Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorillaz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorillaz. Pokaż wszystkie posty
środa, 28 grudnia 2011
KROPKI - KRESKI : Que Pasa Contigo?
Buena Vista Social Club - s/t (2004)
Wojna futbolowa, Hotel Monopol
Niepowtarzalny klimat został odtworzony nawet w mariażu z Gorillaz. Genialnym oczywiście.
sobota, 19 marca 2011
Wierność w stereo
Wiem, że dawno dawno nie pisałem. Wiem, że to głupie. Ale jak już zacząłem kiedyś to dokańczam. I niech sobie jest.
"Wierność w stereo" to tytuł mojej ulubionej książki, w której główny bohater stara się zawrzeć najważniejsze aspekty swojego życia w śmiesznych rankingach, typu "5 najlepszych piosenek na pogrzeb". Zaintrygowała mnie sama teza, że można w tak łatwy sposób pokazać jak muzyka może mieć wpływ na nasze życie. Że piosenki są tylko odzwierciedleniem naszych aktualnych emocji. Więc przedstawiam moje top 5 płyt, które mogły w jakiś sposób ukształtować mnie czy moje uczucia czy sposób patrzenia na świat.
Na początku
1. U2 - All That You Can't leave behind
To był naprawdę początek. Trudno mi nawet szacować jak bardzo ta płyta mnie ukształtowała, moje emocje, wrażliwość czy sposób odbierania zarówno świata jak i muzyki. Jedyna płyta, która dla mnie nie ma ani jednej zbędnej czy średniej minuty, wszystko jest tu idealnie dopasowane. Niech o jej wielkości powie coś to, że od pewnego czasu nie mogę słuchać jej ot, tak.
To rytuał. Jeśli decyduję się na odsłuch, to staram się temu nadać jak najbardziej mistyczne znaczenie - nie robię nic innego tylko "wczuwam się w klimat" i rozkminiam. Dzieje się to też, gdy chcę się szczególnie zastanowić what's going on i ogólnie jak dzieje, lub ma się stać coś dla mnie szczególnie ważnego. Ta płyta właściwie mogłaby zastąpić pozostałe 4 w tej "sekcji", bo jest dla mnie głównym drogowskazem, jak czasem jestem lekko "zamotany" i nie wiem co robić to przypomina mi jaki byłem i jaki powinienem być do tej pory.
2. Coldplay - Parachutes
Sam się zdziwiłem jak bezbłędnie znam jeszcze tekst tego utworu. "So I looked in your direction, but you paid me no attention, (do you?)" Wystarczała tylko chwila uwagi, wyrażało się gotowość do najbardziej radykalnych zmian przy dźwiękach akustyka dzielonego z delikatnym przesterem małej ekektrycznej udającej "gwiazdki: Edge'owych pogłosów. I rozpaczliwie archetypiczny młodzieńczy falset "Is this my final chance of getting you?". Więc zadrżyłaś czy nie? Nie chciałem iść z Tobą do kina czy zmienić status na fejsbuku (wtedy nie miałem nawet lasta), że zrobiliśmy karmel z chemii, która jest między nami (ciekawe co wtedy porabiał p. Marcin...). Drgnij no, żeby Cię to chociaż drgnęło!
3. Blur - 13
Ciężka, głęboka, charszcząca gitara Coxona, gdzieniegdzie bas akcentujący powolny rytm walca, swoisty Slow Dancing tego utworu i klimatu w ogól. Raczej percussion niż drums, prawie unplugged w sensie, że tak intymny... (znów) klimat. "I won't kill myself, trying to stay in your life. I got no distance left to run". Albarn w żałobie, przerażająco smutny, zmęczony, w 3:36 ("that this life") wręcz tłumi przywołane, sztuczne, obojętne ziewnięcie. Gospelowe chórki proszące wcześniej tender ("waiting for that feeling to come"), teraz jasno określają klimat, że tak, to ma być celowo smutna piosenka.
4. Radiohead - OK Computer
Pewnego kiedyś dawnego wakacyjnego dnia włączyłem OK Computer na Winampie, pod głosiłem głośnik, wyłączyłem monitor, zasiadłem na fotelu, patrzyłem w okno (zaczynało się chyba robić ciemno) i słuchałem. Chyba pierwszy raz tak bardzo dałem wciągnąć się w chory klimat muzyki w ogóle. A było w co. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Airbag byłem w lekkim szoku, bo chociaż mogłem rozróżnić poszczególne instrumenty, to nie ogarniałem dlaczego to brzmi tak zupełnie... inaczej niż wszystko inne. Futurystycznie a zagrane przecież przez "żywy" zespół i nawet tam elektroniki jakiejś bardzo nie znajdowałem. Pewnie stało się tak ze wszystkimi, nie będę oryginalnym mówiąc że płyta Radiohead stała się dla mnie biletem do świata muzyki alternatywnej, całkowicie tego świadomy stałem się młodym adeptem nieżalu. I muzycznym snobem sikającym na nudę radia powszechno-absolutnie-wszędzie-słuchanego-komercyjnego.
