Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belle & Sebastian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belle & Sebastian. Pokaż wszystkie posty
środa, 17 czerwca 2015
ENL: Wyobraź sobie, że zawsze masz czas
Lech Janerka
12.06.2015, BARBARA, Wrocław, Parapetówka Barbary.
Wrocław zaczyna świętować.
Europejską Stolicą Kultury zostanie dopiero z początkiem 2016 roku, ale już teraz całe miasto żyje nadchodzącymi wydarzeniami. Następny weekend przyniesie prezentację programu ESK (podczas wielkiego widowiska, na stadionie), a miniony sprezentował Wrocławianom dwa darmowe koncerty. W piątek na parapetówce Barbary (infopunkt/kawiarnia/kultura) zagrał Lech Janerka, a sobotnią Europejską Noc Literatury przedłużył zespół Świetliki. Legenda wrocławskiej alternatywy i krakowski bard/pijus Marcin Świetlicki to artyście zaprawdę ponadczasowi. Nie chodzi tylko o miejsce w Historii jakie sobie zapewnili, ale przede wszystkim o ich własny sposób postrzegania czasu. Jednostkę którą mierzą upływ wydarzeń i perspektywę oddalania się od trwających momentów.
Lech Janerka już od dawna nigdzie się nie spieszy. Ostatnią płytę (Plagiaty) wydał 10 lat temu, a nowy materiał ponoć istnieje - z tym że muzyk nie znalazł jeszcze czasu na spisanie słów piosenek. Nie wiadomo więc jak ze spełnieniem artystycznym, ale zdaje się, że Janerka osiągnął życiową harmonię. Dokładnie taką jaką wymarzył sobie w piosence Wyobraź sobie o kołysaniu się na malachitowym tle. Gra punka i reggae, a nawet jeśli śpiewa coś od rzeczy, pozostaje uosobieniem terminu "stoicki spokój". Wysunięty berecik przypomina łebek żółwia, choć zupełnie odrębna specyfika sylwetki Lecha odsyła do figury nieruchomego derwisza wspartego na lasce kilkanaście centymetrów nad ziemią.
Barbara miała swoją parapetówkę, więc można byłoby wybaczyć jej ewentualne niedoskonałości, ale wszystko jest dobrze i wszystko w sam raz. Retrospektywny charakter setlisty i doświadczenia wypisane na twarzy samego Janerki pozwoliły mu przywołać dawną, legendarną odsłonę Baru Barbara z lat 80-tych. Bardzo dobrze, że upomniał się o obecność w menu kremu sułtańskiego, a koordynatorzy (Joanna Męczyńska i Marek Gluziński) zadbali o jego obecność po latach w tym samym miejscu.
Świetliki
13.06.2015, Arsenał Miejski, Wrocław, Europejska Noc Literatury.
O ile Lech Janerka wybrał duchową emigrację poza czas, to zespół (brutalnych doświadczeń) Świetliki ucieka z rzeczywistości w zgoła inny sposób. Za pomocą alkoholu. Tkwią w tym samym miejscu, boleśnie kręcąc się w kółko. Jak w szyldzie ekipy - bywa nieprzyjemnie. Zdarza się tępe odbijanie od ściany do ściany, a a nawet pełen rezygnacji bluzg rzucany na odpierdol się (Gotham). To wszystko jednak groźnie wyglądające rekwizyty, plastikowe kubeczki z whisky kupione w Żabce za rogiem. Pod całym tym brudem, przesterem (pozerem?) i ogorzałą gębą kryją się ogromne złoża melancholii. Bo przecież nigdy papieros nie będzie tak smaczny, a wódka taka zimna i pożywna; już nigdy nikt nie bedzie mówił o używkach z taką tkliwością i umiłowaniem. Spod rozrzuconych gratów wyziera się światełko iście barokowo harmonijnych aranżacji. Tak jak przestrzeń instrumentalium jest wyraźnie inspirowana wczesnym U2 (z czasów The Unforgettable Fire), tak samo słynne Zrób mi nieporządek w chaosie okazuje się być trawestacją... Belle and Sebastian piszczących Colour my life with a chaos of trouble.
Niechlujne pijaństwo? Nic z tych rzeczy. Szeroki gest, krakowski spleen i pogodny letarg w półkroku do gwiazd.
PS. Pewnej Osobie chciałbym zadedykować wers niekoniecznie od Świetlickiego, ale z Janerki: "Nie musisz jeść i nie trzeba też spać"
Tagi:
Barbara,
Belle & Sebastian,
ENL,
ESK,
koncerty,
Lech Janerka,
seen live,
Świetliki,
Wrocław
wtorek, 16 grudnia 2014
God Help the Boy
God Help the girl - film (2014)
Eve ratuje nam życie
Muzyczny film reżysera kultowego Once Johna Carneya z Keirą Knightley i Markiem Ruffalo Begin Again nosił oryginalnie nazwę Can a song save your life? Nie jest to może najlepszy tytuł dla hollywoodzkiego filmu, ale bardzo chętnie wziąłbym takie hasło na sztandary pod postacią życiowego manifestu. Tak, zebraliśmy się tutaj, bo wciąż (mimo odpływu jedynki z przodu wieku) piosenka popowa jest dla nas ważna, przypisujemy jej sprawczą moc ratującą nam życie. Znam tylko jedną rzecz, która może na nie wpłynąć w równie znaczący sposób - dziewczyny. Piosenki śpiewane przez dziewczyny. Taką właśnie mieszankę wybuchową serwuje nam Stuart Murdoch w swoim filmie (!) God Help The Girl, który od zeszłego piątku można oglądać w polskich kinach.
