Tęsknię czasem za latami Dwutysięcznymi w muzyce.
Oczywiście byłem wtedy za młody na śledzenie nowości, ale w jakiś sposób wszystkie moje pierwsze ulubione zajawki pochodzą z tamtego okresu. Największą nostalgią i tak zawsze obdarzamy to, czego nie mogliśmy tak naprawdę być świadkiem, prawda?
Zamarzyłem więc o czasach, które uwodziły tanecznym sznytem i instrumentalnym wdziękiem. Bez bangerów i presetów, bez dustepów. Ten zawsze aktualny chwyt gitarowy i marynarka nonszalancko nałożona na kolorową koszulę. Czyli pierwsze naiwne Phoenix, szwedzki słodki pop The Cardigans, szlachectwo klawiszy Baxtera Dury i oczywiście nerwowe szarpnięcia Franz Ferdinand. Wszystko to podsumowane słowami Jarvisa Cockera; człowieka który przechadzając się z jednej modnej imprezy do drugiej pozostaje cool nawet w scenerii tandetnych supermarketów.
Pisałem, że nie ogarniałem tamtych czasów na bieżąco - kilka przebojów z tej playlisty jest wypisanych prosto z mojego elementarza internetowego nieżalu - podsumowania dekady portalu Screenagers.pl. To właśnie jest dowód na ponadczasowość elementarnych elementów dobrej piosenki - nabicie bębna, bująjący bas i funkująca gitara. Dobry taniec nigdy się nie znudzi.
Zrobiłem tego mixtejpa lata (2-3?) temu dla mojej przyjaciółki Asi, która ma dzisiaj urodziny i tak jak wtedy była to jedna z moich pierwszych składanek, tak do dzisiaj pozostaje jedną z moich ulubionych. Mam nadzieję że zdąży się pokryć szlachetną patyną iście brytyjskiej sali balowej z teledysku To the end. Więc z najlepszymi życzeniami.
1. Phoenix - Too young
2. The Cardigans - Sick and tired
3. Kobiety - Pink Pigułka
4. Baxter Dury - Happy Soup
5. Pulp - After you
6. Beck - Sexx Laws
7. Franz Ferdinand - Can't stop feeling (demo)
8. M.I.A. - Paper Planes
9. Air France - No excuces
10. Jamiroquai - Runaway
11. Blur - To the end (La comedie) Feat. Francoise Hardy
Prestiżowe uczelnie pełne sa takich chłopców. Schludnych erydytów zgłębiających na zajęciach panelowych tajemnicę Angielskiego Przecinka, aby później rozkręcać campusowe imprezy eklektycznymi playlistami. Vampire Weekend są jednymi z tych szczęściarzy, którzy mogą poszczycić się dyplomem Uniwersytetu Columbia (Liga Bluszczowa, te sprawy).
Very big house in the country
Pokolenie wcześniej - ale z podobnym wyczuciem stylu - po oxfordzkich błoniach przechadzali się inni artystyczni żakowie z zespołu Blur. Wyspiarskie nienaganne wykształcenie owocowało konfliktami z Oasis i celnymi diagnozami społecznymi na Parklife. Zblazowani za młodu czym prędzej podjęli Wielką Ucieczkę na wiejskie posiadłości, które okazały się oazą spokoju także dla ich nowojorskich kolegów.
I met the highest lama
Kolejne mrugnięcie okiem w teledysku skierowane jest do Wesa Andersona. Pastelowe kolory i sympatyczna umowność niezabijającej strzelby, a przede wszystkim branie opowieści w nawias "rozdziałów" naniesionych bajkową czcionką. W nakręconym rok wcześniej filmie wspomnianego reżysera The Darjeeling Limited wyznaczały one kolejne etapy Podróży Duchowej trzech braci; I climbed to Dharmasala, too.