Exit Music (for a film) do tej pory jawi mi się jako archetypiczny wzór smutku doskonałego. Motyw z Romka i Julki to taka klasyka, że już banał, ale zawarta w epickich, wręcz sakralnych organach/chórkach "keep breathing" opowieść o najbardziej niezsynchronizowanej parce świata tak samo jak u Shakespear-a bezpośrednio uderza i wzrusza przeraźliwie prostym i oczywistym smutkiem.
5. Myslovitz - Korova Milky Bar
Pamiętam, że w pewnym momencie przeistoczył się ten song z typowego imoł-smęta w coś co definiuje, nazywa moje uczucia. Jakaś beznadziejność. AAAaaaa Werter.
Teraz
ad 1. Muchy - Notoryczni debiutanci (+ punchline-y z "Terroromansu"
(sry za jakość)
To nie przypadek, że to na koncerty Much nie chodzę sam, tylko z "paczką", to nie przypadek, że nie-singiel z "Notorycznych" lubi aż jakieś 5 osób, to nie przypadek, że wszyscy tańczą do "Przesilenia" i skaczą i jest fajnie (i nawet niektórzy zaczynają to lubić). Pewnie nie będę pierwszy, ale Muchy to dla mnie TEN zespół, który będę pamiętał po latach jako ten, który pomagał mi się wyrażać w czasach nastoletniości. Nie bez znaczenia jest to, że znam ich od samego początku, od razu przypadli mi do gustu, gdy obejrzałem kiedyś kiedyś jeszcze amatorski teledysk do "Najważniejszego dnia" (i będę się tym szczycił). Kiedyś był Perfekt, gdzie ludzie krzyczeli "chcemy bić ZOMO", a teraz nagle wszyscy mieli na GG teksty o delicjach z "Galanterii". Ok, trzeba pamiętać o proporcjach, ale znana mi połowa pokolenia '93 zna i kojarzy ten świetny zespół, co jest super. Mamy coś wspólnego.
To nie może być przypadek, że najlepszy utwór z 2giej płyty nazywa się właśnie "93". Przywłaszczam go sobie, panie Wiraszko.
"Zakochałem się w tramwaju, zakochałem się na mieście".
ad 2. Sparklehorse & Danger Mouse (+ "Piano fire)
Jest coś niewypowiedzianie pięknego i nieuchronnego, nie-powierzchownego gdy już w ołpenerze Revenge ten pan podobno z The Flaming Lips wyczekuje na te całe smyki w refrenie. Coś jak muzyka filmowa, podobny poziom dostojeństwa, lekkiego dodania patosu, który każe naprawdę dać sprawom jakieś znaczenie. Później, track nr. 2. Przecież bicie gitary, rytm to jest sielanka jakaś. I w tym klimacie leciutko powtarzane "just war" po czym wchodzi najpiękniejsze rozwinięcie refrenowo-melodyczne roku, bez dwóch zdań (z taką gitarką w tle). Nie potrzeba już tak płakać jak na "Spadochronach" , można cały czas już pozornie zachowywać spokój ducha, mieć całe te werterowskie sprawy bardziej poukładane, a i tak podświadomie po prostu się wie, pamięta, że można się przez to zabić/wystawić na wieczne pośmiewisko (jak np. nie trafić strzelając sobie w łeb).
A lullaby (że kołysanka) może być już insane (że obłąkane że).
Bo zawsze można już skrzywdzić jakąś little girl tak taśmowo, jak te argegggio wiosła.
ad 3. Gorillaz - Demon Days
Damon Albarn is god. Jego głos zawsze mnie uspokaja. Zmęczony, zrezygnowany, śpiewa jakby od niechcenia (wspaniale oddają to animacje koncertowe, dosłownie pokazane niechlujstwo). Gdy słyszymy go w Blur, w takim Out Of Time, ten smutek jest dosłowny, namacalny, bardzo ludzki; powiedzmy wprost - niezwykle on dołuje. Tu - na Damon Days - jest wzięty jakby w cudzysłów, pokazany z koniecznego wręcz dystansu. Otoczony jest świetnymi bitami i plumkaniem basu, które wprowadzają wspaniałą równowagę nie pozwalającą nam pociąć się żyletką. Słuchając tych niesamowitych smyczków dostajemy jasne przesłanie - "pieprzyć to, tak ma być, niech se będzie".
ad 4. The Kills - Midnight Boom
Pierwsze imprezki, całonocne, swobodne picie alkoholu, jednocześnie niezdrowa fascynacja taką jawnie złą kobietą jak Allison. Prawdziwy hedonizm, już nie udawany jak przy grzeczno-tanecznym Franz Ferdinand. Zgrzyt. Szorstkość. Mogę to lubić.
ad 5. Interpol - Antics (+ NYC + Specialist)
Nie wiem dlaczego, ale dokładnie te zejścia basu w 1:44 są perfekcyjne. Pamiętam jak idealnie zawierał się w tym klimat pierwszej poasienajebałem zamuły.
