Morfina to książka, która została skonstruowana na bycie bestsellerem. Jej autor, Szczepan Twardoch z finezją godną swojej garderoby dobrał do fabuły wszystkie najmodniejsze elementy romantycznego dwudziestolecia międzywojennego. Jest dostojna stolica jako "Paryż Wschodu", piękni panie i
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SP 7''. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SP 7''. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 24 marca 2016
środa, 3 lutego 2016
SP 7'': Too many cities
Czy Radzimir Dębski to Piotr Rubik muzyki elektronicznej?
JIMEK wzbudza zachwyt mniej uświadomionych muzycznie odbiorców wprowadzając do mocnych bitów symfoniczne elementy komponowania i wykorzystując dłonie nie do klaskania, ale naśladowania Raperów Zacierających Ręce. Ma modną fryzu, przystępne produkcje, wyświetlenia na youtubie, a jego koncerty nieklasycznej muzyki wyprzedają poważne sale koncertowe.
LOL. Tylko żartowałem.
Takie porównanie do platynowego cherubina byłoby dla Radzimira Dębskiego bardzo niesprawiedliwe co najmniej z kilku powodów. Przede wsztstkim, wynoszę je z komentarzy internetowych odbiorców, którym nie chciałbym też odbierać zajawki bardziej różnorodną muzyką. Po drugie, nie znam świata hip-hopu na tyle, żeby ocenić pracę Dębskiego z raperami, ale słyszałem o niej same dobre rzeczy. Zresztą nie ogarniam też kompozycji samego Radzimira, bo jest zbyt różnorodna na jedną opinię (co samo w sobie jest już dużą zaletą). A przede wszystkim - działania Jimka mają rzeczywisty efekt. Jego występ z Miuoshem w katowickim NOSPRze nie bez powodu zdobył tytuł wydarzenia roku w plebiscycie Radiowego Domu Kultury, stał się bowiem zjawiskiem wykraczającym daleko poza ramy zwykłego koncertu. Piękny architektonicznie budynek Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia idealnie zaprezentował się lokalnej społeczności, bo ludzie czekający w dłuuugich kolejkach po bilet nie chcieli zobaczyć tylko swojego rapera, ale zaciekawieni poznać nową przestrzeń dla muzyki. Takie ponad gatunkowe połączenia różnych publiczności naprawdę mają znaczenie - o czym niestety zapomnieli włodarze Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu odpuszczając koncert Zbigniewa Wodeckiego z Mitch and Mitch.
Mimo to wydaje się, że Radzimir Dębski staje się bardziej celebrytą niż samodzielnym artystą. Jak inaczej wytłumaczyć sytuację, gdy jego najnowszym dziełem jest utwór do reklamy alkoholowej? Kompozytor stał się ambasadorem wódki Wyborowa i wygląda faktycznie luksusowo w filmie promocyjnym będącym dość dziwacznym mariażem nowoczesnych laserów i... Dużego Fiata dumnie sunącego przez noc. To bardzo ładne, że młodych ludzi można jeszcze złapać na brykę porucznika Borewicza, ale tak nachalne efekciarstwo pozostaje pustym gadżetem vintage. Gorzej, że podobnie nieuzasadniony melodycznie jest sam utwór 3 cities nie ma motywu przewodniego, jest miksem różnych pomysłów brzmieniowych. "Paryż, Warszawa, Nowy Jork. Te trzy światy kompletnie różne są razem, połączone wspólnym muzycznym tematem” Bardziej jak teaser, demo producenckie mające zaprezentować umiejętności na konsolecie, ale poza tym mało się dzieje. Te rytmy sa bardzo ciekawe, motoryka przypomina nawet wybitnie instrumentalnie LCD Soundsystem, więc generalnie nie jest źle; brzmienie zdecydowanie wyróżnia się na rodzimej scenie niejako dołączając do wywołanego w tytule międzynarodowego towarzystwa. Jest forma, ale brakuje treści - może JIMEK zrobiłby remix czegoś z nadchodzącej (spoiler alert - gitarowej) płyty Brodki? Byłoby wspaniale.
