background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SP 7". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SP 7". Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 listopada 2015

SP 7": Adventure at first sight




Adventure of a lifetime jest wszystkim tym, czego potrzebował teraz Coldplay. Niegłupia, radio-friendly piosenka, która spokojnie powinna stać się przebojem. Dlaczego tym razem nie mam im tego za złe? W dużej mierze przyznam, że im się to po prostu należało. Po wydaniu gwiazdorskiego, ale miejscami koszmarnym Mylo Xyloto chłopaki spuściły nieco z tonu w drodze na szczyt/bycia nowym U2. Wydali mniejsze, wyciszone Ghost Stories podejmując artystyczne ryzyko - i faktycznie, rynke także odmówił im fejmu usuwając w cień mainstreamu.

Powrócili z impetem i naprawdę fajnym singlem; nawet się nie spodziewałem że będę tak zapętlać. Może dlatego, że tym razem zainspirowali się nie miałką Rihanną (nieszczęsne Paradise), ale takimi Artystami jak Kylie Minogue, The Cardigans czy Phoenix. Prowadząca utwór funkująca gitara wydaje się być wyjęta z tanecznych przebojów początków lat dwutysięcznych. Dziarskie tempo zwrotki jak ulał pasuje do tak legendarnych gitarowych bangerów jak Love at first sight (dokładnie ten sam układ akordów!!!), czy Lovefool (dzwoneczki!). Zupełnie jakby Chris Martin zobaczył co uważam za wzór gitarowej muzyki tanecznej w tym mixtejpie. Wiele osób dopatruje się w Przygodzie... Daft Punk, -rytmika jest ta sama, to prawda. Ale singiel Coldplay wydaje się mniej wystudiowany; zamiast studyjnej perfekcji dostajemy tą bezcenną spontaniczną radość muzykowania, która sprawia, że chłopaków z Londynu wciąż nie da się nie lubić.

Singiel zapowiadający album A head full of dreams to jednak przede wszystkim nigdy nie spełnione marzenie Bono o tanecznym przeboju do tańca w wykonaniu 4-osobowego zespołu gitarowego. Być może U2 nigdy by się nie zniżyło na taki poziom popowej prostoty, zawsze woleli kombinować, ale ich próby i kolejne remixy były naprawdę desperackie. A to właśnie Coldplay zgarnęło całą pulę w supergwiazdorskim wyzwaniu na napisanie współczesnego przeboju z klubowym pulsem, bezpretensjonalną kompozycją i ciekawym pomysłem.

piątek, 9 października 2015

SP 7": Czy gaśnie, czy lśni



Wypuszczony przedwczoraj singiel O krok to bardzo miła niespodzianka od zespołu Pustki. 
"Miła" jest tu słowem kluczem, bo jest w tej piosence coś bardzo prostego, ładnego i nieskomplikowanego. Pewna muzyczna oczywistość, gdy biorąc do ręki gitarę od razu odgadłem układ akordów w refrenie: F-dur najbardziej harmonijnie przesuwa się w G-dur i zamyka na a-moll.

Prostota jest mile widziana w Pustkach nie od dziś. Dokument o nagrywaniu Grandy Brodki zarejestrował wypowiedź jej tekściarza, Radka Łukasiewicza, który zdradził jak pisać ciekawe słowa utworów po polsku: "żeby wyszukiwać wyrazów jednosylabowych, które nie będą takimi wyświechtanymi słówkami typu dziś,znów,cię, mnie." Dokładnie na tym polega urok nowego singla, który jaśnieje szczególnie w refrenie. Zbiór ust / słońc / żar / płoń jest przecież zestawem nie tylko logicznie dobranych słów, ale również kompletnym, niemal fizycznym doznaniem. Zabawa w rymowanie narzucająca swój rytm i sens wyprawia także figle ze znaczeniami słów, bo przecież druga zwrotka powinna się składać nie kostką lodu w morzu, ale dać urokliwy obrazek ciebie - w niebie. To jest tak ładna piosenka, że zaczynamy myśleć o samych miłych rzeczach.

O krok zapowiadane jest jako jedna z "najważniejszych piosenek w twórczości Pustek" i sam nie wiem czy chodzi tu o składankę typu the best of czy całkiem nowy album. Stawiałbym na pierwszy trop, bo singiel nie jest taką zmianą stylu gry jak wcześniej Safari, raczej bezpretensjonalnie rozwija tamtejsze wątki. Ale hasło może oznaczać też wybieg tematyczny, bo piosenka mówi o faktycznie najważniejszych rzeczach, wprost o miłości. Przed tą bezpośredniością nieco wstydliwie ucieka Basia Wrońska rzucając wyznania od niechcenia i wciąż figlarnie ociągając się z przykładnym wejściem w melodię.

Kolejny raz sprawdza się metoda Radka Łukasiewicza, że najlepiej sprawdzają się najmniej skomplikowane środki. To prawda, życzyłem Safari gwiazdorskiego rozwoju sytuacji; trochę nie wyszło. Może to i lepiej dla muzyki, gdyż ludzie bardziej przejmują się przeżyciami, a nie przebojami. Prosta kompozycja łatwiej trafia do ucha i później do serca. Tak miłe jak kołysanka, ciepłe jak pocałunek, swojskie jak kolęda. O krok to moja ulubiona ostatnio piosenka. 

czwartek, 2 lipca 2015

SP 7': Garnitur raz i uśmiech dwa; to nie o nas



Ponoć nie ma róży bez kolców, ale Lilly Hates Roses śmiało stawiają na spotkania osobiste. W swoim pierwszym singlu dzielącego nazwę z wydaną właśnie płytą Mokotów na pierwszy plan wysuwa się właśnie fizyczność doświadczeń prowadzona przez drapanie hiszpańskiej gitarki wyjętej z bagażnika George'a Harrisona. Wybierają styczności bezpośrednie, bo tylko dotykiem można kleić się do kogoś i wyczuć linie papilarne. Skwapliwie wyczuwa to Kasia Gołomska figlarnie obrzucając słodką substancją delikwenta, który i tak już od dawna obrasta w kurz.

Miejscem umówionego spotkania jest Mokotów - warszawskie miejsce pracy gdzie chłodnym okiem patrzy się nawet na drzewa mające dawać cień wytchnienia. W Państwach - Miastach zespołu Muchy zmieniał się kolor nie biurowo, a tutaj kontrastem razi tło. Na szczęście w piosence pop siatki ulic stają się elementem gry miejskiej przystrojonej kolorowymi serpentynami, podobnie jak łańcuch mokotowskich biur który kusi prawdziwie malowniczymi widokami na przyszłość. Nie rozpoznał mnie mój kot. Niestety. Wciąż bardzo trudno jest (wz)ruszyć taką betonową dżunglę i nawet radosne bongosy nie są w stanie wprawić jej w ruch.

Aby spotkać się z kimś, należy umówić się na określoną godzinę, ale czas w Mokotowie biegnie za szybko. Narzuca własne szalone tempo, które bardzo trudno ogarnąć i utrzymać jego puls. Tak jak Szeherezada wydłużała noce tysiącem opowieści, tak Pani Kasia próbuje uśpić czas beztroskim śpiewaniem. Bo sprawa robi się poważna - nad jej karkiem nie wisi co prawda miecz kata, ale męcząca dorosłość. Czy jest jeszcze czas na głupstwa, czy trzeba już rzucić się w wir pracy i labirynt biurek? Deadline'y gonią, a gdzieś obok ucieka Słońce; bo nie można cały czas skąpić kasą od rodziców nawet za cenę wiązanki podłych klątw.

Lilly Hates Roses energicznie dopomina się o drogę inną niż ścieżka kariery. Kiedy inni, ci bardziej ułożeni przebojem wkraczają na rynek pracy, Kasia Gołomska i Kamil Durski wrzucają na listy przebojów cudownie pokręconą i taneczną piosenkę. Nie ustąpię żadnej z sił, nie poddam się i już. Brzmi to może jak tupnięcie niesfornego dziewczęcia, ale mamy do czynienia z manifestem skromnego indie rocka. Bo Mokotów to materiał na przebój lata - nie tylko Trójki, ale całych mainstreamów. Całość produkuje przecież Bogdan Kondracki, który jest odpowiedzialny za Trójkąty i Kwadraty Dawida Podsiadło, więc dlaczego nie miałoby się udać tym razem? Mokotów ma wszystko czego oczekuję od wakacyjnego przeboju: przestrzeń, pulsację i prosty refren na wznoszących chórkach. A nawet więcej - chętną natarczywość pukającą do drzwi oraz domagającą się spotkania i dotyku na osobności.



0:56 <3 comment-3--="">

czwartek, 7 maja 2015

SP 7": I'm lightning on my feet



Wszyscy mają problem z Taylor Swift.
Ranczerzy z Teksasu nie mogą dojść do siebie po tym jak rzuciła ich (muzykę) dla ogólnoświatowego popu. Tina Fey dołączyła ją do prestiżowej listy obiektów żartów na Golden Globach kpiąc z long list of ex-lovers panny Swift. Cała wstrząśnięta zamieszkami w Ferguson Ameryka z podejrzaną uwagą przyglądała się strukturze rasowej w teledysku do Shake it off (znowu You ain't a pimp and you ain't a hustler?), a cały przemysł muzyczny dyskutował nad odejściem Taylor z katalogów Spotify. Nie mówiąc już o wszystkich zawistnikach, którzy zżymają się na niemal archetypową figurę słodkiej długonogiej amerykańskiej blondynki.




Taylor nic sobie z tego nie robi i pozdrawia wszystkich nie środkowym palcem, a szerokim (tak, hollywoodzkim) uśmiechem i refrenem Shake it off.  Całe to nieprzyjemne napięcie rozsadza humorem i naturalnym wdziękiem. Nie ukrywam, że zwracam dużą uwagę na to, że jest śliczna, ale talent komediowy został przeze mnie zauważony w całkowicie obiektywny sposób podczas jej występów aktorskich w SNL.
Oczywiście w najnowszym singlu Swift jest bezczelność, ale kryje się ona w warstwie kompozycyjnej. Bo jak inaczej nazwać metodę refrenu, który wykorzystuje identyczne nuty, aby powtarzać dokładnie tą samą melodię. To jak bardzo dominuje ona nad akordami w mistrzowski sposób tłumaczy Chilli Gonzales. Nie musimy znać detali harmonicznych; wystarczy kawałek śpiewnego motywu, który wsunie nam się w ucho nawet z drugiej strony ulicy.