A "Specialist" to przecież najbardziej przejmujące błaganie o litość we wszelkiej muzyce. Zagłuszone, pochłaniane przez tą idealną sekcję rytmiczną.
"I'm a specialist in hope and I'm registered to vote".
"Wierność w stereo" to tytuł mojej ulubionej książki, w której główny bohater stara się zawrzeć najważniejsze aspekty swojego życia w śmiesznych rankingach, typu "5 najlepszych piosenek na pogrzeb". Zaintrygowała mnie sama teza, że można w tak łatwy sposób pokazać jak muzyka może mieć wpływ na nasze życie. Że piosenki są tylko odzwierciedleniem naszych aktualnych emocji. Więc przedstawiam moje top 5 płyt, które mogły w jakiś sposób ukształtować mnie czy moje uczucia czy sposób patrzenia na świat.
Na początku
1. U2 - All That You Can't leave behind
To był naprawdę początek. Trudno mi nawet szacować jak bardzo ta płyta mnie ukształtowała, moje emocje, wrażliwość czy sposób odbierania zarówno świata jak i muzyki. Jedyna płyta, która dla mnie nie ma ani jednej zbędnej czy średniej minuty, wszystko jest tu idealnie dopasowane. Niech o jej wielkości powie coś to, że od pewnego czasu nie mogę słuchać jej ot, tak.
To rytuał. Jeśli decyduję się na odsłuch, to staram się temu nadać jak najbardziej mistyczne znaczenie - nie robię nic innego tylko "wczuwam się w klimat" i rozkminiam. Dzieje się to też, gdy chcę się szczególnie zastanowić what's going on i ogólnie jak dzieje, lub ma się stać coś dla mnie szczególnie ważnego. Ta płyta właściwie mogłaby zastąpić pozostałe 4 w tej "sekcji", bo jest dla mnie głównym drogowskazem, jak czasem jestem lekko "zamotany" i nie wiem co robić to przypomina mi jaki byłem i jaki powinienem być do tej pory.
2. Coldplay - Parachutes
Sam się zdziwiłem jak bezbłędnie znam jeszcze tekst tego utworu. "So I looked in your direction, but you paid me no attention, (do you?)" Wystarczała tylko chwila uwagi, wyrażało się gotowość do najbardziej radykalnych zmian przy dźwiękach akustyka dzielonego z delikatnym przesterem małej ekektrycznej udającej "gwiazdki: Edge'owych pogłosów. I rozpaczliwie archetypiczny młodzieńczy falset "Is this my final chance of getting you?". Więc zadrżyłaś czy nie? Nie chciałem iść z Tobą do kina czy zmienić status na fejsbuku (wtedy nie miałem nawet lasta), że zrobiliśmy karmel z chemii, która jest między nami (ciekawe co wtedy porabiał p. Marcin...). Drgnij no, żeby Cię to chociaż drgnęło!
3. Blur - 13
Ciężka, głęboka, charszcząca gitara Coxona, gdzieniegdzie bas akcentujący powolny rytm walca, swoisty Slow Dancing tego utworu i klimatu w ogól. Raczej percussion niż drums, prawie unplugged w sensie, że tak intymny... (znów) klimat. "I won't kill myself, trying to stay in your life. I got no distance left to run". Albarn w żałobie, przerażająco smutny, zmęczony, w 3:36 ("that this life") wręcz tłumi przywołane, sztuczne, obojętne ziewnięcie. Gospelowe chórki proszące wcześniej tender ("waiting for that feeling to come"), teraz jasno określają klimat, że tak, to ma być celowo smutna piosenka.
4. Radiohead - OK Computer
Pewnego kiedyś dawnego wakacyjnego dnia włączyłem OK Computer na Winampie, pod głosiłem głośnik, wyłączyłem monitor, zasiadłem na fotelu, patrzyłem w okno (zaczynało się chyba robić ciemno) i słuchałem. Chyba pierwszy raz tak bardzo dałem wciągnąć się w chory klimat muzyki w ogóle. A było w co. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Airbag byłem w lekkim szoku, bo chociaż mogłem rozróżnić poszczególne instrumenty, to nie ogarniałem dlaczego to brzmi tak zupełnie... inaczej niż wszystko inne. Futurystycznie a zagrane przecież przez "żywy" zespół i nawet tam elektroniki jakiejś bardzo nie znajdowałem. Pewnie stało się tak ze wszystkimi, nie będę oryginalnym mówiąc że płyta Radiohead stała się dla mnie biletem do świata muzyki alternatywnej, całkowicie tego świadomy stałem się młodym adeptem nieżalu. I muzycznym snobem sikającym na nudę radia powszechno-absolutnie-wszędzie-słuchanego-komercyjnego.
