Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Damon Albarn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Damon Albarn. Pokaż wszystkie posty
sobota, 12 grudnia 2015
Didn't we have fun?
Coldplay - A head full of dreams (2015)
Wielka moc (pisania ładnych melodii) to wielka odpowiedzialność (wobec Muzyki). No i Chris Martin zmarnował ją na zrobienie Mylo Xyloto 2. Dość logicznie podążył za brzmieniem tych Wielkich Słów z początku tekstu i postawił sobie za cel zostanie Największym Zespołem Świata konsekwentnie odhaczając kolejne pozycje na liście wielkości. Ślub z hollywoodzką gwiazdą? Jest. Kumplowanie się z Bono i Michelem Stripe'm? Bardzo proszę. Utwór do radia, świąteczny i do filmu Angeliny Jolie? Jak najbardziej. Teraz dojdzie do tego występ na Super Bowl, największym widowisku telewizyjnym na świecie. Ale najbardziej znaczące okazały się duety z Gwiazdami Popu - lekki muzyczny kierunek potwierdził singiel z Rihanną na Mylo Xyloto, a teraz diamentem w błyszczącej koronie A head full of dreams jest sama Queen B. Ja to nawet rozumiem, jeśli śpiewasz z Beyonce musisz być popowy, postać tego gabarytu determinuje całą otoczkę, nie przyjmiesz królowej w piwnicy i wyciągniętym swetrze alternatywy. Jednak pozostaje żal, że na swój Definiujący Duet nie wybrali ślicznego Lunar nagranego z Kylie Minogue. Nie weszło nawet na płytę (!), bo ponoć byli "zbyt sexy". YEAH YOU ARE! (kpiącym głosem Andy'ego Samberga).
To nie jest tak, że ja jestem przeciwny przebojom w ogóle, po prostu oprócz ładnej melodii musi być tam coś więcej. Może chodzi o inspiracje - przecież przed chwilą chwaliłem tego samego Coldplaya za singiel umiejętnie czerpiący z Phoenix i Cardigans. A Justina Timberlake'a, doskonałe uosobienie pojęcia "glamorous" to już w ogóle kocham; z tym że on ma do nawiązywania Michaela Jacksona, Franka Siniatrę i orkiestrowy soul. Pamiętacie taką płytę Coldplay X&Y? Już lifestylowo przebojową, ale jeszcze intrygującą? Dlaczego jeszcze udawało im się mnie zaciekawić? Bo inspirowali się legendą Kraftwerk! Mało tego - zaprosili nawet na sesję Briana Eno, który zrobił im później najlepszą płytę. Wszystko to zmarnowali - po różnorodnym Viva la vida (or death and all of his friends) przyszło - tylko dosłownie - kolorowe Mylo Xyloto.
\
Trochę niesłusznie demonizuję Chrisa Martina obarczając go winą za całe zło tego świata. Tak się składa, że instrumentalnie kluczową postacią na A head full of dreams jest inny członek zespołu, Guy Berryman. Jego gitarę basową słychać na każdym kroku, to ona samodzielnie prowadzi akordy i podbija pianino śpiewającego frontmana. To prawda, nacisk na bas jest przywilejem popu, ale jego wpływ sięga głębiej - być może jest nawet ideologiem podejścia zespołu do tego gatunku. Oprócz gry w Coldplay produkuje innych artystów, wychował się na soulowych kontrabasach, a przede wszystkim grał w supergrupie Apparatjik z muzykami A-ha oraz Mew. I właśnie do tego projektu odsyła drugi utwór na A head full of dreams, Birds - elektroniczne nastawiona rytmika i zakręcona linia basu. Oczywiście w momencie to tracą, bo piosenka zamienia się w kalkę Hurts like heaven z Mylo Xyloto - sytuacja charakterystyczna dla całego nowego albumu.
Damon Albarn tłumacząc się z niedoszłej współpracy z Adele powiedział, że jej nowy materiał jest "middle of the road" a ona sama "very insecure". Rekordzistka w sprzedaży płyt bardzo się obraziła szczególnie na to drugie stwierdzenie, nie rozumiejąc że starszemu koledze nie chodziło wcale o "obawy jak połączyć macierzyństwo z powrotem do muzyki". Albarn był rozczarowany asekuranctwem Adeli, brakiem chęci do jakichkolwiek eksperymentów. Ten sam problem mają Coldplay, którzy chyba zapomnieli o różnicy pomiędzy "biggest" a "greatest band in the world".
Być może to wina rynku muzycznego, może nie da się już zdobyć popularności bardziej skomplikowanymi kompozycjami, czego dowodem jest średni odbiór wyciszonego Ghost Stories czy frustracje ostatnich płyt U2. Ale właśnie Bono i Damon Albarn będąc u szczytu popularności na świetnych płytach POP i The Great Escape potrafili pokazać wielkiego fucka komercji. Mieli jaja, jednak nie wiadomo dlaczego, bardzo później narzekali na te gorzej sprzedające się albumy. Cóż, wydaje się, że Chris Martin uczy się na ich "błędach" i swoim najnowszym wydawnictwem nie daje nam nadziei na podjęcie ciekawszego artystycznie ryzyka.
czwartek, 30 lipca 2015
OFF: Desert Melodie
Songhoy Blues - Music in exile (2015)
Zdobywanie nowej muzyki nie powinno być zbyt proste. Poważnego miłośnika muzyki poznajemy nie po wysublimowanym guście i unikalnych opiniach; te rzeczy posiada każdy. U prawdziwego znawcy podziwia się obszerność kolekcji nagrań - w szczególności tych unikatowych i nie znanych zwykłemu śmiertelnikowi. Douglas Adams, autor serii Autostopem przez galaktykę, w wieku dziecięcym nie słuchał Penny Lane, ale relacji przyjaciela, który miał okazję usłyszeć gdzieś najnowszy wtedy singiel The Beatles. W czasach komunizmu słuchacze Trójki, z kasetami magnetofonowymi gotowymi do nagrywania, czekali na nowe płyty przywiezione zza Żelaznej Kurtyny przez Piotra Kaczkowskiego. Trochę później zaś Nick Hornby i James Murphy polowali na unikatowe pierwsze wydania winylowych singli, aby móc szpanować kolekcją w ksiazkach i piosenkach. Teraz poznawanie muzyki stało się tak wygodne jak tylko się da; proces ten zyskał nawet okropnie użytkową nazwę "ściągania". Nie trzeba nigdzie się ruszać, wystarczy Internet - tam jest wszystko. Zalewem dostępu rządzi demokratyzacja - w domku na wsi mam takie same możliwości dotarcia do perełek co nowojorski didżej. Wszystko super, ale doszło do tego, że romantyczne wyprawy do sklepu muzycznego muszą być zorganizowanym przez wytwórnię wydarzeniem (Record Store Day). Dlatego też w poszukiwaniu nowych inspiracji Damon Albarn podjął iście antropologiczną wyprawę do Afryki. W ramach projektu Africa Express zabrał ze sobą min. Briana Eno i Fleę, którzy odbyli serię sesji nagraniowych z lokalnymi artystami. Owocem współpracy była min. płyta, trasa koncertowa i wreszcie - odkrycie grupy Songhoy Blues.
Afrykańska muzyka kojarzy mi się głównie z rytmiką. Kontynentalna Europa miała salony i fortepiany, a Czarny Ląd bongosy z instrumentami perkusyjnymi. Oczywiście jest to ogromne (być może nawet rasistowskie) uproszczenie, ale wg. wiarygodnych teorii muzykologicznych muzyka narodziła się własnie z rytmu i własnie w Afryce. Dlaczego więc "nasi" artyści inspirują się nią dopiero teraz? Być może po stroposkopowych szaleństwach lat osiemdziesiąt- i dziewięćdziesiątych elektronicznie generowane rytmy już nas zmęczyły i znudziły nieuchronną mechanicznością. Moim ulubionym przykładem udanego zwrócenia się w stronę Afryki jest Reflektor Arcade Fire, ma stosunkowo dużo elektroniki, której zupełnie ise nie zauważa, bo wszystko otoczone jest naturalną rytmiką bębniarzy z Haiti. Rytm jest też charakterystyczną cechą grupy Songhoy Blues - bardzo intuicyjny i bardzo prosty. Większość piosenek puszczonych jest w ruch wahadełkiem raz-dwa, raz dwa. Pod naszą szerokością geograficzną tak banalne tempo może budzić nieciekawe skojarzenia z "muzyką chodnikową" ale u swego źródła odzyskuje ona swoją ożywczą intuicyjność. Piosenki, nazwijmy je "zachodnie" oparte są raczej na szerszych ramach taktowych - rytm na cztery, jakiś wal, te wszystkie snujące się podkłady. Taka Irganda jest z kolei bardzo zwartą piosenką - nie ma miejsca na solówki czy wybrzmiewanie poszczególnych akordów, bo bas jest również przyklejony do linii melodycznej i skacze razem z nią. Dzięki błyskawicznej, tanecznej repetycji motyw przewodni jest niesłychanie chwytliwy - po prostu: nogi same wytupują zaraźliwy rytm. Trudno mi powiedzieć co dały im gitary i europejskie (a może indie hehe) instrumentalium), ale wygrywają melodyjki jak na skrzypeczkach czy tradycyjnych przyrządach strunowych; fantastyczna prosta energia tylko nagłośniona przez wzmacniacze.
Inną charakterystyczną cechą muzyki afrykańskiej jest znaczenie piosenek, a raczej jego brak. Przynajmniej dla osoby rozumiejącej w językach europejskich - nic, ni w ząb nie rozumiem o czym to mogą śpiewać Songhoy Blues. Mogę tylko domyślać się tematów ich utworów: najchętniej łączą mi się one z zabawą i ogólnie pojętą afirmacją życia - funkcją jaką powinna na początku spełniać sama muzyka. No i wkraczamy w następne uproszczenie: jeśli nie możemy czegoś zrozumieć, to odruchowo odmawiamy mu ważniejszych tematów. Takie tam "Afrika eeee, Afrika ooo". Ale z drugiej strony, dlaczego nie: czy muzyka zachodnia nie stała się zbyt przeintelektualizowana? Choć ja sam skupiam się tutaj na odczytywaniu kontekstów, to zdarzają się projekty gdzie muzyka jest mniej kompozycją, a bardziej tłem dla prowokacji artystycznych. (A tej miłości to też ileż można znowu opowiadać). Afrykańskie spojrzenie na muzykę samo w sobie jest świetną odmianą, bo chociaż niezrozumiała, to wystarczy że jest nowa. Chyba nie wierzycie w to, że wszystkie najlepsze płyty świata pojawiają się tyko w Ameryce i na Zachodzie Europy - jesteśmy tak zaoferowani swoim podwórkiem, że zupełnie zapomnieliśmy o różnorodności reszty świata.
