background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 maja 2015

SP 7": I'm lightning on my feet



Wszyscy mają problem z Taylor Swift.
Ranczerzy z Teksasu nie mogą dojść do siebie po tym jak rzuciła ich (muzykę) dla ogólnoświatowego popu. Tina Fey dołączyła ją do prestiżowej listy obiektów żartów na Golden Globach kpiąc z long list of ex-lovers panny Swift. Cała wstrząśnięta zamieszkami w Ferguson Ameryka z podejrzaną uwagą przyglądała się strukturze rasowej w teledysku do Shake it off (znowu You ain't a pimp and you ain't a hustler?), a cały przemysł muzyczny dyskutował nad odejściem Taylor z katalogów Spotify. Nie mówiąc już o wszystkich zawistnikach, którzy zżymają się na niemal archetypową figurę słodkiej długonogiej amerykańskiej blondynki.




Taylor nic sobie z tego nie robi i pozdrawia wszystkich nie środkowym palcem, a szerokim (tak, hollywoodzkim) uśmiechem i refrenem Shake it off.  Całe to nieprzyjemne napięcie rozsadza humorem i naturalnym wdziękiem. Nie ukrywam, że zwracam dużą uwagę na to, że jest śliczna, ale talent komediowy został przeze mnie zauważony w całkowicie obiektywny sposób podczas jej występów aktorskich w SNL.
Oczywiście w najnowszym singlu Swift jest bezczelność, ale kryje się ona w warstwie kompozycyjnej. Bo jak inaczej nazwać metodę refrenu, który wykorzystuje identyczne nuty, aby powtarzać dokładnie tą samą melodię. To jak bardzo dominuje ona nad akordami w mistrzowski sposób tłumaczy Chilli Gonzales. Nie musimy znać detali harmonicznych; wystarczy kawałek śpiewnego motywu, który wsunie nam się w ucho nawet z drugiej strony ulicy.



Dzięki Shake it off Taylor Swift znalazła się na samym szczycie światowego mainstreamu. Jak każda księżniczka popu (Madonna, Britney etc.) ma ogromny wpływ na swoich nastoletnich wielbicieli, ale zasłużyła nań sobie nie tylko osobistymi przymiotami, a przede wszystkim trafnym odczytaniem społecznych trendów. W AD 2014 była to "filozofia" normcore mający za szczyt stylowości bycie jak najbardziej... normalnym. Coś w rodzaju świadomego odwrócenia się od pogodni za trendami.
Dlatego właśnie w teledysku do Shake it off Taylor uparcie pozostaje "zwyczajną dziewczyną".  Do tego odsyła szata graficzna albumu składająca się ze spontanicznie cykanych kadrów z Polaroida. Zaskakująco normalne (czy też konkretne) jak na dzisiejsze standardy marketingowe było ogłoszenie najnowszego wydawnictwa - prosta konferencja webowa z ujawnieniem całej tracklisty i gotowym teledyskiem do przesłuchania. Wreszcie tytuł płyty  1989 - może nieodnoszący się do Solidarności, ale z pewnością mający pokoleniową siłę (vide. Delikatnie lewitujesz słysząc dziewięćdziesiąt trzy). Ujawnienie daty urodzin jest jak zejście z piedestału, jak zaproszenie na domówkową celebrację - pomyślcie tylko o Madonnie podpisanej jako "Louise Ciccone". I ta szczerość - to nic, że nieco może zbyt ostentacyjna - zdała egzamin. Doszło więc do tego, że amerykańska młodzież masowo wykupywała kompakty CD Taylor, o czym ze zdumieniem donosili tamtejsi dziennikarze (odwrót od cyfryzacji, chęć posiadania czegoś na własność, nuda).




