background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kropki - kreski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kropki - kreski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 października 2015

Kropek i kresek szyfr



Fot: Radek Polak
Machina październik/2010
fragmenty wywiadu przeprowadzonego przez Marcina Staniszewskiego i Jacka Skolimowskiego również z tego numeru
Dziady to konkretny odjazd. To część mojego dzieciństwa, o której przypomniałam sobie całkiem niedawno. Na płycie jest tekst odwołujący się do plemiennych rytuałów, voodooo itd. Przy tej okazji przypomniałam sobie o godach żywiekich - corocznym święcie obchodzonym wyłącznie w moich stronach na przełomie stycznia i lutego. W Zakopanym już tego nie znajdziecie. To bardziej pogański obrządek, który nie ma nic wspólnego z religią katolicką. Rzecz polega na tym, że banda przebierańców w drewnianych maskach i szytych przez siebie strojach idzie ulicą i prezentuje pewien obrządek. To taki polski odpowiednik karnawału w Rio. Każdy z tych dziadów ma swoją rolę. Są dziady przebrane za konie, z ogromnymi łbami z bibuły. Jest również postać Cygana tresujące konie i Macidule, Diabeł, Śmierć, Cyganka i wiele innych. To ciekawe zjawisko, bo z jednej strony górale są bardzo religijnymi ludźmi, a z drugiej - nie widzą nic złego w pogańskich obrządkach. 

Dziady mają się do Halloween trochę tak jak żywiecki folk do zachodniego indie. Świetny przykład tego na czym polega regionalny urok Grandy Brodki.






Moim celem była zabawa językiem, a nie prowokacja. W studiu często trafiał mnie szlag, kiedy trzeba było nagrywać teksty po polsku, bo z reguły to gwóźdź do trumny. Wszyscy mówią - zajebisty numer, ale moglibyście go jednak zrobić po angielsku. A przecież w naszym języku jest tyle dwuznacznych słów, metafor i można się nimi bawić do woli. (...) Przede wszystkim chciałam używać jak najwięcej słów, które wyszły z obiegu i bawić się archaizmami. "Porachuję kości", "cni mi się do niego", "granda" - dziś nikt już ich nie używa. A ja je lubię, mają dla mnie podwójnie ciepłe znaczenie. 

Nie podejmę się takiego sądu o muzyce, ale w słowach Granda jest moją ulubioną płytą w języku polskim. W ogóle, wszech czasów. Więcej pisałem o tym już dawno temu, ale właśnie z powodów, o których powiedziała sama Autorka. A w pisaniu tych kongenialnych liryków pomagali jej dwaj najciekawsi tekściarze młodego pokolenia - Radek Łukasiewicz z Pustek i Jacek Szymkiewicz, czyli Budyń z legendarnego Pogodna.




Na początku miałam ambicję, żeby wszystkie teksty napisać sama. Wydawało mi się to bardzo proste. Miałam notatki, ale one bardziej przypominały rymowanki niż coś, co można zaśpiewać. Potrzebowałam ludzi, którzy mogliby mi pomóc włożyć je w piosenki i osiągnąć pewien rodzaj absurdu i zabawy słowem, więc zwróciłam się do Radka i Budynia. Długie godziny dyskutowałam z nimi na temat tego, o czym mają być poszczególne utwory, co będzie w zwrotce, a co wyjaźni się w refrenie. Miałam niesamowite szczęście, że się zgodzili. Obawiałam się, że jak się zwrócę do osób, które działają w alternatywie, to mnie wyśmieją albo powiedzą "weź, spadaj, mała". 




Z tej okazji moje osobiste, ulubione, TOP 10 cytatów z Grandy (kolejność losowa)

"Cni mi się do niego"
"Wstążki, czaszki, proszki / szarfy, chusty, broszki"
"Zbliżysz się o krok / porachuję kości"
"Wodzisz za mną wzrokiem / czterogłowym smokiem"
"Nie polubię cię / Twej koszuli pstrości"
"Permanentnym tuszem bądź / w czerwieni do twarzy mi"
"Dotknij uszczyp ugryź pośliń / mus z twoich ust"
"Gdzieś za rzeką drugi, trzeci most / Rzędy skaryszewskich drzew"
"Znów burzą we mnie krew / wygodnickie lęki"
"jak dziką zwierzynę / co kruszeje Żywcem"



środa, 7 października 2015

KROPKI - KRESKI: We never go out of style


Ryan Adams - 1989 (2015)

Pierwotna okładka nowej płyty Ryana Adamsa idealnie pasuje do rubryki Kropki-kreski, jest to bowiem sytuacja, w której obrazek mówi o projekcie więcej niż muzyka.
Cały świat zdążył już przecież poznać przeboje Taylor Swift z jej multiplatynowego albumu 1989. Nikogo nie dziwi, że przepełnione popową perfekcją/produkcją Shake it off czy Blank Space królują na listach przebojów, co jednak robią w repertuarze sympatycznego Ryana Adamsa? Niezależny gitarzysta postanowił na nowo przepisać doskonale znane z radia piosenki w taki sposób, aby tytuł albumu . A.D. 1989 był triumfem garażowej alternatywy i gitarowych sprzężeń - w Ameryce tworzy się Nirvana i legenda wytwórni Sub Pop, a po drugiej stronie oceanu w barwach Creation z triumfalnymi ścianami dźwięku pojawia się Primal Scream, a za chwilę britpopowe szaleństwo zaczną bracia Gallagher. Mamy więc sytuację będącą całkowitym przeciwieństwem świata Taylor Swift - niezależne wytwórnie zamiast korporacji, zapał i misja w miejsce kalkulacji, a przede wszystkim proste piosenki w punkowym duchu DIY kontra superprodukcje. I gitary, dużo gitar nagrywanych na setkę i radośnie grzejących wzmacniaczami. Dokładnie jak w Bad Blood pana Adamsa łagodnie rozkołysanym prostymi chwytami akustyka i pociągniętymi akcentami gitary elektrycznej. Instant ballad classic.