Fejsbukowa premiera nowego utworu została ogłoszona jak zawsze spontanicznie: " Oczywiście nie mogłem zrobić normalnego no i są trzy w jednym..." a w komentarzu Dębski tłumaczył, że "troche duzo sie dzieje jak na 3minutki, wiec w sumie fajnie jak posłuchacie więcej niż raz.." kwitując soczystym "o matko bosko" ze śmiesznego filmiku. Pewnie marudzę, ale nie jestem pewien, czy poważny artysta powinien zachowywać się w taki sposób. Oczekuję przemyślanych, spójnych kompozycji które znaczą coś więcej niż błyszcząca zajawka. Nie chciałbym też, aby viralowa fragmentaryczność, the best of jak ze słynnego orkiestrowego hip-hopu stało się wiodącym motywem twórczości Radzimira. Wszyscy pamiętamy co stało się z zespołem KAMP! - po nadzwyczajnych, zabójczo przebojowych singlach debiutancką płytę wydali jakieś dwa lata za późno i zmarnowali całą przewagę nad konkurencją. Teraz są tylko średni. Od przełomowej dla JIMKA wygranej w remixie Beyonce minęły prawie cztery (4!) lata i ciągle czekamy na coś większego. I znowu: "19 i 20 grudnia mieliśmy zrobic Wam w NOSPRze dwa totalnie rozne koncerty (...) Takze nie ma innej opcji: to co miało wtedy sie odbyć przesuwamy na pierwszy wolny termin a teraz ROBIMY DODATKOWY KONCERT JIMEK/MIUOSH/NOSPR", Łatwiej odcinać kupony od fajnych pomysłów, ale nie mam wątpliwości, że talent brzmieniowy Radzimira Dębskiego zasługuje na nowe ekscytujące doznania - a może nawet doczekamy się dobrych melodii?
piątek, 6 czerwca 2014
SP 7" : Ona lubi jego płyty, on lubi jej kolczyki.
Moja słabość do kobiet grających na basie jest już dość szeroko reprezentowana wśród blogowych tekstów, ale akurat Soniami nie potrzebuje tego szczególnego instrumentu, żeby zachwycić czarem stylowości. Zosia Mikucka - bo o niej tutaj mowa - skończyła ASP, rysuje, kręci, projektuje i od dwóch płyt importuje smakowity i puszysty jak wata cukrowa synth-pop. Oczywiście z minimalistycznym basem na pierwszym planie.
Podobnie powszechnie używam na blogu określenia "fajna". W tym przypadku mogę na szczęście odnieść się do najwcześniejszego, najbardziej odruchowego znaczenia tego słowa. Lemoniada jest bowiem tak fajna i kolorowa jak nastoletni komiks.Cała sytuacja jest przerysowana i sztywno tkwi w nakreślonych planszach. Zosia wzdycha do malowanego chłopaka, bo wygląda bardzo ładnie i bardzo ładnie pachnie.
Okazuje się, że nie tylko ja używam tutaj sztampowych chwytów, bo obrazek muzyczny jest wybitnie hipsterski - a jest to styl, który z założenia pozbawiony jest prawdziwej oryginalności. Sterylność perfekcyjnej, plastikowej przestrzeni nie wywoła głębszych zawirowań uczuciowych, a po ewentualnej gorzkiej szczypcie smak naprawią lody na kolację i podgrzewany basen.
Znalazł się jednak pewien niestandardowy, żyjący swoim życiem element. Tytułowej Lemoniady próżno chyba szukać w katalogach Ikei czy lajfstajlowych magazynów. Być może już dawno była krzykiem mody na Placyq Zbawiciela, ale mnie kojarzy się z najtisowym dzieciństwem. Z PRL-owskimi dyspozytorami, które swoim piętnem szarości tamtego ustroju nijak pasują do europejskich czasów. Lemoniada rozpuszcza banalność hipsterskich póz wracając do nieco naiwnych, ale prawdziwych smaków dzieciństwa.
Soniamiki wystąpi w sobotę, 7 czerwca w Częstochowie na podwórku Cafe Belg. (za darmo!)
