"Slightly excruciating" tak występ Coldplay na Super Bowl opisał John Olivier w programie Late Night with Seth Meyers. Angielski zespół już wcześniej zebrał dużo lekceważących komentarzy "according to internet" ale co innego jeśli mówi to najbardziej wpływowy Brytyjczyk w Stanach Zjednoczonych. (Olivier prowadzi na HBO przez wielu uważany za rewolucyjny program Last week tonight). Właściwie cały wywiad żartują sobie w wyszukany sposób na temat Zimnogrających mówiąc min. o opuszczaniu sceny przez "headlinerów" czy parodiując przepychanie się Chrisa Martina do pierwszych rzędów. "Let me save you from yourself - you can't close Super Bowl on Yellow (you can close with Clocks, but let Bruno spice it up for little bit)". Całość jest h i l a r i o u s i można ją zobaczyć tutaj.
Trudno o bardziej definiujący Codplay występ niż ten na Halftime Superbowl. Chcieli być fajni, a wszyscy i tak mówią o Beyonce, która zjadła ich na śniadanie. Ten sam brak pewności siebie i chłopięcy entuzjazm, dzięki któremu pokochaliśmy Chrisa Martina sprawił, że oddali swój występ walkowerem dobrowolnie ukrywając się za plecami Prawdziwych Amerykańskich Gwiazd. Dosłownie - aż połowę z 12 minut zabrali im Queen B. i Bruno Mars powtarzający swój show z zeszłego roku. I chociaż muzycznie Coldplay wyszli na tle ich playbacku całkiem fajnie, całą konstrukcją występu przypominając o radości wspólnego muzykowania, to w taki sposób można zostać tylko memem - co przewidziała zresztą córka Chrisa i Gwyneth Paltrow.
Pewnie, można narzekać na dobór piosenek: Paradise jest najsłabszym singlem Coldplay o czym pisałam zaraz po jego wydaniu, a najnowszy jakby nie patrzeć singiel z featuringiem Beyonce mógł może być zabroniony przez frazy o "get high" (chociaż do Jima Morrisona im bardzo daleko).
Tak czy inaczej Coldplay był skazany na niepowodzenie; jeśli chcesz podbić Amerykę, musisz zrobić to jak Bono - podczas Super Bowl w 2002 roku niski Irlandczyk wspominał ofiary ataku na World Trace Center skoczną piosenką po czym zuchwałym gestem pokazał amerykańską flagę wszytą w klapę jego rockendrollowej kurtki.
Wielka moc (pisania ładnych melodii) to wielka odpowiedzialność (wobec Muzyki). No i Chris Martin zmarnował ją na zrobienie Mylo Xyloto 2. Dość logicznie podążył za brzmieniem tych Wielkich Słów z początku tekstu i postawił sobie za cel zostanie Największym Zespołem Świata konsekwentnie odhaczając kolejne pozycje na liście wielkości. Ślub z hollywoodzką gwiazdą? Jest. Kumplowanie się z Bono i Michelem Stripe'm? Bardzo proszę. Utwór do radia, świąteczny i do filmu Angeliny Jolie? Jak najbardziej. Teraz dojdzie do tego występ na Super Bowl, największym widowisku telewizyjnym na świecie. Ale najbardziej znaczące okazały się duety z Gwiazdami Popu - lekki muzyczny kierunek potwierdził singiel z Rihanną na Mylo Xyloto, a teraz diamentem w błyszczącej koronie A head full of dreams jest sama Queen B. Ja to nawet rozumiem, jeśli śpiewasz z Beyonce musisz być popowy, postać tego gabarytu determinuje całą otoczkę, nie przyjmiesz królowej w piwnicy i wyciągniętym swetrze alternatywy. Jednak pozostaje żal, że na swój Definiujący Duet nie wybrali ślicznego Lunar nagranego z Kylie Minogue. Nie weszło nawet na płytę (!), bo ponoć byli "zbyt sexy". YEAH YOU ARE! (kpiącym głosem Andy'ego Samberga).
To nie jest tak, że ja jestem przeciwny przebojom w ogóle, po prostu oprócz ładnej melodii musi być tam coś więcej. Może chodzi o inspiracje - przecież przed chwilą chwaliłem tego samego Coldplaya za singiel umiejętnie czerpiący z Phoenix i Cardigans. A Justina Timberlake'a, doskonałe uosobienie pojęcia "glamorous" to już w ogóle kocham; z tym że on ma do nawiązywania Michaela Jacksona, Franka Siniatrę i orkiestrowy soul. Pamiętacie taką płytę Coldplay X&Y? Już lifestylowo przebojową, ale jeszcze intrygującą? Dlaczego jeszcze udawało im się mnie zaciekawić? Bo inspirowali się legendą Kraftwerk! Mało tego - zaprosili nawet na sesję Briana Eno, który zrobił im później najlepszą płytę. Wszystko to zmarnowali - po różnorodnym Viva la vida (or death and all of his friends) przyszło - tylko dosłownie - kolorowe Mylo Xyloto.
\
Trochę niesłusznie demonizuję Chrisa Martina obarczając go winą za całe zło tego świata. Tak się składa, że instrumentalnie kluczową postacią na A head full of dreams jest inny członek zespołu, Guy Berryman. Jego gitarę basową słychać na każdym kroku, to ona samodzielnie prowadzi akordy i podbija pianino śpiewającego frontmana. To prawda, nacisk na bas jest przywilejem popu, ale jego wpływ sięga głębiej - być może jest nawet ideologiem podejścia zespołu do tego gatunku. Oprócz gry w Coldplay produkuje innych artystów, wychował się na soulowych kontrabasach, a przede wszystkim grał w supergrupie Apparatjik z muzykami A-ha oraz Mew. I właśnie do tego projektu odsyła drugi utwór na A head full of dreams, Birds - elektroniczne nastawiona rytmika i zakręcona linia basu. Oczywiście w momencie to tracą, bo piosenka zamienia się w kalkę Hurts like heaven z Mylo Xyloto - sytuacja charakterystyczna dla całego nowego albumu.
Damon Albarn tłumacząc się z niedoszłej współpracy z Adele powiedział, że jej nowy materiał jest "middle of the road" a ona sama "very insecure". Rekordzistka w sprzedaży płyt bardzo się obraziła szczególnie na to drugie stwierdzenie, nie rozumiejąc że starszemu koledze nie chodziło wcale o "obawy jak połączyć macierzyństwo z powrotem do muzyki". Albarn był rozczarowany asekuranctwem Adeli, brakiem chęci do jakichkolwiek eksperymentów. Ten sam problem mają Coldplay, którzy chyba zapomnieli o różnicy pomiędzy "biggest" a "greatest band in the world".
Być może to wina rynku muzycznego, może nie da się już zdobyć popularności bardziej skomplikowanymi kompozycjami, czego dowodem jest średni odbiór wyciszonego Ghost Stories czy frustracje ostatnich płyt U2. Ale właśnie Bono i Damon Albarn będąc u szczytu popularności na świetnych płytach POP i The Great Escape potrafili pokazać wielkiego fucka komercji. Mieli jaja, jednak nie wiadomo dlaczego, bardzo później narzekali na te gorzej sprzedające się albumy. Cóż, wydaje się, że Chris Martin uczy się na ich "błędach" i swoim najnowszym wydawnictwem nie daje nam nadziei na podjęcie ciekawszego artystycznie ryzyka.
Adventure of a lifetime jest wszystkim tym, czego potrzebował teraz Coldplay. Niegłupia, radio-friendly piosenka, która spokojnie powinna stać się przebojem. Dlaczego tym razem nie mam im tego za złe? W dużej mierze przyznam, że im się to po prostu należało. Po wydaniu gwiazdorskiego, ale miejscami koszmarnym Mylo Xyloto chłopaki spuściły nieco z tonu w drodze na szczyt/bycia nowym U2. Wydali mniejsze, wyciszone Ghost Stories podejmując artystyczne ryzyko - i faktycznie, rynke także odmówił im fejmu usuwając w cień mainstreamu.