As long as I got my suit and tie
Tym razem trzeba odwrócić bieg czasowy inspiracji, bo okazuje się, że nakręcone w 2013 roku Trying to be cool zawiera te same elementy co dziełko Vampire Weekend. Jak pisałem w tekście na temat tego teledysku: "Wokalista odziany w sygnowaną śnieżnobiałą marynarkę przemierza kolejne interaktywne lokacje zaliczając misje (szach-mat) i zbierając ekwipunek godny Prawdziwej Gwiazdy". Równie treściwe wydaje mi się też przywołanie anegdoty o Julianie Casablancasie, za którym chodził reporter magazynu Rolling Stone wiedziony pytaniem "czy on naprawdę ubiera się w co popadnie?". Biała marynarka na szczupłych ramionach Ezry Koeniga wygląda jak zdjęta z lidera The Strokes.
Show your paintings at the United Nations
Prawdziwą treścią, niezapożyczonym oryginałem Oxford Commy jest oczywiście satyra na wyższe sfery. Trochę głupio być już na starcie bogatym idolem nastolatek; trudno znaleźć wiarygodność w dolarowej stabilizacji. Przejechał się na tym sam Truman Capote, który podczas pracy nad Wysłuchanymi Modlitwami nie zdołał doszukać się pod warstwą blichtru niczego wartego Literatury. Na szczęście piosenki to lżejsza kategoria (po)wagi. Ożywcza moc indie rocka przeciąga zgrywę na drugą stronę - highlife odbity w drobnych zgryźliwościach ujawnia jak najbardziej zwyczajne życie na mieliznach banalnych tematów. Cóż, w przyziemnych sferach dziewczyny w ten sam sposób używają swojej przyrodzonej wyższości, aby przykryć wymówki słodkimi banialukami.
Koncert Blur na Heineken Opener Festiwalu był dla mnie tak ważnym wydarzeniem, że zdołałem pokonać lenistwo i zrelacjonowałem go dość obszernie w poprzednim wpisie. Nawet bez brytyjskiego zespołu Opener wciąż pozostaje największym polskim festiwalem i w edycji 2013 nareszcie przekonywująco to potwierdził. Każdy z 4 dni miał w Line-upie co najmniej dwóch bardzo poważnych headlinerów. Arctic Monkeys, Nick Cave and the Bad Seeds, The National, czy Queens of the Stone Age to przecież zespoły, które wiele znaczą i mogłyby grać na głównych scenach nawet Glastonbury (nnnno w przypadku Kings of Leon ludzie zagłosowali nogami). Tego właśnie oczekuję od tak drogiego eventu – używam tego słowa dość kąśliwie, bo muzyka nie jest w Gdyni taka najważniejsza. Oczywiście bardzo fajnie, że promuje się min. dobry teatr (rozchodzące się po polu namiotowym songi z Courtney Love Strzępki i Demirskiego pozostaną jednymi z moich najmilszych wspomnień), ale Opener stał się obowiązkowym nadmorskim punktem rozpoczęcia wakacji dla modnej młodzieży i snobistycznych 30-latków. Opener < OFF Festiwal.
Opener Festiwal i jego dyrektor, Mikołaj Scumbag Ziółkowski
stał się w ostatnim czasie bardzo łatwym i dość powszechnym obiektem hejtu. A
to za drogo, za długo, za daleko, piwo nie takie, pogoda angielska, pole się
topi, dni za dużo, za dużo hipsterów, brak prawdziwych hipsterów, za mało
nagrywających komórek, za dużo rejestrujących tabletów, gdzie są ci wszyscy MOI
ulubieni artyści, a tak w ogóle to beka z tego „zachodniego festiwalu”. Opinie
te należą do ludzi, którzy są zawistni, samolubni i mają rację. Ja także z
chęcią przyłączyłbym się do chóru krytyków kpiących z nastoletniego iwentu, ale
od dwóch lat z pewnym siebie zarozumialstwem powtarzałem, że Ziółek sprowadzi
wreszcie do Polski Damona Albarna z Blur, pokornie zamknę twarz i bez cienia
protestu kupię nadmorski karnet. Dlatego można sobie łatwo wyobrazić moje
ambiwalentne uczucia, gdy podczas swojej tradycyjnej wizyty w radiowej Trójce
Mikołaj Ziółkowski ogłosił pierwszego i najważniejszego headlinera swojego
festiwalu. It really, really could hapten.