Bardzo polecam ten sympatyczny koncert, specjalnie przyjechałem na niego z Wrocławia, także warto, też będę.
https://www.facebook.com/events/1430278093906292/?ref=22
niedziela, 18 grudnia 2011
SP 7'' : Mamo, co to jest Afro Kolektyw, że śpiewa?
Napisz rozprawkę, w której przestawisz dobre i złe strony wykonywania przez grupę Afro Kolektyw piosenek popowych. Wypowiedź powinna zawierać od 2000 do 2500 słów i spełniać wszystkie wymogi typowe dla formy wskazanej w poleceniu.
W dzisiejszych czasach kolejne zespoły wkraczają na drogę grania muzyki melodyjnej. Choć takie grupy jak Cool Kids Of Death czy Koma już wcześniej znane były ze swoich szerokich inspiracji, zmiana stylistyki spotyka się z gwałtowną reakcję części fanów. Afro Kolektyw wypuszczając singla pt. Czasem Pada Śnieg w Styczniu (Zakazane Warzywo) także gra (i śpiewa!) muzykę popową. Czy Afrojax i spółka, których znamy doskonale z hip-hopowych numerów, mają prawo romansować z muzyka popularną i radiową?
Głównym argumentem popierwającym powyższą kwestię jest niewątpliwie chwalebne odniesienie się do tradycji polskiej muzyki rozrywkowej. Podobnie jak Nerwowe Wakacje, oddają oni hołd takim swojskim klasykom jak Lady Pank czy innm ogólną stylistyką i klasycznością brzmieniowego instrumentalium. Nurt ten zapoczątkowany chyba jednak przez Lampę ma się dobrze i Trójka bęzie teraz kochać Afro jeszcze bardziej - cała płyta nazywa się przecież (dość prowokacyjnie) Piosenki po polsku.
Tym bardziej, że w tą stronę rozwija się sam Afrojax. Należy pamiętać o jego wpisach na pewnej platformie blogowej jako Glebogryzarka, gdzie w tytułach z serii "Z archiwum polskiej piosenki" propsował nawet Krystynę Prońko. Natomiast dla Machiny zwierzył się tymi słowy : "Piszę nadal po polsku, ale już nie rapuję. Jaram się rodzimymi mistrzami zwięzłej formy: Młynarskim, Osiecką, Przyborą, Tymańskim, Janerką, Nosowską. Przelot mam własny, więc nie tyle się inspiruję, ile porównuję. I jest to świetne źródło frustracji. I w tym tkwi wszystko. Jako jeden z najlepszych polskich raperów Afro po prostu się znudził, a estetyka hip-hopowa stała się dla niego za ciasna. Słusznie bardzo wykorzystuje swój talent do tak trudnej formy jak "Piosenka po polsku", a niesamowity flow pozostaje nienaruszony przez sylabiczność utworu. Na Wiążę sobie krawat była linijka po nieskazitelnie brudne środki pewnego dnia, a tutaj z nieziemską elegancją a w styczniu świeci Słońce i filtruje jak szpieg (i poruszam pewnie się... i cały drugi refren). Nie zmarnował się w hip-hopie i teraz Michał Hoffman ociera się o wybitność, wielki poziom wymienionych przez siebie "mistrzów zwięzłej formy".
In addidtion to this, można pokusić się o stwierdzenie, że Afrojax, dojrzał muzycznie i śpiewająco do od zawsze w pełni rozwiniętej formacji. In particular, "Afro Kolektyw" nigdy nie grało właściwego hip-hopu, dzięki czemu też tak bardzo ich lubię. Gram organiczny hip hop jazz, co się na mnie drzesz? Od początku lubili oddawać się instumentalizacjom, a człon "Afro" też ma swój konkretny rodowód. Już na Połącz Kropki były numery stricte popowe - refren Trenera Szewczuka to hicior przecież jest i wtedy też był śpiewany. Dlatego też fanami zespołu są ludzie słuchający na co dzień "normalnej" muzyki - nie wiem jak mają się proporcje co do "ziomali" vs. "hipsterów", ale wszyscy oni kochają Afro. Przynajmniej ci drudzy cały czas, bo niektórzy zaczęli strasznie hejtować zmianę kursu zespołu. Przecież jest to raczej ewolucja, rozwinięcie muzycznych wątków z dzieł wcześniejszych.