Powrócili z impetem i naprawdę fajnym singlem; nawet się nie spodziewałem że będę tak zapętlać. Może dlatego, że tym razem zainspirowali się nie miałką Rihanną (nieszczęsne Paradise), ale takimi Artystami jak Kylie Minogue, The Cardigans czy Phoenix. Prowadząca utwór funkująca gitara wydaje się być wyjęta z tanecznych przebojów początków lat dwutysięcznych. Dziarskie tempo zwrotki jak ulał pasuje do tak legendarnych gitarowych bangerów jak Love at first sight (dokładnie ten sam układ akordów!!!), czy Lovefool (dzwoneczki!). Zupełnie jakby Chris Martin zobaczył co uważam za wzór gitarowej muzyki tanecznej w tym mixtejpie. Wiele osób dopatruje się w Przygodzie... Daft Punk, -rytmika jest ta sama, to prawda. Ale singiel Coldplay wydaje się mniej wystudiowany; zamiast studyjnej perfekcji dostajemy tą bezcenną spontaniczną radość muzykowania, która sprawia, że chłopaków z Londynu wciąż nie da się nie lubić.
Singiel zapowiadający album A head full of dreams to jednak przede wszystkim nigdy nie spełnione marzenie Bono o tanecznym przeboju do tańca w wykonaniu 4-osobowego zespołu gitarowego. Być może U2 nigdy by się nie zniżyło na taki poziom popowej prostoty, zawsze woleli kombinować, ale ich próby i kolejne remixy były naprawdę desperackie. A to właśnie Coldplay zgarnęło całą pulę w supergwiazdorskim wyzwaniu na napisanie współczesnego przeboju z klubowym pulsem, bezpretensjonalną kompozycją i ciekawym pomysłem.
Na przestrzeni swojej wieloletniej kariery Coldplay wciąż boryka się z uporczywym pytaniem - czy jest to zespół grający pop, czy może alternatywę? Podobne porównania nie są rzecz jasna najbardziej rozsądne, ale w świetle powszechnej powagi postrzegania gatunkowego można nadać im odrobinę sensu. Na potrzeby tego tekstu przyjmijmy proste założenie, że pop opiera się na melodii oraz harmonii, alternatywa natomiast skupia się na brzmieniu i modyfikacjach materiału nutowego. Chris Martin jest urodzonym melodystą, więc jego zespół to zespół pop. Nie chciałbym, aby zabrzmiało to jak jakaś obelga; warto pamiętać, ze w (pop)kulturze anglosaskiej terminem pop music określa się całą muzykę nie-poważną. Nasze przekonanie o miałkości popu faktycznie może mieć podstawy radiowe, lecz są sposoby, aby uszlachetnić ten gatunek muzyczny.
Po pierwsze - klimat. Jeśli dysponujemy bardzo ładną melodią, taką bez zgrzytów alternatywy, możemy pójść z nią w dwie strony: reklamę (bo przystępna dla ogółu), lub kołysankę. Ta ostatnia opcja charakteryzuje się bowiem harmonijnością, łagodnym biegiem i klimatem właśnie. Wydaje mi się, że kluczową decyzją podczas pracy nad Ghost Stories było postawienie na ten aspekt uroku. Urzekają pieczołowicie ustawione drobiazgi takie jak wyciszenia, repetycje czy wreszcie całkowite rozmycie Midnight (najmniej koldplejowego utworu Coldplay). Magic - taki tytuł nosi kołysanka promująca wydawnictwo. Dopiero później doceniłem jak bardzo musieli się starać, aby zagrać jak najmniej; dwoma akordami i zaledwie dwoma instrumentami. Na temat cierpliwie utkanego O pisałem przy książce, a jest to ballada jeszcze skromniejsza niż te z naiwnych czasów Parachutes.
Inną rzeczą wzbogacającą pop są uczucia - zarówno wpisane w piosenkę jak i nasze własne, które mimochodem przypominamy sobie na dźwięk wakacyjnego hitu. Szczęśliwe emocje potrafią zmieścić się nawet do najprostszej radiowej pioseneczki, ale już smutek nadaje większy ciężar gatunkowy. Tym razem Coldplay zrezygnował z wesołej wspólnoty miałkiego przeboju Paradise. Chris Martin zabiera nas głębiej, do zatopionego w marazmie Another's Arms komunikującego się z Damonem Albarnem, bo przecież It's hard to be a lover when the TV's on (w ogóle cała płyta ma podobne brzmienie do Everyday Robots, ale to temat na inną historię). Pod względem prostoty emocji Ghost Stories jest tak wyczekiwanym przeze mnie następcą Parachutes - bardziej smutnym, zrezygnowanym, ale też pogodzonym ze światem w wyważony dorosły sposób.
Nie do końca. W ułożoną muzykę zespołu wkradają się rzeczy wcześniej nie do pomyślenie - nieczystości i zgrzyty melodyczne jak w solówce do True Love. Ta tęsknota nie mija; frustracja przebija się nawet przez EMD-owy (Electro-dance music) podkład Avicilego w Sky full of stars.
Problem muzyki pop nie tkwi w samych - idealnie przecież ułożonych - nutach, a w reakcjach otoczenia na tą najprostszą formę wyrazu. Ironistów drażni bezpośredniość w rodzaju Here comes the Sun George'a Harrisona.
Za sprawą sieci świat, nasze życie, traci swoją bezpośredniość. Bierzemy rzeczywistość, a przez to samych siebie, w nawias. Nagie życie, życie „realne”, staje się nieznośne w tej swojej oczywistości i namacalności. Zachowując bezpieczny ironiczny dystans, zawsze mogę się przecież wycofać, schować w wirtualnej (czyli umownej) rzeczywistości.
To już jest problem, o czym pisze Robert Siewiorek w Dwutygodniku. Osobiście wierzę, że są jeszcze rzeczy, których nie powinno się zasłaniać konwencją. W pewnym momencie wydawało się, że sam Chris Martin dołączył do maistreamowych pozerów, aż nagle... rozstał się z Gwyneth Paltrow. Oczywiście jest mi przykro z tego powodu, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że artystycznie sprowadziło go to być może na ziemię. Wobec rozstania wszyscy jesteśmy równi, to (na szczęście?) jedna z najbardziej demokratycznych sytuacji życiowych. I znowu rozumiem jego muzykę, gdy kończy refren tak samo jak na Yellow - banalnym I love you so. Tylko, że 15 lat temu było to jeszcze wyrazem i najwyższej radości, mógł sobie pozwolić na powiedzenie do kogoś you know. Na moim ulubionym z Ghost Stories Ink jest skierowane tylko do siebie; poprzedzone All I know i zakończone so much that it hurts. Z konieczności brakuje młodzieńczej żarliwości, ale jej miejsce zajmuje plumkanie gitary akustycznej i nucenie od niechcenia niemal pogodnej melodyjki.
Coldplay - X&Y (2005) X&Y nie jest najbardziej udaną płytą płytą Coldplay, ale wciąż można znaleźć na niej bardzo ciekawe rzeczy. Pożarte, zmielone i wyplute, ale te źle strawione cząstki są nadal interesujące. Nietrudno o niestrawność, gdy chce się ugryźć wszystko za jednym razem, Na swoim trzecim albumie angielski zespół pozwolił sobie na lot w kosmos supernowoczesnym technologicznie wahadłowcem. Problem w tym, że wrażeń było tak wiele, że nie byli w stanie ich ogarnąć; podróż okazała się zbyt oszałamiająca, aby coś z niej wynieść.
Utwór tytułowy oznaczony jest dwoma niewiadomymi wyjętymi z tablicy wzorów matematycznych. PoNaukowcu, który was just guessing at numbers and figures, pulling the puzzles apart zagłębiają się w jeszcze bardziej złożone zależności szukając geometrii gwiazd. Piosenka jest starannie rozłożona, a jej zmienne krążą jak przezrocza w planetarium podczas gdy kapitalny bas nadaje racjonalność dowodu naukowego.
W większości utworów brakuje jednak tej harmonii, równianie nijak nie chce się uzgodnić. Jak w kapitalnej kodzie Square One odsyłającej do Space Oddity - gdyby tylko nie rujnować akustycznych akordów pikającymi pierdółkami. Albo nieznośnie sterylnej balladzie pianinowej What If, której próżni nie da się zapełnić nawet tak bezpośrednimi pytaniami. Przez cały album gdzieś na tylnej ścieżce ciągnie się smuga klawisza przypominająca odczłowieczenie załogi bandu.
