniem afrykańskiego kolektywu i pisaniem opery - mniej dziwne. Phoenix - strasznie ich lubię i mam nadzieję, że popularnością przebija swoich miernych epigonów. Cat Power - patrz post niżej <3 Jack White - The Racounters grają koncerty, ale stać go na więcej. Franz Ferdinand - szybkie indie zawsze w cenie. Yeah yeah yeahs - nie przeszkadzaj mi bo Karen O tańczy. The Ting Tings - nie cały świat o nich zapomniał po 4(!) Letniej przerwie. The National - niby to już 2 lata, ale pamiętając zauważalnie niższy poziom High Violet boję się tej płyty już teraz. Modest Mouse - jeden z najbardziej wpływowych amerykańskich indie walczy o poważność z producentem hip-hopowym. Ariel Pink - ekstrawagancki ekscentryk i mesjasz 44,4 hipsterstwa na pewno się nie leni i na pewno nawinie coś na taśmę.
ANTYCYPATOR HEADLINEROWO-LINE-UPOWY
Open'er Festival (wg. Prawdopodobieństwa) Foster the People - wybór zupełnie naturalny i odruchowy, idealnie przedstawiający nastoletnio-opaskowy target Gdyńskiego festu. Florence + the Machine - razem z The xx powinna być tam już dwa lata temu, wstyd; teraz już jej tak bardzo nie chcę. The Kills - rok temu Jamie brał akurat w lipcu ślub, a Alison też jest już przecież Openerowej publiczności znana; ruchałbym. The Black Keys - smakowita mieszanka raaowych gitar i przebojowości, są na szczycie i lubi ich nawet Iza Lach. Phoenix - trochę życzeniowo, ale są przecież świetni i pisałem już o tym, ach. Franz Ferdinand - archetypiczny koncert indyjski, marzę o takiej energii. Snow Patrol - na własnych oczach doświadczyłem jak potrafią porwać publiczność emocjonalnym, chóralnym popem - że za mało hipsterscy?! Wolfmother - mocni, głośni i strawni nawet dla fanów Zoeey Deschanel. Jack Pénate - SKĄDINĄD wiem jak bardzo ludzie polubili Paolo Nutiniego na zeszłorocznym tencie, Jacek jest jeszcze bardziej słoneczny. She & Him - zobaczyć Zoeey na scenie, na żywo, jej słodycz, It's such a heavenly way to diety. Lykke Li - no modna to ona jest i Possibility bardzo propsuję. Wilco - tutaj Ziółkowski mógłby udowodnić, że Opener to faktycznie poważna rzecz, a nie hipterskie bony na hot-dożka i piwo za 8 zł. Modest Mouse - to samo co wyżej + okropnie znany Dashboard z Tvnu. Ladyhawke - jako ciekawostka z Londynu na tenta, bardzo sympatycznie. Menomena - 'ekperymentalne indie, jak wszystko' z pozdrowieniami dla Zuzy
+ Plus L.stadt i Julia Marcell na głównej - zgodnie z tradycją każdy dzień otwiera na głównej jakiś polski wykonawca, co będzie świetnym usankcjonowaniem ich świetnego, succesful roku.
+ Plus Atlas Sound na OFF festival - redaktor Hoffman w GH+ wybrał Parallax swoją ulubioną płytą roku, więc lobby jest silne.
+ Plus Arcade Fire i Air na Malcie - ta cała akcja z nie-openerowym koncertem Kanadyjczyków jest żenułą roku 2011.
+ Plus Bon Iver i Cat Power na Ars Cameralis - najwięksi nieobecni w tym biednym kraju dotkniętym chorobą zbyt obfitego rynku koncertowego; aby nie było ich szkoda tak jak Nationala na Openerze na głównej (w dzień!)
Ps. Ten wpis napisałem na Motoroli Milestone i iPadzie i skończyłem przed godz. 20 00, więc ewentualnie te nowe ogłoszenia Openera są zgapuone ode mnie.
Edit : Ludzie!!!! Powiedźcie coś na co też czekacie!!!! W komentarzu!!!!
Cd. wielkiego świętowania 20-lecia Achtung Baby (polecam także cały duży artykuł w ostatnim "Dużym Formacie").