Finally, Zakazane Warzywo jest kapitalnym utworem w ogóle. Sążny bas i miarowa perkucja rozpędzają się same, a parapaparapap z klaskaniem (!) to już klasyka gatunku "mistrzów eleganckiego indie-popu Belle and Sebastian". Nawet . Afro śpiewa dobrze, a nawet ładnie, to nic, że zmiękczają studyjnie mu te końcówki. Te zakończenia wersów są naprawdę urocze, bo ocierając się o falset składa bezczelnie ofiarę samej melodii. Bas unosi się i ściele równolegle z melodią, nie żadne tam tło. Tekst jak zwykle kapitalny i bardzo ciekawy. Opowiada bowiem o kłopotach wieku średniego / ogólnych problemach z kobietami. Dostajemy opowieść z dwóch punktów czasowych widzianą i w formie nawet prawdziwie życiowej opowieści o sensie młodości. Sprawy zalotów, choć tak absorbujące, są jednak zawsze fajne - tak samo czarnowidzenie zostało ubrane w najbardziej radosny pop.
Z drugiej strony jednak niepokojąco przypomina to wszystko mocno związane przecież ze zagadnieniem "polskiej muzyki" Nerwowe Wakacje. Jak na złość, w tymże projekcie gra także gitarzysta Afro Kolektywu Michał Szturomski. I to niestety słychać, bo nie posilił się nawet na zmianę brzmienia gitary i te urywane uderzenia przypominają Nerwowych bardzo. Chociaż ta ekspansja basu wydaje się właśnie wprowadzona, aby udziwnić całość i odwrócić od Wakacji, to i tak za mało. Ale może oba zespoły tak świetnie odtwarzają "polskie brzmienie polskiej muzyki rozrywkowej"? Nie mnie to oceniać, bo urodziłem się przecież dopiero w '93 roku.
Jednakże miejmy nadzieję, że w pozostałych kawałkach nie zapomną tak bardzo o mniej gładkim popie. Kolejnym zarzutem jest przypuszczenie, ze może faktycznie odrobinę za daleko odjechali od "swojej" muzyki. Przecież Wiążę sobie krawat było idealną syntezą popu i afrokolektywu z nie mniej widoczną polskością. Zakazane Warzywo to "zwykły" bezwstydny rap, a wiadomo, że można fajniej i bardziej kozacko jednak
Po trzecie, Afro otrzymało ostatnio wielki prezent od losu i kontrakt na oczekiwaną przez nas płytę podpisało w wielkiej wytwórni Universal. Oczywiście ten cały grad bluzgów, że "afro się sprzedali i muszę teraz grać do radia" można włożyć między bajki, ale ja się pytam - gdzie bluzgi?! Wcześniej mogli pozwolić sobie na absolutnie wszystko, a w tak dużym labelu nastawionym na masową sprzedaż nie przepuszczą raczej jakiegokolwiek zgrzytu czy nieobyczajowości. Nie wiem jak bardzo biologicznie i psycho-fizycznie rozwinęli się chłopacy, ale o kolejnej Seksualnej Czekoladzie możemy chyba zapomnieć. Pozwolę sobie przytoczyć pewną opinię. chyba z U2forums.com "Afro, jest jeszcze tyle murzynów do zbluzgania...". No szkoda.
W konkluzji, utwór Czasami Pada Śnieg w Styczniu (Zakazane Warzywo) jest genialnym utworem pop i w pełni usprawiedliwia stylistyczną woltę stołecznego zespołu. Porcja radości i zabawy z obcowania z nowym Afro jest taka sama, a nawet większa jak kiedyś. Grupa bezbłędnie odnalazła się w muzyce popowej. Będąc świadomym wielkiego talentu i wszechstronności Afro Kolektywu czekam na ich nowy album z wielką niecierpliwością i istnieje ogromne duże prawdopodobieństwo, ze Piosenki po polsku będą genialną i rewolucyjną płytą.
PS. Specjalne podziękowania dla pana Grzegorza P. ,który ostatnimi czasy faszeruje mnie tego typu wypowiedziami pisemnymi. Po angielsku.