Zważywszy na ogromne oczekiwania i ambicje samego zespołu, jedyną naprawdę wielka piosenką jest Fix you. To pieśń godna największych, pozwalająca na kumplowanie się z Bono czy Brianem Eno (który pojawił się na płycie dogrywając klawisz do Low). Podobnie jak ówczesna prasa porównam ich tu do U2 z mniej oczywistego Bad - niespieszne budowanie klimatu na cieplejszych rejestrach, które uwalnia solówka gitary rozedganej w nieskończoność. Te wszystkie kosmosy i Prędkości Dźwięku zyskują sens, bo przecież każdy z nas poruszyłby niebo i Ziemię, aby pomóc ukochanej osobie. Singalongowa ballada wchodzi w dramatyczne tony tak rozpaczliwie jak gra The Edge'a poszukującego Miracle Drug dla chorej córki. Nieważne są listy przebojów i rankingi wielkości - chodzi tylko o to, aby Cię naprawić.
Na X&Y Coldplay zgubili drogę i zamiast wejść na nieznane szlaki muzycznych odkrywców podążyli szerokim traktem rock-popowego mainstreamu. Jednak po latach ta płyta nie tyle się broni, co usprawiedliwia. Nie można odmówić jej młodzieńczego entuzjazmu, Verne'owskiej ciekawości i chęci przeżycia wielkiej przygody. Istotę tego ambitnego zamiaru najlepiej uchwycił (oczywiście) Anton Corijbin reżyserując teledysk do Talk. Czterech nieopierzonych chłopaków przemierza dziwaczną planetę borykając się z problemami komunikacyjnymi sympatycznego robota (E.T?). Archaiczna sepia nawiązuje do klasycznej Podróży na Księżyc Georges'a Méliesa, a dekoracja zklecona jest z tektury i bibuły. Rzecz w tym, że ta sama sztuczność brzmienia instrumentów jest tym co irytuje na X&Y najbardziej - w kosmicznych planach podbicia świata muzyki zabrakło potrzebnego dystansu. Coldplay spadł z wysokiego konia; przestał być traktowany poważnie zepchnięty do szufladki "muzyki lajfstajlowej". Na szczęście trzy lata później nie zapomną o ożywczej roli konwencji.
PS. Wydali płytę przestrzeloną, zwyczajnie średnią, ale o talencie Chrisa Martina niech powie lepiej ukryty utwór Til' kingdom come. Prostolinijna ballada opada na Spadochronach uratowana katapultowaniem się z bombastycznej rakiety reszty albumu. Ta ofiarowana Johnny'emu Cashowi piosenka stałą się dla zmarłej legendy country tym samym czym In a little while U2 było dla Johnny'ego Ramone'a - gospel song I think o żegnaniu się z doczesnym życiem.
Czy na pewno młodych? Załoga squatu przy tutułowym Sunset Park zbliża się już do 30-stki, a wciąż - że tak powiem po polsku - niczego się nie dorobili.
Tamtego pierwszego popołudnia, gdy się spotkali, zarzucił ją swoimi jak zawsze przyjacielskimi, nietaktownymi pytaniami i wkrótce wiedziałm, że wciąż nie wyszła za mąż, że jej rodzice przeszli na emeryturę i osiedlili się w jakimś nadmorskim mieście w Karolinie Północnej, a jej siostra właśnie urodziła bliźniaki.
Rzecz dzieje się w traumatycznym ekonomicznie amerykańskim roku 2008 i zdaje się, że to kryzys wytrącił z rąk bohaterów wszystkie cele życiowe. Zajmują opuszczony dom zajęty przez bank, bo z dorywczych "śmieciowych" zajęć nie mogą sobie pozwolić nawet na czynsz. Tkwią w dorastaniu - bardziej studenci niż poważni dorośli ludzie - w stanie zawieszenia, zachwiania wartościowego papierów giełdowych.
Live from New York - It's Sadurday Night Live!
Trzeba przyznać, że taka historia mogła się zdarzyć tylko w Nowym Jorku. Wszyscy kochamy Wielkie Jabłko, więc Auster jest tylko kolejnym twórcą mitologizującym to miasto. Jeśli mu wierzyć - zapełnione przez pasjonatów literatury i sztuki - ba! nawet prestiżowych wydawców tamtejszej bohemy. Ale co ja tam mogę wiedzieć z wysokości Wschodniej Europy (baseball?!). Przyjemnym faktem jest, że w książce kultura odzwierciedla raczej nieciekawą sytuację - pisarze tracą potomków, słynna aktorka (co ciekawe - także ambitno-serialowa) wystawia w teatrze Becketta, a muzyka jest nierytmiczna. Przez cały czas przewija się stary film Najlepsze lata naszego życia, którym autor porównuje dzisiejszy moment historii do wznoszenia się Ameryki po II Wojnie Światowej. Być może jest to znak nadziei na wyłonienie się nowych form życia społecznego - widocznie bardzo potrzebnych w zbankrutowanej rzeczywistości.
Wszyscy kochają Milesa
Muszę przyznać, że ja też dałem się uwieść brzmieniu tego imienia. Kojarzy mi się ono ze staromodną angielską elegancją, więc bardziej M. Kane, a nie pomnikowy M. Davis. Główny bohater powieści, wokół którego toczą się losy jego przyjaciół i rodziców "zniknął bez słowa i zerwał wszelkie kontakty z rodziną" (cytując blurb). Jego urok polega na tym, że jako jedyny z obsady świadomie wypisał się z życia.
Ma dwadzieścia osiem lat i jest świadomy braku jakichkolwiek ambicji. Nie przejawia ambicji w związku z żadną konkretną dziedziną ani nie ma pojęcia, co powinien dać z siebie, aby zadbać o bezpieczną przyszłość. (...) Jeśli w ciągu siedmiu i pół roku, które upłynęły, odkąd porzucił college i poszedł własną drogą, udało mu się cokolwiek osiągnąć, to jest to zdolność do życia w teraźniejszości, do ograniczenia się do tu i teraz, i mimo że nie jest to najbardziej chwalebne osiągnięcie, jakie można sobie wyobrazić, wymagało od niego dużej dyscypliny i samokontroli.
Niby stały za tym tragiczne okoliczności, ale odrzucił zwykłą egzystencję konsumpcjonizmu before it was mainstream. Uciekł przed celem, a może go zgubił. I to on pierwszy zdaje sobie sprawę z linii dzielącej go od dorosłości. Zakochany w niepełnoletniej Kubance zaczyna dostrzegać faktyczną różnicę wieku i ruch kalendarza i swoją wciąż nastoletnią osobowość.
Notabene, ciekawe że młodziutka Pilar nie otrzymała w narracji możliwości przedstawienia swojego głosu (w przeciwieństwie do pozostałych bohaterów). Jest przedstawicielką następnego pokolenia, którego przyszłość jest wciąż niewiadoma.
Still I always look up to the sky
Najbardziej poruszająca jest dla mnie jednak opowieść ojca Milesa - Morrisa Hellera w centrum książki. Zamiast młodego zapędu i wątków obowiązkowych seksualnych frustracji pojawia się chłodna mądrość. Samoświadomość widoczna z pewnej odległości. Ten balladowy spokój Chrisa Martina układający wszystko na właściwym miejscu. Żona odchodzi, przybrany syn umiera, następna żona się oddala, a ten pierworodny znika. Pośród tego wszystkiego Morris zachowuje niemal hiobowe zrozumienie.
Grozi mu, że straci żonę. Grozi mu utrata firmy. Jak długo tli się w nim płomień życia, mówi sobie, wspominając to proste, wytarte powiedzenie, które dawno temu przypadło mu do gustu, jak długo tli się w nim najmniejszy płomień, nie pozwoli, by stała się któraś z tych rzeczy.