Znak czasu. Dzisiaj Chris Martin nagrywa duet z Rihanną aby (w czasie nieobecności Roxette) zdobyć tytuł największego zespołu popowego na świecie. Kiedyś Bono jako jeden z pierwszych mężczyzn (pierwszy?) pojawił się na okładce Vouge'a z samą Christy Turlington jako uosobienie idealnego archetypu gwiazdy rocka. W skórzanych spodniach.
Zespół U2 jest dla mnie tym najważniejszym i w opiniach o nich nie próbuję nawet zdobywać się na jakąkolwiek obiektywność. Ja się na nich po prostu muzycznie wychowałem i każdą piosenkę odbieram przez pryzmat songwritingu The Edge'a i Bono. Fanatyzm totalny, chociaż ostatnio trochę mniej - po części dlatego, że "dojrzałem muzycznie" a po części, z powodu frustracji, że Bono musi być najlepszy na świecie, musi tworzyć płytę 5 lat i musi grać na koncertach te same piosenki. Jednak u podstaw mojej hierarchii wartości leży od zawsze stwierdzenie, że U2 wielkim zespołem jest. Aby być Wielką Legendą Muzyki nie wystarczy wydać dwóch wybitnych longplayów - trzeba zmienić cały świat i zmienić całego siebie. Tak więc album Achtung Baby jest najlepszym neutralnym dowodem na wielkość tego zespołu.
Co za brzmienie!
Zaczyna się bowiem dźwiękiem piły mechanicznej ścinającej Drzewo Jozuego. Zoo Station to również nazwa legendarnej stacji w podzielonym Berlinie, gdzie w 1991 roku Brian Eno i Daniel Lanois wymyślili od nowa całe brzmienie U2. W tej specyficznej prezentacji nowego oblicza biblijnych Irlandczyków wszystko brzmi inaczej - nawet perkusja Larrego Mullena jest głuchym syntetyczno-industrialnym techno rytmem. Pozornie wyważony elektroniczny utwór tętni witalizmem (szalone dogrywki Edża). Zachęceni "trylogią berlińską" Davida Bowiego Bono i spółka wybrali się na największą imprezę w Europie z okazji zburzenia Muru Berlińskiego. Time is a train, mix the future and the past - już zawsze atmosfera końca Zimnej wojny będzie kojarzyć z tą płytą, wybitnie uchwycili "zeitgeist", jakiegoś ducha tamtych czasów.
Cały image i otoczka płyty bała specyficznym konceptem i ironiczną zabawą z popkulturą. Z hasłem Watch more TV na ustach U2 ujawniało ogłupienie społeczeństwa nowymi mediami masowymi. Telewizja uwodzi widza zapraszając do swojego nierealnego świata przekonując, że jest Even better than the real thing. A muzyka zespołu nigdy nie była tak kolorowo taneczna i seksowna. We're free to fly the crimson sky
The sun won't melt our wings tonight - ostateczna przemiana żarliwego pastora Bono w lateksowego The Fly.
Opisywanie one wydaje się bezsensowne (jest to absolutnie najbardziej znany hicior U2, było kiedyś nawet w "Jaka to melodia" lol, iksde). To przecież nie przypadek, że znają to wszyscy wszyscy - jest to idealny wzorzec "ballady rockowej". Akurat wersja studyjna kompromituje się brakiem Drugiej Części Solówki Edża, ale świetnie pokazuje misterne ułożenie wszystkich instrumentów i wybitność songwritingu - zaczyna się od pojedynczego riffu i talerzy Larry'ego , bas wchodzi dopiero na 2gą zwrotkę! To już archetyp,. jest tam absolutnie wszystko : 4 akordy, tonacja minorowa, powtarzający się krótki tytuł w refrenie, akustyk, smugi smyczkowe, refren zaczynający się z przejścia a-moll do C-dur, najprostsze przejścia basowe, wreszcie mostek przed ostatnim refrenem. Na deserową zabawę zostawiam liczenie ścieżek i brzmień gitar Edża.
Until the end of the world to utwór dla zespołu wzorcowy. Oprócz biblijnego tematu (Bono wciela się w Judasza rozmawiającego z Jezusem) jest tu klasyczna zagrywka gitarowo-akordowa. Dopiero pół roku temu dane mi było usłyszeć tę piosenkę na dobrych słuchawkach i byłem w lekkim szoku dostrzegając mocarność basu Adama prowadzącą cały ten apokaliptyczny klimat i kolejne ścieżki gitary (sposób w jaki wspina się po mostku edż w pre-chorusie jest heroiczny). W ogóle gra na perkusji też jest tu jedną z lepszych i Larrysław samodzielnie potęguje to niesamowite napięcie. Plus chórki i równa się to co najlepsze w całym U2 w pigułce.