Eve pięknie śpiewa
Lider unikatowego w swoim stylu Belle and Sebastian zapisał historię Eve w scenariuszu i piosenkach. Bez większej przesady mogę powiedzieć, że udało mu się skomponować pop bittersweet symphony. Partie śpiewane są wzorcowymi przykładami piosenek pop, dokładnie takich jakimi wymyślili je The Beatles. Klasyczne utwory przechodzą z akordu w akord z leciutkim poświstem tanecznego kroku, zawsze przyjemnie i łatwo przyswajalne dla ucha.
Takiej właśnie harmonii szuka w muzyce Eve, tytułowa bohaterka, która oprócz problemów psychicznych ma talent i zmysł melodii - pisze urocze piosenki kiedy nie może poradzić sobie z samą sobą. To nimi przedstawia się w prawdziwym świecie gdy usprawiedliwia swoją ucieczkę od lekarzy (Act of Apostle) lub uwodzi przydatnego chłopca (The Psychiatryst Is In). Tak się składa, że tych samych piosenek słuchają chłopcy nie mogący poradzić sobie z samą Eve (Pretty Eve in the Tub). Ostatecznie to jej emocje napędzają historię i ona pozostaje kuratorem składanki swojej grupy nowych przyjaciół. Nie powinno to nikogo dziwić, bo
Eve jest śliczna
Główna bohaterka jest gwiazdą od samego początku: kocha ją kamera, a instrumenty same stroją się do jej taktu. To jedna z tych dziewczyn, którą chcesz się zaopiekować z czystej empatii, bo jej uśmiech zaciąga najbardziej szczodry kredyt (szczytnie zapewniany jako bezzwrotny). Samą Eve gra (i śpiewa) Emily Browning zjawiskowa tajemniczą urodą i mieszcząca w niskim wzroście sprzeczności: entuzjazm nowego projektu i niepewność wypalenia emocjonalnego. W ogóle Stuartowi udało się zebrać naprawdę sympatyczną gromadkę - Hannah Murray gra tu drugie skrzypce; zahukaną dorastaniem niewiastę o wdzięcznym imieniu Cassie.
Stylistyka debiutanckiego reżysera jest już promocyjnie porównywana do Wesa Andersona; być może z uwagi na zbieżne czasowo inspiracje staroświecką Nową Falą francuskich lat 60-tych. Niemniej jednak w miejscach gdzie Anderson stawia kolorowe domki dla lalek, Murdoch ożywia sceny tanecznym akordem, który zapala jupitery musicalowej śpiewności. W filmie Stuarta nie znajdziecie kolorowych makiet, bo scenografia odbija jaśniejącą iskrę młodości bohaterów, podobnie jak sama kamera sama zwraca się do źródła muzyki.
Kluczowa dla klimatu opowieści staje się jednak pewna umowność, którą ofiaruje nam reżyser. Bezczas staje się łaską - przyzwoleniem na słodki sentymentalizm, pastelowe bale i beztroskie naiwności. Od technologii też mamy wolne; nie ma Internetu, rozgłośnie radiowe edukują młodzież muzyką z taśm magnetofonowych, a telefon zastępuje piesek wysłany z wiadomością serca. To wszystko zwalnia nas z odpowiedzialności, a raczej z dorosłości. Wiemy mniej więcej, że pewne historie występują zawsze, bez względu na czasy w których żyjemy. Ta sama zasada ma zastosowanie do nas samych. Trudność emocjo z jakimi musimy sobie poradzić jest zawsze taka sama, nieważne z jakim wiekiem przyszło nam akurat dojrzewać. Lub zakochiwać się.
Eve jest niewdzięczna
God Help The Girl jest zachwycającym filmem, ale po seansie pozostaje pewien niedosyt. Coś jest z nim nie tak i tudno powiedzieć dlaczego - bo przecież Eve znalazła swoją szansę na bycie gwiazdą, a jej obraz rozpływa się jeszcze ciepłem w naszych sercach. Dostałem dokładnie to co chciałem, dodałem najwyższą ocenę na filmwebie, ale to dziwne uczucie nie chciało ze mnie zejść. I nagle zrozumiałem Jamesa; drugoplanowego bohatera filmu, miłośnika śpiewającej dziewczyny i zawiedzionego chłopaka (oczywiście w przyjacielskim znaczeniu tego słowa). Tak jest zawsze - pomagamy, pielęgnujemy, utwierdzamy w dobrym samopoczuciu, na nas buduje się jej pewność siebie, jesteśmy jej pierwszymi entuzjastycznymi recenzentami. Odkrywamy je dla samych siebie, a wszystko po to, żeby pozostać wiernymi fanami, którzy mogą co najwyżej kupić w sklepie jej najnowszą płytę. You got lucky - you ain't talking to me now. Oczywiście od początku wiedzieliśmy, że nigdy nie dorastaliśmy do jej pięt, trafiło nam się rozpoznać diament przed oszlifowaniem i zaraz wróci na nieosiągalny dla nas poziom. James miał pecha, bo nie dane mu było w porę usłyszeć theme songa Eve rozpoczynającego się niepozostawiającego złudzeń werse "there is no way I'm looking for a boyfriend".
czwartek, 11 grudnia 2014
SP 7" : Johnny, take a walk with your sister the moon
Czy Stuart Murdoch pomylił na starość kluby z muzyką? A może aż 40 lat zbierał się na odwagę, by wejść do jednego z nich? The Party Line jest jedną z niewielu piosenek Belle & Sebastian nienaznaczonych skoczną wesołością mającą maskować nerwową niepewność. Doświadczony w swoich czterech ścianach bedroom dancer wreszcie wchodzi w światło prawdziwego parkietu.