Nie można zapomnieć, że mamy do czynienia z produktem tak nienaturalnie perfekcyjnym jak post-gym look samej Taylor Swift. Jeśli szukacie czegoś mnie wykoncypowanego, mniej więcej w tym samym czasie do szkoły wróciła też Julia Marcell na płycie Sentiments. Jej perspektywa była bardziej poważna, bo postanowiła zmierzyć się nie z hejterami, a ze swoimi demonami młodości. Trudno polubić sterylność produkcji przeboju Taylor gdy surowość gitar Julii jest tak bezpretensjonalna. Ale obie dziewczyny spotykają się w tym samym miejscu - obie piosenki są szalone w swojej witalności. Z jednej strony do Julii równie dobrze pasowałoby podbicie dęciakami z Shake it off, a niekontrolowana spontaniczność wygłupów Julii nadałaby pannie Swift więcej prostego życia. Tak czy inaczej - takie rozważania są najmniej ważne.  Obie są jednakowo fajne i jednakowo beztrosko strząsają zastane konwenanse w rytm dzikiego rytmu i poważnych skarg obrońców moralności.

PS. Czy Taylor Swift jest overrated? Nie wiem, ale Paul McCartney nie śpiewa chórków byle komu :)

niedziela, 22 marca 2015

Mother sucking hip - hop


Afro Kolektyw - 46 minut Sodomy (2014)

Na koniec Afro Kolektyw nagrało własną wersję POP - płyty U2 z 1997 roku.

Po telewizji, przed internetem, w środku komercji.
Popkultura zaczęła uwierać irlandzki zespół tak bardzo, że musieli ukazać ją w nawet nie w krzywym, ale w potłuczonym zwierciadle. Szaleństwo supermarketów przerosło nawet Bono - organizując nieprzyzwoicie gigantyczną trasę stanęli na krawędzi bankructwa, a piosenki zapadały się pod ciężarem ambitnych i awangardowych fuzji elektronicznych. Rozpaczliwie rzucili się w wir imprez plaż Miami gdzie na tle narkotycznych szaleństw elektro dumnie kroczą supermodelki - najbardziej błyszczące, zjawiskowe postaci tego drogiego świata.

Brzmienie POPa jest celowo popsute - te wszystkie niedoróbki, charszczenia i niedomagania są pozostawione specjalnie jako świadectwo zepsucia, zbytku, przytłoczenia popkulturą. Nawet głos Bono niewyciągający wyższych tonów jest kluczowy, bo to głos skacowanego imprezowicza na najgorszym kacu, a istotę Gone obrazuje szurający, gasnący dźwięk gitary The Edge'a. Spod całego tego zamętu Bono wyczuwa nadchodzący nadmiar śmieciowych produktów kultury czemu towarzyszy wstydliwe wyznanie The Playboy mansion: "I never did see that movie / never did read that book". Drugim okiem wciąż lookin' for baby Jesus under the trash; patrzy w głąb, tam gdzie tak niebezpieczne serce jak wysypisko atomowe masz.





W Polsce, w naszym kręgu kulturowym popkultura nie jest tak bardzo obecna,
Jeśli spotka się czterech, albo sześciu kumpli to nie rozmawiają o filmach czy płytach, Nie oglądają nawet telewizji. Po prostu piją wódkę.

Opium dla mas jest u nas alkohol. Nie ma nic prostszego niż zalanie się w trupa. Uniwersalny sposób na wszystkie problemy. Pytasz dlaczego śmierć, dlaczego wojny, dlaczego marketing - i dlatego wódka. Największa przyjemność dla najmniejszych ludzi. Tyle ukojenia w malutkiej buteleczce - z wódki to "małpki" sprzedają się najlepiej. Nie trzeba nawet wychodzić z domu, bo przecież wódka w barach jest absurdalnie droga. Nie trzeba mieć towarzystwa, można przecież pić do lustra.

Upadlanie się jeszcze nigdy nie było tak proste. Fizyczne katusze zadawane wątrobie i całemu ciału. Wyrzuty sumienia zamieniają się w wyrzuty z żołądka. Słowa nareszcie zyskują na bezwstydności. Dosłowności i krzykliwości. Beznadziejne zawieszenie. Można iść tylko w górę, albo w dół. Niebo albo piekło.  Nagle masz diabła w oczach moja miła, tylko dlatego że się w nich odbijam.