Who's honna ride your wild horses mogłoby być prostym akustykiem, ale starają się jak mogą zrobić coś nieoczywistego - piosenkę wprowadzają uderzenia perkusji i soczyste dogrywki gitary. Końcówka to także odejście od prostego klimatu w The hunter will sin for your ivory skin Bono błaga i zmaga się ze swoją niepewnością i bezradnością.
So Cruel to kawałek z którym mam pewien problem. Jest to na pewno "utwór programowy" jeśli pamięta się , że w czasie tworzenia płyty The Edge rozstał się ze swoją żoną. I o tym tak naprawdę jest ta płyta - o rozpadzie, odejściu, końcu. You put your lips to her lips to stop the lie. Chociaż muszę przyznać, że muzycznie jest średnio, to brzmienie tego utworu definiuje klimat całej Achtung baby i nadaje mu sens.
Zaraz potem mamy drugi główny temat Dzieła - The Fly było pierwszym singlem i niewyobrażalnym szokiem dla fanów zespołu. Po eksplorowaniu country i rzewnych wzywań miłości na pustyni Bono w "muchach" był w '91 prawdziwą rewolucją. Ten kawałek jest fizycznie ostry, tak daleki od zwykłej dla nich wcześniej sfery sacrum, która pojawia się jednak, ale w "anielski" trochę prześmiewczy sposób. Every artist is a canibal, every poet is a thief - dystans doskonały.
Mysterious Ways to jedyny taneczny utwór U2 . Z zachwytem patrzyłem jak ludzie pewnej trzeciej w nocy tańczyli do tego na pewnej osiemnastce. Kluczem są chyba te nie-sa-mo-wite zrywy gitary obudowane ze wszystkich stron bongosami i zabiajający sączący się bas. Hendrix często korzystał z "efektu kaczki" ale Edż wydobył z niego sam miąższ i tylko on tutaj się pojawia. bono wzniósł się na wyżyny "figlarności" zachęcając samotnika do tego, abywziął a walk with your sister the moon, let her pale light in, to fill up your room i przekonując go do do szaleństwa z dziewczyną. It's alright, it's alright, it's alright. She moves in mysterious ways, oh - w tym dwuwierszu jest zawarte absolutnie wszystko czym kuszą, pociągają i zachwycają nas kobiety. Lift my days, light up my nights!
Trying to throw your arms around the world jest utworem z kolei bezczelnie pijackim. Najlepiej opisuje to sam Bono : "Opowiada o pijanych ambicjach w zabawny sposób. Nie chodzi tu o żadną megalomanię, ale po prostu o ambicję, aby wrócić do domu w jednym kawałku." Z pozoru nie pasuje do "poważnych" piosenek, jest jednak wytchnieniem, czystą głupawką ze strony zespołu, coś nie-wybitnego.
Ultrviolet (Light my way) zaczyna się mgliście i niepokojąco, aby za chwiulę przejść w niesamowitą zuchwałość będącą dowodem ogromnego zdecydowania Bono nakazującemu swojej Bejbi oświetlenie mu drogi. Nie jest to już ta sama adresatka jak chociazby w With or without you - Ona musi być potężna skoro do wysłania wiadomości jest zaprzęgnięty tak bezkompromisowy i pędzący rytm i uderzenia gitary. Pisząc te słowa doznałem olśnienia i w Ultraviolecie odnalazłem źródło "nowego brzmienia Coldplay (szczególnie ta fajna ściana dźwięku z Charliego Browna), ale to nic dziwnego.
Finałem płyty, wielkim i epickim jest piosenka całkowicie okrutnie niedoceniana. Z początku rytmem i zdecydowaniem przypomina Ultraviolet, ale Acrobat przekazuje zupełnie inne emocje - jest to złość w stanie czystym. Każdy element jest mocniejszy niż wcześniej - klimat znów należy do Larrego, a Edżu nie musi wymyślać znów melodii, bo w takim stanie ważne są tylko emocje, a na początku jego struny perfekcyjnie schodzą się z basem Adama. Żarliwość Bono że You can dream so dream out loud wprowadza pewien element ostateczności, jakby to było jego ostatnie przesłanie ; nie są to już na pewno zabawy w stylu wcześniejszego elektro. U2 odrzuca wszystkie sztuczki i zasłony, aby odsłonić samą esencję, istotę rzeczy.