Na dobry początek przygotowano Dawida Podsiadło, platynową
sensację wydawniczą ostatnich miesięcy. Już przed premierą „Comfort and
Happiness” miałem podstawy twierdzić, że wytwórnia pokierowała go w stronę
„męskiej Brodki” czyli niegłupiego alt-popu.
Do produkcji debiutanckiej płyty
zaangażowała samego Bogdana Kondrackiego - prawdziwego specjalistę
odpowiedzialnego min. za wysmakowane brzmienia płyt Anny Dąbrowskiej, poza tym
bardzo ciepłe opinie Piotra Metza pozwalały mi spokojnie uznać, że będzie to
bardzo fajny krążek. Jednak zamiast pisać o tym i popisywać się zmysłem
przewidywania, pozostałem szczerze zdziwiony rozmiarami sukcesu Ślązaka. Może
to Granda tak przetarła szlaki adaptacjom zachodniego Indie, może to tęsknota
za „starym Coldplayem”, ale wydaje mi się, że po prostu przeceniłem możliwości dziewczęcego
targetu oczarowanego uczuciowym
kudłaczem.
Wydaje się, że wykonawca był podobnie zaskoczony masą ludzi,
która wypełniła Openerowy namiot (położony gdzieś na końcu świata) już na
rozpoczęcie imprezy, bo o 17:oo. Podsiadło dał całkiem dobry koncert, udało mu
się odtworzyć subtelny klimat albumu, w czym pomógł zespół z szerokim
instrumentalium i bliższa atmosfera zaciemnionego namiotu. Cóż, nie było chyba dość blisko, bo też nie przeżyłem niestety
wielkich emocji. Oczywiście brawo, że zagrali wszystko bez błędów tak jak na
płycie, nikt też nie spodziewa się po Dawidzie bycia frontmanem na miarę Maccia
Morettiego. Ta nieśmiałość i nieogar jeszcze pasują do trądziku na twarzy, ale
mam nadzieję, że wkrótce jego występy staną się prawdziwymi wydarzeniami.
Co zaskakujące i niekoniecznie miłe, prawdziwej mocy
zabrakło też na pierwszym koncercie (głównej) Opener Stage, gdzie słabo - ale bardzo urokliwie w popołudniowym Słońcu - wystartowali Editors. Miałem nadzieję na zdecydowanie i soczyste gitary jak na
Rattle& Hum mojego ukochanego U2 (które wróciło ostatnio do punktów
odniesienia młodszych zespołów także za sprawą
dziewczyn z Savages, które równolegle hałasowały na Tent Stage. Ale
uuum, well, i tak widziałem je już rok temu na OFFie). Może to wina spapranego
nagłośnienia, ale nawet pomimo straty głównych największych atutów wokalista
nie starał się tak bardzo o naszą uwagę. Nie wiem dlaczego, ale pytanie o to,
czy grają dla nas na sto procent nie powinno pojawiać się tak natarczywie. Ale
piosenki mają dobre, chociaż za bardzo skłaniali się w stronę pierwszych,
bardziej „zwykłych” gitarowo płyt. Na szczęście później Tom Smith pokazał
zaangażowaniem, że nie odda tego koncertu bez walki z… mikrofonem, na którym
skupiał swoją muzyczną złość ( „when you caught my eye” w An end Has a start –
świetne, zapamiętam). Na finał zespół wrócił do sprawdzonych syntezatorów i
singlami z poprzedniej płyty odpowiednio mocno przygotował pole dla Gwiazdy
Wieczoru.
Pewnie sygnalizowałem już to wcześniej wiele razy, ale kocham Blur - brzmienie ich gitar uważam za
dokładnie obliczoną mieszankę britpopową w idealny sposób zgrzytającą
szaleństwami Coxona, zachwycam się socjologicznym rysem brytyjskiego
społeczeństwa lat 90tych, ekscytuję się ciągłymi poszukiwaniami muzycznymi, a
Damona Albarna to już w ogóle podziwiam we wszystkich projektach i staram się
wzorować nawet w kolorze koszulki z długim rękawem, którą kupiłem w jednej z
sieciówek. Wielokrotnie traciłem nadzieję, że zobaczę ten dream teamowy skład
na żywo, a kolejnymi ze swoich legendarnych powrotów w Hyde Parku pozostaną
dobrem narodowym wyłącznie Brytyjczyków.
