background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radiohead. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radiohead. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2011

KROPKI-KRESKI : And more you try to erase me

Thom Yorke - The Eraser (2006)

Bardzo udany solowy elektronicznie klimatyczny album Tomasza Jorka, który zrobił w przerwie od Radiohead. A sam Jonny Greenwood plumka w ołpenerze na pianinie.
Krążą słuchy, że The King of Limbs jest bardzo podobne do tej tutaj solówki.

Okładka przedstawia króla Kanuta Wielkiego próbującego bezskutecznie zapanować nad oceanem.

czwartek, 1 września 2011

Walk down by the staircase


 Radiohead - From the basement (2011)

Raddiohead wrócili do domu. A ściślej - do piwnicy Nigel Godricha, który jest ich odwiecznym producentem. Organizuje on też serię koncertów bardziej kameralnych dziejących się w właśnie w tychnisko położonych przestrzeniach. Tak się składa, że muzyka Radiogłowych, której znakiem rozpoznawczym jest swoisty klaustrofobiczny klimat właśnie pasuje tam idealnie. Po wydaniu ciekawej płyty nowej King of Limbs zaprezentowali ją także W Piwnicy.

Nowa płyta jest ciekawa właśnie,bo jest inna, rozwijają się, co takim gigantom jak oni się bardzo chwali. A pierwszy w setliście utwór Bloom to świetna prezentacja nowego stylu w pigułce. Więcej - na naszych uszach dokonuje się wręcz jego budowa, gdy niedarnie zwykła gitara też staje się rytmiczną przeszkadzajką, a dwójka (!) perkusistów świetnie się uzupełnia dorzucając kolejne warstwy muzyczne. Nowe Radiohead to rytm właśnie, tych piosenek właściwie trzeba się nauczyć, żeby możliwe było jakieś ogarnięcie tempa. Jednocześnie żywi ludzie okazuję się lepsi od sampli innego dustepu. Zespół wprowadza też bardzo "żywą" sekcję dętą, ale nie jest to już jazzowanie jak w końcówce Amnesiac-a. Te wszystkie trąbki wydają się być zrobione na komputerze. Tylko mają tę doskonałą głębię i brzmienie, które żadna elektronika nigdy nie podrobi.


Radiohead - The Daily Mail (From The Basement) by amomentofclarity
Już w drugim utworze Radiohead serwuje fanom zupełnie nową kompozycję. The Daily Mail nie pojawiła się na ostatnim longplaju i EPce też, prawdopodobnie dlatego, że jest to w zasadzie bardziej łagodna i "ładniejsza" wersja You and whose army?. Tym razem Tomasz Jork nie kryje się za efektami mikrofonicznymi i nie zasłania całego obrazu chorym oczkiem. Emocjonalnie obnaża się całkowicie; śmiem twierdzić, że tak łagodnie nie było go słychać od bardzo dawna. Te snujące się opowieści na fortepianie pod względem "prawdziwości emocji" przybliżają go do samego Damona Albarna. Ale to Radiohead jednak i nie może być tak cały czas spokojnie rzecz jasna. Przejście do drugiej, bardziej dramatycznej części utworu jest... jej. W jednej chwili następuje zupełnie przełamanie tej całej urokliwości. Za pomocą samych niskich klawiszy fortepianu kompozycja zostaje dosłownie przewrócona na drugą stronę. Nagle jest gwałtownie i strasznie. A kroczące dźwięki najgrubszego z dęciaków (puzon?) podbijają niesamowicie napięcie.

Nie będę się tak rozpisywać o każdym kolejnym  kawałku (nie tak dużo), bo Feral to kolejna porcja "żywego rytmu". Też niepokojąca. I potwierdza się niezwykle ważna rola basu podsumowującego ten cały chaos.
Little by little było najlepszym utworem na King of Limbs. Tutaj niestety nie dało się odtworzyć ścieżki od tyłu i rytm trochę zwalnia się rozjeżdża. Ale dzięki temu wydaje się jakoś sennie ociężały i nierzeczywiście obłąkany. I’m such a tease, and you’re such a flirt. brzmi lepiej, ale jednak ogólnie jest gorzej - szkoda, że pod koniec nie zmienili rytmu bardziej w ogóle, zamiast się tak męczyć (co słychać).