Dzięki Shake it off Taylor Swift znalazła się na samym szczycie światowego mainstreamu. Jak każda księżniczka popu (Madonna, Britney etc.) ma ogromny wpływ na swoich nastoletnich wielbicieli, ale zasłużyła nań sobie nie tylko osobistymi przymiotami, a przede wszystkim trafnym odczytaniem społecznych trendów. W AD 2014 była to "filozofia" normcore mający za szczyt stylowości bycie jak najbardziej... normalnym. Coś w rodzaju świadomego odwrócenia się od pogodni za trendami.
Dlatego właśnie w teledysku do Shake it off Taylor uparcie pozostaje "zwyczajną dziewczyną".  Do tego odsyła szata graficzna albumu składająca się ze spontanicznie cykanych kadrów z Polaroida. Zaskakująco normalne (czy też konkretne) jak na dzisiejsze standardy marketingowe było ogłoszenie najnowszego wydawnictwa - prosta konferencja webowa z ujawnieniem całej tracklisty i gotowym teledyskiem do przesłuchania. Wreszcie tytuł płyty  1989 - może nieodnoszący się do Solidarności, ale z pewnością mający pokoleniową siłę (vide. Delikatnie lewitujesz słysząc dziewięćdziesiąt trzy). Ujawnienie daty urodzin jest jak zejście z piedestału, jak zaproszenie na domówkową celebrację - pomyślcie tylko o Madonnie podpisanej jako "Louise Ciccone". I ta szczerość - to nic, że nieco może zbyt ostentacyjna - zdała egzamin. Doszło więc do tego, że amerykańska młodzież masowo wykupywała kompakty CD Taylor, o czym ze zdumieniem donosili tamtejsi dziennikarze (odwrót od cyfryzacji, chęć posiadania czegoś na własność, nuda).




Nie można zapomnieć, że mamy do czynienia z produktem tak nienaturalnie perfekcyjnym jak post-gym look samej Taylor Swift. Jeśli szukacie czegoś mnie wykoncypowanego, mniej więcej w tym samym czasie do szkoły wróciła też Julia Marcell na płycie Sentiments. Jej perspektywa była bardziej poważna, bo postanowiła zmierzyć się nie z hejterami, a ze swoimi demonami młodości. Trudno polubić sterylność produkcji przeboju Taylor gdy surowość gitar Julii jest tak bezpretensjonalna. Ale obie dziewczyny spotykają się w tym samym miejscu - obie piosenki są szalone w swojej witalności. Z jednej strony do Julii równie dobrze pasowałoby podbicie dęciakami z Shake it off, a niekontrolowana spontaniczność wygłupów Julii nadałaby pannie Swift więcej prostego życia. Tak czy inaczej - takie rozważania są najmniej ważne.  Obie są jednakowo fajne i jednakowo beztrosko strząsają zastane konwenanse w rytm dzikiego rytmu i poważnych skarg obrońców moralności.

PS. Czy Taylor Swift jest overrated? Nie wiem, ale Paul McCartney nie śpiewa chórków byle komu :)

niedziela, 22 lutego 2015

SP 7'' : I've seen those English dramas too




Prestiżowe uczelnie pełne sa takich chłopców. Schludnych erydytów zgłębiających na zajęciach panelowych tajemnicę Angielskiego Przecinka, aby później rozkręcać campusowe imprezy eklektycznymi playlistami. Vampire Weekend są jednymi z tych szczęściarzy, którzy mogą poszczycić się dyplomem Uniwersytetu Columbia (Liga Bluszczowa, te sprawy).


Very big house in the country

Pokolenie wcześniej - ale z podobnym wyczuciem stylu - po oxfordzkich błoniach przechadzali się inni artystyczni żakowie z zespołu Blur. Wyspiarskie nienaganne wykształcenie owocowało konfliktami z Oasis i celnymi diagnozami społecznymi na Parklife. Zblazowani za młodu czym prędzej podjęli Wielką Ucieczkę na wiejskie posiadłości, które okazały się oazą spokoju także dla ich nowojorskich kolegów.




I met the highest lama

Kolejne mrugnięcie okiem w teledysku skierowane jest do Wesa Andersona. Pastelowe kolory i sympatyczna umowność niezabijającej strzelby, a przede wszystkim branie opowieści w nawias "rozdziałów" naniesionych bajkową czcionką. W nakręconym rok wcześniej filmie wspomnianego reżysera The Darjeeling Limited wyznaczały one kolejne etapy Podróży Duchowej trzech braci; I climbed to Dharmasala, too.




As long as I got my suit and tie

Tym razem trzeba odwrócić bieg czasowy inspiracji, bo okazuje się, że nakręcone w 2013 roku  Trying to be cool zawiera te same elementy co dziełko Vampire Weekend. Jak pisałem w tekście na temat tego teledysku: "Wokalista odziany w sygnowaną śnieżnobiałą marynarkę przemierza kolejne interaktywne lokacje zaliczając misje (szach-mat) i zbierając ekwipunek godny Prawdziwej Gwiazdy". Równie treściwe wydaje mi się też przywołanie anegdoty o Julianie Casablancasie, za którym chodził reporter magazynu Rolling Stone wiedziony pytaniem "czy on naprawdę ubiera się w co popadnie?". Biała marynarka na szczupłych ramionach Ezry Koeniga wygląda jak zdjęta z lidera The Strokes.



Show your paintings at the United Nations

Prawdziwą treścią, niezapożyczonym oryginałem Oxford Commy jest oczywiście satyra na wyższe sfery. Trochę głupio być już na starcie bogatym idolem nastolatek; trudno znaleźć wiarygodność w dolarowej stabilizacji. Przejechał się na tym sam Truman Capote, który podczas pracy nad Wysłuchanymi Modlitwami nie zdołał doszukać się pod warstwą blichtru niczego wartego Literatury. Na szczęście piosenki to lżejsza kategoria (po)wagi. Ożywcza moc indie rocka przeciąga zgrywę na drugą stronę - highlife odbity w drobnych zgryźliwościach ujawnia jak najbardziej zwyczajne życie na mieliznach banalnych tematów. Cóż, w przyziemnych sferach dziewczyny w ten sam sposób używają swojej przyrodzonej wyższości, aby przykryć wymówki słodkimi banialukami.



niedziela, 4 stycznia 2015

SP 7'' : Nasza historia to nasza dziedzina



Na prezent to tytuł trzeciego albumu Janka Samołyka. Wydanej niedawno przed końcem starego roku i niewiele później od jego poprzedniej premiery płytowej. Pierwszy singiel promujący to wydawnictwo to Złe czasy, do tej pory bardzo dobrze radzące sobie na Liście Przebojów Programu Trzeciego.

Na plus Jankowi trzeba zaliczyć przede wszystkim wypuszeczeni kolejnego zwartego, przebojowego singla. Krótkiego, ale bardzo treściwego - w 50 sekundach zmieściła się chwytliwa zagrywka, zwrotka z trzema akordami i refren zapadający w ucho. Podobnie jak w równie udanym singlu Samołyka - Problemie z wiernością - wszystko podporządkowane jest gitarze rytmicznej prowadzącej melodię w jak najbardziej naturalny, harmonijny sposób.
Na minus jednak można odebrać to, że to kolejna piosenka napisana w tym samym stylu. Ciężko znaleźć coś nowego w Jankowym brzmieniu, miejscami zdają się zamieniać tylko akordy. Nagrywanie "na setkę" ma swój urok, ale instrumentarium zespołu Samołyka wydaje się być wciąż zbyt konwencjonalne do zaintrygowania nowością.

Podobnie ma się sprawa z teledyskiem. Obrazek także jest zawieszony między filmowością, a pół-profesjonalizmem na minus, niestety. Na plus podnosi go jednak osoba ślicznej dziewczyny przedstawionej w obiektywie kamery. Wobec tak uroczych argumentów jestem bezradny i oglądam go raz jeszcze.

Zaskoczeniem na minus jest fakt, że śpiewanych przez siebie piosenek nie napisał wrocławski songwriter. Ta zmiana wyszła Jankowi ostatecznie na plus, bo autorem Złych czasów jest legendarny (w pewnych kręgach Offu) Marek Jałowiecki znany min. z zespołu General Sitwell i Peggy Brown (tej coverowanej przez Myslovitz). Słychać, że panowie świetnie rozumieją się w brit-popwej stylistyce prostych gitar. Zapał młodego gitarzysty z Wrocławia jest właśnie tym czego nie może zabraknąć w żadnym szanującym się katalogu power popu.

Na szczęście siłą Złych czasów jest to najważniejsze w piosnkach - ważny przekaz. Na klasycznych akordach unoszą się istotne tematy dotyczące współczesności każdego z nas. Janek w refrenie wykorzystuje nieco staroświecki, acz zawsze stylowy chwyt retoryczny mówiąc nawiasem i niewyraźnie. Ten właśnie nawias staje się swoistym marginesem błędu dla wątpliwości nie podszytych jeszcze strachem. Bo przecież tym co najlepiej pozwala nam zapomnieć o codziennych obawach jest żwawa, dwuminutowa piosenka.


PS. Janek Samołyk gra dzisiaj wspólny koncert z Muzyką Końca Lata. Jeśli ktoś jest akurat we Wrocławiu - bardzo polecam.

czwartek, 11 grudnia 2014

SP 7" : Johnny, take a walk with your sister the moon



Czy Stuart Murdoch pomylił na starość kluby z muzyką? A może aż 40 lat zbierał się na odwagę, by wejść do jednego z nich? The Party Line jest jedną z niewielu piosenek Belle & Sebastian nienaznaczonych skoczną wesołością mającą maskować nerwową niepewność. Doświadczony w swoich czterech ścianach bedroom dancer wreszcie wchodzi w światło prawdziwego parkietu.