Bo o tym właśnie jest ta książka - w zmienianiu się nie ma tak naprawdę nic złego. To proces, w którym próbujemy różnych wersji siebie. Możnaby pomyśleć, że samotność rodzica musi być bardziej traumatyczna, ale mimo wszystko opowieść nie traci swojego spokojnego, chciałoby się powiedzieć "życiowego" klimatu. Jego syn jest gdzieś daleko marnując się oderwanym życiem, ale Morris pozwala mu dorosnąć wspaniałomyślnie rezygnując ze wskazującej roli.
PS. "Ciężkie książki" to nowa niby-rubryka, która rozszerza tego bloga na tematy nie tylko muzyczne. Akurat tutaj wrzuciłem sampel z nowego Coldplaya, ale cudownie mi się zapętlał przy czytaniu. Tytułowy ciężar nie odnosi bynajmniej się do zbyt ambitnego stylu prezentowanej literatury. Jest to bardziej wyraz mojego sentymentu do gabarytów tak nieporęcznych rzeczy jak książki, których nie mam zamiaru zamieniać na elektroniczne czytniki z reguły przeznaczone dla mniej wzniosłych rzeczy.
Dawid Podsiadło rozbił bank. Kto by się spodziewał, że ten skądinąd niepozorny chłopak zdobędzie szerokie uznanie, tysiące fanek i aż trzy platynowe płyty za swój debiut fonograficzny? Nie byłem zdziwiony, że Comfort and Happiness będzie ponadprzeciętnie dobrą płytą, produkował ją w końcu Bogdan Kondracki, a ciepło wypowiadał się na jej temat min. Piotr Metz. Ale kto czyta te branżowe doniesienia? Mam inny pomysł na wyjaśnienie tego fenomenu.
Jeśli spojrzeć z szerszej perspektywy na kariery największych polskich zespołów, można zauważyć, że swoją pozycję opierali oni na popularności konkretnych zagranicznych nurtów czy bandów. I tak Republika była polskim Joy Division, Hey trafiło do fanów grandżu i Pearl Jam, Myslovitz inspirowało się britpopem Oasis (a później Radiohead), a u Brodki tylko W pięciu smakach znalazłem całe modne indie (co świadczy już lepiej o osłuchaniu jej fanów). Podsiadło wyraźnie przywołuje natomiast na swojej płycie klimat Parachutes. Nie ma co mówić o „moim pokoleniu” ale podobnie jak wiele obecnych 20-latków wychowałem się na pierwszych płytach Coldplay i mam do nich wciąż emocjonalny stosunek. (btw. to chyba najmłodszy zespół, który na koncercie zdołał zapełnić w Polsce cały stadion ). Oczywiście wizerunek „chłopaka takiego jak ja” jest podstawową mistyfikacją talent shows, ale dzięki wspólnemu gustowi muzycznemu jestem bardziej skłonny udzielić Dawidowi Podsiadle kredytu zaufania.(No dobra, chodzi po prostu o to, że ja też kocham się w Kejti Melui <3 p="">
Rok 2011 był dla muzyki rokiem dobrym i ciekawym, mogę się pokusić o górnolotne wyrażenie, że "obfitował w wydarzenia". Chociaż nie pojawiła się żadna rewolucja naznaczająca nową dekadę (jak ongiś Nirvana czy The Strokes/Radiohead) to dalej pozostaje w tym roczniku masa rzeczy, które muszę dopiero ogarnąć. Nigdy nie czułem się gotowy na robienie jakiś podsumowań, ale było w Jedenastym kilka momentów, o których z zachwytem krzyczałem coś o "nagraniu roku!". Któreś z nich udało mi się nawet opisać, teraz zapraszam na pewnego rodzaju erratę, przegląd najfajniejszych utworów złapanych w zeszłym roku. (Właściwie to mam tę listę od lutego, ale wtedy nic nie napisałem).
W Teleexpressowym skrócie: 11 piosenek z 2011 roku.
The Kills - Satellite
Pierwszy singiel z Blood Pressures to The Kills w swojej najbardziej nasyconej postaci. Mięsiste gitary, sprzężenia, rwane tempo, zadzierające uderzenia strun, impulsywne wstawki świdrujące uszy. Nad wszystykim jak zwykle unosi się duszna atmosfera błyskająca wyładowaniami Alison Mosshart. Razem z Hotelem prowadzą kolejną rundę gry pełnej toksycznych/seksualnych podtekstów. Zwielokrotniony wokal w końcówce jeszcze podgrzewa napięcie i jest dowodem na to, że VV wróciła lepsza, bardziej niebezpieczna i jeszcze bardziej femme fatale.
"Najpierw uśmiechy, potem kłamstwa. Dopiero potem kule" (cyt. Mroczna Wieża)
Fleet Foxes - Sim Sala Bim
Jaka ładna pioseneczka. Przy akustycznych harmonijach synestezja nieustannie podsuwa mi kolor zielony: kolor trawy i ogórków. Utwór ten jest tez dowodem na wzorcowy rozwój zespołu na drugiej płycie. Od delikatnej jak szum zefirka zagrywki ukazują nam się krajobrazy bogatsze i skrzypkami przechodzące do najbardziej chwytającego pytania w opowiadaniu tej płyty What makes me love you you despite of reservations? Jednocześnie owej poważności na tej samej linii melodycznej towarzyszy bajkowe Sim sala bim i poprzez końcową impresję chwytów spowija to delikatność i wiosenno - letni spokój.
Spider-man Turn Off The Dark Cast - Rise Above 2
Kompozycja autorstwa
Bono i The Edge'a do broodwayowskiego musicalu o "Człowieku Pajonku"
zachwyca delikatnością i podniosłym upliftingiem. Panowie nie musieli
zachowywać pozorów "gigantów rocka" i całkowiecie poszli w rzewną
balladę. The Edge może być nudnym dinozaurem i nie musi robić kolejnej
rewolucji, ale zawsze obiektywnie będę twierdzić, że kompozytorem
piosenek jest wybitnym. Proszę tylko posłuchać jak fortepian towarzyszy
kolejnym akordom, jak harmonijnie przechodzi do refrenu, wpuszcza
kolejne głosy i wznosi wszystkich (zgodnie z tytułem) do chóralnego,
spektakularnego finału. Songwriting jak u McCartneya, czapki z głów,
chusteczki z saszetek.
PJ Harvey - The Words That Maketh Murder
Bez dwóch zdań - PJ Harvey wysmażyła na Let England Shake brzmienie jak najbardziej idealne do wojowniczego tematu. Jest ono surowe, zimne, naturalistyczne i dochodzące echem wprost ze szkockich wrzosowisk (to Mak(b)eth w tytule jest dla mnie szczególnie znaczące). Skupiony, trzymający w gotowości bojowej rytm buduje złowieszcze przeczucia, aby nagle w siódmej sekundzie pierwszej minuty zaatakować nagłym przejściem. Do dzisiaj nie ogarniam tego akordu wziętego z zupełnie innej bajki, to niesamowite kompozycyjnie jak ten niepasujący motyw decyduje o gwałtownej zmianie wymowy utworu.
Charlotte Gainsbourg - Anna
Zdarza
się czasem, że melodia dosłownie wciąga w piosenkę wślizgując się
między akordy. Tu też to uwielbiam. Beck Hansen komponując to dla córki
swojego idola Sergio G. naturalnym luzem zwykłej gitary klasycznej
ociera się o klasyczne piosenki francuski. Za pomocą skromnych środków
opowiada historię ze skłonną do wzruszeń. W refrenie dodatkowo wycofuje
chórek rozczulający słodką bezradnością.
Anna Calvi - Blackout
Jeden z bardziej bolesnych powodów mojej nieobecności an poprzednim OFF Festivalu. Anna Calvi niemal przeraża siłą i surową stanowczością (na wersjach live wygląda prawie jak Grace Jones). Blackout wyjeżdża z mroku i prze do przodu utrzymywany hipnotyzującym, głębokim głosem Calvi. Mistrzowsko tworzy napięcie bez trudu panując nad żywiołem, z zimną krwią rozwiązuje ten monumentalny refren. Potężne.