Obawiam się, że nie jestem w stanie wypowiedzieć się
krytycznie o tym koncercie, bo od razu muszę powiedzieć, że był to
prawdopodobnie mój Koncert Życia, występ idealny (jeśli chodzi o U2 w
Chorzowie, to jednak inna sprawa, inne emocje, ale chyba wtedy byłem bardziej
krytyczny, dostrzegałem wyraźnie słabsze momenty, które w Gdyni nie miały
miejsca w ogóle). A Damon okazał się dokładnie tym samym geniuszem, którego
całe życie sobie idealizowałem.
Miałem pewne wątpliwości, owszem, bałem się, że sekcja
rytmiczna tak bardzo zajęta wytwarzaniem serów (Alex James) i jeszcze bardziej wyglądaniem jak Typowy
Angielski Belfer (Dave Roventree) zgodnie ze słowami swojego lidera, średnio
już nadaje się do grania prawdziwie popowej muzyki, że po prostu będzie
zgrzytało i zwalniało. Jednak te bluźniercze kwestie zostały mi brutalnie
wybite z głowy. Z żeber. Z naskórka rąk.
Wybito mnie z równowagi. Dosłownie. Łokciami. Spoconymi cielskami. Absurdalnymi – w odległości kilku metrów od
sceny – plecakami. Mogę z dużą precyzją posłużyć się wyświechtanym
stwierdzeniem, że początek koncertu mnie zabił.
Nie zgodzę się jednak z dość powszechną opinią o tym, że
dali set „bardzo imprezowy”. Mamy tu do
czynienia jednak z cięższym ciężarem gatunkowym, a najlepszym tego przykładem
było wykonanie Caramel. Chwili doprawdy magicznej, zupełnie nie-festiwalowej
kiedy duża część publiczności w całkiem
bliskiej odległości od sceny, połowa „golden circle” nagle zaczęła siadać.
Nagle wszyscy, nawet ci nachlani Niemcy i okazjonalni fani „FIFA 98!” wspólnie
łącząc się w cichym skupieniu dołączyli się do intymnej spowiedzi Damona. Jeden
z niewielu znanych mi w muzyce przypadków wykorzystania „love, love, love”
wyraził się Naprawdę.
Generalnie różnica między zwykłym zespołem, a Wielkim wydaje
się dość prosta. Pierwsi, jak Editors odgrywają ten sam zwykły set ze zwykłym,
letnim stosunkiem do muzyki i ot, koniec, następny przystanek na trasie. Natomiast
ci Wielcy Muzycy tworzą na kolejnych koncertach tworzą swoje dzieła na nowo,
pierwotna moc i przekaz wysyłane są dokładnie z tą samą intensywnością i nie ma
w tym nic nieaktualnego, czy wystudiowanego, odtworzonego z dyskietki zza
błyszczącego kasku. Szepty Albarna w megafonie przed Trimm Trabb wywołują takie
same, a nawet wyraźniejsze dreszcze na całym ciele, podobnie jak ekscytujące
przejścia bębnów przerzucające się w pozornie chaotycznym refrenie.
Podobnie nie wierzę w to, że pozy Albarna, które naoglądałem
się na youtubach, jego kolejne grymasy, które znam chyba całkiem dobrze miałyby
być zaplanowane. Był tego wieczoru naprawdę smutny (Out of time, wiadomo),
czarujący (zaproszenie do tańca w orkiestrowym The Universal), szalony (wygłupy
na barierkach pod Country House’m), czuły (Tender, nawet podegrał do wspólnego
śpiewania), meast(r)atyczny (dowodzenie sekcją dętą i chórkiem – tak, to
wszystko wzięli ze sobą do Polski, w ich słowniku nie ma słowa „fuszerka”) i
wreszcie polski, kiedy rzucał nie-tak-bardzo zdawkowe „dzięki” i szczerze
przyznawał się do stanu wiedzy o Solidarności. Dobrze wiedzieć, że są ludzie,
którzy się nie zmieniają i tak pięknie uskuteczniają smutek jako podstawowy
środek artystyczny.