A taki klub nie jest miejscem tak sprzyjającym pokojowi jak indie nasłonecznienia poprzednich albumów. Bas musi przebijać się swoim dundnieniem przez snopy dyskotekowych reflektorów, gitara wciska się krótkimi zagrywkami, a w tłumie ludzi nie ma miejsca na wymyślne piruety i zgrabne figury towarzyskie. Jesteśmy zmuszeni skakać, bo rytm jest w tym miejscu sprowadzony do najprostszego wspólnego mianownika.

Czy do takiej muzyki da się w ogóle tańczyć? Okazuje się, że są znawcy tematu potrafiący odnaleźć się nawet w takiej rzekomej łupance. Więcej nawet - traktują ją z jeszcze większym wyczuciem i kontrapunktującą powściągliwością. To jak z pewnością siebie - wytrawny bywalec nie musi zarzucać towarzystwa workiem dowcipów, wystarczy że ograniczy się do ciętej riposty. W tej melodii tancerze przemykają między prosto postawionymi ramami taktowymi wtrącając niby przy okazji zgrabny obrót czy podbicie bębenka.

Więc Stuart Murdoch bansuje, bardziej śmiało wciąga się w wir zabawy; ale nawet wtedy myśli o problemach z babami. She asked me if I'm single going steady - tak bezpośredni kontakt wywołuje podony połoch emocjonalny co na wczesnym Tigermilku. Wydaje się, że nawet taka konfuzja nie jawi się już końcem świata wpędzającym z powrotem do bezpiecznej swojej pościeli. W końcu every beauty needs to go out with an idiot, a girls in peacetime want to dance. 


piątek, 6 czerwca 2014

SP 7" : Ona lubi jego płyty, on lubi jej kolczyki.



Moja słabość do kobiet grających na basie jest już dość szeroko reprezentowana wśród blogowych tekstów, ale akurat Soniami nie potrzebuje tego szczególnego instrumentu, żeby zachwycić czarem stylowości. Zosia Mikucka - bo o niej tutaj mowa - skończyła ASP, rysuje, kręci, projektuje i od dwóch płyt importuje smakowity i puszysty jak wata cukrowa synth-pop. Oczywiście z minimalistycznym basem na pierwszym planie.

Podobnie powszechnie używam na blogu określenia "fajna". W tym przypadku mogę na szczęście odnieść się do najwcześniejszego, najbardziej odruchowego znaczenia tego słowa. Lemoniada jest bowiem tak fajna i kolorowa jak nastoletni komiks.Cała sytuacja jest przerysowana i sztywno tkwi w nakreślonych planszach. Zosia wzdycha do malowanego chłopaka, bo wygląda bardzo ładnie i bardzo ładnie pachnie.

Okazuje się, że nie tylko ja używam tutaj sztampowych chwytów, bo obrazek muzyczny jest wybitnie hipsterski - a jest to styl, który z założenia pozbawiony jest prawdziwej oryginalności. Sterylność perfekcyjnej, plastikowej przestrzeni nie wywoła głębszych zawirowań uczuciowych, a po ewentualnej gorzkiej szczypcie smak naprawią lody na kolację i podgrzewany basen.

Znalazł się jednak pewien niestandardowy, żyjący swoim życiem element. Tytułowej Lemoniady próżno chyba szukać w katalogach Ikei czy lajfstajlowych magazynów. Być może już dawno była krzykiem mody na Placyq Zbawiciela, ale mnie kojarzy się z najtisowym dzieciństwem. Z PRL-owskimi dyspozytorami, które swoim piętnem szarości tamtego ustroju nijak pasują do europejskich czasów. Lemoniada rozpuszcza banalność hipsterskich póz wracając do nieco naiwnych, ale prawdziwych smaków dzieciństwa.


Soniamiki wystąpi w sobotę, 7 czerwca w Częstochowie na podwórku Cafe Belg. (za darmo!) 
Bardzo polecam ten sympatyczny koncert, specjalnie przyjechałem na niego z Wrocławia, także warto, też będę.
https://www.facebook.com/events/1430278093906292/?ref=22

piątek, 7 marca 2014

SP 7" : Straight to your heart

Sam Rockwell, mój ulubiony (zagraniczny) aktor w filmie Najlepsze Najgorsze Wakacje woła o wsparcie skandując słowa wielkiego przeboju Bonnie Tyler: "I need a hero. He's gotta be strong, he's gotta be fast, and gotta be fresh on the fight". Jest to bardzo treściwa scena, bohater jest bowiem niedojrzałym pracownikiem prowincjonalnego parku wodnego, a adresaci jego odezwy są kilkanaście lat młodsi i w ogóle nie rozumieją dowcipu. Złota era disco to dla nich jakaś odległa abstrakcja serwowana przez podstarzałego i przefajnionego gościa. Cóż, podobnie staroświeckie wydaje się być dziś pisanie listów.



Twierdzenie to zdaje się potwierdzać Britt Daniel coverując klasyczny utwór Love letters Shelley Fabare znany z filmu Blue Velvet. Brzmienie jest osnute melancholijną mgiełką, pokryte szlachetnym kurzem przeszłych czasów. Uderzenia stalowych strun gitary, pogłos wysokiej sali balowej, tempo obracającej się płyty winylowej. Jak ulał pasuje tutaj określenie "vitange" mające w znaczeniu także dostoją elegancję. Daniel to lider Spoon - jednego z najbardziej inteligentnych zespołów, który jest jednocześnie jednym z moich ulubionych i ta reinterpretacja podobna jest do ich ballady I Summon you. Tam również zwrotkę kończyło wołanie, prawie desperackie zapewnienie rzuconych na oślep uczuć do bliskiej nam osoby będącej daleko stąd.





 Do wspomnianego na początku Holding out for a hero równie bezpośrednio co Sam Rockwell nawiązuje Metronomy. W swoim singlu Love letters, który zwiastuje nowy album o tej samej nazwie zespół wreszcie nie brzmi dokładnie tak jak na poprzedniej płycie (pierwszy singiel I'm Aquarius dość bezczelnie korzystał z presetu Love underlined). Wreszcie pozwolili sobie na nutę szaleństwa, do której niezbędne były galopujące akordy na klawiszach pianina wyjęte z utworu Bonnie Tyler. Po wielkim sukcesie konceptu Random Access Memories Daft Punk tego typu opieranie się na latach 80-tych nie jest już niczym zaskakującym, ale akurat Metronomy tego potrzebowało. Ta analogowość ręcznie zdobionych dekoracji pięknie wyraża się w teledysku zawsze oryginalnego reżysera Michela Gondry'ego - twórcy Eternal Sunshine of the Spotless Mind. O ich poprzedniej płycie pisałem : "wszystko idealnie pasuje. Wszystko przypomina udanie złożone klocki Lego czy inne puzzle". Teraz sam zaśpiew Love letters jest bezpośrednio chwytliwy i bardzo spontaniczny. Nie są już tak aptekarsko dokładni, czy matematycznie bezbłędni, ale kto w tańcu przejmowałby się krokami.






Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o motywie z Her - najważniejszego filmu ostatnich lat, czułej opowieści o zagrożeniu naszych uczuć przez technologię. Jej główny bohater Theodore Twombly zajmuje się zawodowo pisaniem poruszających listów w imieniu zajętych lub oziębłych uczuciowo osób. Dla mnie jest to przerażająca wizja - słowa pisane w komputerze, ale koniecznie czcionką o handwritingowym charakterze pisma. Takie listy mają tylko symboliczne znaczenie, bo edytowane i uzupełniane przez sztuczną inteligencję tracą najważniejszy, niewidoczny element - czynnik ludzki. Każdy błąd językowy, każda niewyraźnie napisana litera, każda nieskładność czy chaotyczny bieg myśli odróżniają nas od zaprogramowanych algorytmów i zastępują tak odruchowe, głęboko humanistyczne wybuchy entuzjazmu czy innej emocji.
Może i z zewnątrz wyglądała normalnie, lecz wystarczył rzut oka na jej charakter pisma, żeby się przekonać, że wewnątrz jest cudownie poplątana".

Jednocześnie list tym różni się od rozmowy na czacie, czy od superszybkiego maila, że nie jest przerzucaniem się argumentami, nie trzeba w nim być błyskotliwym szermierzem słownym. Na papierze można się zwyczajnie rozpisać, wygadać; po jednej stronie doprowadzić myśl do końca, a po drugiej - spokojnie ją wysłuchać. Czytając spokojnie, nie przerywając sobie nawzajem, znajdując uczucia, których nie są w stanie pomieścić nawet największe serwerownie portali społecznościowych.

Każdy list jest listem miłosnym.  