Różnorodność swojego rodzinnego Mali Songhoy Blues pokazują w teledysku do Soubour. Powolne przesuwanie się ulic nagle fascynuje swoją zwyczajną niecodziennością, nieprzystajnością do sterylności będącej ogólnie przyjętym standardem. Jednocześnie filtr światła oddaje ciepło ziemi przepalonej słońcem. Głupio tak być intruzem, widać to na pierwszy rzut oka przez gapienie się naszymi szeroko otwartymi oczami. Co nie przeszkadza dołączyć się do skandowania powtarzanych zwrotek i refrenów.
Songhoy Blues nie będzie jedynym zespołem z Afryki na OFF Festivalu, ale inaczej niż w przypadku Sun Ra Orchestra nie musimy wnikać w mitologię wierzeń Boga Słońca, w której to (coverowej) odsłonie akurat powraca. Music in Exile to teraz zdecydowanie najgorętszy towar z Czarnego Lądu - skrojony w produkcji przez gitarzystę Yeah Yeah Yeahs Nicka Zimmera i przez to przyjemnie świadomy swojej przystępności. Zespół z Mali unieważnia te wszystkie bariery kulturowe szerokim gestem gitar zapraszając do wspólnego tańca. Choć zdążyli juz podpisac kontrakt z gigantem wydawniczym Atlantic, wciąż napędza ich nieposkromiona, ktoś mógłby powiedzieć, że wciąż tajemnicza energia Czarnego Lądu. Nad wykonawcami z naszego kręgu kulturowego mają ta przewagę, że muzycy z Mali mogą pozwolić sobie na szczerość. Nikt nie oczekuje od nich brzmieniowych udziwnień czy ekscentrycznych zachowań scenicznych; to ten szczególny paradoksalny przypadek kiedy tradycja z jednego zakątka świata staje się nowością w innym. Na szczęście w poszukiwaniu całkiem nowych brzmień nie muszę podróżować na inne kontynenty, ani przeczesywać się przez zagraniczne serwery - nową muzykę znajduję zawsze na OFF Festivalu.
środa, 7 stycznia 2015
Gwen Stories
Coldplay - Ghost Stories (2014)
Na przestrzeni swojej wieloletniej kariery Coldplay wciąż boryka się z uporczywym pytaniem - czy jest to zespół grający pop, czy może alternatywę? Podobne porównania nie są rzecz jasna najbardziej rozsądne, ale w świetle powszechnej powagi postrzegania gatunkowego można nadać im odrobinę sensu. Na potrzeby tego tekstu przyjmijmy proste założenie, że pop opiera się na melodii oraz harmonii, alternatywa natomiast skupia się na brzmieniu i modyfikacjach materiału nutowego. Chris Martin jest urodzonym melodystą, więc jego zespół to zespół pop. Nie chciałbym, aby zabrzmiało to jak jakaś obelga; warto pamiętać, ze w (pop)kulturze anglosaskiej terminem pop music określa się całą muzykę nie-poważną. Nasze przekonanie o miałkości popu faktycznie może mieć podstawy radiowe, lecz są sposoby, aby uszlachetnić ten gatunek muzyczny.
Po pierwsze - klimat. Jeśli dysponujemy bardzo ładną melodią, taką bez zgrzytów alternatywy, możemy pójść z nią w dwie strony: reklamę (bo przystępna dla ogółu), lub kołysankę. Ta ostatnia opcja charakteryzuje się bowiem harmonijnością, łagodnym biegiem i klimatem właśnie. Wydaje mi się, że kluczową decyzją podczas pracy nad Ghost Stories było postawienie na ten aspekt uroku. Urzekają pieczołowicie ustawione drobiazgi takie jak wyciszenia, repetycje czy wreszcie całkowite rozmycie Midnight (najmniej koldplejowego utworu Coldplay). Magic - taki tytuł nosi kołysanka promująca wydawnictwo. Dopiero później doceniłem jak bardzo musieli się starać, aby zagrać jak najmniej; dwoma akordami i zaledwie dwoma instrumentami. Na temat cierpliwie utkanego O pisałem przy książce, a jest to ballada jeszcze skromniejsza niż te z naiwnych czasów Parachutes.
Inną rzeczą wzbogacającą pop są uczucia - zarówno wpisane w piosenkę jak i nasze własne, które mimochodem przypominamy sobie na dźwięk wakacyjnego hitu. Szczęśliwe emocje potrafią zmieścić się nawet do najprostszej radiowej pioseneczki, ale już smutek nadaje większy ciężar gatunkowy. Tym razem Coldplay zrezygnował z wesołej wspólnoty miałkiego przeboju Paradise. Chris Martin zabiera nas głębiej, do zatopionego w marazmie Another's Arms komunikującego się z Damonem Albarnem, bo przecież It's hard to be a lover when the TV's on (w ogóle cała płyta ma podobne brzmienie do Everyday Robots, ale to temat na inną historię). Pod względem prostoty emocji Ghost Stories jest tak wyczekiwanym przeze mnie następcą Parachutes - bardziej smutnym, zrezygnowanym, ale też pogodzonym ze światem w wyważony dorosły sposób.
Nie do końca. W ułożoną muzykę zespołu wkradają się rzeczy wcześniej nie do pomyślenie - nieczystości i zgrzyty melodyczne jak w solówce do True Love. Ta tęsknota nie mija; frustracja przebija się nawet przez EMD-owy (Electro-dance music) podkład Avicilego w Sky full of stars.
Problem muzyki pop nie tkwi w samych - idealnie przecież ułożonych - nutach, a w reakcjach otoczenia na tą najprostszą formę wyrazu. Ironistów drażni bezpośredniość w rodzaju Here comes the Sun George'a Harrisona.
Za sprawą sieci świat, nasze życie, traci swoją bezpośredniość. Bierzemy rzeczywistość, a przez to samych siebie, w nawias. Nagie życie, życie „realne”, staje się nieznośne w tej swojej oczywistości i namacalności. Zachowując bezpieczny ironiczny dystans, zawsze mogę się przecież wycofać, schować w wirtualnej (czyli umownej) rzeczywistości.
To już jest problem, o czym pisze Robert Siewiorek w Dwutygodniku. Osobiście wierzę, że są jeszcze rzeczy, których nie powinno się zasłaniać konwencją. W pewnym momencie wydawało się, że sam Chris Martin dołączył do maistreamowych pozerów, aż nagle... rozstał się z Gwyneth Paltrow. Oczywiście jest mi przykro z tego powodu, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że artystycznie sprowadziło go to być może na ziemię. Wobec rozstania wszyscy jesteśmy równi, to (na szczęście?) jedna z najbardziej demokratycznych sytuacji życiowych. I znowu rozumiem jego muzykę, gdy kończy refren tak samo jak na Yellow - banalnym I love you so. Tylko, że 15 lat temu było to jeszcze wyrazem i najwyższej radości, mógł sobie pozwolić na powiedzenie do kogoś you know. Na moim ulubionym z Ghost Stories Ink jest skierowane tylko do siebie; poprzedzone All I know i zakończone so much that it hurts. Z konieczności brakuje młodzieńczej żarliwości, ale jej miejsce zajmuje plumkanie gitary akustycznej i nucenie od niechcenia niemal pogodnej melodyjki.
poniedziałek, 17 lutego 2014
8/13' : Well, here's your lucky day
Koncert Blur na Heineken Opener Festiwalu był dla mnie tak ważnym wydarzeniem, że zdołałem pokonać lenistwo i zrelacjonowałem go dość obszernie w poprzednim wpisie. Nawet bez brytyjskiego zespołu Opener wciąż pozostaje największym polskim festiwalem i w edycji 2013 nareszcie przekonywująco to potwierdził. Każdy z 4 dni miał w Line-upie co najmniej dwóch bardzo poważnych headlinerów. Arctic Monkeys, Nick Cave and the Bad Seeds, The National, czy Queens of the Stone Age to przecież zespoły, które wiele znaczą i mogłyby grać na głównych scenach nawet Glastonbury (nnnno w przypadku Kings of Leon ludzie zagłosowali nogami). Tego właśnie oczekuję od tak drogiego eventu – używam tego słowa dość kąśliwie, bo muzyka nie jest w Gdyni taka najważniejsza. Oczywiście bardzo fajnie, że promuje się min. dobry teatr (rozchodzące się po polu namiotowym songi z Courtney Love Strzępki i Demirskiego pozostaną jednymi z moich najmilszych wspomnień), ale Opener stał się obowiązkowym nadmorskim punktem rozpoczęcia wakacji dla modnej młodzieży i snobistycznych 30-latków. Opener < OFF Festiwal.
2/13' : nawyki / kolizje
sobota, 25 stycznia 2014
KROPKI - KRESKI : Everyday Robots
Damon Albarn - Everyday Robots (2014)
Damon Albarn zapowiedział właśnie na 24 kwietnia wydanie swojego solowego albumu Everyday Robots. W tym miejscu odruchowo powinienem wpisać linijki achów, ochów i wykrzykników, ale można spokojnie przyjąć, że właściwie całe moje pisanie o muzyce jest jednym wielkim peanem na jego cześć. Tym razem ograniczę się tylko do opinii, że jest to obecnie prawdopodobnie najgenialniejszy aktywny artysta muzyki rozrywkowej (David Bowie już się chyba z nami pożegnał, a trudno brać na poważnie Bono jeśli od 5 lat niczego nie wydał, bo musi mieć hiciora nawet na Esce). Tytułowy singiel z płyty został już udostępniony, ale zgodnie z dość wyświechtanym hasłem "jeden obraz mówi więcej niż tysiąc nut" mam wrażenie, że sama okładka Everyday Robots może powiedzieć wystarczająco dużo o filozofii nadchodzącego wydawnictwa.