Exit Music (for a film) do tej pory jawi mi się jako archetypiczny wzór smutku doskonałego. Motyw z Romka i Julki to taka klasyka, że już banał, ale zawarta w epickich, wręcz sakralnych organach/chórkach "keep breathing" opowieść o najbardziej niezsynchronizowanej parce świata tak samo jak u Shakespear-a bezpośrednio uderza i wzrusza przeraźliwie prostym i oczywistym smutkiem.
5. Myslovitz - Korova Milky Bar
Pamiętam, że w pewnym momencie przeistoczył się ten song z typowego imoł-smęta w coś co definiuje, nazywa moje uczucia. Jakaś beznadziejność. AAAaaaa Werter.
Teraz
ad 1. Muchy - Notoryczni debiutanci (+ punchline-y z "Terroromansu"
(sry za jakość)
To nie przypadek, że to na koncerty Much nie chodzę sam, tylko z "paczką", to nie przypadek, że nie-singiel z "Notorycznych" lubi aż jakieś 5 osób, to nie przypadek, że wszyscy tańczą do "Przesilenia" i skaczą i jest fajnie (i nawet niektórzy zaczynają to lubić). Pewnie nie będę pierwszy, ale Muchy to dla mnie TEN zespół, który będę pamiętał po latach jako ten, który pomagał mi się wyrażać w czasach nastoletniości. Nie bez znaczenia jest to, że znam ich od samego początku, od razu przypadli mi do gustu, gdy obejrzałem kiedyś kiedyś jeszcze amatorski teledysk do "Najważniejszego dnia" (i będę się tym szczycił). Kiedyś był Perfekt, gdzie ludzie krzyczeli "chcemy bić ZOMO", a teraz nagle wszyscy mieli na GG teksty o delicjach z "Galanterii". Ok, trzeba pamiętać o proporcjach, ale znana mi połowa pokolenia '93 zna i kojarzy ten świetny zespół, co jest super. Mamy coś wspólnego.
To nie może być przypadek, że najlepszy utwór z 2giej płyty nazywa się właśnie "93". Przywłaszczam go sobie, panie Wiraszko.
"Zakochałem się w tramwaju, zakochałem się na mieście".
ad 2. Sparklehorse & Danger Mouse (+ "Piano fire)
Jest coś niewypowiedzianie pięknego i nieuchronnego, nie-powierzchownego gdy już w ołpenerze Revenge ten pan podobno z The Flaming Lips wyczekuje na te całe smyki w refrenie. Coś jak muzyka filmowa, podobny poziom dostojeństwa, lekkiego dodania patosu, który każe naprawdę dać sprawom jakieś znaczenie. Później, track nr. 2. Przecież bicie gitary, rytm to jest sielanka jakaś. I w tym klimacie leciutko powtarzane "just war" po czym wchodzi najpiękniejsze rozwinięcie refrenowo-melodyczne roku, bez dwóch zdań (z taką gitarką w tle). Nie potrzeba już tak płakać jak na "Spadochronach" , można cały czas już pozornie zachowywać spokój ducha, mieć całe te werterowskie sprawy bardziej poukładane, a i tak podświadomie po prostu się wie, pamięta, że można się przez to zabić/wystawić na wieczne pośmiewisko (jak np. nie trafić strzelając sobie w łeb).
A lullaby (że kołysanka) może być już insane (że obłąkane że).
Bo zawsze można już skrzywdzić jakąś little girl tak taśmowo, jak te argegggio wiosła.
ad 3. Gorillaz - Demon Days
Damon Albarn is god. Jego głos zawsze mnie uspokaja. Zmęczony, zrezygnowany, śpiewa jakby od niechcenia (wspaniale oddają to animacje koncertowe, dosłownie pokazane niechlujstwo). Gdy słyszymy go w Blur, w takim Out Of Time, ten smutek jest dosłowny, namacalny, bardzo ludzki; powiedzmy wprost - niezwykle on dołuje. Tu - na Damon Days - jest wzięty jakby w cudzysłów, pokazany z koniecznego wręcz dystansu. Otoczony jest świetnymi bitami i plumkaniem basu, które wprowadzają wspaniałą równowagę nie pozwalającą nam pociąć się żyletką. Słuchając tych niesamowitych smyczków dostajemy jasne przesłanie - "pieprzyć to, tak ma być, niech se będzie".
ad 4. The Kills - Midnight Boom
Pierwsze imprezki, całonocne, swobodne picie alkoholu, jednocześnie niezdrowa fascynacja taką jawnie złą kobietą jak Allison. Prawdziwy hedonizm, już nie udawany jak przy grzeczno-tanecznym Franz Ferdinand. Zgrzyt. Szorstkość. Mogę to lubić.
ad 5. Interpol - Antics (+ NYC + Specialist)
Nie wiem dlaczego, ale dokładnie te zejścia basu w 1:44 są perfekcyjne. Pamiętam jak idealnie zawierał się w tym klimat pierwszej poasienajebałem zamuły.