PS. Wyszczególnione cytaty na końcu tekstu pochodzą z książki Jeffreya Eugenidesa Intryga Małżeńska, bardzo stylowa opowieść o dorastaniu w czasach, kiedy można było jeszcze poderwać dziewczynę interesującą literaturą.

piątek, 24 sierpnia 2012

SP 7": Prywatne niebo znów mgłą się zasnuwa

W życiu każdego miłośnika dźwięków w tym kraju nadchodzi dramatyczny moment znudzenia kolebką polskiej muzyki - Radiową Trójką. Jak wszystkie gówniarskie bunty, hasłem tej zdrady wybrzmiewają buńczuczne okrzyki w wielkich słowach narzekające na zacofanie i swoisty muzyczny beton.
Nagle dostrzegamy, że u podstaw legendy Programu Trzeciego leżą wielkie historyczne tragedie definiujące zarówno polską historię jak i kulturę. Z jednej strony komunizm, brak wolności słowa, represje, cenzura i brak niepodległości. Jednakże tragediami i smutnymi wydarzeniami - oczywiście o znacznie mniejszym znaczeniu - można nazwać gust muzyczny redaktorów Kaczkowskiego i Niedźwieckiego (Wielkich Edukatorów), racjonowanie zachodniej kultury zasłoniętej Żelazną Kurtyną, nagrywanie audycji na kasety magnetofonowe, język ezopowy, cierpętnicze pokoleniowe przesłania songów i apokaliptyczne klimaty molowych ballad z pierwszych miejsc Listy Przebojów Programu Trzeciego. Jest naukowo potwierdzone, że od samych wartości kompozycyjnych piosenek bardziej liczył się zbuntowany, eskapiczny styl, pozbawiony większych innowacji muzycznych. np. taki Kazik Staszewski do dziś wykonuje swoje zasłużone i nieskomplikowane songi tworząc w Wolnej Polsce pojęcie "rocka juwenaliowego". Podobnie obyczajowość i tradycja mogły być powodem hańbiącego ignorowania przez Trójkę Davida Bowiego. Hipsterstwo i alternatywni mają o to teraz ogromny żal, ale kto w tamtych czasach myślał o piosenkach pop? Czy ktoś cyzelowałby produkcję i drobiazgowo dopieszczał kompozycje? (Sposób w jaki Republika załatwiała oba te nurty muzyczne jeszcze lepiej świadczy o jej wielkości i jest tematem na inną opowieść).

Otóż tak! Trójka nie jest jedyną wyrocznią i usunięte przez nią w cień utwory mają swoich wiernych fanów. Nieoceniony nieżalowy portal Screenagers.pl podjął się stworzenia nowej Historii Polskiej Muzyki Rozrywkowej  wolnej od honorowych zasług, kontekstów, gatunków, uprzedzeń czy innych guilty preassure. Okazuje się, że polską wersją bluźnierczego Davida Bowiego jest Papa Dance, Kombi mogło inspirować światową elektronikę, a "polski George Michael" czyli Piasek miał najlepsze hooki na imprezach. Całkowicie serio, to prawda, proszę się nie śmiać. Oceniono same piosenki, ich stopień kompozycji, a nie liczbę wygranych strajków. Tylko muzyka była tu najważniejsza.

Ranking Najlepszych Polskich Piosenek Wszechaczasów, bo o nim mowa, wywołał pyszną dyskusję w największych ośrodkach medialnychg tego kraju. Od Wyborczej do Rzepy, od Lisa do Wprostu, od Żulczyka do Dejnarowicza - oni wszyscy spierali się czy Andrzej Zaucha z Krystyną Prońko zasługują na takie zaszczyty i miejsce obok spiżowych pomników Niemena czy Perfektu.
W ten właśnie spektakularny sposób, grupa "młodych krytyków" przypomniała tak bardzo dużo świetnej polskiej muzyki. Czasem niedocenionej, nieznanej czy wyśmiewanej. Jednak oprócz rehabilitacji wybitnych kompozycji lista ta ma ogromną wartość dydaktyczną. Cała masa takich gimbusów jak ja w swojej ignorancji nie miała pojęcia o jakiejś połowie, ćwiartce z wyróżnionej dwusetki. Dlatego też uważam za patriotyczny obowiązek dzielić się z tak cenną i - przyznaję - nową dla mnie wiedzą.

Tak więc:
  • najbardziej polecam zestawienie Screenagers dostępne tutaj
  • przedstawiam najlepszą kompozycję Polskiej Muzyki Rozrywkowej




Najlepsza kompozytorsko piosenka mogła zostać napisana tylko przez prawdziwego Kompozytora, a Krzesimir Dębski jako niezwykle poważany i edukowany twórca zasługuje na to miano. Już na początku udowadnia swoje eksperckie i partyturowe zdolności przedstawiając arcytrudne intro z gracją przemykające po przeciwstawnych interfałach. Nie jest to jedna z setek piosenek opierająca się na bitelsowskich akordach, ale misterna konstrukcja melodyczna tak gładko przemykająca w popowej lekkości.Głos Jurksztowicz z niezwykłą łatwością pięknie łagodzi kolejne spektakularne zejścia występujące na przestrzeni zwrotki. Szczerze mówiąc, mam trudności z opisaniem tej piosenki, nie mogę zastosować moich muzyko- i brzmieniologii (by MH), bo zwyczajnie nie mam się czego uczepić. Nie ma konkretnej wyróżniającej się szczególnością zmiany akordu, bo wszystko jest przelewającą się całością. Bardziej frapujące od linii melodycznej są tu wypełnienia klawiszy w tle refrenu. I być może to jest właśnie istotą idealnej piosenki popularnej; z tak skomplikowanego akompaniamentu wypłynęła przejrzysta i łagodna melodia.

Tak historyczny utwór musi mieć królewski rodowód, a autor tekstu - Jacek Cygan to postać już legendarna - pisarz tysiąc i tej jednej piosenki pisał dla wszystkich i o wszystkim (pozdro Mikołaj). Nikt jeszcze nie porówna go do Osieckiej czy Przybory, dlatego też jest tak symboliczną postacią dla Polskiej Rozrywki i idealnie określa sobą jej zakres. Błyskotliwy koncept pogodynkowy opisuje tak powszechne i banalne rzeczy jak pogoda / wspólne życie czyniąc je wciągającym pokazem zmian  różnorodności emocji, uczuć i Stanów Pogody. Taki mistrz potrafi również zaledwie jednym zdaniem umiejscowić sytuację w czasach i jednocześnie zadowolić ówczesną władzę: chodzi tu o lapidarne niech Sputnik hen wykona serię zdjęć.



Dla kogoś kto nie ogarnia notewritingu Pana Krzesimira, powstała także wersja light Stanu Pogody - cover młodych z grupy Renton. Znając swoje muzyczne i interpretacyjne ograniczenia poszli w stronę gitarowego indie z zamiarem popsucia nieco Pogody i zerwania ze stylistyką "Lata z Radiem"; z taką perłą można zrobić wszystko, bronić się będzie zawsze. Występująca w przeróbce aura jest bardziej gwałtowna i nerwowa, ale dzięki szybkim gitarom możemy docenić konsekwencję i następstwo akordów Głośna solówka świetnie rzęzi burzą odwracając "pogodne" właśnie klawisze oryginału rodem ze stacji TV.

To wszystko, te rankingi i młodociane covery Radia Euro mają jednak na celu przypominanie o złotych czasach polskiej muzyki pop. Czasy, w których nowoczesna produkcja zachwycała jeszcze zachodnią nowością, tempa były wolniejsze, teksty bardziej logiczne, a pisać przeboje mogli nawet uznani kompozytorzy z poważki i klasyki. Na szczęście kanony rockowe nie są jedynymi i okazuje się, że my też ciągle możemy być patriotycznie dumni z najlepszej piosenki popularnej w historii Polski.

PS. Tutaj świetny obraz odwiecznej bitwy krytyków i twórców listy Screenagers, pokazujący jak duże kontrowersje wywołała słuszna gloryfikacja Pani Anny J i innych wesołych piosenek rozrywkowych.

wtorek, 10 stycznia 2012

SP 7'' : 'Til your well is gone



Boże Narodzenie będące zazwyczaj czasem cudów i Samego Kevina tym razem przyniosło prezent lepszy bardziej szczęśliwy. Dobrą nowiną stało się to, że Chan Marshall żyje, ma się dobrze i nagrywa nową płytę, tak oczekiwaną przez adoratorów jej niezwykłego talentu. Dokładnie w Wigilię udostępniła utwór King Rides By jako cegiełkę na jedną z dobroczynnych Akcji Świątecznej Pomocy.

W tym późnym powrocie zignorowała właściwie 2011-ty porządek obecnej muzyki. NIe mam tu hooków, nawet standardowej konstrukcji. Nie jest to nawet do końca piosenka; bardziej "strumień świadomości" czy oddzielny monolog autorki. Powolne przedstawienie nastroju, pewien wycinek egzystencji mający przekazać nam nie bombastyczne dzwonki na komórkę, czy soundtrack do kolejnej reklamówki, ale Prawdę. Nie-korzystając z komputerów oparła swą historię na rytmie - wybijanym przez uderzenia masywnej, elektrycznej gitary, jej zgrzyty. Paradoksalnie, za całą zmianę "melodii" odpowiada perkusja, która nie musi trzymać się rytmu, ale może życiowo go podbijać, zbijać i mieszać (jak na koncercie National! ).

Teledysk jest nie mniej znaczący dla sensu utworu. Przedstawia walkę: nieustanną, monotonną, długą i perwersyjnie zajmującą. Cat Power śpiewając też walczy i również jest to walka bez perspektyw na dobre czy złe rozstrzygnięcie. Przypomina to wszystko wędrówkę taką paraboliczną i metaforyczną, w której raz na jakiś czas tylko zdarza się górka czy naturalne wzniesienie terenu.

Wielkie brawa dla pani Chan, że nie bała się tak mocno postawić na klimat. Pierwotnie King Rides By trwał prawie 2 razy krócej, ale to tylko podkreśla epickość i realność (mimizacja hehe) wyprawy w głąb czasu, place and space for your past. Inna sprawa, że sama Chan czyni te 7 minut absolutnie zajmującymi, w każdej sekundzie wydobywając coraz to nowe emocje. Lewą dziurką od nosa wciąga te wszystkie panienki z nadmuchanymi ustami (!). A light kiss, the touch of your hand / a million things I will never understand - cytat niesamowity i brzmi to tylko jak Ona. Tzn. wyobrażacie sobie w jaki sposób mogłaby to zaśpiewać Katie Melua (z całym szacunkiem i buziaczkami)? Idealna równowaga. Cat Power wprowadza tutaj magię swobodnie przechodząc od bólu i rozczarowania do prostoty i czułości.

niedziela, 1 stycznia 2012

SP 7'' : Nowe orientacje

Wraz ze wstydem muszę się przyznać, ze potrzebowałem aż 10-tej rocznicy śmierci Grzegotza Ciechowskiego, aby przekonać się o jego tak ogromnym wpływie na polską muzykę. Zrobiłem rachunek sumienia i uroczyście ogłaszam, że moim skromnym zdaniem Republika jest najlepszym polskim zespołem w ogóle, a sam Ciechowski plasuje się gdzieś obok Czesława Niemena w historii. Na szczęście pamięć o Grzegorzu jest w narodzie silna, nie tylko dzięki radiowej Trójce, ale też dzięki następnym pokoleniom wzorującym się na nim (Michał Wiraszko ostatnio). Bardzo istotnymi wydarzeniami są toruńskie "koncerty pamięci Grzegorza Ciechowskiego" organizowane corocznie w macierzystym klubie zespołu - Od Nowa, gdzie najróżniejsi wykonawcy wykonują covery z repertuaru Autora.Owe covery są naprawdę zacne, na co opisałem kilka dowodów.