Obrazek Ryana Adamsa jest przeróbką (coverem? remakiem?) okładki Goo, płyty Sonic Youth z 1990 roku. Okładki legendarnej, ikonicznej dla całego pokolenia alternatywy. Goo przestawia wszystko co oznaczało wtedy bycie cool: czarno-biała ironia/melancholia, golf francuskich egzystencjalistów w tym samym niewesołym kolorze, obowiązkowo niezdrowy papieros i bunt generacyjny przyprawiony złowieszczą aurą popkulturowej dosłowności przemocy (której echa dotarły nawet nad Wisłę, vide To nie był film). Taylor czerpie z tej fajności, ale zmienia detale po swojemu - z Francji została zgrabna opaska na włosy i stylowa bluzka, a zamiast kochanka mordercy towarzyszy jej najpopularniejsza postać internetowych memów, czyli słodki kotek. Komentarzem do słów Maureen Hindley "I stole my sister's boyfriend (...) within a week we killed my parents" jest
"about the liars and the dirty, dirty cheats of the world" a wystrzał ostatniego hit the road odpowiada echem this sick beat. Koszulki z Goo wciąż są licznie reprezentowane wśród bywalców OFF Festivalu będąc sybmolem stylowej siły nieżalu, tym bardziej więc zachwyca łatwość z jaką Taylor Swift wskoczyła w ich szaty.



"You've got that Daydream Nation Look in your eye" śpiewa Ryan Adams równie zgrabnie wplatając w refren Style tytuł najbardziej kultowej płyty Sonic Youth jednocześnie nadając jej ten sam pokoleniowy status co 1989. A raczej odwrotnie, bo wielu obruszy się na takie zrównanie Taylor Swift z Thoorsonem Moorem i najtisowymi bohaterami gitary. Kultowości nie tworzą jednak recenzje, a słuchacze będący akurat w odpowiednio młodym wieku: wieku w którym muzyka jest najważniejsza i można się nią dzielić z przyjaciómi, gdy staje się podkładem wspomnień z dojrzewania. "It’s a new soundtrack I could dance to this beat" O popkulturowej sile Taylor pisałem już wcześniej, zasługą Ryana Adamsa jest umieszczenie jej piosenek w kontekście czysto muzycznym. Można narzekać na kierunek, w którym zwróciła się współczesna muzyka - kreacja, elektronika i audiotune jest wszechobecnym i wkurzającym tego przykładem. Ale po zmianie aranżacji i instrumentów to są jednak wciąż bardzo dobre piosenki. Opakowanie musi zmieniać się z biegiem lat, bo to ono jest świadectwem czasów, w których żyjemy. Na szczęście dobra muzyka nie zna granic czasowych; zajmujące melodie, właściwie dobrane akordy i poruszające nas emocje nigdy nie wyjdą z mody.

poniedziałek, 28 września 2015

KROPKI - KRESKI: Oh Berlin


U2 - Achtung Baby (1991) 
druga strona
fot: Anton Corbijn

Chasing the ghosts of our heroesLou Reed, David Bowie, Iggy, Wim Wenders, RilkeTo change location rather than change yourselfTo ask for directions rather than ask for helpTo remain always a true fan

Najlepsze w tej piosence jest to, że Bono w ogóle nie ogarnia tego całego Berlina.
Tak jak ja nie będę jutro ogarniać przed koncertem U2.

Coś tam cedzi, coś bredzi wtykając najbardziej fajne nazwiska, bo przecież Berlin jest najbardziej kolorowym i szalonym miastem Europy. Jeśli stary kontynent to Zooropa, to jego kulturalna stolica powinna nazywać się... Coolopa? Brzmi głupio, ale co ja mogę o tym wiedzieć, skoro nigdy tam jeszcze nie byłem?



U2 - Oh Berlin from Spiros Papadatos on Vimeo.

środa, 5 sierpnia 2015

KROPKI - KRESKI: Zbig Wodecki




Zbigniew Wodecki by Tom Spray z Pitchforka.

Jeśli ze wszystkich moich trzech edycji OFF Festivalu miałbym wybrać tylko jeden moment, byłby to bez wątpienia koncert Zbigniewa Wodeckiego i Mitch and Mitch. Wykonali pierwszy album długowłosego artysty, wydany w 1976 pod tytułem Zbigniew Wodecki.

Publiczność przyjęła ich fantastycznie i - zawsze chciałem użyć tego zwrotu w stosunku do wydarzenia, w którym faktycznie uczestniczyłem - reszta jest historią. Najbardziej niesamowitą opowieścią polskiej muzyki rozrywkowej; przynajmniej za mojego życia (tutaj porównałem ją do tej z oscarowego filmu Sugar Man).

Najlepszym symbolem tego wydarzenia jest powyższe zdjęcie wykonane przez fotografa portalu Pitchfork. Kto by pomyślał - artysta starszego pokolenia, często będący obiektem drwin i żartów, kojarzony z przaśnymi przebojami i Pszczółkami, w ostatnich latach bardziej osobowość telewizyjna i jeden z symboli rozrywki PRLu odnalazł się na stronie najbardziej hipsterskiej strony internetowej.

niedziela, 26 lipca 2015

KROPKI-KRESKI: Innocence and experience



Jeśli grasz w Nowym Jorku 8 kolejnych koncertów, musisz przygotować jakieś niespodzianki. Podczas trzeciego wstępu U2 w Madison Square Garden Bono wyciągnął z publiczności gościa z tabliczką "Singer with a broken finger" aby, podobnie jak to zdarzało się już wcześniej, wykonać z fanem piosenkę. Zaproszonym na scenę szczęśliwcem okazał się Jimmy Fallon - host of the Tonight Show i ulubieniec telewizyjnej Ameryki, który zaśpiewał z zespołem Desire. Było oczywiście hilarious, Fallon w swoim stylu skakał po scenie tak bardzo, że zepsuł Bonowi okulary i prawie zaliczył kolejną kontuzję. Jakby jeszcze tego było mało, na scenę triumfalnie wkroczyli przyjaciele Jimmiego z programu - zespół The Roots, którego sekcja dęta przywołała w Angel of Harlem bluesowego ducha wielkiego B.B. Kinga.