Patrząc na szaleństwa lidera i rozpływając się w „ocean of
noise” spiżowego solo Grahama Coxona w This is a low trudno mi było wyobrazić
sobie Blur w lepszej formie. Tym bardziej boli niezrozumiała kwestia
całkowitego zawieszenia prac nad długogrającym wydawnictwem . Określenie, które
ciśnie mi się na usta, że „oni wciąż mogą” może się wydawać nieco dziwne
kontekście Damona, który, przypomnijmy, zdobył nawet komiksową Amerykę małpami
Gorillaz, a ostatnio nawet stworzył operę. Podobnie entuzjastycznie może ktoś
pomyśleć o niedbale garażowych impresjach piosenkowych Grahama Coxona, ale
prosty rachunek pokazuje, że nie zrobili razem niczego większego od 14 lat (13 LP). Podczas, gdy rozproszona i zdehumanizowana
dzisiejsza muzyka nie dzieli ze współczesnymi sobie żadnej wspólnej myśli,
przewijające się tego wieczora hasło
„end of the century” brzmiało tak bardzo aktualnie. Paradoksalnie to dzisiejsza
muzyka jest „rozmyta” -zapętlaniem i „mrocznym, kombinowanym techno” oddaje
niepewność i zwątpienie czasów kryzysu. Albarn już się z tym zmagał – to ja
jestem thwentieth first century boy z, satelita stoi także na dachu mojego
domu, a gdyby nie podziałało swobodnie rzucone zapewnienie, że it’s nothing
special, Damon bierze każdego nas do serduszka szepcząc „hallelujah singing out
loud singing to you”.
To był jeden z piękniejszych wieczorów mojego życia, nie
tylko w czysto muzycznych kategoriach. Cóż, czekałem na ten koncert pół życia,
ale wszystko i tak okazało się cudowne. To dobrze, że istnieją jeszcze ludzie,
którzy zajmują się smutkiem, aby odmalować swój stosunek do życia, do świata,
do emocji. To się działo naprawdę, wreszcie poczułem – na żywo, a nie jak
zwykle w słuchawkach – euforię na triumfalne zakończenie The Universal, gdy
dęciaki grały instrumentalny refren mogłem drzeć się razem z nimi i skakać i
unosić ręce w góry zwycięskim gestem. Bo udało mi się, stałem się częścią tej
wielkiej historii i… well here’s youre lucky Day!
Wiem, że dawno dawno nie pisałem. Wiem, że to głupie. Ale jak już zacząłem kiedyś to dokańczam. I niech sobie jest.
"Wierność w stereo" to tytuł mojej ulubionej książki, w której główny bohater stara się zawrzeć najważniejsze aspekty swojego życia w śmiesznych rankingach, typu "5 najlepszych piosenek na pogrzeb". Zaintrygowała mnie sama teza, że można w tak łatwy sposób pokazać jak muzyka może mieć wpływ na nasze życie. Że piosenki są tylko odzwierciedleniem naszych aktualnych emocji. Więc przedstawiam moje top 5 płyt, które mogły w jakiś sposób ukształtować mnie czy moje uczucia czy sposób patrzenia na świat.
Na początku
1. U2 - All That You Can't leave behind
To był naprawdę początek. Trudno mi nawet szacować jak bardzo ta płyta mnie ukształtowała, moje emocje, wrażliwość czy sposób odbierania zarówno świata jak i muzyki. Jedyna płyta, która dla mnie nie ma ani jednej zbędnej czy średniej minuty, wszystko jest tu idealnie dopasowane. Niech o jej wielkości powie coś to, że od pewnego czasu nie mogę słuchać jej ot, tak.
To rytuał. Jeśli decyduję się na odsłuch, to staram się temu nadać jak najbardziej mistyczne znaczenie - nie robię nic innego tylko "wczuwam się w klimat" i rozkminiam. Dzieje się to też, gdy chcę się szczególnie zastanowić what's going on i ogólnie jak dzieje, lub ma się stać coś dla mnie szczególnie ważnego. Ta płyta właściwie mogłaby zastąpić pozostałe 4 w tej "sekcji", bo jest dla mnie głównym drogowskazem, jak czasem jestem lekko "zamotany" i nie wiem co robić to przypomina mi jaki byłem i jaki powinienem być do tej pory.