NO!NO!NO! - My lunatycy


Minus ciężar gatunkowy.
"Polska supergrupa" zrobiła z tego chamskie indie i pokazała jak przebojowa mogła być Republika, gdyby nie musiała walczyć z komuną. Chociaż monochromatyczny image członkowie zespołu musieli mieć bezbłędny, to ich muzyka zawsze była zimna i beznamiętna, wprost odnosząca się do tamtych czasów (Kombinat). Egzaltacja Makowieckiego może irytować, ale jego wicie się z mikrofonem pokazuje emocje mogące być wrzeszczane przez nastolatków z NME i stanowi pouczający kontrast z ówczesnymi występami Republiki. Świetną pracę robi tu Przemek Myszor wtrącający naiwne chórki tak decydujące o charakterze utworu i podbijający wszystko zakręcającymi klawiszami.



Julia Marcell - Będzie plan


Dziewczyna szamana.
Republka zawsze hipnotyzowała tajemnicą (wybitna Poranna wiadomość, o której MUSZĘ kiedyś napisać).
Julia Marcell bierze z tej tradycji to co najlepsze i perfekcyjnym minimalizmem dosłownie czerpie z charakterystycznego brzmienia Ciechowskiego. Niepokojąco łatwo narzuca ten nastrój i zniewala nas swoim głosem. Gdy porzuca pianino słuchający i tak pozostają we władzy niespokojnego rytmu i zaczynają rozumieć, że to nie jakiś sceniczny performans, ale przedziwny rytuał. Żółty sweterek koncentruje wzrok  i zza opuszczonych włosów Julia czyniąc zagadkowe ruchy rękami wpada w trans hipnotyzując wszystkich i przejmując na nimi kontrolę.
(podobno jest jakaś Bjork, co też tak potrafi, słyszałem).


Anna Józefina Lubieniecka - Śmierć w bikini


Pisałem już o talencie pani Anny Józefiny, ale nawet nie podejrzewałem jej o taką dawkę erotyzmu. Zadanie Wojciecha Manna było szczególnie trudne, bo Śmierć w bikini przeszło przecież do historii paranoicznym cedzeniem Ciechowskiego (flecikowe c-ccc-ccc-całuj). Nie ma jednak o czym gadać, bo zmysłowość Lubienieckiej dosłownie nas zalewa i łatwo sobie wyobrazić co mogło tak porazić bohatera oryginalnej wersji. "Taśma profesjonalna" też jest jakaś taka odmienna - wolniejsza i subtelniejsza (ktoś może wie, czy nagrali to na nowo?). Głos Anny Józefiny jest niesamowity - gdy załamuje dźwięki jej wydychane powietrze do mikrofonu jest pełne satynowej głębi. Gdy wyszeptuje idziemy dalej, a w oddali, twój wzrok odbija się od fali ;brzmienie podobieństwa tych słów poraża i zawstydza, podczas gdy u Ciechowskiego pozostawało niezauważone. Wykonanie jest perfekcyjne - klimat odpowiednio leniwy, a wyższe rejestry osiągane są spokojnie bez wysiłku. Końcowa repetycja w bikini jest tak idealna, że przypomina zapętlonego loopa. O ile Julka czerpała z jakiś sił nieczystych, to tutaj stajemy w obliczu zapierającej dech w piersiach czystej onieśmielającej kobiecości.

Bonus
Citizen G.C. - Blah - blah



Śpiewanie po angielsku jest jak pływanie w Morzu Czerwonym. Przyjezdnym jest łatwiej pływać niż normalnie, ale zaraz przychodzą tubylcy i unoszą się na wodzie.

Mądrości p. Grzegorza nigdy za wiele. Republika próbowała "kariery na zachodzie", zagrali nawet koncert na słynnym Roskilde, ale niestety - czyżby ciężar historii (a raczej teraźniejszości) był tak duży, że to one właśnie decyduje o wyjątkowości tego zespołu? Szkoda, bo lepsza szansa się raczej nie powtórzy. Pozostały jednak takie właśnie jak ta anglojęzyczne wersje piosenek Ciechowskiego. Wydaje mi się, że eksportowa wersja Tak tak jest nawet lepsza. Zdecydowanie mocniejsza, mostek przed refrenem jest prawdziwym rozpłynięciem się w głośności. Duże mają tu też znaczenie same słowa - ich brzmienie jest też ostrzejsze, Blah-blah przypomina raczej przedrzeźnianie czy odruchy splunięcio-wymiotne, ta niechęć jest ordynarna. Ciechowski udanie walczy z akcentem przedłużając głoski, co w tym utworze pasuje idealnie. Painful truth łatwiej przedłużyć niż polskie rzyszy, a throw it throw it back towarzyszy splunięcie. Przejście do refrenu jest osobnym popisem aktorskim, gdzie z your vacant eyes z niezwykłą mocą przechodzi do refreny I smash the mirror too. Najbardziej twórcze wykorzystanie bariery językowej. Chociaż szkoda, że wyjęto tę obłąkańczą solówkę na saksofonie, to ten utwór wydaje się stworzony dla angielskiej flegmy.

czwartek, 1 grudnia 2011

SP 7" : Flipery i brutalne disco




W obliczu niemożności uzyskania nielegalnej mp-trójkowej wersji świeżego We are the mutants LP warto przypomnieć sobie dlaczego Kobiety zasłużyły sobie na 10-letnią nieustającą renomę, a nawet na reklamówkę ramówki TVN-u.

Niezwykłą ową pozycję najlepszego indie na nad morzu zdoby-ły Kobiety legendarnym już singlem Marcello. Legendarnym? ay, legendarnym! Oprócz obecności w rozlicznych śmiesznych schyłkodekadowych zestawieniach singli "już-legendarność" objawia się także w jawnych odwołaniach piosenek po polsku, np. w tej genialnej Afro Kolektywu Mężczyźni są odrażająco brudni i źli (kolejny dowód geniuszu Afro, kolejny najnowszy - już bardzo wkrótce). Oraz - na pewno mniej i mniej nobilitująco w starym Mieście Kobiet młodego Tomka Makowieckiego (którego od płyty NO!NO!NO! oficjalnie sympatycznie propsuję).

W tym miejscu muszę się pochwalić, że całą motywację do opisu tego singla czerpałem z wybitnego, najlepszego powyższego tytułu tego wpisu. Zgrzyzałem też orzech czy nie pt. Skutery i brutalne disco. Faktem jest, że zacne nawiązania wykorzystują tylko w zasadzie alternatywne nazwy oryginalnego Marcello. Tekst jest wy-bi-tny, cudowna zbitka sloganów/opisów na starodawne GG układająca się w internacjonalistyczną (si si si) historię słodkich lodów-romantyczną. Na długo przed Muchami i jeszcze dłużej przez przekleństwami w tekstach Wiraszki o szesnastej (żaaal) stworzony został taki dwuwiersz :
Czuję się przy Tobie mocno  
Tak jak młodzi chłopcy wiosną 

JacieKurcze! Przecież w tych słowach jest absolutnie wszystko i jeszcze więcej epok i walorów - dziewczyna, flirt, Słońce, ciepło, młodość, czucie, witalizm oraz masa, miasto i maszyna.

W muzyce też jest dokładnie to czego możemy sobie marzennie oczekiwać od trójmiejskiej sceny alternatywnej - Słońce, plaża i piasek i lato. Mrugające błyskające refleksy organów to szumiące (morskie!) fale, ślizgającej główny motyw gitarze piasek przesypuje się przez palce. Po szorstkości kaczki gitary elektrycznej wpadamy zanurzamy się do tekstu o majowych chłopakach. Instrumenty poruszają się lekko na bryzie i orzeźwiająco szamocą się akustyk z organami. A na tej cudownej linii horyzontu oczywiście najważniejsze one - kobiety, te prawdziwe. Przemykające tylko chórkami, nie dają nam zachwycać oczu i zmysłów, ale z erotyczną subtelnością nieezauważanie dają znać o swojej niebiańskości istnienia.
I na basie też jest śliczna pani, muszę o tym wspominać, nie słychać ruszania biodrami? (kochammm)

Wieczornym dansingiem na plaży leniewie występujące pod sztuczno-palmową drewnianą altanką zespół Kobiety. Jak to na polskich wczasach, Bałtyk odwiedza cała Polska. Sroga pani odkryła niecne opierniczanie się gitary prowadzącej, że to perkusista tak napędza, ale wnet wciągnęła ją melodyjka na klawiszach. Pan szanowny rektor musiał tym razem oprzeć się smakiem z suto zastawionej uroczystości.


PS. Propsy propsy dla Magdy W., która czyta uważnie mojego bloga (1:0 dla mnie) i wrzuca We are the mutatnts (-10 do mojego lansu na fejsie). I która ona ma mi nagrać jakieś bursztynki. I wreszcie przekonała mnie do ublogowienia tego tekstu.
PS2. Przepraszam za nieopatrzną pornografię w videu, ale nie mogłem znaleźć żadnej w ogóle wersji  studyjnej tego utworu do wstawienia. Oficjalnie ogłaszam, że nie chodziło mi o cycki.

piątek, 25 listopada 2011

SP 7" : Off in the night while you live it up (I'm off to sleep)

usesomebody by nathalieandtheloners

Miały to być Kobiety, ale niezwłocznie spieszę z najlepszą muzyczną wiadomością ostatniego czasu : Natalia Fiedorczuk (czyli Natalie and the Loners) tworzy swoją drugą płytę z samym Maciejem Cieślakiem (Ścianka, Lenny Valentino, legenda polskiej alternatywy). Jest to jedyna osoba w Polsce, której nie będę męczyć o Piotra Maciejewskiego (który tak fantastycznie wyprodukował Jej pierwszą płytę) i skoro jest to już druga płyta, a nie nieopierzona pierwsza, to naprawdę możemy się spodziewać czegoś wielkiego.