Minimalizm. Chociaż Albarn podpisywał już swoim nazwiskiem opery i soundtracki, dopiero ta płyta będzie jego pierwszym w pełni autorskim projektem. Ludzie, którzy znają Damona ze spektakularnych hymnów czy drugiej piosenki może zdziwić ten ascetyzm, ale przygarbiona sylwetka od dawna wydaje się być jego naturalną postawą. Już w samym środku odgrywania roli młodego boga brit popu śpiewał I'm a professional cynic, but my heart's not in it aby później kryć swój smutek na kolorowym tle (podczas trasy koncertowej Demon Days, który to koncept wizualny wciąż mnie zachwyca i zainspirował także logo tego bloga).
Dla mnie Damon jest jedną z tych szczególnych osób, które nie muszą już się starać być cool, bo są chodzącym synonimem tego określenia (vide David Bowie invented cool). Typowy londyńczyk chroniący się przed klimatem szeroką kurtką. Ale skąd u niego te skarpetki w romby? Czyżby pan Albarn zestarzał się już na tyle, że czeka na tytuł szlachecki od Królowej Matki? A może aplikuje na rozmowę o pracę w korporacji, aby przeprowadzić obserwację uczestniczącą wśród "everyday robots"? Miejsce, które ma zajmować jest przecież tak szczegółowo oznaczone taśmą pod dopowiednimi nogami krzesełka, że swobodnie zrezygnowana poza tknie zbyt widocznym szyderstwem.(Tutaj miałem porównać naszego bohatera do Stańczyka, ale ich różnica popkulturowa jest tak ogromna, że poprzestanę na barowym stand-uperze).
Tło tego obrazu jest idealne, wręcz sterylnie czyste, brakuje na nim tylko nadgryzionego jabłka - symbolu epoki high-endu. Tytuł płyty obwieszcza idealnie czytelna czcionka zaplanowana co do centymetra swoim industrialnym wzornictwem rodem z "Metropolis". Ale zaraz nad nim ktoś dla draki dopisał zwykłym ołówkiem figlarnie roztrzepane litery. Brzuchate "d", uśmiechnięte "o", podskakujące "b" i przypominające połowę ptaszka "r".
Człowiek vs. technologia.
poniedziałek, 28 października 2013
Just let them go
Opener Festival 2013, dzień 1
Opener Festiwal i jego dyrektor, MikołajScumbag Ziółkowski
stał się w ostatnim czasie bardzo łatwym i dość powszechnym obiektem hejtu. A
to za drogo, za długo, za daleko, piwo nie takie, pogoda angielska, pole się
topi, dni za dużo, za dużo hipsterów, brak prawdziwych hipsterów, za mało
nagrywających komórek, za dużo rejestrujących tabletów, gdzie są ci wszyscy MOI
ulubieni artyści, a tak w ogóle to beka z tego „zachodniego festiwalu”. Opinie
te należą do ludzi, którzy są zawistni, samolubni i mają rację. Ja także z
chęcią przyłączyłbym się do chóru krytyków kpiących z nastoletniego iwentu, ale
od dwóch lat z pewnym siebie zarozumialstwem powtarzałem, że Ziółek sprowadzi
wreszcie do Polski Damona Albarna z Blur, pokornie zamknę twarz i bez cienia
protestu kupię nadmorski karnet. Dlatego można sobie łatwo wyobrazić moje
ambiwalentne uczucia, gdy podczas swojej tradycyjnej wizyty w radiowej Trójce
Mikołaj Ziółkowski ogłosił pierwszego i najważniejszego headlinera swojego
festiwalu. It really, really could hapten.
Opener Festiwal i jego dyrektor, Mikołaj
Na dobry początek przygotowano Dawida Podsiadło, platynową
sensację wydawniczą ostatnich miesięcy. Już przed premierą „Comfort and
Happiness” miałem podstawy twierdzić, że wytwórnia pokierowała go w stronę
„męskiej Brodki” czyli niegłupiego alt-popu.
Do produkcji debiutanckiej płyty
zaangażowała samego Bogdana Kondrackiego - prawdziwego specjalistę
odpowiedzialnego min. za wysmakowane brzmienia płyt Anny Dąbrowskiej, poza tym
bardzo ciepłe opinie Piotra Metza pozwalały mi spokojnie uznać, że będzie to
bardzo fajny krążek. Jednak zamiast pisać o tym i popisywać się zmysłem
przewidywania, pozostałem szczerze zdziwiony rozmiarami sukcesu Ślązaka. Może
to Granda tak przetarła szlaki adaptacjom zachodniego Indie, może to tęsknota
za „starym Coldplayem”, ale wydaje mi się, że po prostu przeceniłem możliwości dziewczęcego
targetu oczarowanego uczuciowym
kudłaczem.
Wydaje się, że wykonawca był podobnie zaskoczony masą ludzi,
która wypełniła Openerowy namiot (położony gdzieś na końcu świata) już na
rozpoczęcie imprezy, bo o 17:oo. Podsiadło dał całkiem dobry koncert, udało mu
się odtworzyć subtelny klimat albumu, w czym pomógł zespół z szerokim
instrumentalium i bliższa atmosfera zaciemnionego namiotu. Cóż, nie było chyba dość blisko, bo też nie przeżyłem niestety
wielkich emocji. Oczywiście brawo, że zagrali wszystko bez błędów tak jak na
płycie, nikt też nie spodziewa się po Dawidzie bycia frontmanem na miarę Maccia
Morettiego. Ta nieśmiałość i nieogar jeszcze pasują do trądziku na twarzy, ale
mam nadzieję, że wkrótce jego występy staną się prawdziwymi wydarzeniami.
Co zaskakujące i niekoniecznie miłe, prawdziwej mocy zabrakło też na pierwszym koncercie (głównej) Opener Stage, gdzie słabo - ale bardzo urokliwie w popołudniowym Słońcu - wystartowali Editors. Miałem nadzieję na zdecydowanie i soczyste gitary jak na Rattle& Hum mojego ukochanego U2 (które wróciło ostatnio do punktów odniesienia młodszych zespołów także za sprawą dziewczyn z Savages, które równolegle hałasowały na Tent Stage. Ale uuum, well, i tak widziałem je już rok temu na OFFie). Może to wina spapranego nagłośnienia, ale nawet pomimo straty głównych największych atutów wokalista nie starał się tak bardzo o naszą uwagę. Nie wiem dlaczego, ale pytanie o to, czy grają dla nas na sto procent nie powinno pojawiać się tak natarczywie. Ale piosenki mają dobre, chociaż za bardzo skłaniali się w stronę pierwszych, bardziej „zwykłych” gitarowo płyt. Na szczęście później Tom Smith pokazał zaangażowaniem, że nie odda tego koncertu bez walki z… mikrofonem, na którym skupiał swoją muzyczną złość ( „when you caught my eye” w An end Has a start – świetne, zapamiętam). Na finał zespół wrócił do sprawdzonych syntezatorów i singlami z poprzedniej płyty odpowiednio mocno przygotował pole dla Gwiazdy Wieczoru.
Pewnie sygnalizowałem już to wcześniej wiele razy, ale kocham Blur - brzmienie ich gitar uważam za
dokładnie obliczoną mieszankę britpopową w idealny sposób zgrzytającą
szaleństwami Coxona, zachwycam się socjologicznym rysem brytyjskiego
społeczeństwa lat 90tych, ekscytuję się ciągłymi poszukiwaniami muzycznymi, a
Damona Albarna to już w ogóle podziwiam we wszystkich projektach i staram się
wzorować nawet w kolorze koszulki z długim rękawem, którą kupiłem w jednej z
sieciówek. Wielokrotnie traciłem nadzieję, że zobaczę ten dream teamowy skład
na żywo, a kolejnymi ze swoich legendarnych powrotów w Hyde Parku pozostaną
dobrem narodowym wyłącznie Brytyjczyków.
Obawiam się, że nie jestem w stanie wypowiedzieć się
krytycznie o tym koncercie, bo od razu muszę powiedzieć, że był to
prawdopodobnie mój Koncert Życia, występ idealny (jeśli chodzi o U2 w
Chorzowie, to jednak inna sprawa, inne emocje, ale chyba wtedy byłem bardziej
krytyczny, dostrzegałem wyraźnie słabsze momenty, które w Gdyni nie miały
miejsca w ogóle). A Damon okazał się dokładnie tym samym geniuszem, którego
całe życie sobie idealizowałem.
Miałem pewne wątpliwości, owszem, bałem się, że sekcja
rytmiczna tak bardzo zajęta wytwarzaniem serów (Alex James) i jeszcze bardziej wyglądaniem jak Typowy
Angielski Belfer (Dave Roventree) zgodnie ze słowami swojego lidera, średnio
już nadaje się do grania prawdziwie popowej muzyki, że po prostu będzie
zgrzytało i zwalniało. Jednak te bluźniercze kwestie zostały mi brutalnie
wybite z głowy. Z żeber. Z naskórka rąk.
Wybito mnie z równowagi. Dosłownie. Łokciami. Spoconymi cielskami. Absurdalnymi – w odległości kilku metrów od
sceny – plecakami. Mogę z dużą precyzją posłużyć się wyświechtanym
stwierdzeniem, że początek koncertu mnie zabił.
Nie zgodzę się jednak z dość powszechną opinią o tym, że
dali set „bardzo imprezowy”. Mamy tu do
czynienia jednak z cięższym ciężarem gatunkowym, a najlepszym tego przykładem
było wykonanie Caramel. Chwili doprawdy magicznej, zupełnie nie-festiwalowej
kiedy duża część publiczności w całkiem
bliskiej odległości od sceny, połowa „golden circle” nagle zaczęła siadać.
Nagle wszyscy, nawet ci nachlani Niemcy i okazjonalni fani „FIFA 98!” wspólnie
łącząc się w cichym skupieniu dołączyli się do intymnej spowiedzi Damona. Jeden
z niewielu znanych mi w muzyce przypadków wykorzystania „love, love, love”
wyraził się Naprawdę.
Generalnie różnica między zwykłym zespołem, a Wielkim wydaje
się dość prosta. Pierwsi, jak Editors odgrywają ten sam zwykły set ze zwykłym,
letnim stosunkiem do muzyki i ot, koniec, następny przystanek na trasie. Natomiast
ci Wielcy Muzycy tworzą na kolejnych koncertach tworzą swoje dzieła na nowo,
pierwotna moc i przekaz wysyłane są dokładnie z tą samą intensywnością i nie ma
w tym nic nieaktualnego, czy wystudiowanego, odtworzonego z dyskietki zza
błyszczącego kasku. Szepty Albarna w megafonie przed Trimm Trabb wywołują takie
same, a nawet wyraźniejsze dreszcze na całym ciele, podobnie jak ekscytujące
przejścia bębnów przerzucające się w pozornie chaotycznym refrenie.