46 minut Sodomy do płyta alkoholowa. Skończyli się w najgorszy możliwy sposób - sztywnym osunięciem się pod stół. Zamiast szampana z gali nagród raczyli się tylko wódką. Zupełna kapitulacja, bezmyślne wlewanie w siebie złej substancji. Cała frustracja, talent, muzyka, podkłady poszły się jebać. Zamiast artyzmu wygrał alkohol. Zataczamy się ze świadomością porażki. Afro Kolektyw to truchło, po raz ostatni i ostatecznie zalali się w trupa. Zostanie nam po nich tylko pięć płyt, masa punchlinów, 40 kilogramów autoironii i kac. Potężny kac.

 

wtorek, 3 lutego 2015

He says you play it on your broken guitar





Angus & Julia Stone - s/t (2014)
Erlend Øye - Legao (2014)

Co będzie jak zepsuje się moja wieża stereo?
Pamiętam jak mój tata przywiózł ją z Niemiec kiedy byłem naprawdę mały. Leżałem w łóżku chory na jakąś świnkę i sprezentował mi pilota z magicznym napisem SONY. Ostatnio z niemałym szokiem dostrzegłem tą piękną maszynę na zdjęciu z urodzin gdy na moim torcie świeciło się góra 6 świeczek. Brat nagrywał na kasety hity jeszcze z POPlisty i eksperymentował połączenia z telewizorem, a teraz ja przejąłem ją jako wzmacniacz do studenckiego laptopa. Oczywiście laser nie odczytuje już płyt CD, wiadomo - tyle lat. Niemniej jednak myśl o zepsuciu się całego sprzętu napawa mnie prawdziwym audiofilskim przerażeniem.
Z podobną obawą pisała o swoim iPodzie felietonistka Pitchforka. U nas odtwarzacz z jałbkiem nie jest otoczony takim kultem, ale decyzja o zakończeniu produkcji serii Classic dla mnie także jest symboliczna (swojego kupiłem używanego na Allegro i faktycznie jest najlepszy, nie odchodź). Żyjemy w ciekawych czasach, ale nowinki technologiczno-internetowe są interesujące raczej dla geeków z polibudy. Nikt chyba nie przywiązuje się do gigabajtow co nie zmienia faktu, że to moja muzyka. Nie chciałbym żeby rozpłynęła się w chmurze wystawionej na widok całego świata, z którym będę musiał się dzielić swoimi dźwiękami.





Tą zmianę, gaśnięcie technologii zdają się wyczuwać Angus i Julia Stone. Ich najnowsza płyta przypomina soundtrack do wakacyjnego filmu wyświetlanego z projektora taśm Super 8 na sypialnianym prześcieradle. Podpisali ją swoim nazwiskiem, tak jak podpisuje się osoby na odwrocie wywoływanych zdjęć. Celowo wybrali tak nietrwałe nośniki, bo zaspany głos Julii już na samym początku zdradza zainteresowanie na wieść o zepsutej gitarze. Sprzętowe niedoskonałości mają swój nieodparty urok, zniekształcenia nadają unikalne brzmienia i piętno ciepłej, analogowej usterki. Wherever you are mówi o starych głośnikach samochodowych, towarzyszach niejednej podróży po niezliczonych kilometrach i współsłuchaczach niezapomnianych melodii. "With a broken stereo I wanna be wherever you are" staje się sentymentalnym wyrazem zgody na dzielenie wspólnej drogi, która nie musi być komfortowa. Bo jeśli chcemy, te wszystkie dziury miłością da się załatać. Pan Jacek Cygan naprawdę ładnie to ujął - tylko że w piosenkach nierówności łagodzi prowadzenie miękkiego basu, a rozstrojone domowe pianino jest świadkiem kolejnego A heartbrak. Kojąca serdeczność jest pewnie staroświecka, ale dobrze jest się odprężyć i zamiast zestawu sex, drugs and rock n' roll wybrać love, whiskey and smooth.