Ale ta historia ma też inną, mniej wesołą i nawet bardziej emocjonalną stronę. W spektakularnej kolaboracji dwóch zespołów miejsce Larry'ego na perkusji zajął lider The Roots, Questlove. Jedna z najważniejszych postaci amerykańskiego hip-hopu, bo oprócz muzycznego prowadzenia zespołu (i dobieraniu musical guests dla Fallona) pisze mądre eseje na temat kulturowego wymiaru czarnej muzyki. Jako ciemnoskóry chlopak z Filadelfii zna wszystkie jej konteksty i rzeczywisty wpływ z własnych, Czasem nieprzyjemnych doświadczeń. Jedną z takich historii opublikował wraz z powyższym zdjęciem w serwisie Instagram.
.

Muzyka U2 prześladuje mnie. Zawsze tak było. Miałem 16 lat gdy w piątkowy wieczór wracałem z nabożeństwa dla młodzieży. O ósmej wieczorem ja i dwóch kumpli poszliśmy zobaczyć ich dokument Rattle and Hum z 1988 roku. Kupili nas: było wpół do dwunastej i mieliśmy wystarczająco dużo czasu, aby skoczyć do Tower Records i kupić ich dyskografię. Wziąłem kasety War, Unforgettable Fire, The Joshua Tree i Rattle and Hum. Wziąłem Unforgettable i włożyłem do odtwarzacza. Pracowałem w sklepie muzycznym, więc znałem już kilka ich piosenek. Od razu stałem się fanem. To była cudowna noc - zabawy z przyjaciółmi, jedzenia, filmów i muzyki. Dobre czasy... I Wtedy... To się stało. Stałem się dorosły: złapała nas policja. Dla większości ludzi Rytuały Przejścia to wesołe okazje jak skończenie szkoły, urodzenie dziecka czy rzeczy które robią gdy są zakochani. Moim było znalezienie się na muszce pistoletu w wieku 16 lat. Nie wiem nawet co się stało: byliśmy na Washington Avenue i nagle oślepiły nas światła i głos z radiowozu powiedział "ręce do góry" i człowieku, prawie dostałem zawału. Kiedy zostajesz złapany w tak wrogi sposób NIE jesteś w stanie myśleć logicznie: dawać przemówienia czy być nerwowym uczestnikiem Milionerów. Dlaczego?! - jedyną rzeczą jaką pamiętam jest odgłos charakterystycznego pogłosu gitary The Edge'a. Z przestraszenia wyłączyłem taśmę tak szybko (pamiętam jak Chappelle powiedział o tym, że czarni ludzie wyłączają radio gdy zostają złapani, bo nikt nie chce soundtracku do skopania im tyłka), że policjanci myśleli, że coś kombinujemy. Nienawidzę poczucia winy z powodu bycia sobą. Nie ma niczego bardziej poniżającego niż bezsilność jaką czujesz gdy złapie cię policja. Tamtej nocy podważałem wszystko w mojej głowie: dlaczego nas złapali? Ukradliśmy ten samochód? Może gdybyśmy słuchali Keitha Sweat'a albo Prince'a łatwiej by nam uwierzyli? Siedzieliśmy tam sparaliżowani przez pół godziny, wykastrowany. Kiedy puścili nas wolno, STALIŚMY TAM przez jakieś 10 minut. Cały czas w szoku. Już nigdy potem U2 nie brzmiało tak samo. Każda piosenka = ręce do góry, już!! Powracające. Tamtej nocy poczułem się okradziony z wielu rzeczy. Ale zdolność do NIE łączenia tego dźwięku z tamtym wydarzeniem była ciężka do przeskoczenia. Nigdy o tym nie mówiłem, bo myślałem, że to śmieszne. Ale w świetle tego co się wydarzyło (zawsze się dzieje), pomyślałem, że czas na to. Chciałbym tylko podziękować chłopakom za zaproszenie nas dzisiaj i danie mi nowego początku dla przeżywania muzyki U2. 


Chociaz jestem ogromnym fanem Jimmiego Fallona, cały czas oglądam klipy z Tonight Show to nie jego podskoki, ale ta opowieść Questlove'a zostanie ze mną na dłużej. Okropnie zwyczajna bezsilność, według której nie ma nic dziwnego w tym, że mozesz zostać pobity i wsadzony do więzienia tylko z powodu koloru skóry. Wiem o amerykanskich problemach rasowych, czytałem artykuły o zamieszkach w Ferguson, że to ciemnoskórzy są częściej kontrolowani przez policję, która jest w przeważającej części biała... Ale żadne statystyki zza siedmiu mórz nie miały na mnie takiego wplywu jak historia zwykłego wieczoru zwykłego chłopaka. Na tym polega też siła muzyki - jeśli słuchamy tych samych piosenek, jesteśmy tacy sami. nie mogę sobie - na szczęście - nawet wyobrazić jak "hipnotyzuje lufy wzrok " ale wiem jak straszliwą zbrodnią byłoby zabranie mi muzyki ukochanego zespołu.

Nastepnej nocy w Madison Square Garden Bono powiedział ze sceny do Questlove'a:
 We're a band some cops stole from Questlove. We're stealin' us back.



PS. Jeśli włączycie płytę ze wspomnianego w opowiadaniu "Rattle and hum" usłyszycie jak Bono zapowiada tymi samymi słowami Helter Skelter. " ". Podczas cieszącego sie szaloną popularnością w mediach procesu "rodziny Mansona odpowiedzialnej min. za morderstwo Sharon Tate sprawcy zaznawali, że piosenka The Beatles zawiera ukryte proroctwo o końcu świata i zabijaniu bogatych.



piątek, 1 maja 2015

JnO: Science Fiction

(fot. Sławek Przerwa)


The Bad Plus plays Ornette Coleman's Science Fiction
16.04.2015, sala teatralna Impartu

Ten właśnie koncert był najlepszym na 51. edycji festiwalu Jazz Nad Odrą we Wrocławiu.
Oczywiście tylko moim zdaniem (skądinąd wiem, że Panu Dyrektorowi Możdżerowi nie podobał się tak bardzo). Kompozycje pochodziły z wydanej w 1972 roku klasycznej płyty Ornette Colemana, a tego wieczoru błyszczały właśnie świeżością, a wykonania iskrzyły się pomysłami. Pozorny chaos był pełen fantastycznej energii, a współpraca między oryginalnym triem tworzącym zespół The Bad Plus, a sekcją dętą była wzorcowa; czy lepiej powiedzieć "kumpelska".
Tak pewnie brzmi "eklektyzm" i taki zespół mógłbym równie dobrze usłyszeć na OFF Festivalu.