To już koniec. Koniec wszystkiego. Epilogiem tej historii jest Love is blindness. Tekst napisany przez Bono tak naprawdę mówi o terroryzmie - nienawiści i śmierci. Nad tym utworem ciąży jednak prawdziwa historia samego The Edge'a. W tym utworze przelał on swoje emocje do muzyki. Dosłownie. Dla mnie jest to idealny przykład jak bardzo można się zatracić w muzyce. W czasie grania solówki The Edge grał tak mocno, że pękały mu struny w gitarze, a on sam cały czas miał twarz spokojną. Wierzę w tą anegdotę, bo tutaj to słychać, tak naprawdę, bardziej niż jakiekolwiek słowa.
Dziś w nocy zakończyła się trasa koncertowa U2 - 360° tour. Była to największa i najdroższa trasa w historii i miała taką właśnie niesamowitą scenę. Po 2 latach koncertów, przejechaniu całego świata i gry na 6 kontynentach The Claw kończy swoją służbę. Było kosmicznie, co mogłem też doświadczyć na sobie, ponieważ byłem na koncercie ich w Chorzowie dwa lata temu. To był najbardziej niesamowity koncert na którym byłem.
Dziękuję wam, U2 !
Wiem, że dawno dawno nie pisałem. Wiem, że to głupie. Ale jak już zacząłem kiedyś to dokańczam. I niech sobie jest.
"Wierność w stereo" to tytuł mojej ulubionej książki, w której główny bohater stara się zawrzeć najważniejsze aspekty swojego życia w śmiesznych rankingach, typu "5 najlepszych piosenek na pogrzeb". Zaintrygowała mnie sama teza, że można w tak łatwy sposób pokazać jak muzyka może mieć wpływ na nasze życie. Że piosenki są tylko odzwierciedleniem naszych aktualnych emocji. Więc przedstawiam moje top 5 płyt, które mogły w jakiś sposób ukształtować mnie czy moje uczucia czy sposób patrzenia na świat.
Na początku
1. U2 - All That You Can't leave behind
To był naprawdę początek. Trudno mi nawet szacować jak bardzo ta płyta mnie ukształtowała, moje emocje, wrażliwość czy sposób odbierania zarówno świata jak i muzyki. Jedyna płyta, która dla mnie nie ma ani jednej zbędnej czy średniej minuty, wszystko jest tu idealnie dopasowane. Niech o jej wielkości powie coś to, że od pewnego czasu nie mogę słuchać jej ot, tak.
To rytuał. Jeśli decyduję się na odsłuch, to staram się temu nadać jak najbardziej mistyczne znaczenie - nie robię nic innego tylko "wczuwam się w klimat" i rozkminiam. Dzieje się to też, gdy chcę się szczególnie zastanowić what's going on i ogólnie jak dzieje, lub ma się stać coś dla mnie szczególnie ważnego. Ta płyta właściwie mogłaby zastąpić pozostałe 4 w tej "sekcji", bo jest dla mnie głównym drogowskazem, jak czasem jestem lekko "zamotany" i nie wiem co robić to przypomina mi jaki byłem i jaki powinienem być do tej pory.
2. Coldplay - Parachutes
Sam się zdziwiłem jak bezbłędnie znam jeszcze tekst tego utworu. "So I looked in your direction, but you paid me no attention, (do you?)" Wystarczała tylko chwila uwagi, wyrażało się gotowość do najbardziej radykalnych zmian przy dźwiękach akustyka dzielonego z delikatnym przesterem małej ekektrycznej udającej "gwiazdki: Edge'owych pogłosów. I rozpaczliwie archetypiczny młodzieńczy falset "Is this my final chance of getting you?". Więc zadrżyłaś czy nie? Nie chciałem iść z Tobą do kina czy zmienić status na fejsbuku (wtedy nie miałem nawet lasta), że zrobiliśmy karmel z chemii, która jest między nami (ciekawe co wtedy porabiał p. Marcin...). Drgnij no, żeby Cię to chociaż drgnęło!