Podobnie jak muzyka rodzeństwa Stone funkcjonuje poza czasem, tak płyta Erlenda Øye ni ejest umiejscowiona w konkretnej przestrzeni. Legao było nagrywane w różnych miastach i z różnymi muzykami, co przypomina trochę wędrówkę trupy grajków, która przenosi się akurat tam gdzie panuje przyjemny klimat i ładna pogoda. Wyobrażam ich sobie jako "Bungalow band" grający słoneczną muzykę na plażowych tarasach. Wśród palem, które w jakiś sposób zdołały położyć się cieniem nad rozczochraną głową chłopaka z Islandii. Bo nie są to dramatyczne wstrząsy i trzaski łamanego serca; bardziej kołysania miękkiej bossanovy z pomachaniem dłonią na pożegnanie w Save some loving. Jak upadki na plaży, które nie mogą być tak bardzo groźne gdy uderzenie amortyzuje (trochę tylko szorstki) piasek. Dobrze jest wyjechać na wakacje i nabrać odpowiedniego dystansu - nawet jeśli nie można spojrzeć przez różowe okulary, to ciemne szkła nie musza tam oznaczać czarnowidzenia. Dzięki takiej falującej pulsacji Bad guy now staje się najładniejszą obwiniającą piosenką jaką można sobie wymarzyć w koszmarach wyrzutów sumienia.

Jeden z bohaterów Norwegian Wood Haruki Murakamiego czytał tylko książki wydane co najmniej 30 lat wcześniej (z wyjątkiem Wielkiego Gatsby'ego). Ta cenzura miała wydzielić dzieła, które oparły się próbie czasu, są faktycznie warte przeczytania. W przypadku muzyki brakuje jeszcze takiej granicy - nie ma żółknących kartek czy wyblakłych kolorów; dane po prostu ulatują z zapisu płyty CD, a laser gaśnie. Ciężko się wzruszać nad elektroniką, ale na szczęście audiofile też mają swoje romantyczne nośniki - winyle. Kurz pięknie osiada w czarnych rowkach, a trzaski zdradzają ulubione, najbardziej zgrane miejsca.
Właśnie to charakterystyczne ciepło brzmienia jest tym co najcieplej bije z opisywanych wyżej albumów. Legao oraz Angus and Julia Stone jak ulał pasują do adapterów. Już teraz udzieliłbym im historycznego kredytu zaufania i wytłoczył na czarnych płytach jako przepustkę do nieśmiertelności. Udzieliłbym im schronienia przed wypaleniem na zwyczajnej płycie CD, z której za kilkanaście lat uciekną nie tylko megabajty, ale to co ważniejsze - dusza.

piątek, 16 stycznia 2015

2014: Płyty & Imprezy


Zapraszam na drugą część rocznego podsumowania. Dzisiaj to co najważniejsze - płyty długogrające. Sam z siebie zrezygnowałem z szukania jakiejś tendencji wiodącej. Tylko trzy płyty z Polski, ale te damskie były moimi ulubionymi w ogóle - gdybym skusił się na ułożenie w kolejność, na pewno byłyby na podium "moich" ulubionych rzeczy.

Moje ulubione płyty roku 2014

Angus and Julia Stone - Angus and Julia Stone
Bardzo ładna i bardzo ciepła płyta. Już na samym początku wiecie o chodzi mi z tym określeniem "ulubione płyty".

Coldplay - Ghost Stories
Nareszcie poszli po rozum do głowy i zagrali mniej niż jak najwięcej. Wyszła najbardziej urokliwa płyta od dawna, coś w rodzaju smutniejszego, ale bardziej dorosłego Parachutes. Całą recenzję spisałem tutaj

Damon Albarn - Everyday Robots
Najbardziej bezpośrednio dzieło Damona Albarna. Kolejne ballady o elektronicznej temperaturze niepostrzeżenie stają się esejami na temat dzisiejszego świata technologii. Muzyczna wersja Her, a o nastoju całości pisałem tutaj.

Erlend Oye - Legao
Trudno nie lubić tej płyty. Trudno wymyślić większy banał? Być może, ale wszystko tam się świeci, uśmiecha i zaprasza do bujania (a nawet może coś o tym napiszę niebawem).

Julia Marcell - Sentiments
Intensywna i zadziorna Julia rozprawia się z dorastaniem. Z jego całym rozczarowaniem, doznawaniem i walczeniem o kształt samego siebie. Świetne rytmy i wcale gitarowe melodie. Trochę więcej tutaj

Jungle - Jungle
O tym jak porywające mogą być brytyjskie tańce przyprószone około-karaibskimi (?) rytmami przekonywał już Jack Penate. Szkoda, że sam nic nie robi, a tutaj podobne rzeczy w większym i bardziej imprezowym kolektywie.

