OFF Festival odbędzie się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia. Wystąpią min. Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos, The Notwist i Belle and Sebastian oraz Artur Rojek, którego występ będzie miał miejsce ostatniego dnia imprezy na Scenie Trójki o godz. 20:45.
Chwilę przed rozpoczęciem legendarnego już koncertu supergrupy Lenny Valentino na OFF Festivalu 2010 wśród publiczności rozległo się nieoczekiwane - i jakże nieodpowiednie - skandowanie "Santo Subito!". Dowód oddania i wdzięczności zaintonował mój kolega z U2forums acr, a adresatem był oczywiście Artur Rojek (lider ww. zespołu). Ktoś może powiedzieć, że daleko mu do dyrektora Openera Mikołaja Ziółkowskiego, który gada z Coldplejem, broni własną piersią Florens, jest taki światowy, wygadany i tak bohatersko jak ongiś Wałęsa wprowadza Polskę do Europy Zachodniej. Styl dyrektora artystycznego OFFa diametralnie różni się nie tylko muzycznie; Artur niemal w pojedynkę zbudował markę najlepszego festiwalu w naszym kraju, a w rodzinnych Mysłowicach grało nawet The National. Co roku tysiące ludzi przybywa do Katowic nie patrząc na braki oczywistych gwiazd; wierząc bardziej w zmysł dobrego smaku Rojka niż fajerwerki nazw line-upu.
Chociaż ja także jestem gorliwym wyznawcą talentu organizatorskiego Rojka, to przyznam, że do jego twórczości muzycznej podchodzę z dużo mniejszym entuzjazmem. Odejście z Myslovitz było najlepszą dla wszystkich decyzją biorąc pod uwagę, że ton kompozycjom nadawał raczej Myszor z Powagą a i sam Rojek nie był najwierniejszym kompanem. Mam również wątpliwości co do Beksy - pierwszego singla z solowego albumu Artura. Chodzi mi oczywiście o tą nieszczęsną zwrotkę z przekleństwami. Generalnie jestem wielkim przeciwnikiem używania wulgaryzmów w sztuce wysokiej, bo skutkuje to tym, że wrzucając na łola piosenkę Tuwima o dupie ludzie myślą, że zajmują się nią w niezwykle wyrafinowany sposób. Ale przeżyłbym jakoś tą beksową "ku*wę" gdyby nie dobito mnie zaraz w następnej linijce "straszną chałą". Dwa najbardziej gimbusiarskie, bezmyślne i po prostu złe językowo słowa to już stanowczo zbyt wiele. Ja wiem, rozumiem, że tak ma być, że to integralna część kreacji podmiotu lirycznego i trzeba podziwiać odwagę autora, który tak okrył przed nami trudy swojego dojrzewania. Dla mnie jednak ten fragment to swego rodzaju moment graniczny. Firmowy falset Artura przenoszący smutne songi Myslovitz na rozpaczliwy poziom przeradza się tu w irytujący jęk. Jego natężenie jest tak nieznośne, że mimowolnie stawia nas przed pytaniem: jak wiele Rojka jesteś w stanie wytrzymać? Ja się poddaję, nie jestem jego największym fanem, chodź oczywiście rozumiem tęsknoty za tą charakterystyczną manierą.