A "Specialist" to przecież najbardziej przejmujące błaganie o litość we wszelkiej muzyce. Zagłuszone, pochłaniane przez tą idealną sekcję rytmiczną.
"I'm a specialist in hope and I'm registered to vote".
Tagi:
Blur,
Coldplay,
Damon Albarn,
Danger Mouse,
Gorillaz,
Interpol,
Muchy,
Myslovitz,
Radiohead,
Sparklehorse,
The Kills,
U2
środa, 30 czerwca 2010
Wielkość według Glastonbury 2010
Glastonbury potwierdza swoją niepodważalną pozycję najważniejszego festiwalu świata. Zawsze coś się dzieje, także w tym roku kilku artystów potwierdziło swoją wielkość i dołożyło swoją cegiełkę do 40-letniej już historii tego angielskiego spędu muzycznego.
Wielkość wg. Jacka White-a
Zakładasz ociekający zajebistością kapelusz z piórkiem (wszystko rzecz jasna w czarnym kolorze) bierzesz najfajniejszą dziewoję z bandu wspaniale śmiejącą się z Twoich dowcipów i przychodzisz na wywiad do prowizorycznej przyczepy. Ot tak, bez żadnego wysiłku olśniewasz poczuciem humoru i rzucasz puentami na prawo i lewo.
Już poza przyczepą zaskakujesz niekumatych robieniem pierdolnięcia na czymś innym niż gitara i starasz się wbić wszystkim do głowy, że Twój obecny projekt jest tym najważniejszym. Nawet w historii rocka.
Wielkość wg. Damona Albarna
Poprzedniego roku bez większego problemu i "z marszu" zebrałeś starych kumpli na kilka koncertów na których ożywiliście historycznego trupa zwanego "britpopem". Na Piramid Stage uroniłeś nawet łzę. Tym razem przybywasz także bez większego przygotowania, bo nagle jakiemuś konusowi z Irlandii stało się coś z plecami i musisz zastąpić główną gwiazdę imprezy. Nie zrażasz się, nie obrażasz, tylko w pocie czoła przygotowujesz.... karaoke! Ale nie takie zwykłe. Ważne karaoke. Z przesłaniem. Chociaż nie zachwycasz się Radiogłowymi, to popierasz ich zielony manifest. Więc każesz śpiewać temu tumultowi o złych plastikowych butelkach i w przygotowanym wideo na głównym ekranie nawiązujesz do "Uwolnić Orkę". Z prawdziwą pasją i wściekłością zgniatasz ten niewinny, pusty 1 litr colialboinnegopicia i groźnym wzrokiem nakazujesz im śpiewać razem z Tobą. Władczym gestem uciszasz swoją niesamowitą gorylową orkiestrę, bo te nastoletnie angielskie tempaki muszą powtarzać Twój manifest aż trzeci raz. Ale ostatecznie słyszysz ich epicki chór, będą go słyszeć nawet na Tubie. Znów pod płaszczykiem elektronicznego popu z domieszką hip-hopu dałeś bezcenną światopoglądową lekcję pokoleniu MTV. Brawo, jesteś najbardziej cool pedagogiem na calutkim zaśmieconym świecie.
Wielkość wg. Thoma Yorka
Robisz wszystkim niespodziankę i jesteś na evencie jako "suprise gig". Pewnie nie chciało Ci się świecić na szczycie line-upu i brać ze sobą całego bandu. Przyjeżdżasz z Jonnym, bierzesz starego akustyka i z głupią bandaną na czuprynie słuchasz jak dziesiątki tysięcy ludzi bezbłędnie śpiewa Twoją piosenkę z klasycznej płyty o komputerach. Ktoś ośmieli się zakwestionować Twoją wielkość? Zagroź im, że następnym razem bardziej się postarasz,przylecisz statkiem kosmicznym na biopaliwo i rozniesiesz całe to indie gówno.
Wielkość wg. The Edge-a
Jesteś ostro wkurzony, że ten mały krzykacz z napompowanym ego z Twojego zespołu chciał zrobić podwójne salto i popisać się publice. I zrobił sobie coś z plecami. Przez tę jego "kontuzję" wszyscy muszą przerwać koncerty na 2 miesiące i tracicie kupę kasy. Jakiś miliard. Fuck. Ile razy masz mu powtarzać "Bono, starzejesz się" "Bono, naprawdę nie umiesz grać na gitarze" "Bono, ten prezydent i tak ma cię w dupie" "Bono, kretynie, zaraz zabiorę Ci te koturny i wszyscy zobaczą, że naprawdę jesteś najniższy w zespole!". Żal. Jeszcze kolejny miliard ludzi na całym świecie myśli, że to Bono wszystko sam sobie pisze i gra na wszystkim. W ogóle nie ogarniają, ze to Ty jesteś kluczową i niezbędną postacią U2, nikt tak nie zagra i czasami nawet Ty nie możesz się połapać w tych wszystkich efektach, które trzeba użyć żeby wszystko zabrzmiało jak trzeba.