Podobnie nie wierzę w to, że pozy Albarna, które naoglądałem
się na youtubach, jego kolejne grymasy, które znam chyba całkiem dobrze miałyby
być zaplanowane. Był tego wieczoru naprawdę smutny (Out of time, wiadomo),
czarujący (zaproszenie do tańca w orkiestrowym The Universal), szalony (wygłupy
na barierkach pod Country House’m), czuły (Tender, nawet podegrał do wspólnego
śpiewania), meast(r)atyczny (dowodzenie sekcją dętą i chórkiem – tak, to
wszystko wzięli ze sobą do Polski, w ich słowniku nie ma słowa „fuszerka”) i
wreszcie polski, kiedy rzucał nie-tak-bardzo zdawkowe „dzięki” i szczerze
przyznawał się do stanu wiedzy o Solidarności. Dobrze wiedzieć, że są ludzie,
którzy się nie zmieniają i tak pięknie uskuteczniają smutek jako podstawowy
środek artystyczny.
Patrząc na szaleństwa lidera i rozpływając się w „ocean of
noise” spiżowego solo Grahama Coxona w This is a low trudno mi było wyobrazić
sobie Blur w lepszej formie. Tym bardziej boli niezrozumiała kwestia
całkowitego zawieszenia prac nad długogrającym wydawnictwem . Określenie, które
ciśnie mi się na usta, że „oni wciąż mogą” może się wydawać nieco dziwne
kontekście Damona, który, przypomnijmy, zdobył nawet komiksową Amerykę małpami
Gorillaz, a ostatnio nawet stworzył operę. Podobnie entuzjastycznie może ktoś
pomyśleć o niedbale garażowych impresjach piosenkowych Grahama Coxona, ale
prosty rachunek pokazuje, że nie zrobili razem niczego większego od 14 lat (13 LP). Podczas, gdy rozproszona i zdehumanizowana
dzisiejsza muzyka nie dzieli ze współczesnymi sobie żadnej wspólnej myśli,
przewijające się tego wieczora hasło
„end of the century” brzmiało tak bardzo aktualnie. Paradoksalnie to dzisiejsza
muzyka jest „rozmyta” -zapętlaniem i „mrocznym, kombinowanym techno” oddaje
niepewność i zwątpienie czasów kryzysu. Albarn już się z tym zmagał – to ja
jestem thwentieth first century boy z, satelita stoi także na dachu mojego
domu, a gdyby nie podziałało swobodnie rzucone zapewnienie, że it’s nothing
special, Damon bierze każdego nas do serduszka szepcząc „hallelujah singing out
loud singing to you”.
To był jeden z piękniejszych wieczorów mojego życia, nie
tylko w czysto muzycznych kategoriach. Cóż, czekałem na ten koncert pół życia,
ale wszystko i tak okazało się cudowne. To dobrze, że istnieją jeszcze ludzie,
którzy zajmują się smutkiem, aby odmalować swój stosunek do życia, do świata,
do emocji. To się działo naprawdę, wreszcie poczułem – na żywo, a nie jak
zwykle w słuchawkach – euforię na triumfalne zakończenie The Universal, gdy
dęciaki grały instrumentalny refren mogłem drzeć się razem z nimi i skakać i
unosić ręce w góry zwycięskim gestem. Bo udało mi się, stałem się częścią tej
wielkiej historii i… well here’s youre lucky Day!
sobota, 19 marca 2011
Wierność w stereo
Wiem, że dawno dawno nie pisałem. Wiem, że to głupie. Ale jak już zacząłem kiedyś to dokańczam. I niech sobie jest.
"Wierność w stereo" to tytuł mojej ulubionej książki, w której główny bohater stara się zawrzeć najważniejsze aspekty swojego życia w śmiesznych rankingach, typu "5 najlepszych piosenek na pogrzeb". Zaintrygowała mnie sama teza, że można w tak łatwy sposób pokazać jak muzyka może mieć wpływ na nasze życie. Że piosenki są tylko odzwierciedleniem naszych aktualnych emocji. Więc przedstawiam moje top 5 płyt, które mogły w jakiś sposób ukształtować mnie czy moje uczucia czy sposób patrzenia na świat.
Na początku
1. U2 - All That You Can't leave behind
To był naprawdę początek. Trudno mi nawet szacować jak bardzo ta płyta mnie ukształtowała, moje emocje, wrażliwość czy sposób odbierania zarówno świata jak i muzyki. Jedyna płyta, która dla mnie nie ma ani jednej zbędnej czy średniej minuty, wszystko jest tu idealnie dopasowane. Niech o jej wielkości powie coś to, że od pewnego czasu nie mogę słuchać jej ot, tak.
To rytuał. Jeśli decyduję się na odsłuch, to staram się temu nadać jak najbardziej mistyczne znaczenie - nie robię nic innego tylko "wczuwam się w klimat" i rozkminiam. Dzieje się to też, gdy chcę się szczególnie zastanowić what's going on i ogólnie jak dzieje, lub ma się stać coś dla mnie szczególnie ważnego. Ta płyta właściwie mogłaby zastąpić pozostałe 4 w tej "sekcji", bo jest dla mnie głównym drogowskazem, jak czasem jestem lekko "zamotany" i nie wiem co robić to przypomina mi jaki byłem i jaki powinienem być do tej pory.
2. Coldplay - Parachutes
Sam się zdziwiłem jak bezbłędnie znam jeszcze tekst tego utworu. "So I looked in your direction, but you paid me no attention, (do you?)" Wystarczała tylko chwila uwagi, wyrażało się gotowość do najbardziej radykalnych zmian przy dźwiękach akustyka dzielonego z delikatnym przesterem małej ekektrycznej udającej "gwiazdki: Edge'owych pogłosów. I rozpaczliwie archetypiczny młodzieńczy falset "Is this my final chance of getting you?". Więc zadrżyłaś czy nie? Nie chciałem iść z Tobą do kina czy zmienić status na fejsbuku (wtedy nie miałem nawet lasta), że zrobiliśmy karmel z chemii, która jest między nami (ciekawe co wtedy porabiał p. Marcin...). Drgnij no, żeby Cię to chociaż drgnęło!
3. Blur - 13
Ciężka, głęboka, charszcząca gitara Coxona, gdzieniegdzie bas akcentujący powolny rytm walca, swoisty Slow Dancing tego utworu i klimatu w ogól. Raczej percussion niż drums, prawie unplugged w sensie, że tak intymny... (znów) klimat. "I won't kill myself, trying to stay in your life. I got no distance left to run". Albarn w żałobie, przerażająco smutny, zmęczony, w 3:36 ("that this life") wręcz tłumi przywołane, sztuczne, obojętne ziewnięcie. Gospelowe chórki proszące wcześniej tender ("waiting for that feeling to come"), teraz jasno określają klimat, że tak, to ma być celowo smutna piosenka.
4. Radiohead - OK Computer
Pewnego kiedyś dawnego wakacyjnego dnia włączyłem OK Computer na Winampie, pod głosiłem głośnik, wyłączyłem monitor, zasiadłem na fotelu, patrzyłem w okno (zaczynało się chyba robić ciemno) i słuchałem. Chyba pierwszy raz tak bardzo dałem wciągnąć się w chory klimat muzyki w ogóle. A było w co. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Airbag byłem w lekkim szoku, bo chociaż mogłem rozróżnić poszczególne instrumenty, to nie ogarniałem dlaczego to brzmi tak zupełnie... inaczej niż wszystko inne. Futurystycznie a zagrane przecież przez "żywy" zespół i nawet tam elektroniki jakiejś bardzo nie znajdowałem. Pewnie stało się tak ze wszystkimi, nie będę oryginalnym mówiąc że płyta Radiohead stała się dla mnie biletem do świata muzyki alternatywnej, całkowicie tego świadomy stałem się młodym adeptem nieżalu. I muzycznym snobem sikającym na nudę radia powszechno-absolutnie-wszędzie-słuchanego-komercyjnego.
Exit Music (for a film) do tej pory jawi mi się jako archetypiczny wzór smutku doskonałego. Motyw z Romka i Julki to taka klasyka, że już banał, ale zawarta w epickich, wręcz sakralnych organach/chórkach "keep breathing" opowieść o najbardziej niezsynchronizowanej parce świata tak samo jak u Shakespear-a bezpośrednio uderza i wzrusza przeraźliwie prostym i oczywistym smutkiem.
5. Myslovitz - Korova Milky Bar
Pamiętam, że w pewnym momencie przeistoczył się ten song z typowego imoł-smęta w coś co definiuje, nazywa moje uczucia. Jakaś beznadziejność. AAAaaaa Werter.
Teraz
ad 1. Muchy - Notoryczni debiutanci (+ punchline-y z "Terroromansu"
(sry za jakość)
To nie przypadek, że to na koncerty Much nie chodzę sam, tylko z "paczką", to nie przypadek, że nie-singiel z "Notorycznych" lubi aż jakieś 5 osób, to nie przypadek, że wszyscy tańczą do "Przesilenia" i skaczą i jest fajnie (i nawet niektórzy zaczynają to lubić). Pewnie nie będę pierwszy, ale Muchy to dla mnie TEN zespół, który będę pamiętał po latach jako ten, który pomagał mi się wyrażać w czasach nastoletniości. Nie bez znaczenia jest to, że znam ich od samego początku, od razu przypadli mi do gustu, gdy obejrzałem kiedyś kiedyś jeszcze amatorski teledysk do "Najważniejszego dnia" (i będę się tym szczycił). Kiedyś był Perfekt, gdzie ludzie krzyczeli "chcemy bić ZOMO", a teraz nagle wszyscy mieli na GG teksty o delicjach z "Galanterii". Ok, trzeba pamiętać o proporcjach, ale znana mi połowa pokolenia '93 zna i kojarzy ten świetny zespół, co jest super. Mamy coś wspólnego.
To nie może być przypadek, że najlepszy utwór z 2giej płyty nazywa się właśnie "93". Przywłaszczam go sobie, panie Wiraszko.