W taki mniej więcej sposób krytykowałem samą ideę powstania Składam się z ciągłych powtórzeń wymądrzając się hasłami w stylu "niech on lepiej zajmie się OFFem". Tymczasem niepostrzeżenie dla siebie samego taką samą, a nawet większą przyjemność zacząłem czerpać z kolejnych odsłuchów Syren - drugiego singla rojkowego albumu. Skąd ta nagła sympatia? Najłatwiej było wskazać na bardzo przyjemny tekst, zgrabnie mówiący o raczej przyziemnych, domowych zmartwieniach: w rzucaniu kamieniami słów znowu przegrywam trzy do dwóch. Odetchnąłem z ulgą, gdy znalazłem informację, że autorem tych linijek jest nieoceniony Radek Łukasiewicz. Nic dziwnego, że spod jego pióra wyszło tak frapujące, najważniejsze w piosence zawieszenie, gdy Artur wprowadza w refren słowami Nie chciałbym bez ciebie... nagle w pół zdania urywając melodię. Piękne jest to niedopowiedzenie, bo w tak łagodnym wydaniu może oznaczać dosłownie wszystko - od zwyczajnego stwierdzenia do górnolotnych wyznań uczuć. Ten moment jest niezwykle ciekawy także muzycznie, bo nie wiadomo jak nazwać tą partię ucinających klawiszy - jeszcze mostek czy już pełnoprawny refren? Pewnie jest to jedna z najbardziej chwytliwych zagrywek jakie można znaleźć w polskich radiostacjach, proste ty-ty-ry-ty nie da się niby zaśpiewać, a zostaje w głowie na długo. Jeśli się nad tym zastanowić, to nie jest aż takie dziwne, że instrumentalny refren robi z piosenki przebój - wystarczy przytoczyć We found love/Sky full of stars czy niezapomniane I can't get you out of my head. Ale w polskiej muzyce trzeba było dopiero Artura Rojka, osoby świetnie osłuchanej i swobodnie czerpiącej z alternatywnych trendów, aby takim nieoczywistym patentem zarejestrować radiowego hiciora.
Wciąż twierdzę jednak, że to co najbardziej napędza Syreny to fantastyczny rytm. Anna Gacek wspominała, że w Nowym Jorku na każdym kroku można było usłyszeć Afterlife i właśnie do mojego ulubionego ulubionego Arcade Fire odnosi się ten hipnotyzujący motyw pianina, który buja całą kompozycją. Tam też dynamika refrenu budowana była w taki sposób, aby wyzwolić energię w pojawiającej się znikąd nie-śpiewanej melodii przełamania.
Doszło więc do nieco kuriozalnej sytuacji, w której gwiazdor POPlisty RMFów występuje także na zaszczytnym OFF Festivalu. Jeszcze śmieszniejsze jest to, że naturalne wątpliwości Artura Rojka na temat konfliktu interesów rozwiał nie kto inny tylko Mikołaj Ziółkowski, który zapraszając go na Openera pokazał jak mocnym punktem każdego polskiego festiwalu jest jego występ. Pan Dyrektor taktownie ustawił się na 20-stą "tylko" w namiocie Trójki; skądinąd bardzo słusznie, bo w odróżnieniu od niezaprzeczalnej wielkości jedynej płyty Lenny-ego Valentino Składam się z ciągłych powtórzeń to tylko solidna płyta. Tym razem w OFFowym występie najciekawsze nie będzie oddanie hołdu Arturowi Rojowi, ale reakcja słuchaczy na jego twórczość. Czy faktycznie wychował ich sobie przez te lata na tyle, żeby inspiracje mogły się połączyć? Na tyle, żeby nastąpiło wreszcie całkowite muzyczne porozumienie fanów i ich nauczyciela?
PS. Podziękowania należą się acrowi za fajny wstęp i Pawłowi za catchy moment.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myslovitz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myslovitz. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 17 lipca 2014
piątek, 27 czerwca 2014
Zabawię się dziś Twoją głową - tylko powiedz jeszcze słowo.
Kolejna z moich rekomendacji na Openera 2014. Drugi dzień, czwartek, godz. 18:00 na Tent Stage.
(w ogóle co się stało z bardzo sympatyczną tradycją, że to polskie zespoły zaczynają dzień na głównej scene? I jeszcze Pustki pokrywają się z Jerzem Igorem?! Shame on you, Ziółek...)
Pustki - Safari (2014)
Safari to najfajniejsza polska płyta pop od czasu Grandy Moniki Brodki.
Dotychczas Pustki były jak studenci kierunków humanistycznych - ułożeni erudyci o dobrych manierach. Siedzący raczej w klasyce, pozbawieni nerwu spontanicznego szaleństwa i zadręczani pytaniami "a co można po tym robić, jaka jest wasza przyszłość na rynku?". Wydawało się nawet, że od młodych socjologów przejęli również apatię i życiowo bezbarwny marazm. Od wydania ostatniej całej ich płyty (Końca Kryzysu, bo Kalambury to bardziej poetycka składanka) minęło bowiem przeszło 5 lat. Mimo tych wszystkich przeszkód Pustki w pełni zasłużyły sobie na porównanie do klasycznej już Grandy i chwytliwy tagline, którym zacząłem ten tekst. Nieprzypadkowo. przecież producentem większości utworów jest ojciec tamtej płyty Brodki - Bartosz Dziedzic, który już w otwierającym Się wydawało nawiązuje do figlarności W pięciu smakach nawet bardziej stawiając na taneczne nerwy i chórkowe szaleństwa. Egzotyczny tytuł płyty jak najbardziej pasuje do jaskrawego kolorytu brzmień na niej zawartych.