3. Blur - 13
Ciężka, głęboka, charszcząca gitara Coxona, gdzieniegdzie bas akcentujący powolny rytm walca, swoisty Slow Dancing tego utworu i klimatu w ogól. Raczej percussion niż drums, prawie unplugged w sensie, że tak intymny... (znów) klimat. "I won't kill myself, trying to stay in your life. I got no distance left to run". Albarn w żałobie, przerażająco smutny, zmęczony, w 3:36 ("that this life") wręcz tłumi przywołane, sztuczne, obojętne ziewnięcie. Gospelowe chórki proszące wcześniej tender ("waiting for that feeling to come"), teraz jasno określają klimat, że tak, to ma być celowo smutna piosenka.
4. Radiohead - OK Computer
Pewnego kiedyś dawnego wakacyjnego dnia włączyłem OK Computer na Winampie, pod głosiłem głośnik, wyłączyłem monitor, zasiadłem na fotelu, patrzyłem w okno (zaczynało się chyba robić ciemno) i słuchałem. Chyba pierwszy raz tak bardzo dałem wciągnąć się w chory klimat muzyki w ogóle. A było w co. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Airbag byłem w lekkim szoku, bo chociaż mogłem rozróżnić poszczególne instrumenty, to nie ogarniałem dlaczego to brzmi tak zupełnie... inaczej niż wszystko inne. Futurystycznie a zagrane przecież przez "żywy" zespół i nawet tam elektroniki jakiejś bardzo nie znajdowałem. Pewnie stało się tak ze wszystkimi, nie będę oryginalnym mówiąc że płyta Radiohead stała się dla mnie biletem do świata muzyki alternatywnej, całkowicie tego świadomy stałem się młodym adeptem nieżalu. I muzycznym snobem sikającym na nudę radia powszechno-absolutnie-wszędzie-słuchanego-komercyjnego. Exit Music (for a film) do tej pory jawi mi się jako archetypiczny wzór smutku doskonałego. Motyw z Romka i Julki to taka klasyka, że już banał, ale zawarta w epickich, wręcz sakralnych organach/chórkach "keep breathing" opowieść o najbardziej niezsynchronizowanej parce świata tak samo jak u Shakespear-a bezpośrednio uderza i wzrusza przeraźliwie prostym i oczywistym smutkiem.
5. Myslovitz - Korova Milky Bar
Pamiętam, że w pewnym momencie przeistoczył się ten song z typowego imoł-smęta w coś co definiuje, nazywa moje uczucia. Jakaś beznadziejność. AAAaaaa Werter.
Teraz
ad 1. Muchy - Notoryczni debiutanci (+ punchline-y z "Terroromansu"
(sry za jakość)
To nie przypadek, że to na koncerty Much nie chodzę sam, tylko z "paczką", to nie przypadek, że nie-singiel z "Notorycznych" lubi aż jakieś 5 osób, to nie przypadek, że wszyscy tańczą do "Przesilenia" i skaczą i jest fajnie (i nawet niektórzy zaczynają to lubić). Pewnie nie będę pierwszy, ale Muchy to dla mnie TEN zespół, który będę pamiętał po latach jako ten, który pomagał mi się wyrażać w czasach nastoletniości. Nie bez znaczenia jest to, że znam ich od samego początku, od razu przypadli mi do gustu, gdy obejrzałem kiedyś kiedyś jeszcze amatorski teledysk do "Najważniejszego dnia" (i będę się tym szczycił). Kiedyś był Perfekt, gdzie ludzie krzyczeli "chcemy bić ZOMO", a teraz nagle wszyscy mieli na GG teksty o delicjach z "Galanterii". Ok, trzeba pamiętać o proporcjach, ale znana mi połowa pokolenia '93 zna i kojarzy ten świetny zespół, co jest super. Mamy coś wspólnego.
To nie może być przypadek, że najlepszy utwór z 2giej płyty nazywa się właśnie "93". Przywłaszczam go sobie, panie Wiraszko.