Jednak nawet tak kluczowa dla nowości wydawniczych roku (mam nadzieję) 2011 informacja stała się tylko komentarzem wprowadzającym do wyżej ustawionej piosenki, tj. Use somebody. Zgadza się, chodzi tu cover tych ryczących farmerów z Texasu śpiewających cały czas to samo i nazywających się Kings of Leon. I nie jest tak, że dopiero teraz mogę przysunąć się do tego okropnego meinstrimu - po prostu to tutaj jest piękne.

Pretty sad. Znowu. Delikatna pulsacja i dobijanie się tym słodkim głosem z jakąś miękką tkaniną w nazwie. Ale podkład stanowi tym razem gitara p. Cieślaka, charszcząca i tętniąca prawdziwym życiem, ona faktycznie jest tą ulicą z obściskującymi się niezliczonymi kochankami. To przez nią przebija się głos Natalie i to od tej ulicy Ona jest ważniejsza. Już na początku można usłyszeć jak bardzo czyni różnicę Cieślak przy konsolecie, bo tylko u niego cisza brzmi tak pięknie. W tym wyświechtanym i przebojowym uuu-hhuh jest coś z repetycji w stylu Is it so razem z bezradnością każącą odruchowo wołać o jeszcze jedną pomoc. Tu, w tej wersji nie ma już flirtującego wyzwania, tylko płacząca chęć zwrócenia na siebie uwagi. W drugiej zwrotce Ona faktycznie przyznaje się do tej trochę obsesji, do tego, że wie wszystko i patrzy na to jak while you live it up i tak bardzo chce być tego częścią. Aż nagle ten bardzo ważny i bardzo hipnotycznie pociągający gość przychodzi do niej jako gość z wizytą. I wie i rozumie i tego właśnie szuka wśród roaming around/looking down. Błogosławieństwo w smęcącym spokoju.

Owszem, jest to klasyczna pościelówa i w życiu bym nie zauważył jak umiejętnie po angielsku potrafią sylabizować Chłopaki Królaki. Albo to sama Natalie, która dosłownie pociąga, włóczy za sobą klimat i te swoje narzuty na których śpi. Jest wkręcanie się i to zamotanie w uzewnętrznianiu się tak często towarzyszące wczesnemu Thomowi Yorkowi kręcącemu się przy statywie mikrofonowym. Bas na szczęście pozostał (wszak piosenką KoL którą lubię jest Revely) i pieczętujący, wyostrzający krawędzie rzeczywistości tamburyn. Głos Cieślaka brzmiałby dobrze nawet w reklamie lodów (ale kazał się wyciąć z komercyjnej Smolikowej Kremowej Rewolucji) ale pisze to człowiek, który nie ogarnia Harfy Traw. Oprócz tego, że wielki to jest też idealnie szorstki, mieszanka iście wedlowska.
Kto by pomyślał, że będzie "w tym coś więcej niż tylko dwa piękne, wzruszające głosy i delikatna melodia"(cyt. Ogórek)                                                   ... 

sobota, 19 listopada 2011

SP 7" : Bez żadnych słów, zwyczajnie znów

Iza Lach wszędzie
Badania internetowo - terenowe mające na celu propagowanie twórczości Izy Lach i oceniające odbiór opinii publicznej na świetną nową i oryginalną polską muzykę.
Raport

1#   Napisałem celo bardzo pozytywny wpis na swojego bloga na temat pierwszego singla z płyty Krzyk: Nic Więcej. Link do tego wpisu umieściłem na fejsbuku i rozesłałem do kilku znajomych z poleceniem natychmiastowego zapoznania się z tematem. 
Wpis (bardzo!) pozytywnie oceniła sama Iza Lach na swoim oficjalnym twitterze czym się strasznie jaram bardzobardzobardzo. Wrodzona skromność i wdzięczność dopinguje mnie do większej pracy nad pokazywaniem światu Jej twórczości.
2#  Wrocław. Paulina W. z wyraźną ironią odnosiła się do mojej fascynacji łódzką wokalistkę, posuwała się nawet do bezczelnych żartów. (dopiero później mogłem usprawiedliwić jej osądy tym, że była pijana). Jednak już następnego dnia do nieskończoności repetowaliśmy Nic więcej i śpiewaliśmy refren na cały głos podczas chodzenia po centralnych ulicach Wrocławia próbując ogarnąć sylabizowanie w refrenie. Ponadto, Zuza K. także się bardzo wkręciła i też śpiewała i wrzuciła na swojego fejsa link do tejże piosenki co polubiło kilka osób.
3#  Internat (Barak). Dagmara Ch. także próbuje żartować z mojej nowej fascynacji. Później jest zdziwiona tym, że lubię taką muzykę tzn. pop. Pytanie uznaję za tendencyjne, gdyż nie wyobrażam sobie nic ładniejszego niż ładna dziewczyna śpiewająca ładne piosenki. Dagmara Ch. wysłuchała już ok. 33 razy utwory Izy Lach, a w szczególności Zatrzymaj Czas i Czy pamiętasz (dane z last.fm).
 4#  Ponownie wrzuciłem na fejsa kolejną piosenkę Izy (Chociaż raz) co złe metalowe języki skomentowały, że przypomina Agnieszkę Chylińską. Głupki. Ale Iga P. lubi to (!).
5#  Konkurs serwisu screenagers.com nakazuje wrzucić na fejsbukową tablicę utwór Futro. Pierwsze założenie o "promowaniu dobrej polskiej muzyki" ignoruję (bo i tak to cały czas robię), lecz miałem nadzieję, na płytę Krzyk z autografem. Niestety. Ale chociaż Sylwia M. "wie kto to jest" , co zwiększa jej szansę na pójście ze mną na studniówkę.
6#  Podczas próby GPWK (koła teatralnego) w czasie etiudy "Ola ma poderwać Jaca" Ola S. do zagajenia hipotetycznej rozmowy używa argumentu, że poznała osobiście Izę Lach. Nieco hermetyczny żarcik, hehe.
7#  Reagując na zupełnie naciąganą dumę Rafała R. (pseudonim: Ręcznik) wspominam o tym, że to mnie propsuje na swoim twitterze sama Iza Lach, a Ręcznik polubił ją zaraz. W czasie wywiadu pogłębionego zdradza, że zrobił to głównie z powodu urody p. Izy, ale na pewno posłucha jej utworów. Istotnie. Dzień później podziękował mi na fejsbuku razem z linkiem do Happy Ending.
8#  Zachwycony akustyczną wersją Chociaż Raz przygotowuję zbyt krótki i nudny wpis na mojego bloga


Chociaż zazwyczaj staram się nie pisać nie pisać na blogu zbyt dużo razy o artystach, to w przypadku Izy Lach mam wyrzuty sumienia, że poświęciłem jej tylko opis jednego utworu w dziale o singlach. Nie mam jeszcze dobrego pomysłu na opis godny tak świetnej płyty jak Krzyk, ale otrzymaliśmy akustyczną wersję Chociaż raz.

Cudowną wersję. Bardzo skromną. Iza akompaniuje sobie tylko delikatnymi naciśnięciami klawiszy, ale to wystarczy aby wprowadzić tą lekko nerwową pulsację. Dzięki temu zostaje sama, wręcz "goła" melodia bez brzmieniowych sztuczek (które też uwielbiam) i z produkcją próbującą jedynie zarejestrować dźwięk. W pustym basenie na świeżej jesieni. Gdyby maleńkie żółte kwiaty nie przelatywały przed kamerą trzeba by było je dorobić w fotoszopie, a szum listowia staje się integralną częścią kompozycji (można pokusić się o porównanie do "Harfy traw w wersji pop"). To wszystko daje jeszcze bardziej intymny klimat, jakąś prawdziwą historię. Ot, po prostu dziewczyna bierze organki i opowiada, a raczej mówi do kogoś.

Pozdro dla tych, którzy twierdzą, że "to taki tylko pop". Melodia pozostaje kapitalna sama w sobie a głos Iza ma też świetny (polecam posłuchać powrót z wysokiego wyciągnięcia dźwięku do normalnego mówienia na jeden dzień w 0:41. to nie jest cięte w studio).  Z łatwością zmienia szybkość melodii i słodko unika krzyczenia w refrenie przepięknie zmiękczając samogłoskę na końcu. To jak przekrzykuje wiatr, świat i życie jest cholernie prawdziwe i jak dla mnie rozczulające.

Wracając na ziemię, sama aranżacja to profesorsko rozegrana perełka, każdy człowiek (dwa palce perkusisty!) robi swoje różne, a dodanie akordu na akustykach zmienia piosenkę w stosunku do tej z płyty. To bardzo ograniczone instrumentalium jest wykorzystane w 193%, sam Damon Albarn by temu przyklasnął.
Oczywiście sam fakt poruszającego się nagrania Izy wykonującej piosenkę jest rzeczą super samą w sobie i też się bardzo cieszę ;)

Bardzo ładne i strasznie urocze.

czwartek, 17 listopada 2011

SP 7'' : Lecz niestety, bo w kieszeinach jeszcze coś z rozsądku zostało mi

Pewnego razu w Carpe Diem przed tym lepszym zeszłorocznym koncertem Much w Częstochowie Płaciu Cowbell Television na zakończenie swojego krótkiego supportu zcoverował Uważaj Cool Kids Of Death z kultowej Jedynki. Wśród moich znajomych pokropiły z lekka ironiczne komentarze o chęci bycia takim fajnym i gniewnym jak starzy gówniarze z Łodzi. Tak się składa, że niedawno teraz po pobieżnym odsłuchu pierwszego singla z tak samo nazywającej się nowej płyty Kulek ostrze ironii musiałem skierować w ich właśnie stronę - "to brzmi jak jakiś Płaciu".