Lana del Rey - Video Games
Pełen obaw i szczerości przekornie nie podchodziłem do Video games
przez całkiem długi czas czasu. Byłem zniechęcony sztucznymi zdjęciami,
całym tym szumem wokół teledysków i płynów silikonowych. Szansę dla
panny Lany przekazał mi kuzyn, racjonalny fan Cat Power. Skupiłem się
zatem na samej muzyce i zostałem urzeczony. Poważne, wyściełane akordy
razem z harfą wprowadziły uroczysty, niemal dostojny klimat, tak bardzo
różny od zwykłej pstrokacizny dzisiejszej muzyki pop. Właściwie
fortepian (prawdziwy!) jest tyko tłem dla pięknego, niskiego głosu, tak
smutnego, gdy przypomina dziewczęce zapytanie w refrenie. Nie wiem na
ile napisano, kupiono, przeżyto czy wyprodukowano tę pieśń, ale wzrusza i
snuje się szlachetnie z kolejnymi oddechami "tamtych czasów".
Foster the People - Houdini
Moja zajawka końca wakacji prosto z wrocławskiego Roxy Fm, kiedy niekt jeszcze nie interesował się jakże mizernym Pumped up kicks. Naprawdę przez chwilę uwierzyłem w nową, mocniejszą wersję Phoenix, hooki są tak bardzo potężne. Mocne uderzenia w klawisze z siłą FORTEpianu. Łagodne zejścia basu zastąpione są agresywnymi nabiciami elektronicznej perkusji (clapping!), a wszystkie wykręcone syntezatory i elektroniczne podbicia mają głęboki power-chordowy sens - bombardują kolejnymi hookami. Nerwowe ucieczki wokalu tworzą fantastyczny kontrast w (pre?) refrenie, który na chwilę unosi się w powietrze.
Jack White - Love is blindness
W swoim coverze grupy U2 Jacek Biały sięga po najbardziej dosłowne znaczenie tekstu utworu, które staje się manifestem psychopatycznego terrorysty. Nie ma tu modlitwy gitary z oryginalnego albumu, interpretacja skupia się na rockowej mocy (prze-mocy). Solówka jest zupełnym odwróceniem delikatnego, wysublimowanego stylu The Edge'a. Zamiast magicznych "delayów do podłogi" Jack atakuje dźwiękami chaotycznie łapanymi na strunach, szuka ich dopiero w improwizacji ścigając się z ramami taktowymi. Knując w przydomowym studio White wyzwolił z siebie wściekłość; należy się go bać gdy kończy tak beznamiętnie i z zimną gitarą w ręku.
Coldplay - We found love
Najlepsza wersja najbardziej porywającej piosenki ostatniego roku.Cover Rihanny można odczytać jako swoisty manifest Zimnograjków - tak, jesteśmy zespołem pop, gramy taką muzykę jak A-ha i Roxette dla takich szalonych mas ludzi jak gwiazdy radiowego popu. Nawet ja zdążyłem się z tym pogodzić i twierdzę, że taka właśnie formuła jest dla nich idealna. To nie jest już chamski bit Calvina Harrisa, tutaj wszystko żyje - Chris Martin wlewa swoje ekstrawertyczne emocje naturalnie denerwując się na akordach pianina, w tym obłędnym motywie klawiszowym, który podbił miliony ludzi na całym świecie. Prosty rytm, bujanie rozpycha się i zaraża bezpośrednim, chwytliwym entuzjazmem.
Maroon 5 feat. Christina Aguilera - Moves Like Jagger
Razem z Odnalezioną Miłością największy hicior tego roku. Chyba nawet większy, bo poprzedniego weekendu gwizdany motyw główny pełnił funkcję muzycznego przerywnika w dwóch wielkich telewizyjnych szołsach - podczas Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu i w finale EX Factora. Piosenka prezentuje swoje największe zalety już w pierwszych 15 sekundach - wakacyjna melodyjka, najprostszy z tanecznych bitów i funkująca, zacinająca gitara. Śpiew jest tylko przedłużeniem najbardziej zaraźliwego wydmuchiwania powietrza i łączy się z nim wreszcie w niezwykle naturalny sposób. Nawet bezpłciowa Krystyna A. dorzuca inne kolory wprowadzając wątek flirtów i zalotów. Dla każdego coś miłego. Nie ma też wątpliwości, że prawdziwy król parkietu z wielkimi ustami jest tylko jeden.
Apparatjik to grupa, która przy okazji nowej płyty (ale nie tej opisywanej przeze mnie) zdecydowała się na dość zaskakującą proźbę o pomoc. Zaproponowali oni fanom faktyczny udział w procesie tworzenia płyty - jako producenci. Tak więc poprzez aplikację na (oczywiście) iPada słuchacze otrzymali różnorakkie ścieżki u wymyślne opcje swoich pięciu groszy zza wyimaginowanej konsolety. Chociaż nie będę pisać o tej płycie i nie wiem w sumie, czy została już do koca stworzona, to sam pomysł est niezwykle ciekawy i wskazuje na dobre chęci i poczucie zabawy tego zespołu.
Apparatjik to tak zwana "supergrupa" czyli kolektyw złożony z muzyków znanych już i lubianych przez szerszą publiczność. Z tej wstydliwej nico sławy muzycy uciekają konsekwentnie w dehumanizację. W materiałach źródłowych przedstawiają się jako produkt studyjny w kolorowych kwadratach zamiast głów. Jest to chwyt nieco ograny (Gorillaz!), ale w tym przypadku podszyte jest to ironią i w śmiechowy sposób. Jednakże od pierwszej piosenki jesteśmy obrzucani połamanymi bitami i ochłapami ostrych klawiszy. W Deafbeat nieco plastikowe fale elektroniki są szczelne, ale pod koniec wyłania się zmodyfikowane zwolnienie wokalu jeszcze bardziej oziębiające nastrój. Wszystko jest dokładnie obliczone i skrupulatnie ustawione, łącznie z przemykającym wokalem refrenu. I wciąga. Następny Datascroller jest bardziej już urozmaicone, wieloznaczne. Początkowe uderzenia elektronicznej perkusji (bujają!) jeszcze bardziej odpychają sekcję i zniechęcają do emocjonalnego zaangażowania. Pokuszę się nawet o porównanie do mechaniczności Republiki, ale zamiast upiornego zejścia Kombinatu refren przynosi ukojenie otwarcie na przesterach i "ładną" delikatną wokalizę z najprawdziwszym pianinem. Bardzo mi się podoba ten brzmieniowy kontrast programowania i nerwowości zwrotki z uniesionym refrenem z wykrzyknięciem na końcu. Ale zupełne przyznanie się do homo sapiens sapiens następuje przez rozpaczliwą solówkę gitary, która nagle ujawnia całą swoją organiczność. Tak jak w U2 pocianie po najcieńszej strunie jest Prawdą i słychać w tym Duszę. Arrow and Bow to już bezpośredni dowcip z Fitter Happier i całej idei OK Computer. Zamiast płakać i martwić się, muzycy wpadają w szale kicanie i iście dziecięcą zabawę. To zapewnianie We are gona get there i sielsko-organowe rozwiązanie refrenu jest naprawdę fajne i odkrywa całe pokłady joyfulowości n a tej płycie (niewinne Arrow and bow on your window, tłumiona popowa forma). Jednym z członków zagadkowego bandu jest producent Martin Terefetak więc poukrywanie tam i ówdzie zabawek-niespodzianek jak np. zbitka w outro In a quiet corner nie sprawiła mu zapewne problemu podobnie jak sterylna czystość brzemienia. Szkoda, że nie wszystko da się błyskotliwie ożywić wiosłem - Jesie jest zbyt nijakie i jesteśmy już obeznani w humanoidalnych i nachalne grady nie są niczym specjalnym,. Wszystko trzyma się ładnie na motoryce i ta gitarka dalej jest tylko ładna.