Ale tak nie będzie. Wystąpisz na tym słynnym i wielki festiwalu i tak i tak.
Nawet jeśli będziesz musiał zagrać z tym śmiesznym prawie-rock-bandem. W którym jest przesadnie wczuwający się śmieszny śpiewak w różowych, obcisłych spodniach. No nic, ale mają za to na tyle zajebistego pałkera, że pozwolisz mu na zaszczyt nadawania rytmu Tobie. Więc wkraczasz na tą małą scenkę ( w porównaniu z Twoimi trasami, he he) i fajnie jest, bo ta dzicz Cię rozpoznaje i oczywiście wiwatują na Twoją cześć. Nareszcie jesteś gwiazdą, wszyscy nareszcie mogą się przekonać, że to tylko Twój song, i to właśnie Ty, sam, w swoim pokoiku nagrałeś pierwsze demo. I z czegoś wzięły się te tytuły "największego utowru gitarowego ever". Zabrzmiewa wspaniałe ( bo tylko Twoje) intro i nareszcie pokazujesz jaki jesteś wielki, nawet bez jakiejkolwiek pomocy tego małego nadętego buca na wokalu.
Wielkość wg. Jacka White-a
Zakładasz ociekający zajebistością kapelusz z piórkiem (wszystko rzecz jasna w czarnym kolorze) bierzesz najfajniejszą dziewoję z bandu wspaniale śmiejącą się z Twoich dowcipów i przychodzisz na wywiad do prowizorycznej przyczepy. Ot tak, bez żadnego wysiłku olśniewasz poczuciem humoru i rzucasz puentami na prawo i lewo.
Już poza przyczepą zaskakujesz niekumatych robieniem pierdolnięcia na czymś innym niż gitara i starasz się wbić wszystkim do głowy, że Twój obecny projekt jest tym najważniejszym. Nawet w historii rocka.
Wielkość wg. Damona Albarna
Poprzedniego roku bez większego problemu i "z marszu" zebrałeś starych kumpli na kilka koncertów na których ożywiliście historycznego trupa zwanego "britpopem". Na Piramid Stage uroniłeś nawet łzę. Tym razem przybywasz także bez większego przygotowania, bo nagle jakiemuś konusowi z Irlandii stało się coś z plecami i musisz zastąpić główną gwiazdę imprezy. Nie zrażasz się, nie obrażasz, tylko w pocie czoła przygotowujesz.... karaoke! Ale nie takie zwykłe. Ważne karaoke. Z przesłaniem. Chociaż nie zachwycasz się Radiogłowymi, to popierasz ich zielony manifest. Więc każesz śpiewać temu tumultowi o złych plastikowych butelkach i w przygotowanym wideo na głównym ekranie nawiązujesz do "Uwolnić Orkę". Z prawdziwą pasją i wściekłością zgniatasz ten niewinny, pusty 1 litr colialboinnegopicia i groźnym wzrokiem nakazujesz im śpiewać razem z Tobą. Władczym gestem uciszasz swoją niesamowitą gorylową orkiestrę, bo te nastoletnie angielskie tempaki muszą powtarzać Twój manifest aż trzeci raz. Ale ostatecznie słyszysz ich epicki chór, będą go słyszeć nawet na Tubie. Znów pod płaszczykiem elektronicznego popu z domieszką hip-hopu dałeś bezcenną światopoglądową lekcję pokoleniu MTV. Brawo, jesteś najbardziej cool pedagogiem na calutkim zaśmieconym świecie.
It's all good news now
Because we left the taps
Running
For a hundred years
So drink into the drink
A plastic cup of drink
Drink with a couple of people
The plastic creating people
Still connected to the moment it began
Wielkość wg. Thoma Yorka
Robisz wszystkim niespodziankę i jesteś na evencie jako "suprise gig". Pewnie nie chciało Ci się świecić na szczycie line-upu i brać ze sobą całego bandu. Przyjeżdżasz z Jonnym, bierzesz starego akustyka i z głupią bandaną na czuprynie słuchasz jak dziesiątki tysięcy ludzi bezbłędnie śpiewa Twoją piosenkę z klasycznej płyty o komputerach. Ktoś ośmieli się zakwestionować Twoją wielkość? Zagroź im, że następnym razem bardziej się postarasz,przylecisz statkiem kosmicznym na biopaliwo i rozniesiesz całe to indie gówno.
Wielkość wg. The Edge-a
Jesteś ostro wkurzony, że ten mały krzykacz z napompowanym ego z Twojego zespołu chciał zrobić podwójne salto i popisać się publice. I zrobił sobie coś z plecami. Przez tę jego "kontuzję" wszyscy muszą przerwać koncerty na 2 miesiące i tracicie kupę kasy. Jakiś miliard. Fuck. Ile razy masz mu powtarzać "Bono, starzejesz się" "Bono, naprawdę nie umiesz grać na gitarze" "Bono, ten prezydent i tak ma cię w dupie" "Bono, kretynie, zaraz zabiorę Ci te koturny i wszyscy zobaczą, że naprawdę jesteś najniższy w zespole!". Żal. Jeszcze kolejny miliard ludzi na całym świecie myśli, że to Bono wszystko sam sobie pisze i gra na wszystkim. W ogóle nie ogarniają, ze to Ty jesteś kluczową i niezbędną postacią U2, nikt tak nie zagra i czasami nawet Ty nie możesz się połapać w tych wszystkich efektach, które trzeba użyć żeby wszystko zabrzmiało jak trzeba.