"Zakochałem się w tramwaju, zakochałem się na mieście".
ad 2. Sparklehorse & Danger Mouse (+ "Piano fire)
Jest coś niewypowiedzianie pięknego i nieuchronnego, nie-powierzchownego gdy już w ołpenerze Revenge ten pan podobno z The Flaming Lips wyczekuje na te całe smyki w refrenie. Coś jak muzyka filmowa, podobny poziom dostojeństwa, lekkiego dodania patosu, który każe naprawdę dać sprawom jakieś znaczenie. Później, track nr. 2. Przecież bicie gitary, rytm to jest sielanka jakaś. I w tym klimacie leciutko powtarzane "just war" po czym wchodzi najpiękniejsze rozwinięcie refrenowo-melodyczne roku, bez dwóch zdań (z taką gitarką w tle). Nie potrzeba już tak płakać jak na "Spadochronach" , można cały czas już pozornie zachowywać spokój ducha, mieć całe te werterowskie sprawy bardziej poukładane, a i tak podświadomie po prostu się wie, pamięta, że można się przez to zabić/wystawić na wieczne pośmiewisko (jak np. nie trafić strzelając sobie w łeb).
A lullaby (że kołysanka) może być już insane (że obłąkane że).
Bo zawsze można już skrzywdzić jakąś little girl tak taśmowo, jak te argegggio wiosła.
ad 3. Gorillaz - Demon Days
Damon Albarn is god. Jego głos zawsze mnie uspokaja. Zmęczony, zrezygnowany, śpiewa jakby od niechcenia (wspaniale oddają to animacje koncertowe, dosłownie pokazane niechlujstwo). Gdy słyszymy go w Blur, w takim Out Of Time, ten smutek jest dosłowny, namacalny, bardzo ludzki; powiedzmy wprost - niezwykle on dołuje. Tu - na Damon Days - jest wzięty jakby w cudzysłów, pokazany z koniecznego wręcz dystansu. Otoczony jest świetnymi bitami i plumkaniem basu, które wprowadzają wspaniałą równowagę nie pozwalającą nam pociąć się żyletką. Słuchając tych niesamowitych smyczków dostajemy jasne przesłanie - "pieprzyć to, tak ma być, niech se będzie".
ad 4. The Kills - Midnight Boom
Pierwsze imprezki, całonocne, swobodne picie alkoholu, jednocześnie niezdrowa fascynacja taką jawnie złą kobietą jak Allison. Prawdziwy hedonizm, już nie udawany jak przy grzeczno-tanecznym Franz Ferdinand. Zgrzyt. Szorstkość. Mogę to lubić.
ad 5. Interpol - Antics (+ NYC + Specialist)
Nie wiem dlaczego, ale dokładnie te zejścia basu w 1:44 są perfekcyjne. Pamiętam jak idealnie zawierał się w tym klimat pierwszej poasienajebałem zamuły.
A "Specialist" to przecież najbardziej przejmujące błaganie o litość we wszelkiej muzyce. Zagłuszone, pochłaniane przez tą idealną sekcję rytmiczną.
"I'm a specialist in hope and I'm registered to vote".
"Wierność w stereo" to tytuł mojej ulubionej książki, w której główny bohater stara się zawrzeć najważniejsze aspekty swojego życia w śmiesznych rankingach, typu "5 najlepszych piosenek na pogrzeb". Zaintrygowała mnie sama teza, że można w tak łatwy sposób pokazać jak muzyka może mieć wpływ na nasze życie. Że piosenki są tylko odzwierciedleniem naszych aktualnych emocji. Więc przedstawiam moje top 5 płyt, które mogły w jakiś sposób ukształtować mnie czy moje uczucia czy sposób patrzenia na świat.
Na początku
1. U2 - All That You Can't leave behind
To był naprawdę początek. Trudno mi nawet szacować jak bardzo ta płyta mnie ukształtowała, moje emocje, wrażliwość czy sposób odbierania zarówno świata jak i muzyki. Jedyna płyta, która dla mnie nie ma ani jednej zbędnej czy średniej minuty, wszystko jest tu idealnie dopasowane. Niech o jej wielkości powie coś to, że od pewnego czasu nie mogę słuchać jej ot, tak.
To rytuał. Jeśli decyduję się na odsłuch, to staram się temu nadać jak najbardziej mistyczne znaczenie - nie robię nic innego tylko "wczuwam się w klimat" i rozkminiam. Dzieje się to też, gdy chcę się szczególnie zastanowić what's going on i ogólnie jak dzieje, lub ma się stać coś dla mnie szczególnie ważnego. Ta płyta właściwie mogłaby zastąpić pozostałe 4 w tej "sekcji", bo jest dla mnie głównym drogowskazem, jak czasem jestem lekko "zamotany" i nie wiem co robić to przypomina mi jaki byłem i jaki powinienem być do tej pory.
2. Coldplay - Parachutes
Sam się zdziwiłem jak bezbłędnie znam jeszcze tekst tego utworu. "So I looked in your direction, but you paid me no attention, (do you?)" Wystarczała tylko chwila uwagi, wyrażało się gotowość do najbardziej radykalnych zmian przy dźwiękach akustyka dzielonego z delikatnym przesterem małej ekektrycznej udającej "gwiazdki: Edge'owych pogłosów. I rozpaczliwie archetypiczny młodzieńczy falset "Is this my final chance of getting you?". Więc zadrżyłaś czy nie? Nie chciałem iść z Tobą do kina czy zmienić status na fejsbuku (wtedy nie miałem nawet lasta), że zrobiliśmy karmel z chemii, która jest między nami (ciekawe co wtedy porabiał p. Marcin...). Drgnij no, żeby Cię to chociaż drgnęło!
3. Blur - 13
Ciężka, głęboka, charszcząca gitara Coxona, gdzieniegdzie bas akcentujący powolny rytm walca, swoisty Slow Dancing tego utworu i klimatu w ogól. Raczej percussion niż drums, prawie unplugged w sensie, że tak intymny... (znów) klimat. "I won't kill myself, trying to stay in your life. I got no distance left to run". Albarn w żałobie, przerażająco smutny, zmęczony, w 3:36 ("that this life") wręcz tłumi przywołane, sztuczne, obojętne ziewnięcie. Gospelowe chórki proszące wcześniej tender ("waiting for that feeling to come"), teraz jasno określają klimat, że tak, to ma być celowo smutna piosenka.
4. Radiohead - OK Computer
Pewnego kiedyś dawnego wakacyjnego dnia włączyłem OK Computer na Winampie, pod głosiłem głośnik, wyłączyłem monitor, zasiadłem na fotelu, patrzyłem w okno (zaczynało się chyba robić ciemno) i słuchałem. Chyba pierwszy raz tak bardzo dałem wciągnąć się w chory klimat muzyki w ogóle. A było w co. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Airbag byłem w lekkim szoku, bo chociaż mogłem rozróżnić poszczególne instrumenty, to nie ogarniałem dlaczego to brzmi tak zupełnie... inaczej niż wszystko inne. Futurystycznie a zagrane przecież przez "żywy" zespół i nawet tam elektroniki jakiejś bardzo nie znajdowałem. Pewnie stało się tak ze wszystkimi, nie będę oryginalnym mówiąc że płyta Radiohead stała się dla mnie biletem do świata muzyki alternatywnej, całkowicie tego świadomy stałem się młodym adeptem nieżalu. I muzycznym snobem sikającym na nudę radia powszechno-absolutnie-wszędzie-słuchanego-komercyjnego.
Exit Music (for a film) do tej pory jawi mi się jako archetypiczny wzór smutku doskonałego. Motyw z Romka i Julki to taka klasyka, że już banał, ale zawarta w epickich, wręcz sakralnych organach/chórkach "keep breathing" opowieść o najbardziej niezsynchronizowanej parce świata tak samo jak u Shakespear-a bezpośrednio uderza i wzrusza przeraźliwie prostym i oczywistym smutkiem.
5. Myslovitz - Korova Milky Bar
Pamiętam, że w pewnym momencie przeistoczył się ten song z typowego imoł-smęta w coś co definiuje, nazywa moje uczucia. Jakaś beznadziejność. AAAaaaa Werter.
Teraz
ad 1. Muchy - Notoryczni debiutanci (+ punchline-y z "Terroromansu"
(sry za jakość)
To nie przypadek, że to na koncerty Much nie chodzę sam, tylko z "paczką", to nie przypadek, że nie-singiel z "Notorycznych" lubi aż jakieś 5 osób, to nie przypadek, że wszyscy tańczą do "Przesilenia" i skaczą i jest fajnie (i nawet niektórzy zaczynają to lubić). Pewnie nie będę pierwszy, ale Muchy to dla mnie TEN zespół, który będę pamiętał po latach jako ten, który pomagał mi się wyrażać w czasach nastoletniości. Nie bez znaczenia jest to, że znam ich od samego początku, od razu przypadli mi do gustu, gdy obejrzałem kiedyś kiedyś jeszcze amatorski teledysk do "Najważniejszego dnia" (i będę się tym szczycił). Kiedyś był Perfekt, gdzie ludzie krzyczeli "chcemy bić ZOMO", a teraz nagle wszyscy mieli na GG teksty o delicjach z "Galanterii". Ok, trzeba pamiętać o proporcjach, ale znana mi połowa pokolenia '93 zna i kojarzy ten świetny zespół, co jest super. Mamy coś wspólnego.
To nie może być przypadek, że najlepszy utwór z 2giej płyty nazywa się właśnie "93". Przywłaszczam go sobie, panie Wiraszko.
"Zakochałem się w tramwaju, zakochałem się na mieście".
ad 2. Sparklehorse & Danger Mouse (+ "Piano fire)
Jest coś niewypowiedzianie pięknego i nieuchronnego, nie-powierzchownego gdy już w ołpenerze Revenge ten pan podobno z The Flaming Lips wyczekuje na te całe smyki w refrenie. Coś jak muzyka filmowa, podobny poziom dostojeństwa, lekkiego dodania patosu, który każe naprawdę dać sprawom jakieś znaczenie. Później, track nr. 2. Przecież bicie gitary, rytm to jest sielanka jakaś. I w tym klimacie leciutko powtarzane "just war" po czym wchodzi najpiękniejsze rozwinięcie refrenowo-melodyczne roku, bez dwóch zdań (z taką gitarką w tle). Nie potrzeba już tak płakać jak na "Spadochronach" , można cały czas już pozornie zachowywać spokój ducha, mieć całe te werterowskie sprawy bardziej poukładane, a i tak podświadomie po prostu się wie, pamięta, że można się przez to zabić/wystawić na wieczne pośmiewisko (jak np. nie trafić strzelając sobie w łeb).