Kluczowym wyborem instrumentu okazało się chwycenie przez Radka Łukasiewicza gitary basowej - na Safari prawie nie słychać gitary elektrycznej w jej tradycyjnym kontekście. Wszystko postawili na rytm, w wywiadach przyznali się nawet do komponowania specjalnych układów perkusji do każdego kawałka - tutaj osią płyty staje się hipnotyzujące Nie Tu z radykalnie wyciętą całą resztą instrumentów. Nie pamiętam żadnego polskiego utworu opierającego się tylko i wyłącznie na perkusji i to jest cudownie odświeżająca perspektywa znowu odnosząca mnie do ulubionego Reflektora Arcade Fire. Końcówka drugiego Wyjeżdżam to już (Dirty) dansing gdzie nadmorskie klimaty zalewają nas falami podskoków basowego klangu i głębokiego werbla. Ale najlepszym i najbardziej niepowtarzalnym instrumentem perkusyjnym wydaje się głos samej Basi Wrońskiej. W najlepszym na płycie Rudym Łysku samodzielnie zmienia tempo i tonację rytmiczną gdy zsuwa się śpiewając "postawiłam wszystko - głowę i nazwisko". Jej śpiew mieni się wieloma różnymi nastrojami, które przesuwają się mimo kontrastujących różnic tak dokładnie jak bas Radka. Na nic zdałyby się jego piękne rymowanki "idę za kompasem - mam go pod obcasem" gdyby nie tak przewiewna melodyka pani Wrońskiej - inne instrumenty faktycznie przestają być wtedy potrzebne. Następujący za chwilę autorski Pokój Basi, który brzmi jak piosenka Nosowskiej śpiewana przez Misię Furtak. To oczywiście nie zarzut o odtwórczość, ale komplement łączenia tak odmiennych klimatów. Tą nieco duszną, ciasną atmosferę niesamowicie rozświetlają gitarowe refleksy Radka Łukasiewicza w stylu (oczywiście) mistrza The Edge'a.
Mariusz Szczygieł promując niedawno zebraną przez siebie, a już hipsterską Antologię Polskiego Reportażu podał następujący przepis na dobry reportaż: "Przymiotniki nie trzymają się mózgu. Im mniej, tym lepiej. Najważniejsze jest samo mięso i ziemniaki – czasowniki i rzeczowniki". Podobnie praktycznej zasadzie zdaje się hołdować Radek Łukasiewicz - najciekawszy obecnie autor polskich tekstów piosenek. Wydawałoby się, że liryka powinna operować słowami stanowiącymi opisy uczuć. Zamiast tego na Safari króluje coś co możemy chyba nazwać nowoczesnymi przysłowiami swobodnie przeplatającymi różne wątki językowe - cudne jest to ajlowjulowjulowjulowjuolłejs / ogłuszyło mnie ogłuszyło mnie wyje w uszach kiedy śpię (Wyjeżdżam!). Najważniejszą dla mnie pozostaje jednak Po omacku zdradzające wspólnotę z Pocztówką z lotniska starszego już Myslovitz. Tam też główny piosenkopisarz i faktyczny lider (Przemek Myszor) zdradzał się wreszcie, nieco niepewnym głosem z podróżnymi samotnościami. Brakuje mi zdolności i śmiałości, aby opisywać te jaśniejące wersy; nie muszę ich sobie tłumaczyć w ten sposób, bo rozumiem je całym sobą.