Ale tak nie będzie. Wystąpisz na tym słynnym i wielki festiwalu i tak i tak.
Nawet jeśli będziesz musiał zagrać z tym śmiesznym prawie-rock-bandem. W którym jest przesadnie wczuwający się śmieszny śpiewak w różowych, obcisłych spodniach. No nic, ale mają za to na tyle zajebistego pałkera, że pozwolisz mu na zaszczyt nadawania rytmu Tobie. Więc wkraczasz na tą małą scenkę ( w porównaniu z Twoimi trasami, he he) i fajnie jest, bo ta dzicz Cię rozpoznaje i oczywiście wiwatują na Twoją cześć. Nareszcie jesteś gwiazdą, wszyscy nareszcie mogą się przekonać, że to tylko Twój song, i to właśnie Ty, sam, w swoim pokoiku nagrałeś pierwsze demo. I z czegoś wzięły się te tytuły "największego utowru gitarowego ever". Zabrzmiewa wspaniałe ( bo tylko Twoje) intro i nareszcie pokazujesz jaki jesteś wielki, nawet bez jakiejkolwiek pomocy tego małego nadętego buca na wokalu.
piątek, 12 marca 2010
Welcome To The World Of The Plastic Beach
Nareszcie mam!! Nową płytę Gorillaz :D Innymi słowy nareszcie nowy longplay Damona Albarna. Musi być bosko. Tym bardziej, że już teraz zachwycam i jaram się kilkoma utworami. Na recenzje i dokładniejszy opis przyjdzie jeszcze czas, ale to zbyt wielkie święto, żeby nie uczcić tego jakimkolwiek wpisem.
Chronologicznie na początku Broken, który poznałem z dema, wypuszczonego przed właściwą premierą płyty/kampanii z tym związanej. Syntezatorowo-hammondowa ballada z charakterystycznym niechciejstwem Albarna w w zwrotce.
Trochę się rozczarowałem, że album ver. nie różni się bardzo od dema, ale teraz widzę, że piosenka zyskała na lekkości. W refrenie mamy przyjemną zagrywkę klawiszową z dużym udziałem chórków wokalisty (tzn. bardziej - podwójna ścieżka wokalna). W mostku, w wyższym dźwięku "there's nothing..." zawiera się czyste muzyczne piękno znane np. z "Demon Days". Cała atmosfera, klimat jest budowany wokół tego momentu. Refren, chociaż szybszy i mający inne, mniej balladowe założenie nie psuje całości i jakiejś intymności kompozycji, która została zachowana mimo dużego wkładu elektroniki. Tekstowo także odjazd, Albarn podejmuje się bowiem określenia dokładnie, wręcz geograficznie miejsca gdzie odpływają wszyscy "broken-hearted-people". Zapowiedź jakiejś wspaniałej historii.
Stylo, czyli pierwszy singiel. Świetny basowy (?) riff przewijający się przez te wszystkie motywy z których składa się piosenka. Rapujący Mos Def do złudzenia przypomina głosowo Damona, co jest oczywiście tylko komplementem. Nie jest to typowy hicior, jak np. "Feel Good Inc." czy "Dare", co może świadczyć o tym, że Gorillaz stało się dla Albarna poważniejszym projektem, a nie tylko zabawową odskocznią od Blur (które jest niestety zawieszone). Świetny jest też absolutnie potężny zaśpiew Bobby-ego Wonacka.
Jak wiadomo, Gorillaz to zespół, na którego teledyski także czeka się z niecierpliwością. Tym razem wybrali bardziej klasyczna stylistykę, używając grafiki 3D w połączeniu z "normalnym", żywym obrazem i zatrudnili samego Bruce'a Willisa. Świetny pościg, jak zwykle pełny humoru i charyzmy panów frontmanów - Murdoca i 2D. Po prostu : odjazd. Dosłownie i w przenośni.