Michał Biela - michał biela
Siła ciszy, spokoju, ballady. Dawno nie słyszałem tak harmonijnych i przyjemnych dla ucha wokali grzejących uszy jak gitara przy ognisku. (Płytę można ściągnąć bez opłat, ale zachęcam do wsparcia finansowego, bo zakumplujecie się z Michałem wraz z pierwszym odsłuchem, a potem tak głupio za darmo). 

Pustki - Safari
Najbardziej zaskakująca, najciekawsza brzmieniowo i chyba najmądrzejsza (z humorem) płyta roku. Także ta zwyczajnie najlepsza, o czym pisałem tutaj.

Spoon - They got my soul
Stare dobre indie na gitarach. Spoon to już instytucja, więc bez większego wysiłku wyprzedzili nieopierzoną i przestrojoną konkurencję. No i tak, chciałbym ich na OFFa. 

U2 - Songs of Innocence
Po raz kolejny kapituluję z obiektywną oceną tego zespołu. Muszę jednak przyznać, że bardzo im się przydał powrót do lat młodości - nawet ja nie spodziewałem się płyty tak świeżej, różnorodnej i wyzwalająco swobodnej.









Jeśli longplaye są rzeczą esencjonalną w kolekcji muzycznej, to chodzenie na koncerty są solą interesowania się dźwiękami w ogóle. Pół Polski, nawet z Częstochową i tylko dwie rzeczy z Wrocławia. Ale to moje miasto może sobie pozwolić na tak pojedynczą reprezentację, bo na WROsound pokazali(śmy) najlepszą część dolnośląskiej sceny muzycznej.
(w Nazwach kryją się odnośniki do moich tekstów, którymi opisywałem dane wydarzenie. Od Sonimiki mam tylko zdjęcie, ale też ładne).

Moje ulubione wydarzenia roku 2014

Soniamiki, 7 czerwca, Muzyczne Podwórko, Częstochowa
Letni koncert - nie tylko jeśli chodzi o pogodę, ale o ogólną atmosferę. Wprowadzoną także przez narrację samej Zosi Mikuckiej, która stworzyła coś pomiędzy monologiem, a słuchowiskiem radiowym.

OFF Festival, 1-3 sierpnia, Katowice, Dolina Trzech Stawów, Katowice
Od wielu lat najlepszy festiwal w Polsce. Po całym cyklu postów na jego temat nie mam już pomysłu jak mógłbym wyrazić swoją miłość do tej imprezy.

Zuzanna, 21 września, Kino Świteź, Pajęczno
Co tam Czesław, gwiazda akordeonu jest tylko jedna. Przez cały wieczór towarzyszyły mi emocje niemal fizyczne, cała moc z tak niewinnie (i ładnie) wyglądającej osóbki.

WROsound, 24-25 października, Impart, Wrocław
Najlepsza impreza na Dolnym Śląsku pokazująca nie tylko Wrocław, ale wszystko co z nim związane - zarówno przez ślady kulturowe jak i drogi rzeczne.

Julia Marcell, 13 listopada, Stary Klasztor, Wrocław
Trafiła do mnie mocniej i łatwiej niż "Music from America so proudly universal" Jacka White'a. Jej piosenki są o wiele bardziej moje.




wtorek, 13 stycznia 2015

2014: Single & Filmy

Podsumowania roku miałem nie robić w ogóle, ale głupio tak zostać bez niczego. (Dłuższy i bogatszy opis roku zrobiłem dla 2013). Nawet dla siebie; zawsze coś zostanie w pamięci bloga. Najważniejsze kryterium w przedstawionych Dziełach było jak najbardziej subiektywne - wybieram zestaw nie najlepszych, ale ulubionych rzeczy z poprzedniego roku. Kolejność alfabetyczna.

Moje ulubione single roku 2014:



Afro Kolektyw - Ochroniarzem być
Kolejny niemęski, manifest Michała Hofmanna. Tym razy zamglony oparami alkoholu. Oto idealny jest samotny dzień / bądź uprzejma kiedy odrzucasz mnie.