2. Coldplay - Parachutes
Sam się zdziwiłem jak bezbłędnie znam jeszcze tekst tego utworu. "So I looked in your direction, but you paid me no attention, (do you?)" Wystarczała tylko chwila uwagi, wyrażało się gotowość do najbardziej radykalnych zmian przy dźwiękach akustyka dzielonego z delikatnym przesterem małej ekektrycznej udającej "gwiazdki: Edge'owych pogłosów. I rozpaczliwie archetypiczny młodzieńczy falset "Is this my final chance of getting you?". Więc zadrżyłaś czy nie? Nie chciałem iść z Tobą do kina czy zmienić status na fejsbuku (wtedy nie miałem nawet lasta), że zrobiliśmy karmel z chemii, która jest między nami (ciekawe co wtedy porabiał p. Marcin...). Drgnij no, żeby Cię to chociaż drgnęło!
3. Blur - 13
Ciężka, głęboka, charszcząca gitara Coxona, gdzieniegdzie bas akcentujący powolny rytm walca, swoisty Slow Dancing tego utworu i klimatu w ogól. Raczej percussion niż drums, prawie unplugged w sensie, że tak intymny... (znów) klimat. "I won't kill myself, trying to stay in your life. I got no distance left to run". Albarn w żałobie, przerażająco smutny, zmęczony, w 3:36 ("that this life") wręcz tłumi przywołane, sztuczne, obojętne ziewnięcie. Gospelowe chórki proszące wcześniej tender ("waiting for that feeling to come"), teraz jasno określają klimat, że tak, to ma być celowo smutna piosenka.
4. Radiohead - OK Computer
Pewnego kiedyś dawnego wakacyjnego dnia włączyłem OK Computer na Winampie, pod głosiłem głośnik, wyłączyłem monitor, zasiadłem na fotelu, patrzyłem w okno (zaczynało się chyba robić ciemno) i słuchałem. Chyba pierwszy raz tak bardzo dałem wciągnąć się w chory klimat muzyki w ogóle. A było w co. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Airbag byłem w lekkim szoku, bo chociaż mogłem rozróżnić poszczególne instrumenty, to nie ogarniałem dlaczego to brzmi tak zupełnie... inaczej niż wszystko inne. Futurystycznie a zagrane przecież przez "żywy" zespół i nawet tam elektroniki jakiejś bardzo nie znajdowałem. Pewnie stało się tak ze wszystkimi, nie będę oryginalnym mówiąc że płyta Radiohead stała się dla mnie biletem do świata muzyki alternatywnej, całkowicie tego świadomy stałem się młodym adeptem nieżalu. I muzycznym snobem sikającym na nudę radia powszechno-absolutnie-wszędzie-słuchanego-komercyjnego. Exit Music (for a film) do tej pory jawi mi się jako archetypiczny wzór smutku doskonałego. Motyw z Romka i Julki to taka klasyka, że już banał, ale zawarta w epickich, wręcz sakralnych organach/chórkach "keep breathing" opowieść o najbardziej niezsynchronizowanej parce świata tak samo jak u Shakespear-a bezpośrednio uderza i wzrusza przeraźliwie prostym i oczywistym smutkiem.
5. Myslovitz - Korova Milky Bar
Pamiętam, że w pewnym momencie przeistoczył się ten song z typowego imoł-smęta w coś co definiuje, nazywa moje uczucia. Jakaś beznadziejność. AAAaaaa Werter.