Apparatjik jest zespołem, w którym największe znaczenie ma klawiszowiec A-ha Magne Furuholmen. Zdecydowanie najważniejsza rzeczą w tym kolektywie jest przywrócenie ducha tego klasycznego zespołu op, który dwa lata temu definitywnie zakończył działalność. Szlachetny rodowód słychać szczególnie w Snow Crystals - tylko członek skandynawskiego bandu mógł przedstawić tak doskonałe harmonicznie pulsowania klawiszowe. (Przypomnę tylko o swoistym casusie A-ha - uwielbiają ich i poważają prawdziwi muzycy "poważni" i tacy wykształceni w konserwatoriach). Bardzo chwalebne jest promieniowanie tą europejską elegancją w dzisiejszych chałupniczych czasach, zaprawdę. Bębny są ledwo słyszalne, bo falujące syntezatory fantastycznie przedzierają się z melodią. Jest w tym coś klasycznego, czuję się jak w przed-XXI wiecznym domu (inna sprawa, że nie wiem, czy słuchałem wtedy muzyki, ale tak ładnie brzmi). Gitary mkną inthe speed of sound i cały utwór prowadzi stąd do ośnieżonej bezkresności. Dalej - Supersonic Sound tak samo czerpie z tej romantyczności lat 90tych. Nie chłodnej, ale wycofanej, pogłębionej miękkimi organami. A falset w refrenie to już temat na osobą rozprawkę - znak firmowy Mortena Harke (czyt. wokalisty A-ha) przeszedł już wszzak do historii. Tutaj uzupełniono to lirykami udanie nadającymi realizmu do posągowej nieco i gładkiej stylistyki tego słynniejszego zespołu z Norwegii.
Pastelowe smugi powracają w Antlers, a tam dodane z kolei prawdziwie rozedrganą. nieco brudną gitarę rozkrawającą spokój. Te podszepty i podchody w przygaszonym świetle są ważne nawet w popie as well.
Apparatjik łączy A-ha z nowoczesnością nie tylko w warstwie brzmieniowej. Za mikrofonem stanął wokalista alternatywnej grupy múm i naprawdę słychać tą prostotę i "inniejsze" środki wyrazu. Szumiące In a quiet corner zasypuje nas swoją łagodnością w całości. Najprostsza ballada akustyczna z chórkami, dzwonkami i wyciem w rogach refrenów. Świątecznie wręcz się robi ah, sielsko anielsko. Miło, miło, miło i ta miło-ść jest tematem przewodnim We are here. Totalny luz i luba leniwość. Czym innym jest Just kids jak nie przyjemnym muzakiem (jeszcze o dzieciach!). Chórkowe wysokości rozpływają się i nie potrzebują już jkaiegoś większego powodu. Jednak trochę szkoda, że "tylko" tak, bo kończące Quiz Show zdaje się być bardziej obiecujące na początku. Nie zmienia to faktu jak ładnie, popowo się tego słucha.
Apparatjik wydaje się być jedynym sensownym powodem, dla którego bycie psychofanem Coldplay ma wciąż jakikolwiek, sens. Gdybym bardziej dokładnie śledził ich poczynania, o We are here dowiedziałbym się odpowiednio wcześniej, bo basista Zimnograjków Guy Berryman udziela się tez w Apparatjik. Ciekawe czy Krzysiek Marcin pamięta jeszcze jak wielkim fanem A-ha był za młodu. Podejrzewam, że płacze teraz z frustracji dlaczego zamiast w pocie czoła zarabiać kolejne miliony nie może grać takiej zwyczajnej i swobodnej muzyki jak jego skandynawscy kumple.Electric Eye posiada jeden z tych ogromnych stadionowych akordów, ale jakby celowo neutralizują tą bombę idealnie pukając fortepianem. Linię basu łatwo można sobie wyobrazić w takim Lost! ale niestety, Coldplay nie są już zdolni do takiego igrania z melodią. Kwintesencja filozofii grania Apparatjik - potężne uderzenia obrywają kolejne kondygnacje podczas gdy przebojowa pulsacja trwa/gna.
Czy ktoś jeszcze czeka w ogóle na nową płytę Coldplay? Jest oczywiście ogromna grupa fanó znająca ich 5 hiciorów na krzyż, noszących do tej pory opaskę z Ołpenera i słuchająca tylko Myslovitz i U2. Nie śmieję się - też taki byłem, co może tłumaczyć to, że cały czas się niemi tutaj, na blogu zajmuję. Przy chwaleniu tak bardzo niedawnej ich EPki udzieliła mi się jeszcze przedkoncertowa podnieta i... skończyła się. W czerwcu w Gdyni Chris Martin ostatecznie udowodnił, że do końca poprzewracało mu się w dupce i naprawdę chce być "największym zespołem na świecie" z największymi laserami i ekranami (chociaż tutaj raczej nie przebiją POPmartu, hehe). Zawiodłem się srogo, bo liczyłem chociaż na kawałek "starego Coldplay". Ale zespołu alternatywnego, który wydał piękne-małe Parachutes i też urokliwiał na następnej płycie. Tego zespołu już nie ma, czego symbolem były confetti wystrzelone w refrenie smutnego przecież In my place. X&Y to zdławienie się hymnami, Viva la Vida (or Death and all of his friends) próbowało ciekawić Brainem Eno, ale teraz cały nieżal się z nich jedynie śmieje. Ze swoim kolorowym outfitem i tytułem Mylo Xyloto Zimnograjkowie są dokładnie tak samo nieudolnie hupsterscy jak ich fanki skaczący do uproszczonego rytmu Yellow.
Rozpisałem si, bo zwyczajnie jest mi ich szkoda. Naprawdę miałem nadzieję, że mogą jeszcze epicko wzruszyć jak na b-side'ach. Po płaczącym debiucie propsował ich sam Elton John i wszyscy a ja sam mogłem piszczeć falsetem.
Do rzeczy.
Zaczyna się potężnie i nie-odpowiednie zbyt epicko. Melodia banalna, ale pianino+perkusja przypomina dawne ich czasy. Co nie zmienia faktu, że nie mogło już być bardziej łątwych nutek - jadą w ten sam sposów od góry do dołu na dokładnie ograniczonych wysokościach pięciolinii. Nie wiem co napisać o refrenie, bo jest tak bardzo prosty (bardziej banalny), że właściwie nie ma o czym. Chris powtarza tytuł nieznacznie zmieniający tylko odrobinkę akordy. Częstochowski rym paradise-eyes dopowiedziałem sobie sam na 3 s. przed oczami. To bardziej pasuje do wykorzystania jako bezpłciowe intro przecież - Krzysiek śpiewa to samo jedno słowo z masywnymi organami i nic się nie dzieje. Jest to najbardziej bezczelny radiowy pop i celowo nie chciało im się tego rozwijać!
Inna sprawa, że refren faktycznie jest chwytliwy, ale cóż za problem zapamiętać 3 dźwięki. Violet hill było zuchwałym jeszcze kawałkiem, a teraz Coldplay promuje nowe wydawnictwo czymś, co można nazwać artystyczną kapitulacją. Ten utwór jest, ale jakby go nie było Tak bardzo szlifowali kompozycję, że stała się przezroczysta.
"Majestatyczne" brzmienie jest mięciutkim dywanem dla tych przyśpiewek. Owszem, bas mam moc, prawdopodobnie u nich tak bardzo jeszcze nie brzmiał. Cóż z tego, jeśli przesuwa akordy dokładnie o jakieś marne 2 centymetry. Prościutka solówka gitary odsyła do Editors. No i największy zarzut - refren Paradise bardzo przypomina Halo. Już śmiałem się z tego podobieństwa, ale należy pamiętać, że hit Beyonce skomponował frontman OneRepublic. Potwierdza się tylko niesamowita zdolność tego zespołu pisania radiowych przebojów, ale do tej pory to raczej oni przypominali Coldplay...
W piosence jest jednak ciekawie się robi, gdy w końcowym mostku talerzyki szybko pocinają, a Martin podśpiewuje całą beztroskością swojej lalalalawości. Ten wybuch spontaniczności trwa jednak całe 6 sekund.
Zastanawiam się cały czas po co dalej o nich piszę i to tak bardzo. Recenzję Mylo Xyloto chyba już sobie podaruję.Wygląda na to, że Coldplay ostatecznie zmienili się w life-styową kapelę grającą radiowy prostacko kolorowy pop.
Tylko tyle.
PS. Strasznie dziękuję za tak intensywne dobijanie się i żądanie przerwania moich ferii blogowych i naprawdę zrobiło mi się strasznie miło. I przepraszam, że powracam dopiero dzisiaj, no ale jakoś tak barakowo wyszło. Enjoy!