A taki klub nie jest miejscem tak sprzyjającym pokojowi jak indie nasłonecznienia poprzednich albumów. Bas musi przebijać się swoim dundnieniem przez snopy dyskotekowych reflektorów, gitara wciska się krótkimi zagrywkami, a w tłumie ludzi nie ma miejsca na wymyślne piruety i zgrabne figury towarzyskie. Jesteśmy zmuszeni skakać, bo rytm jest w tym miejscu sprowadzony do najprostszego wspólnego mianownika.
Czy do takiej muzyki da się w ogóle tańczyć? Okazuje się, że są znawcy tematu potrafiący odnaleźć się nawet w takiej rzekomej łupance. Więcej nawet - traktują ją z jeszcze większym wyczuciem i kontrapunktującą powściągliwością. To jak z pewnością siebie - wytrawny bywalec nie musi zarzucać towarzystwa workiem dowcipów, wystarczy że ograniczy się do ciętej riposty. W tej melodii tancerze przemykają między prosto postawionymi ramami taktowymi wtrącając niby przy okazji zgrabny obrót czy podbicie bębenka.
Więc Stuart Murdoch bansuje, bardziej śmiało wciąga się w wir zabawy; ale nawet wtedy myśli o problemach z babami. She asked me if I'm single going steady - tak bezpośredni kontakt wywołuje podony połoch emocjonalny co na wczesnym Tigermilku. Wydaje się, że nawet taka konfuzja nie jawi się już końcem świata wpędzającym z powrotem do bezpiecznej swojej pościeli. W końcu every beauty needs to go out with an idiot, a girls in peacetime want to dance.
wtorek, 19 sierpnia 2014
OFF : 3/3 I always cry at endings
Byłem na koncercie Eric Shoves Them in His Pockets, ale szczerze mówiąc mało z niego zapamiętałem, bo zauważyłem w tłumie Misię Furtak i tak jakoś... no wiecie... rozumiecie...
Jonathan Wilson potwierdził natomiast, że od bluesa do folkowych jamów gitarowych prowadzi nie tak znowu daleka droga. North Karolajnowe zagrywki wyluzowanych gitar świetnie pasowałyby do "Trzech Wymiarów Gitary", w których Piotr Baron aksamitnym głosem zapowiedziałby 7 minut solówkowych wynurzeń. Które, powiedzmy sobie szczerze - zbyt wielkiej treści to one w sobie nie miały. Jak na nawiedzonego włóczykija zaprawionego przez barowy los przystało, Wilson z lubością powtarzał kolejne czerstwe wysokie struny pozwalając kumplowi na wymyślne pasaże, którymi okrążył tonację. Dokładnie. Dookoła. Tak uparcie zaprzeczał piosenkom, że nie usłyszałem tak wyczekiwanej przeze mnie melodii Love to love. Chyba najbardziej znaczącym momentem występu było zdjęcie okularów przez lidera, który nagle okazał się być człowiekiem - kretem (miał naprawdę śmieszne półoczy, serio). Niemniej jednak muszę przyznać, że koncert odbywał się o idealnej porze - zachodzące popołudnie, pewne zmęczenie atrakcjami festu sprawia, że sprawdzone dźwięki gitary - nawet nieprzyzwoicie ograne - mają swój niezaprzeczalny urok.
Mam dosyć wspomnień, z trudem ogarniam własny dom. Mimo wystarczającej ilości problemów z organizacją OFF Festivalu Artur Rojek wziął sobie na głowę jeszcze jedną kłopotliwą sprawę - prezentację solowego materiału z pierwszej sygnowanej swoim nazwiskiem płyty. Podjął tym spore ryzyko wystawiając się na ostrzał hejterów (wiadomo, zapchany toi toi na polu - wina Scumbaga Rojka) i takich malkontentów jak ja, nieprzekonanych co do wartości płyty i podrażnionych manierą dyrektora. A jednak wygrał. Chociażby perfekcyjny przygotowaniem - świetnie połączył tradycyjne gitary z elektronicznymi rytmami tak, że nawet najbardziej przesłodzone utwory jak Kot i Pelikan zyskały przyjemną pianinową pulsację. Byłem jak najfanjniej zaskoczony tanecznym potencjałem tych piosenek, modne syntezatorowe hooki pojawiały się najmniej spodziewanych momentach. Pod względem technicznym zebrał naprawdę świetny zespół (min. piękna dama grająca na klawiszach także u Brodki) i "Artur Rojek" to obecnie jeden z najlepszych koncertowych wykonawców w tym kraju. Ale ujął mnie nie tylko wykonawczym profesjonalizmem - były też krótkie momenty wzruszenia. Drastyczne przesłanie Beksy zrównoważyli specjalni goście - grupka absolutnie uroczych dzieciaczków, która razem ze swoimi dziadkami (chór starszych po drugiej stronie Artura) śpiewała refren utworu. Nazwiecie to banałem, ale zdobyły one serca całej publiczności i ze wzruszenia także Rojasowi załamał się głos na początku drugiej zwrotki. Jeszcze piękniejszy fragment nastąpił w czasie hitowych Syren gdy powietrze rozbłysło niezliczonymi ilościami konfetti (oczywiście z logo Artura Rojka). Ktoś na U2forums zauważył, że "to bardziej koldplej niż Flaming Lips" i tak, właśnie o to chodziło! Przyznaję, poszedłem w sukurs i obraziłęm smutne osobiste przesłania tekstów traktując koncert jak ciepłą imprezę pożegnalną tegorocznego festu. Sam Artur gestem dobrego wujka robiącego niespodziankę wystrzelił sreberka po słowach Nie chciałbym bez ciebie żyć. A my możemy chyba uznać, że było to adresowane do nas, do OFFowej społeczności, prawda. My też dziękujemy panie dyrektorze.