Przepalają się żarówki gwiazd
Wciąga nas tunelu zmrok
Po omacku szukam skraju twoich rąk
Komuś kto zatańczy do tej płyty i zachwyci się kolorytem dźwięków (jak również okładką niezastąpionego Maccia Morettiego) Safari może wydać się bardzo wesołą weekendową wycieczką. Możemy mówić o wielkości tej płyty dopiero kiedy dostrzeżemy, że pod lekką osłoną mówi ona o smutnych i niestety bardzo współczesnych sprawach. Lepiej osobno razem źle / w niebie i tak spotkamy się. Utwór z numerem trzecim trochę nie pasuje do dalszej zabawy po przebojowych openerach, być może dlatego, że wprost przyjmuje poważny ton. Wspomniane już miejskie porzekadła stawiają sprawę niepokojąco jasno: tyle z życie masz ile dasz. Faktycznie, o ile łatwiej jest dziś prowadzić życie Wampira inicjując figlarne zabawy, a gdy idzie o coś więcej, to nie żebraj o czułość i łaskę, bo przypalę żelazkiem. To najsłabszy muzycznie (folk Domowych Melodii, serio?) pierwszy singiel z płyty układa geografię życiowych spraw, gdy pośród wyliczania zupełnie codziennych, prozaicznych rzeczy wskazuje na pomost wciąż zdolny połączyć dwójkę ludzi. Miłość i papierosy.
sobota, 19 marca 2011
Wierność w stereo
Wiem, że dawno dawno nie pisałem. Wiem, że to głupie. Ale jak już zacząłem kiedyś to dokańczam. I niech sobie jest.
"Wierność w stereo" to tytuł mojej ulubionej książki, w której główny bohater stara się zawrzeć najważniejsze aspekty swojego życia w śmiesznych rankingach, typu "5 najlepszych piosenek na pogrzeb". Zaintrygowała mnie sama teza, że można w tak łatwy sposób pokazać jak muzyka może mieć wpływ na nasze życie. Że piosenki są tylko odzwierciedleniem naszych aktualnych emocji. Więc przedstawiam moje top 5 płyt, które mogły w jakiś sposób ukształtować mnie czy moje uczucia czy sposób patrzenia na świat.
Na początku
1. U2 - All That You Can't leave behind
To był naprawdę początek. Trudno mi nawet szacować jak bardzo ta płyta mnie ukształtowała, moje emocje, wrażliwość czy sposób odbierania zarówno świata jak i muzyki. Jedyna płyta, która dla mnie nie ma ani jednej zbędnej czy średniej minuty, wszystko jest tu idealnie dopasowane. Niech o jej wielkości powie coś to, że od pewnego czasu nie mogę słuchać jej ot, tak.
To rytuał. Jeśli decyduję się na odsłuch, to staram się temu nadać jak najbardziej mistyczne znaczenie - nie robię nic innego tylko "wczuwam się w klimat" i rozkminiam. Dzieje się to też, gdy chcę się szczególnie zastanowić what's going on i ogólnie jak dzieje, lub ma się stać coś dla mnie szczególnie ważnego. Ta płyta właściwie mogłaby zastąpić pozostałe 4 w tej "sekcji", bo jest dla mnie głównym drogowskazem, jak czasem jestem lekko "zamotany" i nie wiem co robić to przypomina mi jaki byłem i jaki powinienem być do tej pory.
2. Coldplay - Parachutes
Sam się zdziwiłem jak bezbłędnie znam jeszcze tekst tego utworu. "So I looked in your direction, but you paid me no attention, (do you?)" Wystarczała tylko chwila uwagi, wyrażało się gotowość do najbardziej radykalnych zmian przy dźwiękach akustyka dzielonego z delikatnym przesterem małej ekektrycznej udającej "gwiazdki: Edge'owych pogłosów. I rozpaczliwie archetypiczny młodzieńczy falset "Is this my final chance of getting you?". Więc zadrżyłaś czy nie? Nie chciałem iść z Tobą do kina czy zmienić status na fejsbuku (wtedy nie miałem nawet lasta), że zrobiliśmy karmel z chemii, która jest między nami (ciekawe co wtedy porabiał p. Marcin...). Drgnij no, żeby Cię to chociaż drgnęło!