Artur Rojek - Syreny
Nie przyłączam się do zachwytów nad jego solową płytą, ale nie było w Polsce ładniejszego przetłumaczenia rytmiki Arcade Fire. Więcej tutaj.

Damon Albarn - Lonely press play
Pewnie się powtarzam, ale Damon Albarn po raz kolejny ratuje dla świata instytucję love song to set us free. Wciąż potrzebujemy takich piosenek; tutaj o samotności w sieci elektronice.

The Do - Despair, Hangover & Ecstasy
Francuska elektronika zawsze ma w sobie coś ładnie namacalnego. Ale już kompletnie uwiódł mnie taniec z teledysku.

Jonathan Wilson - Love to love
Kojarzy mi się z wakacjami, ta cała przestrzeń i swoboda. Nie zagranie tego na OFFie było naprawdę perfidnym posunięciem setlistowym. Więcej tutaj.

Kristen - Music will soothe me
Najfajniejszy gitarowy riff roku! I ileż tam robi perkusja. Mistrzowie klimatu; tym razem typowo indyjskiego. Więcej tutaj

Milcz Serce - Atom
Energetyczny pocisk. Niebywale przebojowa i urzekająca tekstem piosenka. Mam nadzieję, że to tylko początek tego wciąż niedocenianego zespołu.

Nervy - Euforia
Właściwie mniej piosenka, a bardziej prezentacja mocy brzmienia. Nikt jeszcze nie miksował dęciaków i elektroniki w taki sposób. Więcej tutaj.

Spoon - Do you
Moje ulubione brzmienie - jak zwykle bardzo inteligentnie podbijają tempo akordu. Trochę Blur z Coffee & TV, trochę radiowy przebój w stylu konkretniejszego The Shins.

U2 - Every breaking wave
With or without you XXI w. Ma w sobie wszystkie najmocniejsze i najbardziej rozpaczliwe elementy ballad U2. Klasyk.

Zapraszam też na odpowiednią playlistę na Spotify.



Moje ulubione filmy 2014 roku:



20 000 dni na Ziemi
Nick Cave jest jedną z tych postaci, która na pewno zasłużyła na cały film o sobie. Ustawiony, ale tym bardziej prawdziwy proces powstawania Legendy. A spotkanie z Kylie Minogue to już w ogóle crème de la crème.

American Hustle
Tempo, tempo! I do tego oparte głównie na samych brawurowo zagranych postaciach.

Begin Again
Sympatyczni ludzie śpiewają sympatyczne piosenki + świetny motyw o produkcji muzycznej.

God Help The Girl
Niby nic, że Stuart Murdoch znowu pisze o dziewczynach, ale tak jakby bardziej. Przepiękny i (niestety) prawdziwy musical. Recenzja tutaj, ale pisałem też tutaj.

Her
Bez wątpienia najważniejszy film ostatnich lat. Czekałem na dzieło, które pokaże jak bardzo technologia wpływa na nasze relacje. O filmie wspominałem tutaj.




środa, 7 stycznia 2015

Gwen Stories


Coldplay - Ghost Stories (2014)


Na przestrzeni swojej wieloletniej kariery Coldplay wciąż boryka się z uporczywym pytaniem - czy jest to zespół grający pop, czy może alternatywę? Podobne porównania nie są rzecz jasna najbardziej rozsądne, ale w świetle powszechnej powagi postrzegania gatunkowego można nadać im odrobinę sensu. Na potrzeby tego tekstu przyjmijmy proste założenie, że pop opiera się na melodii oraz harmonii, alternatywa natomiast skupia się na brzmieniu i modyfikacjach materiału nutowego. Chris Martin jest urodzonym melodystą, więc jego zespół to zespół pop. Nie chciałbym, aby zabrzmiało to jak jakaś obelga; warto pamiętać, ze w (pop)kulturze anglosaskiej terminem pop music określa się całą muzykę nie-poważną. Nasze przekonanie o miałkości popu faktycznie może mieć podstawy radiowe, lecz są sposoby, aby uszlachetnić ten gatunek muzyczny.