"Zakochałem się w tramwaju, zakochałem się na mieście".
ad 2. Sparklehorse & Danger Mouse (+ "Piano fire)
Jest coś niewypowiedzianie pięknego i nieuchronnego, nie-powierzchownego gdy już w ołpenerze Revenge ten pan podobno z The Flaming Lips wyczekuje na te całe smyki w refrenie. Coś jak muzyka filmowa, podobny poziom dostojeństwa, lekkiego dodania patosu, który każe naprawdę dać sprawom jakieś znaczenie. Później, track nr. 2. Przecież bicie gitary, rytm to jest sielanka jakaś. I w tym klimacie leciutko powtarzane "just war" po czym wchodzi najpiękniejsze rozwinięcie refrenowo-melodyczne roku, bez dwóch zdań (z taką gitarką w tle). Nie potrzeba już tak płakać jak na "Spadochronach" , można cały czas już pozornie zachowywać spokój ducha, mieć całe te werterowskie sprawy bardziej poukładane, a i tak podświadomie po prostu się wie, pamięta, że można się przez to zabić/wystawić na wieczne pośmiewisko (jak np. nie trafić strzelając sobie w łeb).
A lullaby (że kołysanka) może być już insane (że obłąkane że).
Bo zawsze można już skrzywdzić jakąś little girl tak taśmowo, jak te argegggio wiosła.
ad 3. Gorillaz - Demon Days
Damon Albarn is god. Jego głos zawsze mnie uspokaja. Zmęczony, zrezygnowany, śpiewa jakby od niechcenia (wspaniale oddają to animacje koncertowe, dosłownie pokazane niechlujstwo). Gdy słyszymy go w Blur, w takim Out Of Time, ten smutek jest dosłowny, namacalny, bardzo ludzki; powiedzmy wprost - niezwykle on dołuje. Tu - na Damon Days - jest wzięty jakby w cudzysłów, pokazany z koniecznego wręcz dystansu. Otoczony jest świetnymi bitami i plumkaniem basu, które wprowadzają wspaniałą równowagę nie pozwalającą nam pociąć się żyletką. Słuchając tych niesamowitych smyczków dostajemy jasne przesłanie - "pieprzyć to, tak ma być, niech se będzie".
ad 4. The Kills - Midnight Boom
Pierwsze imprezki, całonocne, swobodne picie alkoholu, jednocześnie niezdrowa fascynacja taką jawnie złą kobietą jak Allison. Prawdziwy hedonizm, już nie udawany jak przy grzeczno-tanecznym Franz Ferdinand. Zgrzyt. Szorstkość. Mogę to lubić.
ad 5. Interpol - Antics (+ NYC + Specialist)
Nie wiem dlaczego, ale dokładnie te zejścia basu w 1:44 są perfekcyjne. Pamiętam jak idealnie zawierał się w tym klimat pierwszej poasienajebałem zamuły.
A "Specialist" to przecież najbardziej przejmujące błaganie o litość we wszelkiej muzyce. Zagłuszone, pochłaniane przez tą idealną sekcję rytmiczną.
"I'm a specialist in hope and I'm registered to vote".
Zakochanie, zauroczenie, uczucie, motylki w brzuchu to istne szaleństwo. Szaleństwo, czyli głupota. Człowiek zapomina wtedy o całym świecie, nagle zmienia hierarchię wartości różnych i myśli tylko wyłącznie o konkretnej osobie. Klasykiem są uwagi otoczenia o nie-myślenie, gapiostwo czy ślamazarność wynikająca z "zamyślenia się". Bujanie w obłokach, gadanie o niczym, głupia radość z byle powodu. Przesadne przywiązywanie wagi do najmniejszych szczegółów i niespotykany optymizm. Wszystko to nie jest zbyt normalnym stanem dla normalnych ludzi. Aby jeszcze fajniej pokazać ten stan psychiczny, warto zajrzeć do słownika języka angielskiego. Kilka pierwszych lepszych wyrażeń, takich jak "crazy in love" lub "madly in love with" - szalony z miłości, lub "fell in love (with a girl)" - dosł. "wpaść w miłość". Że tak gwałtownie i po same uszy. Chodzi o to, że jak już człowiek ta "wpadnie" to po prostu traci kontrolę nad sobą, nad myślami, które nagle biegną z prędkością światła i przedstawiają przesłodzony obraz świata, w którym love story musi, MUSI się zakończy długim i szczęśliwym wspólnym życiem.