3. Blur - 13
Ciężka, głęboka, charszcząca gitara Coxona, gdzieniegdzie bas akcentujący powolny rytm walca, swoisty Slow Dancing tego utworu i klimatu w ogól. Raczej percussion niż drums, prawie unplugged w sensie, że tak intymny... (znów) klimat. "I won't kill myself, trying to stay in your life. I got no distance left to run". Albarn w żałobie, przerażająco smutny, zmęczony, w 3:36 ("that this life") wręcz tłumi przywołane, sztuczne, obojętne ziewnięcie. Gospelowe chórki proszące wcześniej tender ("waiting for that feeling to come"), teraz jasno określają klimat, że tak, to ma być celowo smutna piosenka.
4. Radiohead - OK Computer
Pewnego kiedyś dawnego wakacyjnego dnia włączyłem OK Computer na Winampie, pod głosiłem głośnik, wyłączyłem monitor, zasiadłem na fotelu, patrzyłem w okno (zaczynało się chyba robić ciemno) i słuchałem. Chyba pierwszy raz tak bardzo dałem wciągnąć się w chory klimat muzyki w ogóle. A było w co. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Airbag byłem w lekkim szoku, bo chociaż mogłem rozróżnić poszczególne instrumenty, to nie ogarniałem dlaczego to brzmi tak zupełnie... inaczej niż wszystko inne. Futurystycznie a zagrane przecież przez "żywy" zespół i nawet tam elektroniki jakiejś bardzo nie znajdowałem. Pewnie stało się tak ze wszystkimi, nie będę oryginalnym mówiąc że płyta Radiohead stała się dla mnie biletem do świata muzyki alternatywnej, całkowicie tego świadomy stałem się młodym adeptem nieżalu. I muzycznym snobem sikającym na nudę radia powszechno-absolutnie-wszędzie-słuchanego-komercyjnego.
Exit Music (for a film) do tej pory jawi mi się jako archetypiczny wzór smutku doskonałego. Motyw z Romka i Julki to taka klasyka, że już banał, ale zawarta w epickich, wręcz sakralnych organach/chórkach "keep breathing" opowieść o najbardziej niezsynchronizowanej parce świata tak samo jak u Shakespear-a bezpośrednio uderza i wzrusza przeraźliwie prostym i oczywistym smutkiem.
5. Myslovitz - Korova Milky Bar
Pamiętam, że w pewnym momencie przeistoczył się ten song z typowego imoł-smęta w coś co definiuje, nazywa moje uczucia. Jakaś beznadziejność. AAAaaaa Werter.
Teraz
ad 1. Muchy - Notoryczni debiutanci (+ punchline-y z "Terroromansu"
(sry za jakość)
To nie przypadek, że to na koncerty Much nie chodzę sam, tylko z "paczką", to nie przypadek, że nie-singiel z "Notorycznych" lubi aż jakieś 5 osób, to nie przypadek, że wszyscy tańczą do "Przesilenia" i skaczą i jest fajnie (i nawet niektórzy zaczynają to lubić). Pewnie nie będę pierwszy, ale Muchy to dla mnie TEN zespół, który będę pamiętał po latach jako ten, który pomagał mi się wyrażać w czasach nastoletniości. Nie bez znaczenia jest to, że znam ich od samego początku, od razu przypadli mi do gustu, gdy obejrzałem kiedyś kiedyś jeszcze amatorski teledysk do "Najważniejszego dnia" (i będę się tym szczycił). Kiedyś był Perfekt, gdzie ludzie krzyczeli "chcemy bić ZOMO", a teraz nagle wszyscy mieli na GG teksty o delicjach z "Galanterii". Ok, trzeba pamiętać o proporcjach, ale znana mi połowa pokolenia '93 zna i kojarzy ten świetny zespół, co jest super. Mamy coś wspólnego.
To nie może być przypadek, że najlepszy utwór z 2giej płyty nazywa się właśnie "93". Przywłaszczam go sobie, panie Wiraszko.