Po pierwsze - klimat. Jeśli dysponujemy bardzo ładną melodią, taką bez zgrzytów alternatywy, możemy pójść z nią w dwie strony: reklamę (bo przystępna dla ogółu), lub kołysankę. Ta ostatnia opcja charakteryzuje się bowiem harmonijnością, łagodnym biegiem i klimatem właśnie. Wydaje mi się, że kluczową decyzją podczas pracy nad Ghost Stories było postawienie na ten aspekt uroku. Urzekają pieczołowicie ustawione drobiazgi takie jak wyciszenia, repetycje czy wreszcie całkowite rozmycie Midnight (najmniej koldplejowego utworu Coldplay). Magic - taki tytuł nosi kołysanka promująca wydawnictwo. Dopiero później doceniłem jak bardzo musieli się starać, aby zagrać jak najmniej; dwoma akordami i zaledwie dwoma instrumentami. Na temat cierpliwie utkanego O pisałem przy książce, a jest to ballada jeszcze skromniejsza niż te z naiwnych czasów Parachutes.





Inną rzeczą wzbogacającą pop są uczucia - zarówno wpisane w piosenkę jak i nasze własne, które mimochodem przypominamy sobie na dźwięk wakacyjnego hitu. Szczęśliwe emocje potrafią zmieścić się nawet do najprostszej radiowej pioseneczki, ale już smutek nadaje większy ciężar gatunkowy. Tym razem Coldplay zrezygnował z wesołej wspólnoty miałkiego przeboju Paradise. Chris Martin zabiera nas głębiej, do zatopionego w marazmie Another's Arms komunikującego się z Damonem Albarnem, bo przecież It's hard to be a lover when the TV's on (w ogóle cała płyta ma podobne brzmienie do Everyday Robots, ale to temat na inną historię). Pod względem prostoty emocji Ghost Stories jest tak wyczekiwanym przeze mnie następcą Parachutes - bardziej smutnym, zrezygnowanym, ale też pogodzonym ze światem w wyważony dorosły sposób.
Nie do końca. W ułożoną muzykę zespołu wkradają się rzeczy wcześniej nie do pomyślenie - nieczystości i zgrzyty melodyczne jak w solówce do True Love. Ta tęsknota nie mija; frustracja przebija się nawet przez EMD-owy (Electro-dance music) podkład Avicilego w Sky full of stars.






Problem muzyki pop nie tkwi w samych - idealnie przecież ułożonych - nutach, a w reakcjach otoczenia na tą najprostszą formę wyrazu. Ironistów drażni bezpośredniość w rodzaju Here comes the Sun George'a Harrisona.


Za sprawą sieci świat, nasze życie, traci swoją bezpośredniość. Bierzemy rzeczywistość, a przez to samych siebie, w nawias. Nagie życie, życie „realne”, staje się nieznośne w tej swojej oczywistości i namacalności. Zachowując bezpieczny ironiczny dystans, zawsze mogę się przecież wycofać, schować w wirtualnej (czyli umownej) rzeczywistości.

To już jest problem, o czym pisze Robert Siewiorek w Dwutygodniku. Osobiście wierzę, że są jeszcze rzeczy, których nie powinno się zasłaniać konwencją. W pewnym momencie wydawało się, że sam Chris Martin dołączył do maistreamowych pozerów, aż nagle... rozstał się z Gwyneth Paltrow. Oczywiście jest mi przykro z tego powodu, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że artystycznie sprowadziło go to być może na ziemię. Wobec rozstania wszyscy jesteśmy równi, to (na szczęście?) jedna z najbardziej demokratycznych sytuacji życiowych. I znowu rozumiem jego muzykę, gdy kończy refren tak samo jak na Yellow - banalnym I love you so. Tylko, że 15 lat temu było to jeszcze wyrazem i najwyższej radości, mógł sobie pozwolić na powiedzenie do kogoś you know. Na moim ulubionym z Ghost Stories Ink jest skierowane tylko do siebie; poprzedzone All I know i zakończone so much that it hurts. Z konieczności brakuje młodzieńczej żarliwości, ale jej miejsce zajmuje plumkanie gitary akustycznej i nucenie od niechcenia niemal pogodnej melodyjki.