Zimnograjkowie, wielokrotnie już ogłaszani "następcami U2" nie nagrali żadnej płyty od trzech lat aż i ta nowa płyta musi być naprawdę świetna, bo drugi raz nie zamydlą już oczu "zmianą stylu" i "rewolucją". Pracują nad nią znów z Brianem Eno, co jest kluczowe, bo to największy człowiek w muzyce, ale nie zdążyli z nowym longplayem na okres latowakacyjny. Co bardzo dużym już ryzykiem, bo wcześniej zawsze z nowymi nagraniami udanie wpisywali się wt en okres roku. To jest jakoś fachowo udowodnione - w wakacje Coldplaya się słucha, trzeba. (Nawet teraz mnie się przypomniało o nich jakoś na początku czerwca. Nie wiem, ten radosny poprock zupełnie nie pasuje mi do jesiennej smuty np. i prawdopodobnie niedługo znów zacznę się z nich śmiać z nieżalowową wyższością.
Every teardrop is a waterfall
Lato jest tak cudnym okresem,że można spokojnie przyjąć tę słodycz i cukierkowość w muzyce. Korzystając więc z lipca i ich nowej EPki mogę jeszcze w sobie przywołać do nich sympatię i ten popwy gust6 z gówniarskich początków tego bloga. Więc ta EPka została wydana z okazji mini-trasy Coldplaya po letnich festiwalach (buli wszędzie, nawet w Gdyni, ale o tym innym razem soon). To słychać! Wiem,że na porcysiu Every teardrop is a waterfall dostał jakieś 0-1, ale ni ewolno o tym zapominać, że to piosenka na festiwal jest.
Prosty rytm, który można nawet skakać i jak ładnie mogą się do tego zsynchronizować lasery, prawda? Sam tekst w świetny sposów jest opisem stanu koncertowej ekstazy, gdy zmysły są wyostrzone, a każda łza to wodospad. Fraza I feel my heart start beating to my favourite song jest tak życiowa, że za przykładem Chrisa też chce się walić dłonią w klatkę piersiową. Bardzo ciekawym wątkiem biograficznym Martina jest to, że from underneath the rubble sing a rebel song , które w moich znających Sunday Bloody Sunday uszach wydaje się pragnieniem dorównania do U2 (znów...). A zdanie, że I'd rather be a coma than a full stop idealnie oddaje mój osobisty stosunek do Coldplay.
Muzycznie to ten sam Koldplej z Viva la vida or Death and all of his friends, te same fajne klawisze na początku np., pozdro Brian. Niestety, nie potrafię wyleczyć się z sentymentu do gry Krzyśka chwytami na gitarce akustycznej, która tutaj wchodzi fantastycznie i nadaje takie cherful tempo. Ten bęben Willa Championa kupiony w Afryce jest już legendarny i ten pre-refren z chóralnym zacięciem... Ja łykam to w całości więc, jaram się jakbym był z H&Mu. To jest idealnie koldplejowo-epickie i zgłaszam kandydaturę Every teardrop is a waterfall na oficjalny hymn hipsterskiego festynu Ołpenera. Chciałem hejterzyć, ale przyszły te chórki na końcu i to jak sobie Krzysiek podśpiewuje, to jest to, melodyjny pop w postaci czystej.
Dwa słowa o teledysku, który jest uosobieniem stylu zimnograjków grających taką właśnie pastelowo-kolorową ciekawą jednak i efekciarską muzykę. Bo to dobry teledysk jest.
Major Minus czyli Krzysztof Marcin jedzie samochodem i śpiewa przez CB radio. Na początku też wydawało mi się to dziwne, ale drugą myślą było "Brian Eno wie najlepiej" i faktycznie. Przez to zepsute, zamglone brzmienie pan producent dokonał prawdziwego cudu, sprawił bowiem, że Chris Martin po raz pierwszy zabrzmiał naprawdę zuchwale i niepokojąco (!). Sam też w to dalej nie wierzę. Ale znów strunowce bezbłędne i w fantastycznie prosty sposób gitara wprowadza taki rwany, niespokojny klimat. Podskórne napięcie zabrane z jakiejś meksykańskiej speluny (?, wiem), łał. Refren dzięki surowej nieco gitarze trzyma nas z dala od tradycyjnej hymniczności, a krótka wiązanka słowna świetnie rozwiązuje melodię. To nie jest już przydługi i epicki chorus, tylko konkretne i błyskawiczne zejście melodii. A ten cytat z refrenu jest tak świetnym ultimatum, że chodziło za mną z 5 dni. I solówka gitary bardzo fajnie zagęszcza klimat, ale to przecież bardzo w stylu The Edge'a. Mając w pamięcie domniemaną mroczność Cementries of London w życiu bym nie pomyślał, że Coldplay kiedykolwiek nagra tak duszny utwór z charakterem. Got one eye on the road and one on you!
Moving to Mars najlepszą piosenkę zostawili sobie na koniec. Najlepszą od bardzo dawna, lepszą niż te na ostatniej płycie, o X&Y litościwie nie wspominając. Nareszcie, w końcu udało im się połaćzyć klimat muzycznej prostoty Parachutes z rozbuchanym ostatnio stylem. A kolorowe pianinko Chrisa nigdy jeszcze nie brzmiało tak urokliwie. Zaprawdę, Brian Eno jest największym żyjącym producentem, rzekłem. Oczywiście, że Zimnograjkowie nie mogli wymyślić sami tak wybitnego utworu BOWIEm nawiązanie do Davida Bowiego jest celowym na pewno hołdem. Połączyli tutaj na swój sposób jego Space Oddity i Moving to Mars?. Cóż, wielkość Dejwida jest powszechnie znana i taki ukłon w stronę legendy można tylko pochwalić.
Trzeba przyznać, że tak na klawiszach potrafi przysmęcić tylko Coldplay i jest to tak oczekiwane przeze mnie od dawna idealne rozwinięcie wrażliwości debiutu. Przejście, a raczej przelot na order (dla Eno) i już po chwili znajdujemy się w barokowym stylu "stadionowegorockanastępnychu2nowejgeneracjistadionów". Mogę z czystym sumieniem przyznać, że to rozwinięcie i cała przestrzenność drugiej połowy utworu to jeden z TYCH wielkich momentów muzyki 2011 roku. Kosmiczne.
Coldplay udanie powrócili i bardo słusznie wydali "tylko" EPkę, bo widać jak dobrze oswoili się i nauczyli nowego brzmienia, które to Brian Eno wymyślił im perfekcyjne - zachowujące resztki dawnego emocjonajnie przebogatego stylu. Po wysłuchaniu TAKIEGO utworu jak Moving to Mars, znów zaczynam czekać na ich nową płytę z niecierpliwością.
Wiem, że dawno dawno nie pisałem. Wiem, że to głupie. Ale jak już zacząłem kiedyś to dokańczam. I niech sobie jest.
"Wierność w stereo" to tytuł mojej ulubionej książki, w której główny bohater stara się zawrzeć najważniejsze aspekty swojego życia w śmiesznych rankingach, typu "5 najlepszych piosenek na pogrzeb". Zaintrygowała mnie sama teza, że można w tak łatwy sposób pokazać jak muzyka może mieć wpływ na nasze życie. Że piosenki są tylko odzwierciedleniem naszych aktualnych emocji. Więc przedstawiam moje top 5 płyt, które mogły w jakiś sposób ukształtować mnie czy moje uczucia czy sposób patrzenia na świat.
Na początku
1. U2 - All That You Can't leave behind
To był naprawdę początek. Trudno mi nawet szacować jak bardzo ta płyta mnie ukształtowała, moje emocje, wrażliwość czy sposób odbierania zarówno świata jak i muzyki. Jedyna płyta, która dla mnie nie ma ani jednej zbędnej czy średniej minuty, wszystko jest tu idealnie dopasowane. Niech o jej wielkości powie coś to, że od pewnego czasu nie mogę słuchać jej ot, tak.