Kto przegapił koncert Slowdive, przegrał kosmos - tak nieziemski był to występ. Warunki były wprost idealne, aby wzbić się aż na Soulvaki Space Station - dysponowaliśmy chyba najlepiej nagłośnionym koncertem jaki pamiętam na OFF Festivalu. Bo dźwięk był tu wszystkim, to brzmienie gitary, które rozlewało się po całej Dolinie Trzech Stawów Nabierało niemal fizycznej postaci, gdy zamykaliśmy oczy zatapiając się w plastycznej magmie strunowych sprzężeń. Ich drgania były tak namacalne, że kołysałem się na ich strunach. Mogłem sięgnąć i zaczerpnąć z dźwięków, bo nigdy wcześniej nie wydawały mi się one tak realne. Uświadomiłem sobie, że to wszystko czego oczekuję od brzmienia gitary elektrycznej, ten charakterystyczny falujący ruch gryfem, który porusza uderzany akord. Bujanie gitarą jest wszystkim co się liczy, obrazy fal dźwiękowych mają ich postać. To tak jakby ktoś wziął delaye The Edge'a i zwielokrotnił ich moc na jakimś turbowzmacnianiu. To nie były piosenki, to były przeżycia. Soniczny absolut, w którym rozprzestrzeniłem się i uleciałem na milion kawałków. W kosmos.
Ten wysoki chłopak na koncercie Belle & Sebastian wygląda na 24 lata, ale nie nazwałabyś go mężczyzną. Być może dlatego, że jest zbyt chudy i za często się uśmiecha pełen niezrozumiałego entuzjazmu. Podobnie jak niemęskie i brr...miłe pioseneczki Belle & Sebastian. Co zrobić, skoro pokrywają one niemal całkowity horyzont jego zainteresowań - dziewczyny i kłopoty. Jeśli przez "dziewczyny" rozumiemy ich brak, kłopot z brakiem dziewczyny, ale one zawsze gdzieś są, w godzinach straconych na wzdychaniu (do nich) czy oczach zepsutych na podziwianiu (ich postaci). Ale tym razem, przy dźwiękach dansingowych przebojów dobiegających ze Sceny Głównej akurat taniec - kolejna niemęskość, z której był ulepiony - był akceptowalny społecznie i genderowo. Wszyscy tańczyli, nie dało się zachować pozycji innej niż wirującej dookoła. Tak się składa, że tancerzem jest akurat świetnym i wśród partnerek (wyłącznie tanecznych, oczywiście) panuje co do tego przyjemny konsensus. Czy jest lepszy sposób zakończenia OFF Festiwalu? Zabawianie koleżanek i tańczenie nareszcie z kimś, zamiast umownego podskakiwania w słuchawkach w samotnym domu. Nie mógł jednak oprzeć się wrażeniu, że do ideału jeszcze troszkę brakuje. Bardzo lubi te niewątpliwe urocze koleżanki, Klaudynki też są dla niego sympatyczne, ale... no właśnie. Znamy się. Chciałby poznać kogoś innego, ukraść choć jeden taniec nieznajomej piękności. Ale koncert nie jest na szczęście odpowiednią chwilą na takie marudzenia. Świetnie się bawi, jest cudownie, radośnie i rytmicznie.
Nagle wzrok koncentruje się na kimś innym. Kogoś kogo nie zna, a kto jest jest bardzo ładny. Pojawia się dziewczyna, która też lubi dziwną muzykę i miłośnie buja się do niej w tym samym rytmie i brzmieniu co on. Więc czego jeszcze trzeba, carpe diem, chwytaj dzień, bierz ją chłopaku. Poprosił ją do tańca, uśmiechnął się miło. With a winning smile, the boy / With naivety succeeds. I zgodziła się. I tańczyli. Jak boksujące kangury. Problemy z dziewczynami rozwiązane w ekstatycznym i melodyjnym tańcu. Idealny plan nie tylko na OFF Festival, ale z przyjemnością zapisałby go na resztę życia.
poniedziałek, 28 lipca 2014
OFF: There is no way I'm looking for a scene
Poniższe zespoły zagrają na OFF Festivalu, który odbędzie się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia.