TOP 10 Jazzu Nad Odrą
(tyle widziałem)

1. The Bad Plus plays Ornette Coleman's Science Fiction
2. David Sanborn - taneczność jak u Bowiego
3. Zohar Fresco Quartet - akustyka strun
4. Artur Dutkiewicz Trio - klimat jazzowego wieczorku
5. Piotr Wojtasik - Feel Free - charyzma pana Wojtasika (nic dziwnego, że ma swoje gruppies, true story)
6. Seamus Blake Quartet - poszukiwania zespołowe
7. Dave Douglas - dużo elektroniki, przez co koncert był trochę jednak nijaki, przezroczysty
8. Lee Konitz Trio - stateczny jazz prosto z Chicago
9. Quartado - nieco groteskowa odmiana rockizmu w jazzie
10. Expansions : Dave Liebman Band - hałasy pod batutą szacownego mistrza. I tyle.

specjalne wyróżnienie za świetną zabawę na afterze dla Lion Vibrations - nie mogło być fajniej :D


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

KROPKI-KRESKI: Jazz nad Odrą


51. Jazz nad Odrą
Plakat autorstwa Rafała Olbińskiego.

Już jutro rozpocznie się 51. edycja wrocławskiego festiwalu Jazz nad Odrą, która odbędzie się w Imparcie. Dyrektorem artystycznym imprezy jest znany i lubiany Leszek Możdżer, który zagra u boku takich gwiazd światowego jazzu jak Gwilym Simcock, David Sanborn czy Dave Liebman.

Nie będę ukrywał, że czytając line-up czuję się trochę jak słuchając najnowszych ogłoszeń Artura Rojka na OFF Festival. Czyli cóż, nikogo nie znam. Tak czy inaczej bardziej ogarnięci ode mnie w tym temacie mówią, że jest spoko (cześć Aga), więc pozostaje mi wierzyć na słowo.
Na pewno będzie bardzo ciekawie, bo jazz sam w sobie polega na szukaniu całkowicie nowych połączeń. Prowadzone w czasie rzeczywistym improwizacje płyną po klimacie tej szczególnej, wyjątkowej chwili, a jej ulotność i niepowtarzalność jest piękna. Jak ta z Gothego; "chwilo trwaj, jesteś piękna!"


Po więcej informacji zapraszam na stronę festiwalu (coś tam wklejałem, mam nadzieję, że wszystko działa)
 http://jazznadodra.pl/pl/


poniedziałek, 2 marca 2015

KROPKI - KRESKI: Motor motor motor


(Zdjęcie zrobiłem na koncercie grupy Jazzpospolita, który odbył się 1 marca w Vertigo Jazz Club & Restaurant)

Koncerty w poważnym klubie jazzowym rządzą się swoimi prawami.
Na przykład przerwą w środku występu. Na scenę wchodzi starszy pan racząc publiczność dawką konferansjerki i zapraszając do baru celem "uzupełnienia płynów". Kilka żarcików i zapowiedzi "szczególnie dla pań" nadchodzącego występu młodego wokalisty o "aksamitnym głosie". Przerwa trwa około 25 minut wprawiając w zakłopotanie samotnych studenciaków takich jak ja.

Właściwie powinienem dookreślić wspomnianą zbiorowość demograficzną. Pamiętając nauki doktora Igora Pietraszewskiego (jazzmana i autora książki Jazz w Polsce. Wolność improwizowana) spójrzmy na odbiorców wieczornego widowiska. Studentów właściwie tam nie uświadczysz - obecni młodzi byli wzięcie pewnie z jakiejś szkoły muzycznej, albo innej jazzu i muzyki rozrywkowej. Wśród audytorium dominowały poważniejsze osoby - wiekiem, a pewnie też majętnością. Nie było to dla mnie aż tak bardzo dotkliwe, ale szybko zauważyłem, że wszyscy skupieni byli w grupach; przy stolikach, nad szklaneczką drinków z serwetką. Spędzali niewątpliwie uroczy wieczór.

Wieczór spokojny, stateczny, drobiazgowo zaplanowany - proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie gdy koncert rozpoczął się o ustalonej dość wcześnie na 19.oo godzinie. (Beze mnie.)

A jak Jazzpospolita? Super, naprawdę ekstra. Ich indie-jazzowa gra była elektryzująca jak tytułowy neon świecący nad sceną widowiska. To tak jakby wziąć solidny zespół eksplorujący alternatywy i powoli, po kawałeczku rozkładać brzmienie na czynniki pierwsze. Pozdro dla niekumatych w jazzie.

(Jazzpo! to tytuł najnowszej płyty zespołu, również polecam)


 

wtorek, 26 sierpnia 2014

KROPKI - KRESKI : I'm bringing sexy back


2002

Obrazek zdobiący pierwszą płytę Justina Timberlake'a Justify mogłaby być wzorem okładki albumu popowego chłopca, model "Typowy Justin". Młody mężczyzna z boysbandową przeszłością patrzy tęsknym wzrokiem wprost w obiektyw. Na brodzie zwisa pierwsza bródka, pod którą błyszczy archetypiczny element niepokornego badgaja - skórzana kurtka. Najlepiej oświetlona jest oczywiście blond fryzura, a piaszczysty pejzaż na drugim planie symbolizuje... Nie mam pojęcia co symbolizuje, wystarczy że jest malowniczy. I szorstki; tak jak sam Justin wyczekujący z utęsknieniem na życiodajny deszcz łez. Cry me a river.