Radiohead - Codex - Live from The Basement by tatia lolua by nibeli

Z kolei Codex wypada zdecydowanie lepiej niż w wersji studyjnej. Jakieś dwa razy lepiej.Od razu czuć jest tą magiczną wręcz atmosferę kameralności. Miękkie niezwykle akordy pianina, słychać nawet ruchy jego maszynerii,to jak opadają młoteczki gdzieś tam w środku instrumentu (u-w-i-e-l-b-i-a-m to). To się dzieje tylko tu i teraz, nie jest to żadne studio bezdusznie sterylne, żadne sztuczki czy kombinowane brzmienia. I to przejście, TO na C-dur (1:28 na pliku górnym). Zabija jeszcze bardziej uczucia me. Sekcja instrumentów dętych pokazuje prawdziwą duszę niesamowicie rozpływając się w przestrzeni i łącząc z głosem Thoma. Mógłbym próbować dalej pisać o tych trójdźwiękach trąbek, ale nie wiem. No piękno, no magia.

Po obudzeniu się z poprzedniego utworu mamy Separator.Jest w tym jakiś ulotny pierwiastek All I Need i wreszcie pojawia się gitara Jonny'ego Greenwooda jak zawsze przemykająca gdzieś w tle. Piwniczna wersja Lotus Flower nie jest już tylko sterylnym nieco podkładem dla wygibującego się Tomasza - tutaj jest to żyjąca swoim życiem, rozwijająca się piosenka. Więcej się dzieje i większy efekt daje też zejście, zwolnienie melodii w refrenie.


Radiohead - Staircase ('From the Basement' session) by mysteryfallsdown

Kolejny nowy utwór - Staircase to taki Kwiat Lotosu, tylko bardziej. I znów podwójne fantastyczne tempo. Znów neurotycznie dzwoniące nutki gitary i dyszący Thom wyrzucający z siebie chęć przejęcia kontroli .
Morning Mr Magpie idzie na całość - wspaniała zabawa tempem, rytm ucieka nawet wokaliście. Panowie wreszcie nauczyli się brzmienia i jest to nieskrępowany niczym muzyczny Hyde Park.

Na końcu, samym końcu do hermetycznego, podziemnego wnętrza piwnicy dociera wreszcie jakieś światło. Delikatne dźwierkania ptaków są dźwiękami prawdziwego życia. Muzycy zapominają o wszystkich zabawkach, nowych instrumentach i rewolucjonizowaniu muzyki i za pomocą samego głosu i gitary (akustycznej!) pokazują, że cały czas znają to co najważniejsze - melodię, czyli istotę muzyki.


PS. Jeśli dobrze liczę, to ten tutaj teraz post jest 50-tym na tym blogasku. Pół stówy! 
Jestem wzruszony, naprawdę.

sobota, 19 marca 2011

Wierność w stereo

Wiem, że dawno dawno nie pisałem. Wiem, że to głupie. Ale jak już zacząłem kiedyś to dokańczam. I niech sobie jest.

"Wierność w stereo" to tytuł mojej ulubionej książki, w której główny bohater stara się zawrzeć najważniejsze aspekty swojego życia w śmiesznych rankingach, typu "5 najlepszych piosenek na pogrzeb". Zaintrygowała mnie sama teza, że można w tak łatwy sposób pokazać jak muzyka może mieć wpływ na nasze życie. Że piosenki są tylko odzwierciedleniem naszych aktualnych emocji. Więc przedstawiam moje top 5 płyt, które mogły w jakiś sposób ukształtować mnie czy moje uczucia czy sposób patrzenia na świat.

Na początku


1. U2 - All That You Can't leave behind


To był naprawdę początek. Trudno mi nawet szacować jak bardzo ta płyta mnie ukształtowała, moje emocje, wrażliwość czy sposób odbierania zarówno świata jak i muzyki. Jedyna płyta, która dla mnie nie ma ani jednej zbędnej czy średniej minuty, wszystko jest tu idealnie dopasowane. Niech o jej wielkości powie coś to, że od pewnego czasu nie mogę słuchać jej ot, tak.
To rytuał. Jeśli decyduję się na odsłuch, to staram się temu nadać jak najbardziej mistyczne znaczenie - nie robię nic innego tylko "wczuwam się w klimat" i rozkminiam. Dzieje się to też, gdy chcę się szczególnie zastanowić what's going on i ogólnie jak dzieje, lub ma się stać coś dla mnie szczególnie ważnego. Ta płyta właściwie mogłaby zastąpić pozostałe 4 w tej "sekcji", bo jest dla mnie głównym drogowskazem, jak czasem jestem lekko "zamotany" i nie wiem co robić to przypomina mi jaki byłem i jaki powinienem być do tej pory.