"Zakochałem się w tramwaju, zakochałem się na mieście".
ad 2. Sparklehorse & Danger Mouse (+ "Piano fire)
Jest coś niewypowiedzianie pięknego i nieuchronnego, nie-powierzchownego gdy już w ołpenerze Revenge ten pan podobno z The Flaming Lips wyczekuje na te całe smyki w refrenie. Coś jak muzyka filmowa, podobny poziom dostojeństwa, lekkiego dodania patosu, który każe naprawdę dać sprawom jakieś znaczenie. Później, track nr. 2. Przecież bicie gitary, rytm to jest sielanka jakaś. I w tym klimacie leciutko powtarzane "just war" po czym wchodzi najpiękniejsze rozwinięcie refrenowo-melodyczne roku, bez dwóch zdań (z taką gitarką w tle). Nie potrzeba już tak płakać jak na "Spadochronach" , można cały czas już pozornie zachowywać spokój ducha, mieć całe te werterowskie sprawy bardziej poukładane, a i tak podświadomie po prostu się wie, pamięta, że można się przez to zabić/wystawić na wieczne pośmiewisko (jak np. nie trafić strzelając sobie w łeb).
A lullaby (że kołysanka) może być już insane (że obłąkane że).
Bo zawsze można już skrzywdzić jakąś little girl tak taśmowo, jak te argegggio wiosła.
ad 3. Gorillaz - Demon Days
Damon Albarn is god. Jego głos zawsze mnie uspokaja. Zmęczony, zrezygnowany, śpiewa jakby od niechcenia (wspaniale oddają to animacje koncertowe, dosłownie pokazane niechlujstwo). Gdy słyszymy go w Blur, w takim Out Of Time, ten smutek jest dosłowny, namacalny, bardzo ludzki; powiedzmy wprost - niezwykle on dołuje. Tu - na Damon Days - jest wzięty jakby w cudzysłów, pokazany z koniecznego wręcz dystansu. Otoczony jest świetnymi bitami i plumkaniem basu, które wprowadzają wspaniałą równowagę nie pozwalającą nam pociąć się żyletką. Słuchając tych niesamowitych smyczków dostajemy jasne przesłanie - "pieprzyć to, tak ma być, niech se będzie".
ad 4. The Kills - Midnight Boom
Pierwsze imprezki, całonocne, swobodne picie alkoholu, jednocześnie niezdrowa fascynacja taką jawnie złą kobietą jak Allison. Prawdziwy hedonizm, już nie udawany jak przy grzeczno-tanecznym Franz Ferdinand. Zgrzyt. Szorstkość. Mogę to lubić.
ad 5. Interpol - Antics (+ NYC + Specialist)
Nie wiem dlaczego, ale dokładnie te zejścia basu w 1:44 są perfekcyjne. Pamiętam jak idealnie zawierał się w tym klimat pierwszej poasienajebałem zamuły.
A "Specialist" to przecież najbardziej przejmujące błaganie o litość we wszelkiej muzyce. Zagłuszone, pochłaniane przez tą idealną sekcję rytmiczną.
"I'm a specialist in hope and I'm registered to vote".
"Wierność w stereo" to tytuł mojej ulubionej książki, w której główny bohater stara się zawrzeć najważniejsze aspekty swojego życia w śmiesznych rankingach, typu "5 najlepszych piosenek na pogrzeb". Zaintrygowała mnie sama teza, że można w tak łatwy sposób pokazać jak muzyka może mieć wpływ na nasze życie. Że piosenki są tylko odzwierciedleniem naszych aktualnych emocji. Więc przedstawiam moje top 5 płyt, które mogły w jakiś sposób ukształtować mnie czy moje uczucia czy sposób patrzenia na świat.
Na początku
1. U2 - All That You Can't leave behind
To był naprawdę początek. Trudno mi nawet szacować jak bardzo ta płyta mnie ukształtowała, moje emocje, wrażliwość czy sposób odbierania zarówno świata jak i muzyki. Jedyna płyta, która dla mnie nie ma ani jednej zbędnej czy średniej minuty, wszystko jest tu idealnie dopasowane. Niech o jej wielkości powie coś to, że od pewnego czasu nie mogę słuchać jej ot, tak.
To rytuał. Jeśli decyduję się na odsłuch, to staram się temu nadać jak najbardziej mistyczne znaczenie - nie robię nic innego tylko "wczuwam się w klimat" i rozkminiam. Dzieje się to też, gdy chcę się szczególnie zastanowić what's going on i ogólnie jak dzieje, lub ma się stać coś dla mnie szczególnie ważnego. Ta płyta właściwie mogłaby zastąpić pozostałe 4 w tej "sekcji", bo jest dla mnie głównym drogowskazem, jak czasem jestem lekko "zamotany" i nie wiem co robić to przypomina mi jaki byłem i jaki powinienem być do tej pory.