2006

Na okładce przełomowego muzycznie FutureSex/LoveSounds Justin ma pod noga cały świat tanecznej kuli dyskotekowej. Ale nie jest to triumfalna, napuszona poza zdobywcy z jaką obnosi się obecnie Kanye West. Na moje europejskie oko przypomina to bardziej futbolowe sztuczki, żonglerkę piłką, czy też gatunkami muzycznymi takimi jak R&B, funk, trance, a nawet krautrock (JT w inspiracjach wymieniał nawet Radiohead, a interludia podpatrzył u Mesjasza Coolerstwa Davida Bowiego). Gdy jednak przyjrzeć się bliżej okazuje się, że obcas błyszczącego pantofla Justina rozbija szklaną kulę na drobne kawałeczki z bezpośredniością rozsadzenia typowego popu eksperymentami producenckimi na samej płycie. Mimo tego zamachu, symbol szalonych lat 80tych cały czas błyszczy triumfem refleksów ozdabiając sterylnie białą podłogę. Marynarka jest jeszcze swobodnie rozpięta, bo chodzi tu głównie o nightlife-ową zabawę. To nowoczesny playboy jakiego grał w Social Network, ale te elektroniczne sztuczki są mu potrzebne tylko do podrywu, bo umie przecież powiedzieć ayo, I'm tired using technology. Uwagę zwraca również pieczołowicie dobrana kolorystyka napisu. Zdjęcie wykonał Terry Richardson, słynny fotograf modowy, sam Timberlake przyznał zresztą, że chciał, aby jego album przypominał "fashion editorial, YSL and Gucci suits, which goes with the sonics".



2013

Z okładki 20/20 Experience spogląda na nas zblazowany multimilioner. To oczywiste - kogo innego byłoby stać na taką bajerancko specjalistyczną, drobiazgowo skalibrowaną i najwyraźniej bezużyteczną aparaturę? Kolejna zachcianka ekscentrycznego bogacza, który przygląda się maluczkim z niestosowną ciekawością Howarda Hughesa. I ten smoking. Muszka leżąca tak naturalnie, że łatwo sobie wyobrazić jej właściciela jedzącego w takim stroju śniadanie. Chodzi tylko o bogactwo, ni mniej ni więcej. To ono jest kluczem do wizerunku autora, inicjały którego są wybite szczerym Oscarowym złotem.
Pop jako gatunek muzyczny ma to do siebie, że w przeciwieństwie do np. rocka nie musi nieść ze sobą jakiegoś wielkiego, istotnego dla świata przekazu. Dobry pop omija zaangażowania i zajmuje się stylem samym w sobie. Wielkość Justina Timberlake'a polega na tym, że doskonale to rozumie i nie wstydzi się bogactwa, tych wszystkich milionów dollarów jakie rozdaje mainstream. Nie owija w bawełnę i szpanuje bezwstydnie drogim blichtrem. "To understand what that weak is like. This weak is crazy!" - opowiadając swojemu oczywiście nie mniej gwiazdorskiemu kumplowi Jimmiemu Fallonowi o Saturday Night Live Justin oddał esencjonalną definicję całego show-businessu. Jak już wspomniałem, on wcale nie musiał nagrywać tej płyty, ale zachciało mu się pokazać całemu światu jak perfekcyjnie tańczy i jak doskonale leży na nim smoking. Taka już kolej rzeczy - zwykli śmiertelnicy muszą zajmować się naprawdę istotnymi kwestiami jak sens życia i utrzymanie rodziny, podczas gdy Możni i Wielcy mogą sobie pozwolić na zabawę w gwiazdorstwo.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

KROPKI - KRESKI : Another Sunny Day


Metz - Hydrozagadka (2013)

Plakat autorstwa Dawida Ryskiego. 
To tylko jedno z wielu jego genialnych dzieł o tematyce muzycznej. 
Wrzuciłem akurat Metza, bo bardzo mi się podoba i jest to zespół, który miałem przyjemność zobaczyć na ostatnim OFF Festivalu.

A dzisiaj akurat Artur "Santo Subito" Rojek wrzucił pełny line-up następnej edycji tego najlepszego festiwalu w Polsce! O którym na pewno napiszę jeszcze nie raz. Widzimy się!!!



sobota, 15 marca 2014

KROPKI - KRESKI: Jaram się śpiewającymi laskami


Jak wiadomo, jaram się pięknymi dziewczynami, a basistkami w szczególności.
Nie muszę chyba tłumaczyć takich oczywistości jak "dlaczego"; myślę, że każdy zakocha się w Misi Furtak.
Tutaj w obiektywie Moniki Kmity w sesji dla magazynu MaleMan, która zdobi rozdzierający tekst o tym o czym marzy większość facetów - dlaczego Misia nie może być moją dziewczyną?!

 Tych troje spotkało się w PKiN i choć panowie po kilku dniach intensywnych przygotowań czuli, że wiedzą o Misi wszystko, to na wielką niespełnioną miłość nie byli gotowi.

Więcej takich śpiewających piękności można zobaczyć - i usłyszeć - na nowym fanpagu, który mam przyjemność współtworzyć. Gorąco polecam
 https://www.facebook.com/jaramsiespiewajacymilaskami

sobota, 25 stycznia 2014

KROPKI - KRESKI : Everyday Robots


Damon Albarn - Everyday Robots (2014)

Damon Albarn zapowiedział właśnie na 24 kwietnia wydanie swojego solowego albumu Everyday Robots. W tym miejscu odruchowo powinienem wpisać linijki achów, ochów i wykrzykników, ale można spokojnie przyjąć, że właściwie całe moje pisanie o muzyce jest jednym wielkim peanem na jego cześć. Tym razem ograniczę się tylko do opinii, że jest to obecnie prawdopodobnie najgenialniejszy aktywny artysta muzyki rozrywkowej (David Bowie już się chyba z nami pożegnał, a trudno brać na poważnie Bono jeśli od 5 lat niczego nie wydał, bo musi mieć hiciora nawet na Esce). Tytułowy singiel z płyty został już udostępniony, ale zgodnie z dość wyświechtanym hasłem "jeden obraz mówi więcej niż tysiąc nut" mam wrażenie, że sama okładka Everyday Robots może powiedzieć wystarczająco dużo o filozofii nadchodzącego wydawnictwa.