2. Coldplay - Parachutes


Sam się zdziwiłem jak bezbłędnie znam jeszcze tekst tego utworu. "So I looked in your direction, but you paid me no attention, (do you?)" Wystarczała tylko chwila uwagi, wyrażało się gotowość do najbardziej radykalnych zmian przy dźwiękach akustyka dzielonego z delikatnym przesterem małej ekektrycznej udającej "gwiazdki: Edge'owych pogłosów. I rozpaczliwie archetypiczny młodzieńczy falset "Is this my final chance of getting you?". Więc zadrżyłaś czy nie? Nie chciałem iść z Tobą do kina czy zmienić status na fejsbuku (wtedy nie miałem nawet lasta), że zrobiliśmy karmel z chemii, która jest między nami (ciekawe co wtedy porabiał p. Marcin...). Drgnij no, żeby Cię to chociaż drgnęło!

3. Blur - 13


Ciężka, głęboka, charszcząca gitara Coxona, gdzieniegdzie bas akcentujący powolny rytm walca, swoisty Slow Dancing tego utworu i klimatu w ogól. Raczej percussion niż drums, prawie unplugged w sensie, że tak intymny... (znów) klimat. "I won't kill myself, trying to stay in your life. I got no distance left to run". Albarn w żałobie, przerażająco smutny, zmęczony, w 3:36 ("that this life") wręcz tłumi przywołane, sztuczne, obojętne ziewnięcie. Gospelowe chórki proszące wcześniej tender ("waiting for that feeling to come"), teraz jasno określają klimat, że tak, to ma być celowo smutna piosenka.

4. Radiohead - OK Computer

Pewnego kiedyś dawnego wakacyjnego dnia włączyłem OK Computer na Winampie, pod głosiłem głośnik, wyłączyłem monitor, zasiadłem na fotelu, patrzyłem w okno (zaczynało się chyba robić ciemno) i słuchałem. Chyba pierwszy raz tak bardzo dałem wciągnąć się w chory klimat muzyki w ogóle. A było w co. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Airbag byłem w lekkim szoku, bo chociaż mogłem rozróżnić poszczególne instrumenty, to nie ogarniałem dlaczego to brzmi tak zupełnie... inaczej niż wszystko inne. Futurystycznie a zagrane przecież przez "żywy" zespół i nawet tam elektroniki jakiejś bardzo nie znajdowałem. Pewnie stało się tak ze wszystkimi, nie będę oryginalnym mówiąc że płyta Radiohead stała się dla mnie biletem do świata muzyki alternatywnej, całkowicie tego świadomy stałem się młodym adeptem nieżalu. I muzycznym snobem sikającym na nudę radia powszechno-absolutnie-wszędzie-słuchanego-komercyjnego.
Exit Music (for a film) do tej pory jawi mi się jako archetypiczny wzór smutku doskonałego. Motyw z Romka i Julki to taka klasyka, że już banał, ale zawarta w epickich, wręcz sakralnych organach/chórkach "keep breathing" opowieść o najbardziej niezsynchronizowanej parce świata tak samo jak u Shakespear-a bezpośrednio uderza i wzrusza przeraźliwie prostym i oczywistym smutkiem.

5. Myslovitz - Korova Milky Bar


Pamiętam, że w pewnym momencie przeistoczył się ten song z typowego imoł-smęta w coś co definiuje, nazywa moje uczucia. Jakaś beznadziejność. AAAaaaa Werter.


Teraz

ad 1. Muchy - Notoryczni debiutanci (+ punchline-y z "Terroromansu"

(sry za jakość)

To nie przypadek, że to na koncerty Much nie chodzę sam, tylko z "paczką", to nie przypadek, że nie-singiel z "Notorycznych" lubi aż jakieś 5 osób, to nie przypadek, że wszyscy tańczą do "Przesilenia" i skaczą i jest fajnie (i nawet niektórzy zaczynają to lubić). Pewnie nie będę pierwszy, ale Muchy to dla mnie TEN zespół, który będę pamiętał po latach jako ten, który pomagał mi się wyrażać w czasach nastoletniości. Nie bez znaczenia jest to, że znam ich od samego początku, od razu przypadli mi do gustu, gdy obejrzałem kiedyś kiedyś jeszcze amatorski teledysk do "Najważniejszego dnia" (i będę się tym szczycił). Kiedyś był Perfekt, gdzie ludzie krzyczeli "chcemy bić ZOMO", a teraz nagle wszyscy mieli na GG teksty o delicjach z "Galanterii". Ok, trzeba pamiętać o proporcjach, ale znana mi połowa pokolenia '93 zna i kojarzy ten świetny zespół, co jest super. Mamy coś wspólnego.
To nie może być przypadek, że najlepszy utwór z 2giej płyty nazywa się właśnie "93". Przywłaszczam go sobie, panie Wiraszko.
"Zakochałem się w tramwaju, zakochałem się na mieście".