W line-upie są także min. Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos!, The Notwist, Artur Rojek, Lyla Foy i Xenia Rubinos.
Zdradzę Wam pewien sekret - w ogóle nie jest łatwo zachęcić ludzi do OFF Festivalu. Staję na głowie, opowiadam o świetnej atmosferze, zmyśle organizacyjnym Artura Rojka i przytulności zielonej Doliny Pięciu Stawów. Wszystko to nagle się komplikuje, gdy dochodzi do najprostszego wydawałoby się pytania - a kto tam gra? O ile rok temu nazwisko Zbiga Wodeckiego wywoływało śmiechy-hihy, to można było użyć go jako furtki do wytłumaczenia wyrafinowanej koncepcji katowickiej imprezy. Teraz nawet Belle & Sebiastian jest dla wielu czarną magią. Dlatego zmieniłem nieco koncepcję i posługuję się innym nazewnictwem kojarzącym zespoły z filmami, w których występowała ich muzyka. Dzisiaj przedstawię najbardziej znane z nich - ten z Między Słowami, ten z 500 days of Summer i ten z Juno (a raczej z tego nowego filmu co wstawiałem na fejsa).
The Jesus and Mary Chain zagrają 2 sierpnia na Scenie Głównej o 0:10.
Lost in Translation można nazwać jednym z najbardziej shoegazowych filmów w historii. Nie tylko dlatego, że stał się okazją do przerwania impasu twórczego Kevina Shieldsa, który specjalnie dla Sophii Coppoli napisał swoje pierwsze utworu od czasu legendarnego Loveless. Powodem nie jest też centralna rola przejmującego Sometimes jego zespołu My Bloody Valentine, co dla wielu - także dla mnie - ukazało się pierwszym zetknięciem z shoegazem. To gatunek muzyczny szeleszczący bardzo głośnymi przesterowanymi gitarami, których futurystyczne efekty ustawia się w konsolecie patrząc na buty. Tak samo przedstawione jest w filmie Tokio - zbyt duże, niezrozumiałe i jaśniejące nocną elektrycznością neonów. Frapującą cechą piosenek shoegazowych jest jest to, że nie sposób zrozumieć w nich tekstów piosenek; są one po prostu zagłuszane przez kolejne ścieżki gitary tworzące ścianę dźwięku. Agnieszka, która jest największą fanką filmu jaką znam powiedziała: "Najbardziej w filmie podoba mi się właśnie to, ze wszystko jest między słowami, w ich gestach i spojrzeniach. słowa są zupełnie niepotrzebne". W piosence grupy Jesus and Mary Chain znaczenia są ukryte w ten sam sposób jak w filmie - pomiędzy przesterami możemy dostrzec dziewczynę tak słodką, że trudno przedrzeć sie do niej przez ciągnące się plastry gitar. Listen to the girl jest jedyną rzeczą, którą można zrobić, bo to co najważniejsze jest między dźwiękami.
The Black Lips zagrają 1 sierpnia na Scenie Leśnej o 20:45.
500 days of Summer to dla moich rówieśników film niemalże kultowy. Fenomen tego obrazu o współczesnym rozumieniu historii typu "boy meets girl" wydaje mi sie tak istotny, że chciałbym popełnić osobny tekst na ten temat, a teraz zwrócę tylko uwagę na jego kluczową cechę - świeżość. Nie było wcześniej filmu, który tak lekko i oryginalnie wykorzystywałby stylistykę indie pełną kolorów i soczystych przerywników. Ożywczy powiew to jednak przede wszystkim zasługa uroku i zaraźliwego entuzjazmu Zoeey Deschanel, która kradnie każdą scenę tak łatwo jak serca fanów The Smiths. Tę radosną zabawę w bycie zakochanym świetnie dyktuje soundtrack z najmodniejszymi kawałkami muzycznej alternatywy. Paradoksalnie najmniej modni w tym filmie są jego bohaterowie - zazwyczaj wyglądają nieciekawie, zwyczajnie, bez żadnych scenograficzno-kostiumowych fajerwerków (jak np. u Wesa Andersona). I wtedy cała energia wyzwala się z nich samych, chemii między nimi i z otaczających ich dźwięków. The Black Lips również nie dbają o fatałaszki; ich akordy są zachwycająco prostackie, co sprawia, że zabawa staje się jeszcze prostsza.
Belle & Sebastian zagrają 3 sierpnia kończąc festiwal na głównej scenie (mBanku) o 0:20.