Minimalizm. Chociaż Albarn podpisywał już swoim nazwiskiem opery i soundtracki, dopiero ta płyta będzie jego pierwszym w pełni autorskim projektem. Ludzie, którzy znają Damona ze spektakularnych hymnów czy drugiej piosenki może zdziwić ten ascetyzm, ale przygarbiona sylwetka od dawna wydaje się być jego naturalną postawą. Już w samym środku odgrywania roli młodego boga brit popu śpiewał I'm a professional cynic, but my heart's not in it aby później kryć swój smutek na kolorowym tle (podczas trasy koncertowej Demon Days, który to koncept wizualny wciąż mnie zachwyca i zainspirował także logo tego bloga).

Dla mnie Damon jest jedną z tych szczególnych osób, które nie muszą już się starać być cool, bo są chodzącym synonimem tego określenia (vide David Bowie invented cool). Typowy londyńczyk chroniący się przed klimatem szeroką kurtką. Ale skąd u niego te skarpetki w romby? Czyżby pan Albarn zestarzał się już na tyle, że czeka na tytuł szlachecki od Królowej Matki? A może aplikuje na rozmowę o pracę w korporacji, aby przeprowadzić obserwację uczestniczącą wśród "everyday robots"? Miejsce, które ma zajmować jest przecież tak szczegółowo oznaczone taśmą pod dopowiednimi nogami krzesełka, że swobodnie zrezygnowana poza tknie zbyt widocznym szyderstwem.(Tutaj miałem porównać naszego bohatera do Stańczyka, ale ich różnica popkulturowa jest tak ogromna, że poprzestanę na barowym stand-uperze).

Tło tego obrazu jest idealne, wręcz sterylnie czyste, brakuje na nim tylko nadgryzionego jabłka - symbolu epoki high-endu. Tytuł płyty obwieszcza idealnie czytelna czcionka zaplanowana co do centymetra swoim industrialnym wzornictwem rodem z "Metropolis". Ale zaraz nad nim ktoś dla draki dopisał zwykłym ołówkiem figlarnie roztrzepane litery. Brzuchate "d", uśmiechnięte "o", podskakujące "b" i przypominające połowę ptaszka "r".
Człowiek vs. technologia.

piątek, 19 października 2012

KROPKI - KRESKI: Sproszkowane Słońce


19 Wiosen - Pożegnanie ze światem (2010)

obraz na okładce: Wilhelm Sasnal, bez tytułu, 2004, obraz, olej na płótnie, 150 x 180 cm

Jeden z niewielu niestety przykładów w polskiej muzyce, kiedy znany artysta współczesny oddaje na okładkę płyty swoje pełnoprawne dzieło. Banksy zrobił Blur Think Tank ,a znaczenie Sasnala w skali naszego kraju jest podobne.

czwartek, 9 sierpnia 2012

KROPKI - KRESKI: Brain gallop


fot: Nick Helderman, skradzione z fanpejdża OFFa.

Stephen Malmus, czyli najbardziej cool gościu na całym OFF Festivalu.

(poza tym całkowicie nie rozumiem tej podjarki całym Thursonem Moorem, musiał popisywać się długością gryfu gitary i pompatycznie dedykował utwory wszystkim poetom na widowni albo Yoko Ono)/

wtorek, 5 czerwca 2012

KROPKI - KRESKI : Getting higher than the Empire State


fun. - Some nights  (2012)

Naprawdę dobra okładka albumu (długogrającego) powinna być odzwierciedleniem treści zawartych na ukrytym w sobie krążku.
Chociaż album grupy fun. nie jest jakiś super, to okładka jego jest na pewno świetna, prawdopodobnie staje się jedną  z moich ulubionych. Okładka ta mówi wszystko o muzyce jaką grają na Some nights, z powodzeniem można dokonać analizy dźwięków opisując jedynie przedni obrazek.

Powyższa okładka na pierwszy rzut oka wygląda jak zdjęcie zrobione Instagramem. Idea postarzania zdjęć jest tyleż romantyczna co ultramodna/hipsterska. Piosenki fun. również przeżyły ostatnio zdumiewający wybuch popularności i znalazły się na ustach i uszach wszystkich; Zuckerberg nie musiał utworów ich za miliard zielonych - wystarczyło wykorzystanie ich w "Glee".

Barwy są miękkie, (po prostu) pastelowe i zbyt nasycone - kontrast ustawiony za wysoko wyodrębnia niepotrzebnie cienie i naostrza obrazek. Nałożono chyba jakiś cały filtr pomarańczarni, przez co zdjęcie jest po prostu sztuczne.   Jaskrawa jest też produkcja płyty, ścieżki są nienaturalnie podkręcone i rozmnożone, nawet wokal musiał być podbity w Auto Tunsie i w rozwleczony chórek. Jednak najbardziej bolą sztuczne klawisze i okropne odbijanie elektronicznego keyboardu.

Układ kompozycyjny z tytułem wyszczególnionym na górze ma przypominać (prawdopodobnie) album z prawdziwymi zdjęciami i nawiązuje także do tradycji muzycznej - ten elegancki szablon zastosowano także na płycie Beck'a już. Propsy, bo bardzo lubię i inspiracje też warte pochwały.

Najbardziej istotne jest to, że ten przód albumu przedstawia jakąś konkretną sytuację, zdarzenie. Płomyk nie mruga (to nie bajka niedługa), bo zatrzymał się w slow montion, tak jak epicki refren wiodącego singla We are young. Takie przesuwanie się obrazków w zwolnionym tempie wydobywa istotę rzeczy, rzeczy z niej najważniejsze. Pozwala zauważyć, że właśnie te szczegóły, pojedyncze momenty są najbardziej znaczące. Happeningi zawsze prezentują się tak samo, ale to małe gesty wyróżniają i odróżniają się od tonącego banału. (słowo "wyjątkowe" ciśnie mi się na qwerty właśnie od niego mnie oddzielając).