21 Października by PCTV

Przedostatni singiel PCTV oznaczony datą 21 października (podobieństwo do Much podobnież tym razem przypadkowo sprokurowane prze życie) nie powinien być przecież obiektem żartów. W odróżnieniu od ultra-przebojowego Karmela ten utwór to nie tylko elektroniczna zabawka, ale naprawdę klasycznie rozumiana "dobra piosenka". Tak klasycznie, że zaczyna się nawet dźwiękiem fortepianopodobnym, który od razu wprowadza ciekawy ciekawy klimat do (z założenia) całkowicie elektronicznej produkcji. Nie jesteśmy atakowani szalonym pierdolnięciem, chyba faktycznie chodzi tu o prawdziwe emocje. Obok bitu rozwijają się bardziej delikatne, a wręcz ulotne miraże rozciągniętego syntezatora. Melodia śpiewana (naprawdę można tam się dosłyszeć jego głosu artykułowanego w ten sposób)  zgrabnie uzupełnia się z pianinowym intro i wciąga słuchacza krok po kroku w zagęszczającą się atmosferę. To naprawdę działa - po trochu dodawane są kolejne ścieżki, prawdziwie skrupulatne układanie kolejnych przeszkadzajek rytmicznych, smuga klawiszu z tyłu poszerza się, aby wreszcie... wrócić do początku. Bardzo szkoda, że pan Marcin nie postarał się o jakiś bardziej epicki refren i zostawił taką narracyjną formę bez pointy. Ale jest to bardzo udany utwór na pewno i nie tylko dla haemowych niurejwowców.




Wracając do Cool Kids Of Death - reakcje na Plan Ewakuacji były rzeczywiście radykalne (od dobrego kolegi usłyszałem nawet postulat zmiany nazwy bandu, co jako czciciel Achtung Baby uważam za przesadę), ale nie jestem jakimś ich fanatykiem i zawsze bardziej lubiłem Piosenki o miłości. Nie jest to jednak tak dobra płyta, abym opisywał ją tutaj całą. Ale jest bardzo ciekawa, co najważniejsze. A najciekawsza jest Ścieżka #8 czyli Wiemy wszystko. Jest to jednocześnie wytłumaczenie się z tego całego nowego brzmienia - odrobinę sentymentalna historia o okresie buntu niezapomnianej Generacji Nic. Warto wciąż czekać na CKOD chociażby ze względu na zawsze świetne i aktualne teksty będące bardziej filozoficznymi deklaracjami światopoglądową nawet (gra legenda podziemia, ale dla nas nie robi to wrażenia). Na osobny medal Nobla zasługuje niewątpliwie przewijające się cały czas chórkami w tle przesłanie :
 byle tylko nieodchodzić za bardzo, nie podchodzić za blisko.

Nie zaczynam od muzyki, bo klawiszowy początek jest bezczelnie wzięty z No excuses Air France / czegoś tem Foster the People. Umiejętności śpiewacze wokalisty także odsyłają do Płacia. Chociaż sekcja rytmiczna to niezaprzeczalny akut CKOD (śmiem twierdzić, że na perkusji jest więcej rytmów niż w 21 października a ona sama jest cudownie melodyjnie popowa). A to wycofanie gitar i upodabnianie ich do syntezatora w końcówce to raczej celowy zabieg, którym chcą się upodobnić właśnie "młodej i świeżej" elektronicznej sceny. Chociaż dziwić może odwrót właśnie w stronę ulotnego klimatu M83 to cały czas jest to niebanalne i przewrotne.

Rzeczywistość ustawila mi zgrabnie cały ten naciągany kontekst wpisu, bo faktem jest, że PCTV supportuje już CKOD na ich promującej trasie koncertowej. W tym momeencie muszę być złośliwy i przypomnieć, że terminy "CKOD" i :support" pasują do siebie świetnie, czego doweodem btło na pewno rozgrzewanie przez nich nieletniej publiczności przed łódzkim występem Trzydzieści Sekund Tu Mars.
hehe

PS. Special gratki dla Krzyśka z Baraku, który użyczył mi netbooka!

sobota, 22 października 2011

SP 7" : Zostanę przy Tobie, od zawsze tak robię





Iza Lach jest lepsza niż Brodka, Rihanna, Beyonce, Robyn, Ellie Goulding....

Nie! To zupełnie nie fair w stosunku do młodej ciekawej wokalistki zaczynać od takich porównań. Inna sprawa, że nic nie zrobię, że narzucają się one same z siebie. A nawet - przyjmując że płytę Krzyk wydaje EMI - może to być świadomy ruch promocyjny, mający na celu "określenie targetu". Mam nadzieję, że podobnymi marketingowymi zagrywkami nie obraziłem tej młodej pani, ani nie uszczknąłęm nic z jej uroku oraz stylu.

Kontynuując zatem niecny plan komercyjnego labela dowodzę, że Iza Lach naprawdę jest lepsza od "Idolki". Pamiętam, że przy premierze Pięciu smaków zachwycałem się szalonym rytmem i vampire-weekendowym rozpasaniem. Nic więcej muzycznie jest bardziej skondensowana i zwarta. Piosenkę oprócz (nieco oczywistego) popowego łupania fenomenalnie nakręcają delikatne (dwa!) klawisze. To nie jest jakaś pulsacja - prowadzące akordy uderzenia w fortepian i nienachalny bas dosłownie ożywiają tę piosenkę. Żadnych zrywów czy innych pisków - Ona nie musi się popisywać jak Brodka, bo... po prostu jest... Wstydziłem się to napisać, ale jest słodsza. Tak cudownie dziewczęcego głosu nie słyszałem jeszcze dawno chyba, bardzo uwielbiam.

Jeśli chodzi o Rihannę (pozdro Ładny!) i bajeranckie panie z zagranicy, to w przeciwieństwie do Izy Lach nie znam ich twórczości tak dobrze, aby prowadzić jakieś inne analizy porównawcze. Wystarczy mi tylko jedno - to Iza jest polską dziewczyną, a jest to argument przygniatający. Bo tekst jest także polski i przy tym niebywale rytmiczny. Chwaliłem za to Nosowską, ale tutaj jest to samo tylko bardziej i w ujęciu totalnym. Rymy nie są jakieś częstochowskie, bo melodia się nimi rozwiązuje. Nawet te znienawidzone polsko-trudne "sz"głoski tutatj nie przeszkadzają, tylko szemrząc przemykają w melodii : jak długo i jeszcze zamierzasz stać i patrzyć się jak. Jak na polski język to po prostu pasuje i tylko umacnia tą fantastyczną rytmikę (w "Lampie" będą wniebowzięci).
Sam temat jest również zgrabny i prosty; czyli prawdziwy (pozdro dla opowieści o budkach wietnamskich).

Z zainteresowaniem czekałem na społeczne skutki niebagatelnej i nieustannej sprzedaży Grandy wszędzie. Nareszcie jednak fajność muzyczna, nawet ta alternatywna (czyt: lepsza) jest w cenie i słuchanie takiej dobrej muzyki jest w dobrym tonie i zwracającym sympatyczną uwagę.  Ja jestem pod uroczym wrażeniem pani Izy Lach i mogę powtórzyć za Anną Gacek "Mam bzika na punkcie Izy".


PS. Z propsowaniem wyprzedziła mnie wczoraj Offensywa, bo nie mogłem napisać tego tekstu w mniej niż godzinę. Ale +10 dla Izy za dobrych promotorów (obok tzw. portali polskiego nieżalu).

piątek, 7 października 2011

SP 7" : Nie mrugaj oczami, bo będzie wstyd

Nie jestem Sewerynem Krajewskim alternatywy.
Na scenie wyglądaliśmy w ogóle dziwnie. Basista miał koszulkę z Che Guevarą, ja z The Smiths z płyty The Queen Is Dead, a perkusista i wokalista stawiali sobie kołnierzyki na sztorc.
Tak! Jezus ze Świebodzina czyni cuda!
Oczywiście mam listę ulubionych artystów i to są The Smiths, The Go-betweens, Beach Boys, Beatlesi - również solowo. Pierwszy Turnau, Republika, Grechuta...



Janek Samołyk to naprawdę ciekawa postać jest. Taki tam akustyczny grajek grający takie tam piosenki na gitarze za 500 zł. I jest bardzo zgrabnie i ładne, niedzisiejsze trochę piosenki.

Nie wiem na ile intro jest parodią chillwave-u (Being so hipster, when I play playstation I only press triangle), ale nawet ich design lookowy jest stylowo nawiązujący do "starych dobrych czasów". Bas pulsuje Kowalskimi, a szarpanie akordów z wyspiarskim luzem to poprawne naśladownictwo wszystkiego Blur; zaliczone. Beztrosko. Bardzo sprawnie złożona piosenka pop, szwów nie widać i bardzo ładnie się sprawdza w samochodzie obok jakiegoś Noela Gallaghera. Cóż powiedzieć więcej, przejście do refrenu naprawdę wzorcowe, genialnie bitelsowskie i zwyczajnie maksymalnie urokliwe - mała rzecz, a cieszy i pasuje. Janek wydaje się w swoim nieddoawaniu bardzo aktywny i pełen energii, ale to przecież brit-pop.

Ale jutro na koncercie w Belgu sympatyczny wykonawca wystąpi bez tak szeroko męskiego składu, tylko gitara+skrzypce. Ale to bardzo dobrze, bo raczej takie akustyczne klimaty są mu bliższe niż gibanie w dwurzędówce.




Kameralnie. Klawisze świetnie tworzą klimat, ballada nie jest przesłodzona. Bo jest jednak balladowa. Typowa historia, bardzo ładna i naznaczona tym obowiązkowym melancholizmem. Ale autor nie daje dojść łkaniom do mikrofonu i bardzo mocno stara się skupić na ustalonym procesie robienia tytułu (Zdjęcia). Wiesz co masz robić, uśmiechasz się, ale to i tak jest smutne.