To rytuał. Jeśli decyduję się na odsłuch, to staram się temu nadać jak najbardziej mistyczne znaczenie - nie robię nic innego tylko "wczuwam się w klimat" i rozkminiam. Dzieje się to też, gdy chcę się szczególnie zastanowić what's going on i ogólnie jak dzieje, lub ma się stać coś dla mnie szczególnie ważnego. Ta płyta właściwie mogłaby zastąpić pozostałe 4 w tej "sekcji", bo jest dla mnie głównym drogowskazem, jak czasem jestem lekko "zamotany" i nie wiem co robić to przypomina mi jaki byłem i jaki powinienem być do tej pory.
2. Coldplay - Parachutes
Sam się zdziwiłem jak bezbłędnie znam jeszcze tekst tego utworu. "So I looked in your direction, but you paid me no attention, (do you?)" Wystarczała tylko chwila uwagi, wyrażało się gotowość do najbardziej radykalnych zmian przy dźwiękach akustyka dzielonego z delikatnym przesterem małej ekektrycznej udającej "gwiazdki: Edge'owych pogłosów. I rozpaczliwie archetypiczny młodzieńczy falset "Is this my final chance of getting you?". Więc zadrżyłaś czy nie? Nie chciałem iść z Tobą do kina czy zmienić status na fejsbuku (wtedy nie miałem nawet lasta), że zrobiliśmy karmel z chemii, która jest między nami (ciekawe co wtedy porabiał p. Marcin...). Drgnij no, żeby Cię to chociaż drgnęło!
3. Blur - 13
Ciężka, głęboka, charszcząca gitara Coxona, gdzieniegdzie bas akcentujący powolny rytm walca, swoisty Slow Dancing tego utworu i klimatu w ogól. Raczej percussion niż drums, prawie unplugged w sensie, że tak intymny... (znów) klimat. "I won't kill myself, trying to stay in your life. I got no distance left to run". Albarn w żałobie, przerażająco smutny, zmęczony, w 3:36 ("that this life") wręcz tłumi przywołane, sztuczne, obojętne ziewnięcie. Gospelowe chórki proszące wcześniej tender ("waiting for that feeling to come"), teraz jasno określają klimat, że tak, to ma być celowo smutna piosenka.
4. Radiohead - OK Computer
Pewnego kiedyś dawnego wakacyjnego dnia włączyłem OK Computer na Winampie, pod głosiłem głośnik, wyłączyłem monitor, zasiadłem na fotelu, patrzyłem w okno (zaczynało się chyba robić ciemno) i słuchałem. Chyba pierwszy raz tak bardzo dałem wciągnąć się w chory klimat muzyki w ogóle. A było w co. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Airbag byłem w lekkim szoku, bo chociaż mogłem rozróżnić poszczególne instrumenty, to nie ogarniałem dlaczego to brzmi tak zupełnie... inaczej niż wszystko inne. Futurystycznie a zagrane przecież przez "żywy" zespół i nawet tam elektroniki jakiejś bardzo nie znajdowałem. Pewnie stało się tak ze wszystkimi, nie będę oryginalnym mówiąc że płyta Radiohead stała się dla mnie biletem do świata muzyki alternatywnej, całkowicie tego świadomy stałem się młodym adeptem nieżalu. I muzycznym snobem sikającym na nudę radia powszechno-absolutnie-wszędzie-słuchanego-komercyjnego. Exit Music (for a film) do tej pory jawi mi się jako archetypiczny wzór smutku doskonałego. Motyw z Romka i Julki to taka klasyka, że już banał, ale zawarta w epickich, wręcz sakralnych organach/chórkach "keep breathing" opowieść o najbardziej niezsynchronizowanej parce świata tak samo jak u Shakespear-a bezpośrednio uderza i wzrusza przeraźliwie prostym i oczywistym smutkiem.
5. Myslovitz - Korova Milky Bar
Pamiętam, że w pewnym momencie przeistoczył się ten song z typowego imoł-smęta w coś co definiuje, nazywa moje uczucia. Jakaś beznadziejność. AAAaaaa Werter.
Teraz
ad 1. Muchy - Notoryczni debiutanci (+ punchline-y z "Terroromansu"
(sry za jakość)
To nie przypadek, że to na koncerty Much nie chodzę sam, tylko z "paczką", to nie przypadek, że nie-singiel z "Notorycznych" lubi aż jakieś 5 osób, to nie przypadek, że wszyscy tańczą do "Przesilenia" i skaczą i jest fajnie (i nawet niektórzy zaczynają to lubić). Pewnie nie będę pierwszy, ale Muchy to dla mnie TEN zespół, który będę pamiętał po latach jako ten, który pomagał mi się wyrażać w czasach nastoletniości. Nie bez znaczenia jest to, że znam ich od samego początku, od razu przypadli mi do gustu, gdy obejrzałem kiedyś kiedyś jeszcze amatorski teledysk do "Najważniejszego dnia" (i będę się tym szczycił). Kiedyś był Perfekt, gdzie ludzie krzyczeli "chcemy bić ZOMO", a teraz nagle wszyscy mieli na GG teksty o delicjach z "Galanterii". Ok, trzeba pamiętać o proporcjach, ale znana mi połowa pokolenia '93 zna i kojarzy ten świetny zespół, co jest super. Mamy coś wspólnego.
To nie może być przypadek, że najlepszy utwór z 2giej płyty nazywa się właśnie "93". Przywłaszczam go sobie, panie Wiraszko.
"Zakochałem się w tramwaju, zakochałem się na mieście".
ad 2. Sparklehorse & Danger Mouse (+ "Piano fire)
Jest coś niewypowiedzianie pięknego i nieuchronnego, nie-powierzchownego gdy już w ołpenerze Revenge ten pan podobno z The Flaming Lips wyczekuje na te całe smyki w refrenie. Coś jak muzyka filmowa, podobny poziom dostojeństwa, lekkiego dodania patosu, który każe naprawdę dać sprawom jakieś znaczenie. Później, track nr. 2. Przecież bicie gitary, rytm to jest sielanka jakaś. I w tym klimacie leciutko powtarzane "just war" po czym wchodzi najpiękniejsze rozwinięcie refrenowo-melodyczne roku, bez dwóch zdań (z taką gitarką w tle). Nie potrzeba już tak płakać jak na "Spadochronach" , można cały czas już pozornie zachowywać spokój ducha, mieć całe te werterowskie sprawy bardziej poukładane, a i tak podświadomie po prostu się wie, pamięta, że można się przez to zabić/wystawić na wieczne pośmiewisko (jak np. nie trafić strzelając sobie w łeb).
A lullaby (że kołysanka) może być już insane (że obłąkane że).
Bo zawsze można już skrzywdzić jakąś little girl tak taśmowo, jak te argegggio wiosła.
ad 3. Gorillaz - Demon Days
Damon Albarn is god. Jego głos zawsze mnie uspokaja. Zmęczony, zrezygnowany, śpiewa jakby od niechcenia (wspaniale oddają to animacje koncertowe, dosłownie pokazane niechlujstwo). Gdy słyszymy go w Blur, w takim Out Of Time, ten smutek jest dosłowny, namacalny, bardzo ludzki; powiedzmy wprost - niezwykle on dołuje. Tu - na Damon Days - jest wzięty jakby w cudzysłów, pokazany z koniecznego wręcz dystansu. Otoczony jest świetnymi bitami i plumkaniem basu, które wprowadzają wspaniałą równowagę nie pozwalającą nam pociąć się żyletką. Słuchając tych niesamowitych smyczków dostajemy jasne przesłanie - "pieprzyć to, tak ma być, niech se będzie".
ad 4. The Kills - Midnight Boom
Pierwsze imprezki, całonocne, swobodne picie alkoholu, jednocześnie niezdrowa fascynacja taką jawnie złą kobietą jak Allison. Prawdziwy hedonizm, już nie udawany jak przy grzeczno-tanecznym Franz Ferdinand. Zgrzyt. Szorstkość. Mogę to lubić.
ad 5. Interpol - Antics (+ NYC + Specialist)
Nie wiem dlaczego, ale dokładnie te zejścia basu w 1:44 są perfekcyjne. Pamiętam jak idealnie zawierał się w tym klimat pierwszej poasienajebałem zamuły.
A "Specialist" to przecież najbardziej przejmujące błaganie o litość we wszelkiej muzyce. Zagłuszone, pochłaniane przez tą idealną sekcję rytmiczną.
"I'm a specialist in hope and I'm registered to vote".