A lullaby (że kołysanka) może być już insane (że obłąkane że).
Bo zawsze można już skrzywdzić jakąś little girl tak taśmowo, jak te argegggio wiosła.
ad 3. Gorillaz - Demon Days
Damon Albarn is god. Jego głos zawsze mnie uspokaja. Zmęczony, zrezygnowany, śpiewa jakby od niechcenia (wspaniale oddają to animacje koncertowe, dosłownie pokazane niechlujstwo). Gdy słyszymy go w Blur, w takim Out Of Time, ten smutek jest dosłowny, namacalny, bardzo ludzki; powiedzmy wprost - niezwykle on dołuje. Tu - na Damon Days - jest wzięty jakby w cudzysłów, pokazany z koniecznego wręcz dystansu. Otoczony jest świetnymi bitami i plumkaniem basu, które wprowadzają wspaniałą równowagę nie pozwalającą nam pociąć się żyletką. Słuchając tych niesamowitych smyczków dostajemy jasne przesłanie - "pieprzyć to, tak ma być, niech se będzie".
ad 4. The Kills - Midnight Boom
Pierwsze imprezki, całonocne, swobodne picie alkoholu, jednocześnie niezdrowa fascynacja taką jawnie złą kobietą jak Allison. Prawdziwy hedonizm, już nie udawany jak przy grzeczno-tanecznym Franz Ferdinand. Zgrzyt. Szorstkość. Mogę to lubić.
ad 5. Interpol - Antics (+ NYC + Specialist)
Nie wiem dlaczego, ale dokładnie te zejścia basu w 1:44 są perfekcyjne. Pamiętam jak idealnie zawierał się w tym klimat pierwszej poasienajebałem zamuły.
A "Specialist" to przecież najbardziej przejmujące błaganie o litość we wszelkiej muzyce. Zagłuszone, pochłaniane przez tą idealną sekcję rytmiczną.
"I'm a specialist in hope and I'm registered to vote".
Tagi:
Blur,
Coldplay,
Damon Albarn,
Danger Mouse,
Gorillaz,
Interpol,
Muchy,
Myslovitz,
Radiohead,
Sparklehorse,
The Kills,
U2
środa, 30 czerwca 2010
Wielkość według Glastonbury 2010
Glastonbury potwierdza swoją niepodważalną pozycję najważniejszego festiwalu świata. Zawsze coś się dzieje, także w tym roku kilku artystów potwierdziło swoją wielkość i dołożyło swoją cegiełkę do 40-letniej już historii tego angielskiego spędu muzycznego.
Wielkość wg. Jacka White-a
Zakładasz ociekający zajebistością kapelusz z piórkiem (wszystko rzecz jasna w czarnym kolorze) bierzesz najfajniejszą dziewoję z bandu wspaniale śmiejącą się z Twoich dowcipów i przychodzisz na wywiad do prowizorycznej przyczepy. Ot tak, bez żadnego wysiłku olśniewasz poczuciem humoru i rzucasz puentami na prawo i lewo.
Już poza przyczepą zaskakujesz niekumatych robieniem pierdolnięcia na czymś innym niż gitara i starasz się wbić wszystkim do głowy, że Twój obecny projekt jest tym najważniejszym. Nawet w historii rocka.
Wielkość wg. Damona Albarna
Poprzedniego roku bez większego problemu i "z marszu" zebrałeś starych kumpli na kilka koncertów na których ożywiliście historycznego trupa zwanego "britpopem". Na Piramid Stage uroniłeś nawet łzę. Tym razem przybywasz także bez większego przygotowania, bo nagle jakiemuś konusowi z Irlandii stało się coś z plecami i musisz zastąpić główną gwiazdę imprezy. Nie zrażasz się, nie obrażasz, tylko w pocie czoła przygotowujesz.... karaoke! Ale nie takie zwykłe. Ważne karaoke. Z przesłaniem. Chociaż nie zachwycasz się Radiogłowymi, to popierasz ich zielony manifest. Więc każesz śpiewać temu tumultowi o złych plastikowych butelkach i w przygotowanym wideo na głównym ekranie nawiązujesz do "Uwolnić Orkę". Z prawdziwą pasją i wściekłością zgniatasz ten niewinny, pusty 1 litr colialboinnegopicia i groźnym wzrokiem nakazujesz im śpiewać razem z Tobą. Władczym gestem uciszasz swoją niesamowitą gorylową orkiestrę, bo te nastoletnie angielskie tempaki muszą powtarzać Twój manifest aż trzeci raz. Ale ostatecznie słyszysz ich epicki chór, będą go słyszeć nawet na Tubie. Znów pod płaszczykiem elektronicznego popu z domieszką hip-hopu dałeś bezcenną światopoglądową lekcję pokoleniu MTV. Brawo, jesteś najbardziej cool pedagogiem na calutkim zaśmieconym świecie.
Wielkość wg. Thoma Yorka
Robisz wszystkim niespodziankę i jesteś na evencie jako "suprise gig". Pewnie nie chciało Ci się świecić na szczycie line-upu i brać ze sobą całego bandu. Przyjeżdżasz z Jonnym, bierzesz starego akustyka i z głupią bandaną na czuprynie słuchasz jak dziesiątki tysięcy ludzi bezbłędnie śpiewa Twoją piosenkę z klasycznej płyty o komputerach. Ktoś ośmieli się zakwestionować Twoją wielkość? Zagroź im, że następnym razem bardziej się postarasz,przylecisz statkiem kosmicznym na biopaliwo i rozniesiesz całe to indie gówno.
Wielkość wg. The Edge-a
Jesteś ostro wkurzony, że ten mały krzykacz z napompowanym ego z Twojego zespołu chciał zrobić podwójne salto i popisać się publice. I zrobił sobie coś z plecami. Przez tę jego "kontuzję" wszyscy muszą przerwać koncerty na 2 miesiące i tracicie kupę kasy. Jakiś miliard. Fuck. Ile razy masz mu powtarzać "Bono, starzejesz się" "Bono, naprawdę nie umiesz grać na gitarze" "Bono, ten prezydent i tak ma cię w dupie" "Bono, kretynie, zaraz zabiorę Ci te koturny i wszyscy zobaczą, że naprawdę jesteś najniższy w zespole!". Żal. Jeszcze kolejny miliard ludzi na całym świecie myśli, że to Bono wszystko sam sobie pisze i gra na wszystkim. W ogóle nie ogarniają, ze to Ty jesteś kluczową i niezbędną postacią U2, nikt tak nie zagra i czasami nawet Ty nie możesz się połapać w tych wszystkich efektach, które trzeba użyć żeby wszystko zabrzmiało jak trzeba.
Ale tak nie będzie. Wystąpisz na tym słynnym i wielki festiwalu i tak i tak.
Nawet jeśli będziesz musiał zagrać z tym śmiesznym prawie-rock-bandem. W którym jest przesadnie wczuwający się śmieszny śpiewak w różowych, obcisłych spodniach. No nic, ale mają za to na tyle zajebistego pałkera, że pozwolisz mu na zaszczyt nadawania rytmu Tobie. Więc wkraczasz na tą małą scenkę ( w porównaniu z Twoimi trasami, he he) i fajnie jest, bo ta dzicz Cię rozpoznaje i oczywiście wiwatują na Twoją cześć. Nareszcie jesteś gwiazdą, wszyscy nareszcie mogą się przekonać, że to tylko Twój song, i to właśnie Ty, sam, w swoim pokoiku nagrałeś pierwsze demo. I z czegoś wzięły się te tytuły "największego utowru gitarowego ever". Zabrzmiewa wspaniałe ( bo tylko Twoje) intro i nareszcie pokazujesz jaki jesteś wielki, nawet bez jakiejkolwiek pomocy tego małego nadętego buca na wokalu.
Wielkość wg. Jacka White-a
Zakładasz ociekający zajebistością kapelusz z piórkiem (wszystko rzecz jasna w czarnym kolorze) bierzesz najfajniejszą dziewoję z bandu wspaniale śmiejącą się z Twoich dowcipów i przychodzisz na wywiad do prowizorycznej przyczepy. Ot tak, bez żadnego wysiłku olśniewasz poczuciem humoru i rzucasz puentami na prawo i lewo.
Już poza przyczepą zaskakujesz niekumatych robieniem pierdolnięcia na czymś innym niż gitara i starasz się wbić wszystkim do głowy, że Twój obecny projekt jest tym najważniejszym. Nawet w historii rocka.
Wielkość wg. Damona Albarna
Poprzedniego roku bez większego problemu i "z marszu" zebrałeś starych kumpli na kilka koncertów na których ożywiliście historycznego trupa zwanego "britpopem". Na Piramid Stage uroniłeś nawet łzę. Tym razem przybywasz także bez większego przygotowania, bo nagle jakiemuś konusowi z Irlandii stało się coś z plecami i musisz zastąpić główną gwiazdę imprezy. Nie zrażasz się, nie obrażasz, tylko w pocie czoła przygotowujesz.... karaoke! Ale nie takie zwykłe. Ważne karaoke. Z przesłaniem. Chociaż nie zachwycasz się Radiogłowymi, to popierasz ich zielony manifest. Więc każesz śpiewać temu tumultowi o złych plastikowych butelkach i w przygotowanym wideo na głównym ekranie nawiązujesz do "Uwolnić Orkę". Z prawdziwą pasją i wściekłością zgniatasz ten niewinny, pusty 1 litr colialboinnegopicia i groźnym wzrokiem nakazujesz im śpiewać razem z Tobą. Władczym gestem uciszasz swoją niesamowitą gorylową orkiestrę, bo te nastoletnie angielskie tempaki muszą powtarzać Twój manifest aż trzeci raz. Ale ostatecznie słyszysz ich epicki chór, będą go słyszeć nawet na Tubie. Znów pod płaszczykiem elektronicznego popu z domieszką hip-hopu dałeś bezcenną światopoglądową lekcję pokoleniu MTV. Brawo, jesteś najbardziej cool pedagogiem na calutkim zaśmieconym świecie.