Ale ja przecież chyba dawno odrzuciłem rozważania paola cohelo na postrzeganie świata w kosmosie i nie dlatego tak bardzo lubię to zdjęcie. Po prostu, nie przedłużając - są tam, zaraz na pierwszym planie piękne, dziewczęce nogi (proste.długie). Nogi z łydką, która mogłaby się znaleźć na okładce Ferdydurke jako gombrowiczowski atrybut młodości. Zgrabne nogi podane tak wprost przemawiają do mnie wyraźnie jesteśmy młode (ang. We are young). I ja je biorę... przepraszam, ja to akceptuję w ciemno, przemawiają do mnie lepiej niż prześpiewania wokalisty fun. i nie będę ukrywał jak bardzo mi się one podobają. Żywotna, żwawa, pełna witalizmu piosenka to coś przy czy mogą udanie bawić się dzisiejsze gimbusy, dziękuję, popatrzę.

Osoby pozujące nie pokazują twarzy, bo osobowość dawno wyssał im fejsbuk i twitter, mogą to być też złe dzieci palące papierosy i pijące alkohol hejhejsialalahejhejhejhej.
Nie chcę wychodzić na zgrefa, ale o ile moimi po-imprezowymi brudnymi muzakami było The Kills i LCD Soundsystem, tak "dzisiejsza młodzież" może przy fun. właśnie szukać sensu życia i przyjaźni i miłości i upływu czasu pośród nieprzespanej nocy i śpiącego czekania na nocny autobus do domu.

PS. Żeby nie było niejasności : "młodzież" to taka grupa ludzi, która musi jeszcze chodzić na lekcje do szkoły. Pozdrawiam z wakacji.

piątek, 1 czerwca 2012

Pierwsza dama polskiego nieżalu

#autopropsy
L.stadt, Julia Marcell i Bon Iver na Main Stejdżu Ołpenera, Iza Lach ma oryginalną piosenkę z tym słynnym Snoop Dogiem oraz została uznana za autorkę 138. polskiej piosenki wszechczasów, Vermones rozwijają się na solidnej EPce, a Janek Samołyk zdobył dzisiaj Olimp Polskiej Muzyki (czyt. Opole hehe). Nieskromnie przyznam, że lubię mieć rację i te godziny, miesiące, lata odsłuchów kolejnych mp-trójek usprawiedliwiają mnie do wydawania czasem jakiś osądów. Ale za największe osiągnięcie mojego wydatnego skądinąd nosa ("atrybut intuicji") uważam błyskawiczne zakochanie się w nowej Brodce dwa lata temu. Ciągle pamiętam jak z zapartym tchem czekałem na LP Trójki,. gdzie premierowany był pierwszy singiel z Grandy. Szybko okazało się, że było na co czekać. W pięciu smakach faktycznie spowodowało niemałą rewolucję nie tylko dla ówczesnej laureatki Idola, ale zatrzęsło światkiem muzycznym od Polsatu do nieżalu.
Oczywiście nie było to dla mnie żadnym większym zaskoczeniem, znam bowiem składniki tego olśniewającego sukcesu. Tak więc: prezentuję (uwaga, banał w tytule).

KARIERA BRODKI W PIĘCIU SMAKACH



1. Muzyka 
Wydana w 2010 roku Granda cały czas pozostaje najświeższą i najfaniejszą polską płytą ostatnich lat kilku. Pani Monika nadała polskiemu słowu "pop" artystyczne i ekscytujące znaczenie. Krążek wypełniony jest muzyką śmieszną (Ścieżka Nr. 1.), figlarną (2.), taneczną, (3.) seksowną (4.), góralską (5.), wykręconą (6.), elektroniczną (7.), nieoczywistą (8.), nawiązującą do legend naszej muzyki (9.), podskórną (10.) czy wreszcie międzynarodową (11.). To po prostu świetna płyta z prawdziwie porywającymi piosenkami i cała kolorowa  pstrokata.

 

2.  Współtwórcy
Nosowska ma Macuka,a Brodce w kompozycjach pomaga Bartosz Dziedzic, który jest też odpowiedzialny za produkcję całej płyty. Jest ona - produkcja - kluczowa dla całego wydawnictwa, bo właśnie stworzona przez nią energia napędza wszystko i decyduje o oryginalności stylu Grandy. Dziwności w muzyce jest cała masa, dodatkowo nadano temu organiczny, folkowy sznyt.
Ogromnie ważną sprawą w tym kontekście są też oczywiście teksty piosenek, co ważne - napisane po polsku, a nawet staropolsku. Takie określenia jak porachuję kości, cni mi się do niego, czy tytułowa balanga to esencja nowego stylu brodki. Wprowadzić takie wartości w "czasy hipsterskie" mogli prawdziwi specjaliści jak Budyń z Pogodna i Radek Łukasiewicz z zespołu Pustki. Razem z Moniką stworzyli prawdziwy dream team młodej polskiej alternatywy, lepiej sam bym ich nie zebrał.
Spektakularnym symbolem tych artystycznych znajomości jest niewątpliwie słynny już teledysk do Krzyżówki Dnia, który współtworzyła doborowa grupa warszawskich twórców wizualnych. Nie wiem dokładnie kto jest tam kim, ale efekt robi wrażenie pio-ru-nu-jące.