Teraz
ad 1. Muchy - Notoryczni debiutanci (+ punchline-y z "Terroromansu"
(sry za jakość)
To nie przypadek, że to na koncerty Much nie chodzę sam, tylko z "paczką", to nie przypadek, że nie-singiel z "Notorycznych" lubi aż jakieś 5 osób, to nie przypadek, że wszyscy tańczą do "Przesilenia" i skaczą i jest fajnie (i nawet niektórzy zaczynają to lubić). Pewnie nie będę pierwszy, ale Muchy to dla mnie TEN zespół, który będę pamiętał po latach jako ten, który pomagał mi się wyrażać w czasach nastoletniości. Nie bez znaczenia jest to, że znam ich od samego początku, od razu przypadli mi do gustu, gdy obejrzałem kiedyś kiedyś jeszcze amatorski teledysk do "Najważniejszego dnia" (i będę się tym szczycił). Kiedyś był Perfekt, gdzie ludzie krzyczeli "chcemy bić ZOMO", a teraz nagle wszyscy mieli na GG teksty o delicjach z "Galanterii". Ok, trzeba pamiętać o proporcjach, ale znana mi połowa pokolenia '93 zna i kojarzy ten świetny zespół, co jest super. Mamy coś wspólnego.
To nie może być przypadek, że najlepszy utwór z 2giej płyty nazywa się właśnie "93". Przywłaszczam go sobie, panie Wiraszko.
"Zakochałem się w tramwaju, zakochałem się na mieście".
ad 2. Sparklehorse & Danger Mouse (+ "Piano fire)
Jest coś niewypowiedzianie pięknego i nieuchronnego, nie-powierzchownego gdy już w ołpenerze Revenge ten pan podobno z The Flaming Lips wyczekuje na te całe smyki w refrenie. Coś jak muzyka filmowa, podobny poziom dostojeństwa, lekkiego dodania patosu, który każe naprawdę dać sprawom jakieś znaczenie. Później, track nr. 2. Przecież bicie gitary, rytm to jest sielanka jakaś. I w tym klimacie leciutko powtarzane "just war" po czym wchodzi najpiękniejsze rozwinięcie refrenowo-melodyczne roku, bez dwóch zdań (z taką gitarką w tle). Nie potrzeba już tak płakać jak na "Spadochronach" , można cały czas już pozornie zachowywać spokój ducha, mieć całe te werterowskie sprawy bardziej poukładane, a i tak podświadomie po prostu się wie, pamięta, że można się przez to zabić/wystawić na wieczne pośmiewisko (jak np. nie trafić strzelając sobie w łeb).
A lullaby (że kołysanka) może być już insane (że obłąkane że).
Bo zawsze można już skrzywdzić jakąś little girl tak taśmowo, jak te argegggio wiosła.
ad 3. Gorillaz - Demon Days
Damon Albarn is god. Jego głos zawsze mnie uspokaja. Zmęczony, zrezygnowany, śpiewa jakby od niechcenia (wspaniale oddają to animacje koncertowe, dosłownie pokazane niechlujstwo). Gdy słyszymy go w Blur, w takim Out Of Time, ten smutek jest dosłowny, namacalny, bardzo ludzki; powiedzmy wprost - niezwykle on dołuje. Tu - na Damon Days - jest wzięty jakby w cudzysłów, pokazany z koniecznego wręcz dystansu. Otoczony jest świetnymi bitami i plumkaniem basu, które wprowadzają wspaniałą równowagę nie pozwalającą nam pociąć się żyletką. Słuchając tych niesamowitych smyczków dostajemy jasne przesłanie - "pieprzyć to, tak ma być, niech se będzie".
ad 4. The Kills - Midnight Boom
Pierwsze imprezki, całonocne, swobodne picie alkoholu, jednocześnie niezdrowa fascynacja taką jawnie złą kobietą jak Allison. Prawdziwy hedonizm, już nie udawany jak przy grzeczno-tanecznym Franz Ferdinand. Zgrzyt. Szorstkość. Mogę to lubić.
ad 5. Interpol - Antics (+ NYC + Specialist)
Nie wiem dlaczego, ale dokładnie te zejścia basu w 1:44 są perfekcyjne. Pamiętam jak idealnie zawierał się w tym klimat pierwszej poasienajebałem zamuły.
A "Specialist" to przecież najbardziej przejmujące błaganie o litość we wszelkiej muzyce. Zagłuszone, pochłaniane przez tą idealną sekcję rytmiczną.
"I'm a specialist in hope and I'm registered to vote".