Opisując ostatnio muzykę Belle & Sebastian użyłem określenia "jaśniejsza strona indie rocka". To pozytywne, ale dość enigmatyczne określenie można chyba nawet łatwiej wytłumaczyć odnosząc się do stylistyki nowej fali filmów z festiwalu Sundance. Impreza ta prezentująca dzieła niezależnych wytwórni okazała się tak dobrą odpowiedzią na oczekiwania młodychhipsterów ludzi, że wytworzyła swój odrębny gatunek. Charakteryzuje się on lekką formą, której fabuła obraca się wokół przyziemnych problemów takich jak dojrzewanie, niedostosowanie czy nieakceptowanie będące udziałem sympatycznych acz nieco ekscentrycznych bohaterów. Wspomniane 500 days of Summer jest chyba najbardziej znanym dziełem tego nurtu i absolutnie nieprzypadkowo jego tytułowa bohaterka na swoje motto wybrała cytat z piosenki Belle & Sebastian (Colour my life with a chaos of trouble). Stuard Murdoch postanowił zaakcentować swój wkład do ruchu Sundance tworząc popowy musical na postawie własnego side-projectu z piosenkami dla dziewczyn. God help the girl opowiada historię "zmagającej się z problemami emocjonalnymi nastolatki, która odkrywa, że pisanie piosenek jest dla niej sposobem na wszelkie trudności". Przytoczony opis dystrybutora wydaje mi się być esencją całej filozofii Belle & Sebastian. Jesteśmy przecież niespełna rozumu słuchając tak dziwacznej, niepopularnej muzyki i szukając w niej życiowych rozwiązań. Przesadzamy stale używając nieuzasadnionych wyolbrzymień takich jak bluźniercze God help the girl, ale nie umniejsza to wcale strasznej udręki dojrzewania, bo w końcu she needs all the help she can get.
PS. Dziękuję Agnieszce za przypomnienie mi co naprawdę jest między słowami.
W line-upie są także min. Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos!, The Notwist, Artur Rojek, Lyla Foy i Xenia Rubinos.
Zdradzę Wam pewien sekret - w ogóle nie jest łatwo zachęcić ludzi do OFF Festivalu. Staję na głowie, opowiadam o świetnej atmosferze, zmyśle organizacyjnym Artura Rojka i przytulności zielonej Doliny Pięciu Stawów. Wszystko to nagle się komplikuje, gdy dochodzi do najprostszego wydawałoby się pytania - a kto tam gra? O ile rok temu nazwisko Zbiga Wodeckiego wywoływało śmiechy-hihy, to można było użyć go jako furtki do wytłumaczenia wyrafinowanej koncepcji katowickiej imprezy. Teraz nawet Belle & Sebiastian jest dla wielu czarną magią. Dlatego zmieniłem nieco koncepcję i posługuję się innym nazewnictwem kojarzącym zespoły z filmami, w których występowała ich muzyka. Dzisiaj przedstawię najbardziej znane z nich - ten z Między Słowami, ten z 500 days of Summer i ten z Juno (a raczej z tego nowego filmu co wstawiałem na fejsa).
The Jesus and Mary Chain zagrają 2 sierpnia na Scenie Głównej o 0:10.
Lost in Translation można nazwać jednym z najbardziej shoegazowych filmów w historii. Nie tylko dlatego, że stał się okazją do przerwania impasu twórczego Kevina Shieldsa, który specjalnie dla Sophii Coppoli napisał swoje pierwsze utworu od czasu legendarnego Loveless. Powodem nie jest też centralna rola przejmującego Sometimes jego zespołu My Bloody Valentine, co dla wielu - także dla mnie - ukazało się pierwszym zetknięciem z shoegazem. To gatunek muzyczny szeleszczący bardzo głośnymi przesterowanymi gitarami, których futurystyczne efekty ustawia się w konsolecie patrząc na buty. Tak samo przedstawione jest w filmie Tokio - zbyt duże, niezrozumiałe i jaśniejące nocną elektrycznością neonów. Frapującą cechą piosenek shoegazowych jest jest to, że nie sposób zrozumieć w nich tekstów piosenek; są one po prostu zagłuszane przez kolejne ścieżki gitary tworzące ścianę dźwięku. Agnieszka, która jest największą fanką filmu jaką znam powiedziała: "Najbardziej w filmie podoba mi się właśnie to, ze wszystko jest między słowami, w ich gestach i spojrzeniach. słowa są zupełnie niepotrzebne". W piosence grupy Jesus and Mary Chain znaczenia są ukryte w ten sam sposób jak w filmie - pomiędzy przesterami możemy dostrzec dziewczynę tak słodką, że trudno przedrzeć sie do niej przez ciągnące się plastry gitar. Listen to the girl jest jedyną rzeczą, którą można zrobić, bo to co najważniejsze jest między dźwiękami.
The Black Lips zagrają 1 sierpnia na Scenie Leśnej o 20:45.
500 days of Summer to dla moich rówieśników film niemalże kultowy. Fenomen tego obrazu o współczesnym rozumieniu historii typu "boy meets girl" wydaje mi sie tak istotny, że chciałbym popełnić osobny tekst na ten temat, a teraz zwrócę tylko uwagę na jego kluczową cechę - świeżość. Nie było wcześniej filmu, który tak lekko i oryginalnie wykorzystywałby stylistykę indie pełną kolorów i soczystych przerywników. Ożywczy powiew to jednak przede wszystkim zasługa uroku i zaraźliwego entuzjazmu Zoeey Deschanel, która kradnie każdą scenę tak łatwo jak serca fanów The Smiths. Tę radosną zabawę w bycie zakochanym świetnie dyktuje soundtrack z najmodniejszymi kawałkami muzycznej alternatywy. Paradoksalnie najmniej modni w tym filmie są jego bohaterowie - zazwyczaj wyglądają nieciekawie, zwyczajnie, bez żadnych scenograficzno-kostiumowych fajerwerków (jak np. u Wesa Andersona). I wtedy cała energia wyzwala się z nich samych, chemii między nimi i z otaczających ich dźwięków. The Black Lips również nie dbają o fatałaszki; ich akordy są zachwycająco prostackie, co sprawia, że zabawa staje się jeszcze prostsza.