Jest to myślenie zazwyczaj błędne, bo jak wiadomo, życie nie jest komedią romantyczną i doświadczenie boleśnie uczy, że zazwyczaj to nie jest TO (TO - mityczna "prawdziwa miłość" i inne lukrowane rzeczy). Jeśli jest się doświadczonym przez okrutny los młodym broken-harted-romantykiem-humanistą, o takim rzeczach już się wie mniej więcej. Jednakże, niestety, gdy serce zaczyna bić szybciej, patrząc na świat przez różowy filtr łatwo zapomnieć o tym jak bardzo świat jest zły i nieczuły oraz pusty (czyt. samotny). Z jednej strony chcemy dać się porwać nowym doznaniom uczuciowym, z drugiej jednak warto pamiętać o zdrowym rozsądku. Powtarzam znów więc pytanie : jak? (how?) ?
Znów, po raz 425578215698475 z pomocą przychodzi muzyka. Jak to bywa w sytuacjach kryzysowych, jest to U2. W soundtracku tego odcinka telenoweli pt. "Życie i twórczość Jacka S." pojawia się nagle stara piosenka jeszcze młodych wtedy Irlandczyków "Love comes tumbling".
Jako, że na tym blogu zdecydowanie za mało zachwycam się wielkością U2, to przedstawiam kolejne ich Dzieło. Następne, które stało się dla mnie Bardzo Ważne W Życiu i znów okazało się, że właśnie Bono potrafi najlepiej zdefiniować moje sprzeczne i gorące młodzieńcze uczucia, których nie ogarniam.Oczywiście tym razem też nie zwracam uwagi na tekst piosenki, wybieram kilka wersów i dopisuję sobie temat najlepiej do mnie pasujący. Tym razem "Love comes tumbling" to kubeł zimnej wody na rozgrzaną głowę zakochanego. Bo "love is blindness" i w ogóle.
Muzycznie zaczyna się firmowym pogłosem Edża, którego partia jest owszem, prosta, ale daje jak zwykle ogromną przestrzenność. Wydaje się zresztą, że tym razem główną rolę odgrywa bas Adama Claytona, który wydaje się bardzo radosny, zupełnie odmienny klimatem od... całej piosenki. To jest bas wręcz taneczny, bujający. Sekcja rytmiczna zdecydowanie hipnotyzuje. Narracyjnie, jak dla mnie pokazuje to szaleńcze tempo rozpływającego się w całym ciele nowego uczucia, jest jak fala zabierająca naszą świadomość i oczywiście, niemożliwa do zatrzymania.
Najpierw gitara prowadząca lekko "chrapie" (literacko opiszemy ją jako kotwica?) . I wokal Bono. Od dawna było wiadomo, jak ogromny mają jego niższe partie głosowe, ale tutaj zbliżył się do mistrzostwa. Udręczenie, zmęczenie, bezsilność, beznadzieja, świadomość tego, że to love story po prostu nie może zakończyć się dobrze (bezwolne powtarzane "love, love, love..." gdzieś w 1:50 minucie). Genialny kontrast między hopeful (mającą nadzieję, jak to brzmi po polsku...) sekcją rytmiczną, wyskakujący z entuzjazmem bas i prawda życiowa w ustach wokalisty. Niesamowite, jak wiele można przekazać za pomocą 3 instrumentów, z których każdy ma coś niezwykle istotnego do powiedzenia.
Jak już powiedziałem, uwielbiam w U2 to, że nie muszę śledzić dokładnie tekstu piosenki, mogę sobie dopisywać setki różnych znaczeń. Wystarcza mi to, że znam nastrój kawałka, dalej dopasowywuję tylko do konkretnej historii. Tutaj wybrałem akurat tytuł : "love comes tumbling" tłumaczę jako "miłość przychodzi tupiąc". Owszem, brzmi to idiotycznie, ale od razu wiadomo, że uczucie nie zawsze musi być dobre dla nas i nie zawsze przynosi szczęście, a częściej smutek. Bono woła, ostrzega nas przed takim właśnie potworem, który nadciąga w różowym i pachnącym wdzianku, aby wtopić zimne ostrze w nasze najczulsze punkty (czyt. serca) ;>
Strzeżcie się więc miłości. Tupie, rani i boli.
(Ok, all you need is love, zgadzam się cały czas z The Beatles, bo za czymś trzeba płakać, aby po pierwsze primo: nie zostać nieczułym draniem, po drugie primo : mieć coś miłego wspominać i po trzecie primo - ultimo: nic tak nie zwiększa doznawania Interpolu i innych smętów jak zły romans. Rzekłem)