ad 2. Sparklehorse & Danger Mouse (+ "Piano fire)


Jest coś niewypowiedzianie pięknego i nieuchronnego, nie-powierzchownego gdy już w ołpenerze Revenge ten pan podobno z The Flaming Lips wyczekuje na te całe smyki w refrenie. Coś jak muzyka filmowa, podobny poziom dostojeństwa, lekkiego dodania patosu, który każe naprawdę dać sprawom jakieś znaczenie. Później, track nr. 2. Przecież bicie gitary, rytm to jest sielanka jakaś. I w tym klimacie leciutko powtarzane "just war" po czym wchodzi najpiękniejsze rozwinięcie refrenowo-melodyczne roku, bez dwóch zdań (z taką gitarką w tle). Nie potrzeba już tak płakać jak na "Spadochronach" , można cały czas już pozornie zachowywać spokój ducha, mieć całe te werterowskie sprawy bardziej poukładane, a i tak podświadomie po prostu się wie, pamięta, że można się przez to zabić/wystawić na wieczne pośmiewisko (jak np. nie trafić strzelając sobie w łeb).
A lullaby (że kołysanka) może być już insane (że obłąkane że).
Bo zawsze można już skrzywdzić jakąś little girl tak taśmowo, jak te argegggio wiosła.

ad 3. Gorillaz - Demon Days


Damon Albarn is god. Jego głos zawsze mnie uspokaja. Zmęczony, zrezygnowany, śpiewa jakby od niechcenia (wspaniale oddają to animacje koncertowe, dosłownie pokazane niechlujstwo). Gdy słyszymy go w Blur, w takim Out Of Time, ten smutek jest dosłowny, namacalny, bardzo ludzki; powiedzmy wprost - niezwykle on dołuje. Tu - na Damon Days - jest wzięty jakby w cudzysłów, pokazany z koniecznego wręcz dystansu. Otoczony jest świetnymi bitami i plumkaniem basu, które wprowadzają wspaniałą równowagę nie pozwalającą nam pociąć się żyletką. Słuchając tych niesamowitych smyczków dostajemy jasne przesłanie - "pieprzyć to, tak ma być, niech se będzie".

ad 4. The Kills - Midnight Boom


Pierwsze imprezki, całonocne, swobodne picie alkoholu, jednocześnie niezdrowa fascynacja taką jawnie złą kobietą jak Allison. Prawdziwy hedonizm, już nie udawany jak przy grzeczno-tanecznym Franz Ferdinand. Zgrzyt. Szorstkość. Mogę to lubić.

ad 5. Interpol - Antics (+ NYC + Specialist)


Nie wiem dlaczego, ale dokładnie te zejścia basu w 1:44 są perfekcyjne. Pamiętam jak idealnie zawierał się w tym klimat pierwszej poasienajebałem zamuły.
A "Specialist" to przecież najbardziej przejmujące błaganie o litość we wszelkiej muzyce. Zagłuszone, pochłaniane przez tą idealną sekcję rytmiczną.
"I'm a specialist in hope and I'm registered to vote".

środa, 30 czerwca 2010

Wielkość według Glastonbury 2010

Glastonbury potwierdza swoją niepodważalną pozycję najważniejszego festiwalu świata. Zawsze coś się dzieje, także w tym roku kilku artystów potwierdziło swoją wielkość i dołożyło swoją cegiełkę do 40-letniej już historii tego angielskiego spędu muzycznego.

Wielkość wg. Jacka White-a



Zakładasz ociekający zajebistością kapelusz z piórkiem (wszystko rzecz jasna w czarnym kolorze) bierzesz najfajniejszą dziewoję z bandu wspaniale śmiejącą się z Twoich dowcipów i przychodzisz na wywiad do prowizorycznej przyczepy. Ot tak, bez żadnego wysiłku olśniewasz poczuciem humoru i rzucasz puentami na prawo i lewo.
Już poza przyczepą zaskakujesz niekumatych robieniem pierdolnięcia na czymś innym niż gitara i starasz się wbić wszystkim do głowy, że Twój obecny projekt jest tym najważniejszym. Nawet w historii rocka.