3. Koncerty
Niezwykle chwalebne jest to, że Brodka przywiązuje tak dużą wagę do swoich występów na żywo i dba o ich profesjonalną całościową oprawę. Nie ma chyba w Polsce drugiego artysty/zespołu, który za cel miałby stworzenie prawdziwego widowiska na scenie (Doda to ina liga roz(g)rywkowa ). Normalnością na jej koncertach jest deszcz tak bardzo dużej ilości confetti, a wszyscy muzycy także są schludnie odziani w fikuśne muszki czy inne imprezowe atrybuty. Skład koncertowy tez jest należycie rozbudowany, dla przykładu Brodka zabiera w trasę aż dwóch gitarzystów, co nie jest konieczne i specjalnie słyszalne, ale świadczy o dbałości o aranżacje. Oni zresztą tam na scenie też bawią się świetnie - takie obrazki jak "granie w kółeczku" w 3:25 filmiku na górze są budujące i sympatyczne. Ten luz i swoboda pozwala później na eksperymentowanie z dramaturgią "przedstawienia" , wykorzystanie dziwnych strunowców, czy zaskakujące/intrygujące covery.
Osobiście bawiłem się na koncercie Brodki w Krakowie i mogę zaświadczyć, że był to jeden z lepszych gigów w jakich miałem przyjemność uczestniczyć heh :)

4. Trendy
Nie chodzi mi bynajmniej o przedstawiony kolumnę wyżej festiwal telewizyjny, ale o tytuł tego posta. Faktem jest, że Brodkę kochają obecnie wszyscy i jest jej najbardziej cool piosenkarką w Polsce. Ogromna w tym zasługa samej jej, która deklaruje, że chce realizować się na wielu poza-muzycznych też dziedzinach i dba o swój wizerunek z każdych stron. Moda, stroje, fotografie, teledyski są tak samo ważne jak tworzona przez nią muzyka, co jet podejściem niespotykanym w naszym kraju. Jest to jednak słusznie doceniane zewsząd. Możemy chyba mówić o pewnym fenomenie, bo "grupa docelowa" Brodki jest ogromna - od bywalców sylwestra we Wrocławiu, przez czytelniczki "Glamour" i "Vivy" które pamiętają ją z piosenek Piaska (ja dalej bardzo je lubię) do miłośników alternatywy i krakowskich hipsterów z zaciekawieniem czekających na jej wysublimowane teledyski. Przekleństwo "Idola" pozwoliło pani Monice na dotarcie do szerokiego audytorium, wymogło tak gwałtowne zmiany, spowodowało u słuchaczy radia zet naukę tych wszystkich wysublimowanych inspiracji (kiedyś zrobiłem ich listę) które mogła zaprezentować z takim dużym rozmachem. Serce rośnie, gdy taka płyta jak Granda tak długo trzyma się w czubie list sprzedaży i nagle wszyscy stają się fanami dobrego popu.


  5. Monika
Najważniejsze zostawiłem sobie na koniec. Pozwolę sobie zacytować M. Słomkę ze screenagers.pl : "Monika Brodka, laureatka „Idola”, oszukała to smętne przeznaczenie dwukrotnie. Najpierw swoimi poprawnie skrojonymi popowymi radiówkami połączyła wszystkie matki i córki tego kraju we wspólnym uniesieniu na samochodowych trasach dom-szkoła-supermarket. Następnie, zmieniając repertuar i stawiając całą swoją karierę na szali, kupiła sobie uznanie audytorium skupionego wokół muzyki niezależnej." Oszukała przeznaczenie, znaczące. Pomyślcie ile ona musiała walczyć z papparazzami, a później heroicznie bronić swojego nowego wizerunku i tłumaczyć jak krowie na rowie, że chciała zrobić coś swojego, bo przecież może, ma swoje zainteresowania. Do tej pory odpowiada na pytania o dojrzałość czy o mityczny moment zostania "artystką".
Nawet ja całe życie byłem przekonany, że słowa do utworu Kropki-kreski musiał napisać Radek Łukasiewicz, bo przecież autorem jest genialnym, a tekst jest jednym z moich ulubionych ever.
Niezwykła delikatność wśród płynącego pianina ustanawia nową definicję synestezji opisując ukochaną osobę za pomocą malarskich środków - permanentnym tuszem bądź, w czerwieni do twarzy mi / bez szablonu i bez wzoru, namiętnie i aż do krwi <3 ubóstwiam.
W innym zaraz momencie, tytułowej Grandzie, zalotnie droczy się do jeżdżących basów kusi i onieśmiela tylko po to, aby skrytykować stylówę i wyskakać staropolskie "spierdalaj". Co za charakter w tej dziewczynie...

Myślę, że Monika Brodka zasłużyła w ogóle na jakiś osobny medal, skutkiem jej sukcesu est bowiem stworzenie na "polskim rynku muzycznym" kategorii idealnie pośrodku mainstreamem a alternatywą.
Młoda polska kultura alternatywna doczekała się też być może swojej ikony.

PS. Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, to Brodka jest zaszczytnym headlinerem Frytka OFF Festiwalu 2012, z czego się niezwykle cieszę. 

niedziela, 5 lutego 2012

KROPKI - KRESKI : London Bye Ta Ta

David Bowie - At the Beeb (1968 - 1972)

God blees Bowie i plees, daj mi ogarnąć jego geniusz.
Muzyk, performer, aktor, kosmita, pre-hipster, wokalista, saksofonista, slalomista, biseksualista, anglista, skandalista, producent, uczeń Lennona.

czwartek, 2 lutego 2012

KROPKI - KRESKI : I've driven in the dark with echoes in my heart


Jeden z wielu olśniewających plakatów koncertowych zespołu Wilco.
 

 The Music Hall at Fair Park / Dallas,TX / 29 Nov 2011

sobota, 14 stycznia 2012

KROPKI - KRESKI : Sorrow's my body on the waves


The National - High Violet (2010)


Chociaż minęło już trochę czasu, to dalej nie potrafię napisać jakiegokolwiek wpisu o National.
To taka cienka granica oddzielająca moje zwykłe silne emocje związane z muzyką od wylewania żalów i depresji związanych ze związkiem (a raczej jego brakiem, żeby było tak bardziej stereotypowo).
Proszę więc traktować przedstawioną grafikę jako zapowiedź, spojler nadchodzących zmian na tej stronie.

czwartek, 5 stycznia 2012

The Piano Drop


Tim Heckner - Ravendeath, 1972

Z Machiny :
Twórca muzyki elektronicznej Tim Hecker znalazł tę fotkę w Internecie : "Szukałem w Googlach różnych cyfrowych śmieci i natrafiłem na zdjęcie zniszczonych pianin. Odkryłem też, że studenci MIT (Massachusetts Institute of Technology) zapoczątkowali w latach 70. rytuał wyrzucania tego instrumentu z budynku. To zdjęcie przedstawia pierwszy raz. Wydrukowałem je i powiesiłem w pokoju".