2. Coldplay - Parachutes
Sam się zdziwiłem jak bezbłędnie znam jeszcze tekst tego utworu. "So I looked in your direction, but you paid me no attention, (do you?)" Wystarczała tylko chwila uwagi, wyrażało się gotowość do najbardziej radykalnych zmian przy dźwiękach akustyka dzielonego z delikatnym przesterem małej ekektrycznej udającej "gwiazdki: Edge'owych pogłosów. I rozpaczliwie archetypiczny młodzieńczy falset "Is this my final chance of getting you?". Więc zadrżyłaś czy nie? Nie chciałem iść z Tobą do kina czy zmienić status na fejsbuku (wtedy nie miałem nawet lasta), że zrobiliśmy karmel z chemii, która jest między nami (ciekawe co wtedy porabiał p. Marcin...). Drgnij no, żeby Cię to chociaż drgnęło!
3. Blur - 13
Ciężka, głęboka, charszcząca gitara Coxona, gdzieniegdzie bas akcentujący powolny rytm walca, swoisty Slow Dancing tego utworu i klimatu w ogól. Raczej percussion niż drums, prawie unplugged w sensie, że tak intymny... (znów) klimat. "I won't kill myself, trying to stay in your life. I got no distance left to run". Albarn w żałobie, przerażająco smutny, zmęczony, w 3:36 ("that this life") wręcz tłumi przywołane, sztuczne, obojętne ziewnięcie. Gospelowe chórki proszące wcześniej tender ("waiting for that feeling to come"), teraz jasno określają klimat, że tak, to ma być celowo smutna piosenka.
4. Radiohead - OK Computer
Pewnego kiedyś dawnego wakacyjnego dnia włączyłem OK Computer na Winampie, pod głosiłem głośnik, wyłączyłem monitor, zasiadłem na fotelu, patrzyłem w okno (zaczynało się chyba robić ciemno) i słuchałem. Chyba pierwszy raz tak bardzo dałem wciągnąć się w chory klimat muzyki w ogóle. A było w co. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Airbag byłem w lekkim szoku, bo chociaż mogłem rozróżnić poszczególne instrumenty, to nie ogarniałem dlaczego to brzmi tak zupełnie... inaczej niż wszystko inne. Futurystycznie a zagrane przecież przez "żywy" zespół i nawet tam elektroniki jakiejś bardzo nie znajdowałem. Pewnie stało się tak ze wszystkimi, nie będę oryginalnym mówiąc że płyta Radiohead stała się dla mnie biletem do świata muzyki alternatywnej, całkowicie tego świadomy stałem się młodym adeptem nieżalu. I muzycznym snobem sikającym na nudę radia powszechno-absolutnie-wszędzie-słuchanego-komercyjnego.
Exit Music (for a film) do tej pory jawi mi się jako archetypiczny wzór smutku doskonałego. Motyw z Romka i Julki to taka klasyka, że już banał, ale zawarta w epickich, wręcz sakralnych organach/chórkach "keep breathing" opowieść o najbardziej niezsynchronizowanej parce świata tak samo jak u Shakespear-a bezpośrednio uderza i wzrusza przeraźliwie prostym i oczywistym smutkiem.
5. Myslovitz - Korova Milky Bar
Pamiętam, że w pewnym momencie przeistoczył się ten song z typowego imoł-smęta w coś co definiuje, nazywa moje uczucia. Jakaś beznadziejność. AAAaaaa Werter.