Rhinestone Eyes
Zaczyna się delikatnie, prosty raczej bit i delikatna gitarka. Tylko aby zaraz włączył się rap Damona. I jak to się mówi "pozamiatane". To właśnie dlatego tak bardzo czeka się na nowe rzeczy tych Wielkich - potrafią w 5 sekund zmiażdżyć samą charyzmą lub unikalnym, niepowtarzalnym głosem. Udręczony wokal, wyciągane górki z heroizmem godnym Arrasa to jedno, a taki rap to drugie. Sama muzyka tez jest świetna - wystarczy dodac do niej syntezatorowo - dęciakowy motyw, aby pookazać moc ukrytą w tym utworze. Swoją drogą, przypomina on w pewnym momencie "Thriller-a" śp. Wiadomo-Kogo i jest to ciekawy też temat, co Murdoc (fikcyjny frontman Gorillaz, wiecznie zapijaczony i wygłaszający stale obelgi kontrowersyjne opinie) sądzi o śmierci Jacko; czy tez za nim płakał? ;p
Krótko - wszystko opiera się bezczelnie na natchnionym rapie Damona Albarna, którego to głos i charyzmę podziwiam okropnie. !:10 min. Delikatne murmurando i wejście w tekst w niesamowitą, pełną mocą. Mnie tam miażdży.
PS. Jest to stan podjarki nowymi Gorylami zanotowany w niedzielę ostatnią. Teraz musiałbym wymyślić takie pochwały dla tak gdzieś połowy albumu. Damon Albarn znów pokazuje że jest mistrzem muzycznego pop-artu (tzn. wg. mojego pojęcia tego terminu).
Chronologicznie na początku Broken, który poznałem z dema, wypuszczonego przed właściwą premierą płyty/kampanii z tym związanej. Syntezatorowo-hammondowa ballada z charakterystycznym niechciejstwem Albarna w w zwrotce.
Trochę się rozczarowałem, że album ver. nie różni się bardzo od dema, ale teraz widzę, że piosenka zyskała na lekkości. W refrenie mamy przyjemną zagrywkę klawiszową z dużym udziałem chórków wokalisty (tzn. bardziej - podwójna ścieżka wokalna). W mostku, w wyższym dźwięku "there's nothing..." zawiera się czyste muzyczne piękno znane np. z "Demon Days". Cała atmosfera, klimat jest budowany wokół tego momentu. Refren, chociaż szybszy i mający inne, mniej balladowe założenie nie psuje całości i jakiejś intymności kompozycji, która została zachowana mimo dużego wkładu elektroniki. Tekstowo także odjazd, Albarn podejmuje się bowiem określenia dokładnie, wręcz geograficznie miejsca gdzie odpływają wszyscy "broken-hearted-people". Zapowiedź jakiejś wspaniałej historii.
Stylo, czyli pierwszy singiel. Świetny basowy (?) riff przewijający się przez te wszystkie motywy z których składa się piosenka. Rapujący Mos Def do złudzenia przypomina głosowo Damona, co jest oczywiście tylko komplementem. Nie jest to typowy hicior, jak np. "Feel Good Inc." czy "Dare", co może świadczyć o tym, że Gorillaz stało się dla Albarna poważniejszym projektem, a nie tylko zabawową odskocznią od Blur (które jest niestety zawieszone). Świetny jest też absolutnie potężny zaśpiew Bobby-ego Wonacka.
Jak wiadomo, Gorillaz to zespół, na którego teledyski także czeka się z niecierpliwością. Tym razem wybrali bardziej klasyczna stylistykę, używając grafiki 3D w połączeniu z "normalnym", żywym obrazem i zatrudnili samego Bruce'a Willisa. Świetny pościg, jak zwykle pełny humoru i charyzmy panów frontmanów - Murdoca i 2D. Po prostu : odjazd. Dosłownie i w przenośni.
Rhinestone Eyes
Zaczyna się delikatnie, prosty raczej bit i delikatna gitarka. Tylko aby zaraz włączył się rap Damona. I jak to się mówi "pozamiatane". To właśnie dlatego tak bardzo czeka się na nowe rzeczy tych Wielkich - potrafią w 5 sekund zmiażdżyć samą charyzmą lub unikalnym, niepowtarzalnym głosem. Udręczony wokal, wyciągane górki z heroizmem godnym Arrasa to jedno, a taki rap to drugie. Sama muzyka tez jest świetna - wystarczy dodac do niej syntezatorowo - dęciakowy motyw, aby pookazać moc ukrytą w tym utworze. Swoją drogą, przypomina on w pewnym momencie "Thriller-a" śp. Wiadomo-Kogo i jest to ciekawy też temat, co Murdoc (fikcyjny frontman Gorillaz, wiecznie zapijaczony i wygłaszający stale obelgi kontrowersyjne opinie) sądzi o śmierci Jacko; czy tez za nim płakał? ;p
Krótko - wszystko opiera się bezczelnie na natchnionym rapie Damona Albarna, którego to głos i charyzmę podziwiam okropnie. !:10 min. Delikatne murmurando i wejście w tekst w niesamowitą, pełną mocą. Mnie tam miażdży.
PS. Jest to stan podjarki nowymi Gorylami zanotowany w niedzielę ostatnią. Teraz musiałbym wymyślić takie pochwały dla tak gdzieś połowy albumu. Damon Albarn znów pokazuje że jest mistrzem muzycznego pop-artu (tzn. wg. mojego pojęcia tego terminu).