Belle & Sebastian zagrają 3 sierpnia kończąc festiwal na głównej scenie (mBanku) o 0:20.
Opisując ostatnio muzykę Belle & Sebastian użyłem określenia "jaśniejsza strona indie rocka". To pozytywne, ale dość enigmatyczne określenie można chyba nawet łatwiej wytłumaczyć odnosząc się do stylistyki nowej fali filmów z festiwalu Sundance. Impreza ta prezentująca dzieła niezależnych wytwórni okazała się tak dobrą odpowiedzią na oczekiwania młodych
PS. Dziękuję Agnieszce za przypomnienie mi co naprawdę jest między słowami.
niedziela, 13 lipca 2014
OFF: You! Me! Dancing!
Poniższe zespoły zagrają na OFF Festivalu, który odbędzie się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia. W line-upie są także min. Kobiety i Bobby the Unicorn.
Jedna z szkodliwych obiegowych opinii głosi, że OFF Festival jest za bardzo "rojkowy" - poważny, smutny i nudny. Faktycznie, w line-upie zawsze musi znaleźć się miejsce dla majestatycznych prog-rocków, czy klasyków shoegaze'u. Ale w Dolinie Trzech Stawów zostaje także dużo miejsca na zwykłą, nieskrępowaną zabawę. Jeśli nie udało Wam się być na poprzednich edycjach z koncertami min. Ariela Pinka, Metronomy, The Battles, Retro Stefson czy The Oh-sees przygotowałem moje ulubione i najbardziej taneczne piosenki, które będzie można usłyszeć w Katowicach na tegorocznej odsłonie najlepszego festiwalu w Polsce.
Los Campesinos! zagrają 1 sierpnia na Scenie mBanku o 17:45.
Zawołanie Hold on Now, Youngster... jest tytułem debiutanckiej płyty zespołu Los Campesinos!, ale także mottem komiksowej opowieści o superbohaterze. Z tym, że zamiast rysunkowych plansz mamy muzyczne slajdy, a rolę scen akcji i bijatyk spełniają nie mniej efektowne taneczne pląsy i gitarowe riffy. Jak zawsze w tego typu historiach głównym (jeszcze tylko narracyjnie) bohaterem jest młody pełen kompleksów i wątpliwości chłopak, more like a Spider-man. Oczywiście jest też dziewczyna o delikatnym głosie, która po wielu perypetiach wypełnionych hitowymi hookami pomaga chłopakowi obudzić jego głęboko skrywaną supermoc - taniec. Nie mógł tego odkryć będąc samotnym bedroom dancer-em; cudowna moc dziewczyn polega przecież właśnie na tym, że za pomocą swoich pięknych ciał wyciągają z nas to co najlepsze.
(Muzycznie: tak brzmiałoby Rebellion (Lies), gdyby dorastanie Arcade Fire nie było tak dramatycznogenne jak na Suburbs)
The Notwist wystąpią 2 sierpnia na Scenie mBanku o 21:50.
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zaakcentował słodko-gorzkiego slow-dancingu. Do tej formy, niestety bardziej powszechnej życiowo niż te szalone towarzyskie historie idealnie pasują mistrzowie nastroju The Notwist z piosenką i nie mniej poetyckim tytule. Całościowe, metaforyczne porównania like all the cars in NY, like all the lights on New Year... mogą pokazać swoją sensowność tylko przy takim, jak najłagodniejszym rozwijaniu się delikatnej melodii. Drobne świecące punkciki składają się na szerszą perspektywę, to z nich buduje się błękitno-zielony punkcik zwany Ziemią. Ruchy planet były nazywane przez starożytnych muzyką sfer. Jest to taniec, który ustala porządek dni i nocy od początku do końca naszego świata.
(Anegdota: wybitny amerykański socjolog M. Eliade próbował zrozumieć szintoistyczną religię zwaracjąc się do jej kapłana: "nie chwytam tej waszej teologii" na co Japończyk zastanowił się, pokiwał głową i odparł: "Myślę, że my nie mamy ideologii. Ani teologii. My tańczymy")
Belle & Sebastian zagrają 3 sierpnia kończąc festiwal na głównej scenie (mBanku) o 0:20.
Właściwie to nie planowałem pisać o największej gwieździe OFF Festivalu, bo wszystko co o nich myślę da się zawrzeć w tej lekkiej, bezpretensjonalnej piosence. Słoneczny rytm, proste akordy, świetliste solówki cieniutkich gitar i emocjonalny ekshibicjonizm bezwstydnie zawarty już w tytule. O niezaprzeczalnej kulturowej doniosłości ojców chrzestnych indie-rocka i tak nie napisałbym lepiej i więcej niż Kuba Ambrożewski w dwutygodniku. Tę rodzicielską metaforę stosowałem już w odniesieniu do The Smiths, ale Belle & Sebastian zapoczątkowali jaśniejszą stronę tego gatunku. Oczywiście również śpiewali o niepowodzeniach i niepewnościach młodości, ale paradoksalnie pisali o nich wesołe pioseneczki, bo to w muzyce znaleźli taneczną osłodę.
(Mało Znany Fakt: polskim odpowiednikiem lidera Belle & Sebastian, Stuarta Murdocha jest Artur Rojek)
PS. Socjologiczna anegdotę przytaczam za książką Josepha Cambella Potęga Mitu i pozdrawiam dr. Igora. A co na to Durkheim?