Wielkość wg. Damona Albarna



Poprzedniego roku bez większego problemu i "z marszu" zebrałeś starych kumpli na kilka koncertów na których ożywiliście historycznego trupa zwanego "britpopem". Na Piramid Stage uroniłeś nawet łzę. Tym razem przybywasz także bez większego przygotowania, bo nagle jakiemuś konusowi z Irlandii stało się coś z plecami i musisz zastąpić główną gwiazdę imprezy. Nie zrażasz się, nie obrażasz, tylko w pocie czoła przygotowujesz.... karaoke! Ale nie takie zwykłe. Ważne karaoke. Z przesłaniem. Chociaż nie zachwycasz się Radiogłowymi, to popierasz ich zielony manifest. Więc każesz śpiewać temu tumultowi o złych plastikowych butelkach i w przygotowanym wideo na głównym ekranie nawiązujesz do "Uwolnić Orkę". Z prawdziwą pasją i wściekłością zgniatasz ten niewinny, pusty 1 litr colialboinnegopicia i groźnym wzrokiem nakazujesz im śpiewać razem z Tobą. Władczym gestem uciszasz swoją niesamowitą gorylową orkiestrę, bo te nastoletnie angielskie tempaki muszą powtarzać Twój manifest aż trzeci raz. Ale ostatecznie słyszysz ich epicki chór, będą go słyszeć nawet na Tubie. Znów pod płaszczykiem elektronicznego popu z domieszką hip-hopu dałeś bezcenną światopoglądową lekcję pokoleniu MTV. Brawo, jesteś najbardziej cool pedagogiem na calutkim zaśmieconym świecie.
It's all good news now
Because we left the taps
Running
For a hundred years
So drink into the drink
A plastic cup of drink
Drink with a couple of people
The plastic creating people
Still connected to the moment it began










Wielkość wg. Thoma Yorka



Robisz wszystkim niespodziankę i jesteś na evencie jako "suprise gig". Pewnie nie chciało Ci się świecić na szczycie line-upu i brać ze sobą całego bandu. Przyjeżdżasz z Jonnym, bierzesz starego akustyka i z głupią bandaną na czuprynie słuchasz jak dziesiątki tysięcy ludzi bezbłędnie śpiewa Twoją piosenkę z klasycznej płyty o komputerach. Ktoś ośmieli się zakwestionować Twoją wielkość? Zagroź im, że następnym razem bardziej się postarasz,przylecisz statkiem kosmicznym na biopaliwo i rozniesiesz całe to indie gówno.

Wielkość wg. The Edge-a



Jesteś ostro wkurzony, że ten mały krzykacz z napompowanym ego z Twojego zespołu chciał zrobić podwójne salto i popisać się publice. I zrobił sobie coś z plecami. Przez tę jego "kontuzję" wszyscy muszą przerwać koncerty na 2 miesiące i tracicie kupę kasy. Jakiś miliard. Fuck. Ile razy masz mu powtarzać "Bono, starzejesz się" "Bono, naprawdę nie umiesz grać na gitarze" "Bono, ten prezydent i tak ma cię w dupie" "Bono, kretynie, zaraz zabiorę Ci te koturny i wszyscy zobaczą, że naprawdę jesteś najniższy w zespole!". Żal. Jeszcze kolejny miliard ludzi na całym świecie myśli, że to Bono wszystko sam sobie pisze i gra na wszystkim. W ogóle nie ogarniają, ze to Ty jesteś kluczową i niezbędną postacią U2, nikt tak nie zagra i czasami nawet Ty nie możesz się połapać w tych wszystkich efektach, które trzeba użyć żeby wszystko zabrzmiało jak trzeba.
Ale tak nie będzie. Wystąpisz na tym słynnym i wielki festiwalu i tak i tak.
Nawet jeśli będziesz musiał zagrać z tym śmiesznym prawie-rock-bandem. W którym jest przesadnie wczuwający się śmieszny śpiewak w różowych, obcisłych spodniach. No nic, ale mają za to na tyle zajebistego pałkera, że pozwolisz mu na zaszczyt nadawania rytmu Tobie. Więc wkraczasz na tą małą scenkę ( w porównaniu z Twoimi trasami, he he) i fajnie jest, bo ta dzicz Cię rozpoznaje i oczywiście wiwatują na Twoją cześć. Nareszcie jesteś gwiazdą, wszyscy nareszcie mogą się przekonać, że to tylko Twój song, i to właśnie Ty, sam, w swoim pokoiku nagrałeś pierwsze demo. I z czegoś wzięły się te tytuły "największego utowru gitarowego ever". Zabrzmiewa wspaniałe ( bo tylko Twoje) intro i nareszcie pokazujesz jaki jesteś wielki, nawet bez jakiejkolwiek pomocy tego małego nadętego buca na wokalu.