It's all good news now
Because we left the taps
Running
For a hundred years
So drink into the drink
A plastic cup of drink
Drink with a couple of people
The plastic creating people
Still connected to the moment it began
Wielkość wg. Thoma Yorka
Robisz wszystkim niespodziankę i jesteś na evencie jako "suprise gig". Pewnie nie chciało Ci się świecić na szczycie line-upu i brać ze sobą całego bandu. Przyjeżdżasz z Jonnym, bierzesz starego akustyka i z głupią bandaną na czuprynie słuchasz jak dziesiątki tysięcy ludzi bezbłędnie śpiewa Twoją piosenkę z klasycznej płyty o komputerach. Ktoś ośmieli się zakwestionować Twoją wielkość? Zagroź im, że następnym razem bardziej się postarasz,przylecisz statkiem kosmicznym na biopaliwo i rozniesiesz całe to indie gówno.
Wielkość wg. The Edge-a
Jesteś ostro wkurzony, że ten mały krzykacz z napompowanym ego z Twojego zespołu chciał zrobić podwójne salto i popisać się publice. I zrobił sobie coś z plecami. Przez tę jego "kontuzję" wszyscy muszą przerwać koncerty na 2 miesiące i tracicie kupę kasy. Jakiś miliard. Fuck. Ile razy masz mu powtarzać "Bono, starzejesz się" "Bono, naprawdę nie umiesz grać na gitarze" "Bono, ten prezydent i tak ma cię w dupie" "Bono, kretynie, zaraz zabiorę Ci te koturny i wszyscy zobaczą, że naprawdę jesteś najniższy w zespole!". Żal. Jeszcze kolejny miliard ludzi na całym świecie myśli, że to Bono wszystko sam sobie pisze i gra na wszystkim. W ogóle nie ogarniają, ze to Ty jesteś kluczową i niezbędną postacią U2, nikt tak nie zagra i czasami nawet Ty nie możesz się połapać w tych wszystkich efektach, które trzeba użyć żeby wszystko zabrzmiało jak trzeba.
Ale tak nie będzie. Wystąpisz na tym słynnym i wielki festiwalu i tak i tak.
Nawet jeśli będziesz musiał zagrać z tym śmiesznym prawie-rock-bandem. W którym jest przesadnie wczuwający się śmieszny śpiewak w różowych, obcisłych spodniach. No nic, ale mają za to na tyle zajebistego pałkera, że pozwolisz mu na zaszczyt nadawania rytmu Tobie. Więc wkraczasz na tą małą scenkę ( w porównaniu z Twoimi trasami, he he) i fajnie jest, bo ta dzicz Cię rozpoznaje i oczywiście wiwatują na Twoją cześć. Nareszcie jesteś gwiazdą, wszyscy nareszcie mogą się przekonać, że to tylko Twój song, i to właśnie Ty, sam, w swoim pokoiku nagrałeś pierwsze demo. I z czegoś wzięły się te tytuły "największego utowru gitarowego ever". Zabrzmiewa wspaniałe ( bo tylko Twoje) intro i nareszcie pokazujesz jaki jesteś wielki, nawet bez jakiejkolwiek pomocy tego małego nadętego buca na wokalu.
piątek, 12 marca 2010
Welcome To The World Of The Plastic Beach
Nareszcie mam!! Nową płytę Gorillaz :D Innymi słowy nareszcie nowy longplay Damona Albarna. Musi być bosko. Tym bardziej, że już teraz zachwycam i jaram się kilkoma utworami. Na recenzje i dokładniejszy opis przyjdzie jeszcze czas, ale to zbyt wielkie święto, żeby nie uczcić tego jakimkolwiek wpisem.
Chronologicznie na początku Broken, który poznałem z dema, wypuszczonego przed właściwą premierą płyty/kampanii z tym związanej. Syntezatorowo-hammondowa ballada z charakterystycznym niechciejstwem Albarna w w zwrotce.
Trochę się rozczarowałem, że album ver. nie różni się bardzo od dema, ale teraz widzę, że piosenka zyskała na lekkości. W refrenie mamy przyjemną zagrywkę klawiszową z dużym udziałem chórków wokalisty (tzn. bardziej - podwójna ścieżka wokalna). W mostku, w wyższym dźwięku "there's nothing..." zawiera się czyste muzyczne piękno znane np. z "Demon Days". Cała atmosfera, klimat jest budowany wokół tego momentu. Refren, chociaż szybszy i mający inne, mniej balladowe założenie nie psuje całości i jakiejś intymności kompozycji, która została zachowana mimo dużego wkładu elektroniki. Tekstowo także odjazd, Albarn podejmuje się bowiem określenia dokładnie, wręcz geograficznie miejsca gdzie odpływają wszyscy "broken-hearted-people". Zapowiedź jakiejś wspaniałej historii.
Stylo, czyli pierwszy singiel. Świetny basowy (?) riff przewijający się przez te wszystkie motywy z których składa się piosenka. Rapujący Mos Def do złudzenia przypomina głosowo Damona, co jest oczywiście tylko komplementem. Nie jest to typowy hicior, jak np. "Feel Good Inc." czy "Dare", co może świadczyć o tym, że Gorillaz stało się dla Albarna poważniejszym projektem, a nie tylko zabawową odskocznią od Blur (które jest niestety zawieszone). Świetny jest też absolutnie potężny zaśpiew Bobby-ego Wonacka.
Jak wiadomo, Gorillaz to zespół, na którego teledyski także czeka się z niecierpliwością. Tym razem wybrali bardziej klasyczna stylistykę, używając grafiki 3D w połączeniu z "normalnym", żywym obrazem i zatrudnili samego Bruce'a Willisa. Świetny pościg, jak zwykle pełny humoru i charyzmy panów frontmanów - Murdoca i 2D. Po prostu : odjazd. Dosłownie i w przenośni.
Rhinestone Eyes
Zaczyna się delikatnie, prosty raczej bit i delikatna gitarka. Tylko aby zaraz włączył się rap Damona. I jak to się mówi "pozamiatane". To właśnie dlatego tak bardzo czeka się na nowe rzeczy tych Wielkich - potrafią w 5 sekund zmiażdżyć samą charyzmą lub unikalnym, niepowtarzalnym głosem. Udręczony wokal, wyciągane górki z heroizmem godnym Arrasa to jedno, a taki rap to drugie. Sama muzyka tez jest świetna - wystarczy dodac do niej syntezatorowo - dęciakowy motyw, aby pookazać moc ukrytą w tym utworze. Swoją drogą, przypomina on w pewnym momencie "Thriller-a" śp. Wiadomo-Kogo i jest to ciekawy też temat, co Murdoc (fikcyjny frontman Gorillaz, wiecznie zapijaczony i wygłaszający stale obelgi kontrowersyjne opinie) sądzi o śmierci Jacko; czy tez za nim płakał? ;p
Krótko - wszystko opiera się bezczelnie na natchnionym rapie Damona Albarna, którego to głos i charyzmę podziwiam okropnie. !:10 min. Delikatne murmurando i wejście w tekst w niesamowitą, pełną mocą. Mnie tam miażdży.
PS. Jest to stan podjarki nowymi Gorylami zanotowany w niedzielę ostatnią. Teraz musiałbym wymyślić takie pochwały dla tak gdzieś połowy albumu. Damon Albarn znów pokazuje że jest mistrzem muzycznego pop-artu (tzn. wg. mojego pojęcia tego terminu).
Chronologicznie na początku Broken, który poznałem z dema, wypuszczonego przed właściwą premierą płyty/kampanii z tym związanej. Syntezatorowo-hammondowa ballada z charakterystycznym niechciejstwem Albarna w w zwrotce.
Trochę się rozczarowałem, że album ver. nie różni się bardzo od dema, ale teraz widzę, że piosenka zyskała na lekkości. W refrenie mamy przyjemną zagrywkę klawiszową z dużym udziałem chórków wokalisty (tzn. bardziej - podwójna ścieżka wokalna). W mostku, w wyższym dźwięku "there's nothing..." zawiera się czyste muzyczne piękno znane np. z "Demon Days". Cała atmosfera, klimat jest budowany wokół tego momentu. Refren, chociaż szybszy i mający inne, mniej balladowe założenie nie psuje całości i jakiejś intymności kompozycji, która została zachowana mimo dużego wkładu elektroniki. Tekstowo także odjazd, Albarn podejmuje się bowiem określenia dokładnie, wręcz geograficznie miejsca gdzie odpływają wszyscy "broken-hearted-people". Zapowiedź jakiejś wspaniałej historii.
Stylo, czyli pierwszy singiel. Świetny basowy (?) riff przewijający się przez te wszystkie motywy z których składa się piosenka. Rapujący Mos Def do złudzenia przypomina głosowo Damona, co jest oczywiście tylko komplementem. Nie jest to typowy hicior, jak np. "Feel Good Inc." czy "Dare", co może świadczyć o tym, że Gorillaz stało się dla Albarna poważniejszym projektem, a nie tylko zabawową odskocznią od Blur (które jest niestety zawieszone). Świetny jest też absolutnie potężny zaśpiew Bobby-ego Wonacka.
Jak wiadomo, Gorillaz to zespół, na którego teledyski także czeka się z niecierpliwością. Tym razem wybrali bardziej klasyczna stylistykę, używając grafiki 3D w połączeniu z "normalnym", żywym obrazem i zatrudnili samego Bruce'a Willisa. Świetny pościg, jak zwykle pełny humoru i charyzmy panów frontmanów - Murdoca i 2D. Po prostu : odjazd. Dosłownie i w przenośni.
Rhinestone Eyes
Zaczyna się delikatnie, prosty raczej bit i delikatna gitarka. Tylko aby zaraz włączył się rap Damona. I jak to się mówi "pozamiatane". To właśnie dlatego tak bardzo czeka się na nowe rzeczy tych Wielkich - potrafią w 5 sekund zmiażdżyć samą charyzmą lub unikalnym, niepowtarzalnym głosem. Udręczony wokal, wyciągane górki z heroizmem godnym Arrasa to jedno, a taki rap to drugie. Sama muzyka tez jest świetna - wystarczy dodac do niej syntezatorowo - dęciakowy motyw, aby pookazać moc ukrytą w tym utworze. Swoją drogą, przypomina on w pewnym momencie "Thriller-a" śp. Wiadomo-Kogo i jest to ciekawy też temat, co Murdoc (fikcyjny frontman Gorillaz, wiecznie zapijaczony i wygłaszający stale obelgi kontrowersyjne opinie) sądzi o śmierci Jacko; czy tez za nim płakał? ;p
Krótko - wszystko opiera się bezczelnie na natchnionym rapie Damona Albarna, którego to głos i charyzmę podziwiam okropnie. !:10 min. Delikatne murmurando i wejście w tekst w niesamowitą, pełną mocą. Mnie tam miażdży.