Jedna z szkodliwych obiegowych opinii głosi, że OFF Festival jest za bardzo "rojkowy" - poważny, smutny i nudny. Faktycznie, w line-upie zawsze musi znaleźć się miejsce dla majestatycznych prog-rocków, czy klasyków shoegaze'u. Ale w Dolinie Trzech Stawów zostaje także dużo miejsca na zwykłą, nieskrępowaną zabawę. Jeśli nie udało Wam się być na poprzednich edycjach z koncertami min. Ariela Pinka, Metronomy, The Battles, Retro Stefson czy The Oh-sees przygotowałem moje ulubione i najbardziej taneczne piosenki, które będzie można usłyszeć w Katowicach na tegorocznej odsłonie najlepszego festiwalu w Polsce.
Los Campesinos! zagrają 1 sierpnia na Scenie mBanku o 17:45.
Zawołanie Hold on Now, Youngster... jest tytułem debiutanckiej płyty zespołu Los Campesinos!, ale także mottem komiksowej opowieści o superbohaterze. Z tym, że zamiast rysunkowych plansz mamy muzyczne slajdy, a rolę scen akcji i bijatyk spełniają nie mniej efektowne taneczne pląsy i gitarowe riffy. Jak zawsze w tego typu historiach głównym (jeszcze tylko narracyjnie) bohaterem jest młody pełen kompleksów i wątpliwości chłopak, more like a Spider-man. Oczywiście jest też dziewczyna o delikatnym głosie, która po wielu perypetiach wypełnionych hitowymi hookami pomaga chłopakowi obudzić jego głęboko skrywaną supermoc - taniec. Nie mógł tego odkryć będąc samotnym bedroom dancer-em; cudowna moc dziewczyn polega przecież właśnie na tym, że za pomocą swoich pięknych ciał wyciągają z nas to co najlepsze.
(Muzycznie: tak brzmiałoby Rebellion (Lies), gdyby dorastanie Arcade Fire nie było tak dramatycznogenne jak na Suburbs)
The Notwist wystąpią 2 sierpnia na Scenie mBanku o 21:50.
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zaakcentował słodko-gorzkiego slow-dancingu. Do tej formy, niestety bardziej powszechnej życiowo niż te szalone towarzyskie historie idealnie pasują mistrzowie nastroju The Notwist z piosenką i nie mniej poetyckim tytule. Całościowe, metaforyczne porównania like all the cars in NY, like all the lights on New Year... mogą pokazać swoją sensowność tylko przy takim, jak najłagodniejszym rozwijaniu się delikatnej melodii. Drobne świecące punkciki składają się na szerszą perspektywę, to z nich buduje się błękitno-zielony punkcik zwany Ziemią. Ruchy planet były nazywane przez starożytnych muzyką sfer. Jest to taniec, który ustala porządek dni i nocy od początku do końca naszego świata.
(Anegdota: wybitny amerykański socjolog M. Eliade próbował zrozumieć szintoistyczną religię zwaracjąc się do jej kapłana: "nie chwytam tej waszej teologii" na co Japończyk zastanowił się, pokiwał głową i odparł: "Myślę, że my nie mamy ideologii. Ani teologii. My tańczymy")
Belle & Sebastian zagrają 3 sierpnia kończąc festiwal na głównej scenie (mBanku) o 0:20.
Właściwie to nie planowałem pisać o największej gwieździe OFF Festivalu, bo wszystko co o nich myślę da się zawrzeć w tej lekkiej, bezpretensjonalnej piosence. Słoneczny rytm, proste akordy, świetliste solówki cieniutkich gitar i emocjonalny ekshibicjonizm bezwstydnie zawarty już w tytule. O niezaprzeczalnej kulturowej doniosłości ojców chrzestnych indie-rocka i tak nie napisałbym lepiej i więcej niż Kuba Ambrożewski w dwutygodniku. Tę rodzicielską metaforę stosowałem już w odniesieniu do The Smiths, ale Belle & Sebastian zapoczątkowali jaśniejszą stronę tego gatunku. Oczywiście również śpiewali o niepowodzeniach i niepewnościach młodości, ale paradoksalnie pisali o nich wesołe pioseneczki, bo to w muzyce znaleźli taneczną osłodę.
(Mało Znany Fakt: polskim odpowiednikiem lidera Belle & Sebastian, Stuarta Murdocha jest Artur Rojek)
PS. Socjologiczna anegdotę przytaczam za książką Josepha Cambella Potęga Mitu i pozdrawiam dr. Igora. A co na to Durkheim?
poniedziałek, 9 czerwca 2014
KROPKI - KRESKI : Another Sunny Day
Metz - Hydrozagadka (2013)
Plakat autorstwa Dawida Ryskiego.
To tylko jedno z wielu jego genialnych dzieł o tematyce muzycznej.
Wrzuciłem akurat Metza, bo bardzo mi się podoba i jest to zespół, który miałem przyjemność zobaczyć na ostatnim OFF Festivalu.
A dzisiaj akurat Artur "Santo Subito" Rojek wrzucił pełny line-up następnej edycji tego najlepszego festiwalu w Polsce! O którym na pewno napiszę jeszcze nie raz. Widzimy się!!!