Więc bardzo polecam jutro, w sobotę koncert Janka Samołyka w Belgu w Częstochowie (o 20:00). Mam nadzieję na ładne akordy i jakieś alternatywne covery (The Go-Betweens!!!). I fajnie, że ktoś po prostu gra na gitarze. Bez pierdolnięcia. Piosenki.

PS. Cytat górny z wywiadu z Lampy, którego Janek udzielił i z którego go wygrzebałem jako wykonawcę.
PS2. Ostatnio moje posty to żal w kratkę (a raczej w weekend, bo mało piszę bardzo). Ale coś szykuję, mam nadzieję przynajmniej. Kajam się.

sobota, 1 października 2011

SP 7'' : Collapse into now



R.E.M. postanowiło się skończyć. Ten legendarny oczywiście zespół ogłosił własne rozwiązanie w zeszłym tygodniu. Wielką szkodę potwierdzili coverami m.in. Radiohead i Pearl Jam. My, słuchacze też smucimy się bardzo, bo to przecież jeden z tych wyjątkowych zespołów-pomników. Razem z Sonic Youth wprost z  collegowych kampusów wyprowadzili muzykę alternatywną na całą Amerykę. Rozpoczęli nową epokę alternatywy w mainstreamie. Brzmi śmiesznie, ale bez nich nie byłoby chociażby Nirvany czy Modest Mouse. Ostatnio zajmowali się celebracją swojej ikony i wszyscy traktowali ich jako dziadków z klasy U2. Niestety, nigdy nie byli tak galaktyczni i oprócz "czarowania klimatem" mieli w zanadrzu jedynie "powrót do korzeni" (Supernatural Superserious). Ostatnia (naprawdę) płyta wydana na początku tego roku też raczej nikogo nie podnieciła - kolejne ładne piosenki od starych wyjadaczy, ale przecież nie nagrają złych, prawda? Kto by się przejmował w tych czilłejczasach Markomanią czy LP-Trójką? Prawda jest taka, że jednak Überlin jest bezczelnym autoplagiatem Drive, sorry chłopaki. Tylko faceci z Dublina potrafią ze sobą wytrzymać od 35 lat, to jedyny globalny wyjątek czysto socjologiczny.
R.E.M. umarło śmiercią naturalną.
Pozostaje jednak ten gorzki posmak w słuchawkach. Krążyły plotki, że mogą być (jak Pearl Jam) headlinerowymm dinozaurem Openera. Jednak jest koniec ich ostatniej płyty.

blueblueblue

Jest to bolesny dowód na to, że w marcu 2011 roku skończyła się pewna epoka w muzyce w ogóle. Hipsterscy blogerzy zajmują się tylko tworzeniem coraz bardziej absurdalnych gatunków (Mondeo pop uwielbiam za ironię), a gitarzyści nie potrafiąc grać na gitarze kupują z Ebay-a kolejne syntezatorki. Dupa nie vitange. Indie musi być teraz szybkie i rytmicznie pokopane multitaczem z iPupów. Posrywając się na trójkątowo. Już nie rozróżniam, nie chce mi się.

blueblueblue

Te 5 minut to czysty feeling. Brzmienie dostępne tylko dla Największych Zespołów Rockowych (nie ma w tym tytule promila ironii). Odnoszę rozpaczliwe wrażenie, że tylko taka muzyka mogła zmienić naprawdę świat, wzruszyć i sponiewierać. Spędzając kilka epok na scenie nie można się zbłaźnić mentorskim, mądrościowym tonem. Romantycznie dojrzała melancholia.

Już bębnienie desczem przenosi nas do industrialnych przestrzeni, w których Brian Eno w Belinie eksperymentował z wyniesieniem dźwięków ze sterylnych studiów. Hammondy muszą mieć echo, bo dzisiaj wszyscy by pomyśleli, że są wgrane z emulatora dostępnego w AppStore. Nawet gitara akustyczna pobrzmiewa metalowymi strunami, a masywny, zrobiony ze szlachetnego drewna Les Paul przecina powietrze, a gitarzysta nie musi popierdzielać szesnastek łokciem. Każde dotknięcie wiosła tknie arystokratyczną dostojnością. Bas muska tylko, by samotnie wreszcie zasiąść, aby wybrzmiała powaga chwili. Michael Stripe przedstawia ostatni list w życiu, list samobójcy doskonale świadomego tego, że cały świat ma już go w dupie. Stojąc nad przepaścią (dosłownie) z lodowatym spokojem i rezygnacją przemawia przez megafon do przebiegającej w dole głuchej tłuszczy. Tam się wszystko kończy, legenda rozpada się na kawałki, gitary wydają ostatnie trzaski.

Dosłownym symbolem są wokalizy jeszcze większej legendy - Patti Smith, która już dawno wycofała się z absurdów popu i właśnie wydała książkę Just kids będącą świadectwem innych muzycznych czasów.

Koniec epoki.



PS. Doskonale wiem, jestem świadom tego, że na samym końcu Blue przechodzi w repetycję Discover. To jest idiotyczne z ich strony, ale można przecież sobie to wyciąć w Audacity, co też bardzo polecam.
PS2. Connan Mockasin znalazłem, pamiętam, naprawdę.

poniedziałek, 19 września 2011

SP 7" : Przezroczysty zespoł pop


Czy ktoś jeszcze czeka w ogóle na nową płytę Coldplay? Jest oczywiście ogromna grupa fanó znająca ich 5 hiciorów na krzyż, noszących do tej pory opaskę z Ołpenera i słuchająca tylko Myslovitz i U2. Nie śmieję się - też taki byłem, co może tłumaczyć to, że cały czas się niemi tutaj, na blogu zajmuję. Przy chwaleniu tak bardzo niedawnej ich EPki udzieliła mi się jeszcze przedkoncertowa podnieta i... skończyła się. W czerwcu w Gdyni Chris Martin ostatecznie udowodnił, że do końca poprzewracało mu się w dupce i naprawdę chce być "największym zespołem na świecie" z największymi laserami i ekranami (chociaż tutaj raczej nie przebiją POPmartu, hehe). Zawiodłem się srogo, bo liczyłem chociaż na kawałek "starego Coldplay". Ale zespołu alternatywnego, który wydał piękne-małe Parachutes i też urokliwiał na następnej płycie. Tego zespołu już nie ma, czego symbolem były confetti wystrzelone w refrenie smutnego przecież In my place. X&Y to zdławienie się hymnami, Viva la Vida (or Death and all of his friends) próbowało ciekawić Brainem Eno, ale teraz cały nieżal się z nich jedynie śmieje. Ze swoim kolorowym outfitem i tytułem Mylo Xyloto Zimnograjkowie są dokładnie tak samo nieudolnie hupsterscy jak ich fanki skaczący do uproszczonego rytmu Yellow.

Rozpisałem si, bo zwyczajnie jest mi ich szkoda. Naprawdę miałem nadzieję, że mogą jeszcze epicko wzruszyć jak na b-side'ach. Po płaczącym debiucie propsował ich sam Elton John i wszyscy a ja sam mogłem piszczeć falsetem.

Do rzeczy.
Zaczyna się potężnie i nie-odpowiednie zbyt epicko. Melodia banalna, ale pianino+perkusja przypomina dawne ich czasy. Co nie zmienia faktu, że nie mogło już być bardziej łątwych nutek - jadą w ten sam sposów od góry do dołu na dokładnie ograniczonych wysokościach pięciolinii. Nie wiem co napisać o refrenie, bo jest tak bardzo prosty (bardziej banalny), że właściwie nie ma o czym. Chris powtarza tytuł nieznacznie zmieniający tylko odrobinkę akordy. Częstochowski rym paradise-eyes dopowiedziałem sobie sam na 3 s. przed oczami. To bardziej pasuje do wykorzystania jako bezpłciowe intro przecież - Krzysiek śpiewa to samo jedno słowo z masywnymi organami i nic się nie dzieje. Jest to najbardziej bezczelny radiowy pop i celowo nie chciało im się tego rozwijać!
Inna sprawa, że refren faktycznie jest chwytliwy, ale cóż za problem zapamiętać 3 dźwięki. Violet hill było zuchwałym jeszcze kawałkiem, a teraz Coldplay promuje nowe wydawnictwo czymś, co można nazwać artystyczną kapitulacją. Ten utwór jest, ale jakby go nie było Tak bardzo szlifowali kompozycję, że stała się przezroczysta.

"Majestatyczne" brzmienie jest mięciutkim dywanem dla tych przyśpiewek. Owszem, bas mam moc, prawdopodobnie u nich tak bardzo jeszcze nie brzmiał. Cóż z tego, jeśli przesuwa akordy dokładnie o jakieś marne 2 centymetry. Prościutka solówka gitary odsyła do Editors. No i największy zarzut - refren Paradise bardzo przypomina Halo. Już śmiałem się z tego podobieństwa, ale należy pamiętać, że hit Beyonce skomponował frontman OneRepublic. Potwierdza się tylko niesamowita zdolność tego zespołu pisania radiowych przebojów, ale do tej pory to raczej oni przypominali Coldplay...

W piosence jest jednak ciekawie się robi, gdy w końcowym mostku talerzyki szybko pocinają, a Martin podśpiewuje całą beztroskością swojej lalalalawości. Ten wybuch spontaniczności trwa jednak całe 6 sekund.

Zastanawiam się cały czas po co dalej o nich piszę i to tak bardzo. Recenzję Mylo Xyloto chyba już sobie podaruję.Wygląda na to, że Coldplay ostatecznie zmienili się w life-styową kapelę grającą radiowy prostacko kolorowy pop.
Tylko tyle.


PS. Strasznie dziękuję za tak intensywne dobijanie się i żądanie przerwania moich ferii blogowych i naprawdę zrobiło mi się strasznie miło. I przepraszam, że powracam dopiero dzisiaj, no ale jakoś tak barakowo wyszło. Enjoy!