Teraz
ad 1. Muchy - Notoryczni debiutanci (+ punchline-y z "Terroromansu"
(sry za jakość)
To nie przypadek, że to na koncerty Much nie chodzę sam, tylko z "paczką", to nie przypadek, że nie-singiel z "Notorycznych" lubi aż jakieś 5 osób, to nie przypadek, że wszyscy tańczą do "Przesilenia" i skaczą i jest fajnie (i nawet niektórzy zaczynają to lubić). Pewnie nie będę pierwszy, ale Muchy to dla mnie TEN zespół, który będę pamiętał po latach jako ten, który pomagał mi się wyrażać w czasach nastoletniości. Nie bez znaczenia jest to, że znam ich od samego początku, od razu przypadli mi do gustu, gdy obejrzałem kiedyś kiedyś jeszcze amatorski teledysk do "Najważniejszego dnia" (i będę się tym szczycił). Kiedyś był Perfekt, gdzie ludzie krzyczeli "chcemy bić ZOMO", a teraz nagle wszyscy mieli na GG teksty o delicjach z "Galanterii". Ok, trzeba pamiętać o proporcjach, ale znana mi połowa pokolenia '93 zna i kojarzy ten świetny zespół, co jest super. Mamy coś wspólnego.
To nie może być przypadek, że najlepszy utwór z 2giej płyty nazywa się właśnie "93". Przywłaszczam go sobie, panie Wiraszko.
"Zakochałem się w tramwaju, zakochałem się na mieście".
ad 2. Sparklehorse & Danger Mouse (+ "Piano fire)
Jest coś niewypowiedzianie pięknego i nieuchronnego, nie-powierzchownego gdy już w ołpenerze Revenge ten pan podobno z The Flaming Lips wyczekuje na te całe smyki w refrenie. Coś jak muzyka filmowa, podobny poziom dostojeństwa, lekkiego dodania patosu, który każe naprawdę dać sprawom jakieś znaczenie. Później, track nr. 2. Przecież bicie gitary, rytm to jest sielanka jakaś. I w tym klimacie leciutko powtarzane "just war" po czym wchodzi najpiękniejsze rozwinięcie refrenowo-melodyczne roku, bez dwóch zdań (z taką gitarką w tle). Nie potrzeba już tak płakać jak na "Spadochronach" , można cały czas już pozornie zachowywać spokój ducha, mieć całe te werterowskie sprawy bardziej poukładane, a i tak podświadomie po prostu się wie, pamięta, że można się przez to zabić/wystawić na wieczne pośmiewisko (jak np. nie trafić strzelając sobie w łeb).
A lullaby (że kołysanka) może być już insane (że obłąkane że).
Bo zawsze można już skrzywdzić jakąś little girl tak taśmowo, jak te argegggio wiosła.
ad 3. Gorillaz - Demon Days
Damon Albarn is god. Jego głos zawsze mnie uspokaja. Zmęczony, zrezygnowany, śpiewa jakby od niechcenia (wspaniale oddają to animacje koncertowe, dosłownie pokazane niechlujstwo). Gdy słyszymy go w Blur, w takim Out Of Time, ten smutek jest dosłowny, namacalny, bardzo ludzki; powiedzmy wprost - niezwykle on dołuje. Tu - na Damon Days - jest wzięty jakby w cudzysłów, pokazany z koniecznego wręcz dystansu. Otoczony jest świetnymi bitami i plumkaniem basu, które wprowadzają wspaniałą równowagę nie pozwalającą nam pociąć się żyletką. Słuchając tych niesamowitych smyczków dostajemy jasne przesłanie - "pieprzyć to, tak ma być, niech se będzie".
ad 4. The Kills - Midnight Boom
Pierwsze imprezki, całonocne, swobodne picie alkoholu, jednocześnie niezdrowa fascynacja taką jawnie złą kobietą jak Allison. Prawdziwy hedonizm, już nie udawany jak przy grzeczno-tanecznym Franz Ferdinand. Zgrzyt. Szorstkość. Mogę to lubić.
ad 5. Interpol - Antics (+ NYC + Specialist)
Nie wiem dlaczego, ale dokładnie te zejścia basu w 1:44 są perfekcyjne. Pamiętam jak idealnie zawierał się w tym klimat pierwszej poasienajebałem zamuły.
A "Specialist" to przecież najbardziej przejmujące błaganie o litość we wszelkiej muzyce. Zagłuszone, pochłaniane przez tą idealną sekcję rytmiczną.
"I'm a specialist in hope and I'm registered to vote".
Tagi:
Blur,
Coldplay,
Damon Albarn,
Danger Mouse,
Gorillaz,
Interpol,
Muchy,
Myslovitz,
Radiohead,
Sparklehorse,
The Kills,
U2