PS. Jest to stan podjarki nowymi Gorylami zanotowany w niedzielę ostatnią. Teraz musiałbym wymyślić takie pochwały dla tak gdzieś połowy albumu. Damon Albarn znów pokazuje że jest mistrzem muzycznego pop-artu (tzn. wg. mojego pojęcia tego terminu).
wtorek, 16 lutego 2010
Powrót Smętnego Damona czyli muzak na smętne wieczory
Szczerze mówiąc, miałem skończyć dzisiaj pisanie długasniego tekstu o NO!NO!NO! ale naszedł, a raczej napadl mnie dość specyficzny nastrój wieczornego nicniechcenia. Udało mi się skompletować coś w rodzaju idealnej setlisty na tą okazję. Pewnie nie mnie jednego to dopada, a powinienem coś dzisiaj napisać więc taadaaaa:
1. Saturday Comes Slow
Zjawił się nagle.
Słuchałem "jednym uchem" Myśliwieckiej 3/5/7 przysłuchując się nieokreślonemu minimalistycznemu bitowi z ledwo-co-wydającym-z-siebie wokalem. Po chwili zrozumiałem, że tylko jedna osoba na świecie może tak smęcić. Albarn oczywiście. Damon. Wielki Popowy Wodzirej w Gorillaz i niedawny wskrzesiciel brit popu we własnej osobie. Chociaż to tylko featuring dla Massive Attack, to zachwycające jest jak łatwo zdołał odcisnąć swoje piętno i charakter na tym songu.
Wspomniany już bit, oszczędna charakterystycznie gitarka akustyczna , delikatny tylko bas zaznaczający zmianę akordu. I ten refren oczywiście na wyższych dźwiękach. "Do you leve me?" Dalej wspaniale rozwijająca się perkusja pełniąca nawet rolę werbla. I skaczące klaswisze fortepianu obojętne na rozpaczliwe wyznania Albarna. Tło muzyczne podręcznikowo olewa wręcz jego emocje i tworzy galopujące (?) krajobrazy. A w centrum jak zwykle samotny Damon czyniący ostatni, heroiczny wręcz wysiłek przekazania światu swych smutków.
Ja mogę słuchać go non stop, mnie też odpręża. Odruchowo wręcz nakazuje mi mieć wszystko gdzieś, pozwala na monotonię, nic nie robienie i stan wiecznej nostalgii.
2. Cortez, the Killer ( Dave Matthews Band & Warren Haynes @ Central Park)
Wspaniałe gitarowe granie. Prawie instrumentalne. Tak po prostu dwóch gości (z bandem) gra klasyka Neila Younga. Jak dla mnie, mogliby to grać w nieskończoność. Żadnych zbędnych efektów, popisywania się, solówek z kosmosu. Czasem słychać zachrypnięty wokal Dave-a, ale generalnie pozostaje w cieniu gitary. Zdumiewa wręcz jak wspaniale Warren Haynes gra... cały czas coś innego, żadnych powtórzeń, monotonnego riffu. Od spokojnej partii akustyka, do szaleństwa w 7 minucie, gdzie gra po dwie struny na najwyższych progach do improwizowanego (to słychać) zakończenia przypominającego o głównej melodii.
Wspaniałe, muzak idealny, gdyby nie moje niezdrowe żądze scrooblowania czegoś na laście, leciałoby cały czas ;p Wspaniałe, niech trwa.
3. Angeline (oryginał, PJ Harvey oczywiście )
Idealny rytm. Tyle ja mogę tylko powiedzieć z technicznego, suchego opisu, ale zacytuję mojego kuzyna:
Cat Power - Good Woman
Taki bonus track. Na własną odpowiedzialność.
Według niepisanej zasady bowiem w takie wieczory jak te, nie powinno się generować jakiś głębszych uczuć. Mistrzem jest w tym wspomniany Albarn. Zdradzę wam, że jego moc polega właśnie na tym, że człowiek zapomina o uczuciach, które są nie takie(jakie powinny być)/przesadzoneza mocne - które powodują ten cały wieczorny stan. Ale pojakiś 10 repeatach wyżej wymienionych utworów i znieczulicy już, gdybyście chcieli wtedy przypomnieć o tym, że jednak możecie tak boleśnie mocno czuć te wszystkie uzucia - włączcie "Good Woman". Osobiście tego nie polecam, szczerze mówiąc, bo jak wiadomo "love is blindness" itd. itp. Nie moja wina, że ta piosenka jest tak... genialna, niesamowita. Czyste, niewyobrażalne piękno. Trzeba mieć wielką charyzmę, żeby zaśpiewać coś tylko z samą gitarą. Tu gra tylko pna najprostsze akordy, głos pani Chan Marshall wystaracza w zupełnoście.
Przywołuje emocje - daje też nadzieję chyba. Prawdziwa sielanka, błogość. Z jakimś drugim dnem (tekstem o odejściu. zbyt prostym, zdecydowanie zbyt prostym i za bardzo wstrząsającym tą bezpośredniością). To wygląda jak Jej spowiedź, proźba o przebaczene.
Nadzieja pozostaje jednak najgorszym z uczuć mogących na nawiedzić.
W jakiś sposób nienawidzę tej piosenki, bo nie pozwala i wrócic do Damona i innych uczuciowych painkillersów. Coś jak sól na otwartą ranę, ju noł aj miin. Nie pozwala za nic być znów obojętnym.
To źle
(a Ona jest po prostu piękna ;p)
1. Saturday Comes Slow
Zjawił się nagle.
Słuchałem "jednym uchem" Myśliwieckiej 3/5/7 przysłuchując się nieokreślonemu minimalistycznemu bitowi z ledwo-co-wydającym-z-siebie wokalem. Po chwili zrozumiałem, że tylko jedna osoba na świecie może tak smęcić. Albarn oczywiście. Damon. Wielki Popowy Wodzirej w Gorillaz i niedawny wskrzesiciel brit popu we własnej osobie. Chociaż to tylko featuring dla Massive Attack, to zachwycające jest jak łatwo zdołał odcisnąć swoje piętno i charakter na tym songu.
Wspomniany już bit, oszczędna charakterystycznie gitarka akustyczna , delikatny tylko bas zaznaczający zmianę akordu. I ten refren oczywiście na wyższych dźwiękach. "Do you leve me?" Dalej wspaniale rozwijająca się perkusja pełniąca nawet rolę werbla. I skaczące klaswisze fortepianu obojętne na rozpaczliwe wyznania Albarna. Tło muzyczne podręcznikowo olewa wręcz jego emocje i tworzy galopujące (?) krajobrazy. A w centrum jak zwykle samotny Damon czyniący ostatni, heroiczny wręcz wysiłek przekazania światu swych smutków.
Ja mogę słuchać go non stop, mnie też odpręża. Odruchowo wręcz nakazuje mi mieć wszystko gdzieś, pozwala na monotonię, nic nie robienie i stan wiecznej nostalgii.
2. Cortez, the Killer ( Dave Matthews Band & Warren Haynes @ Central Park)
Wspaniałe gitarowe granie. Prawie instrumentalne. Tak po prostu dwóch gości (z bandem) gra klasyka Neila Younga. Jak dla mnie, mogliby to grać w nieskończoność. Żadnych zbędnych efektów, popisywania się, solówek z kosmosu. Czasem słychać zachrypnięty wokal Dave-a, ale generalnie pozostaje w cieniu gitary. Zdumiewa wręcz jak wspaniale Warren Haynes gra... cały czas coś innego, żadnych powtórzeń, monotonnego riffu. Od spokojnej partii akustyka, do szaleństwa w 7 minucie, gdzie gra po dwie struny na najwyższych progach do improwizowanego (to słychać) zakończenia przypominającego o głównej melodii.
Wspaniałe, muzak idealny, gdyby nie moje niezdrowe żądze scrooblowania czegoś na laście, leciałoby cały czas ;p Wspaniałe, niech trwa.
3. Angeline (oryginał, PJ Harvey oczywiście )
Idealny rytm. Tyle ja mogę tylko powiedzieć z technicznego, suchego opisu, ale zacytuję mojego kuzyna:
no to najlepszy minimalistyczny odjazd everNie biorę odpowiedzialności za video, chciałem pokazać po prostu wersję studyjną z charakterystycznym, nachalnym brzmieniem basu.
Cat Power - Good Woman
Taki bonus track. Na własną odpowiedzialność.
Według niepisanej zasady bowiem w takie wieczory jak te, nie powinno się generować jakiś głębszych uczuć. Mistrzem jest w tym wspomniany Albarn. Zdradzę wam, że jego moc polega właśnie na tym, że człowiek zapomina o uczuciach, które są nie takie(jakie powinny być)/przesadzoneza mocne - które powodują ten cały wieczorny stan. Ale pojakiś 10 repeatach wyżej wymienionych utworów i znieczulicy już, gdybyście chcieli wtedy przypomnieć o tym, że jednak możecie tak boleśnie mocno czuć te wszystkie uzucia - włączcie "Good Woman". Osobiście tego nie polecam, szczerze mówiąc, bo jak wiadomo "love is blindness" itd. itp. Nie moja wina, że ta piosenka jest tak... genialna, niesamowita. Czyste, niewyobrażalne piękno. Trzeba mieć wielką charyzmę, żeby zaśpiewać coś tylko z samą gitarą. Tu gra tylko pna najprostsze akordy, głos pani Chan Marshall wystaracza w zupełnoście.
Przywołuje emocje - daje też nadzieję chyba. Prawdziwa sielanka, błogość. Z jakimś drugim dnem (tekstem o odejściu. zbyt prostym, zdecydowanie zbyt prostym i za bardzo wstrząsającym tą bezpośredniością). To wygląda jak Jej spowiedź, proźba o przebaczene.
Nadzieja pozostaje jednak najgorszym z uczuć mogących na nawiedzić.
W jakiś sposób nienawidzę tej piosenki, bo nie pozwala i wrócic do Damona i innych uczuciowych painkillersów. Coś jak sól na otwartą ranę, ju noł aj miin. Nie pozwala za nic być znów obojętnym.
To źle
(a Ona jest po prostu piękna ;p)





