background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Phoenix. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Phoenix. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 stycznia 2019

Like a ride, like a riot



If I can't dance, it's not my revolution

Jedna ze studentek tańcząca do najlepszego singla zespołu Phoenix to Alexandria Ocasio-Cortez, najładniejsza polityczna bajka od czasów Baracka Obamy.

sobota, 2 maja 2015

MIXTAPE: From disco to disco, from Safeway to Tesco



Tęsknię czasem za latami Dwutysięcznymi w muzyce.
Oczywiście byłem wtedy za młody na śledzenie nowości, ale w jakiś sposób wszystkie moje pierwsze ulubione zajawki pochodzą z tamtego okresu. Największą nostalgią i tak zawsze obdarzamy to, czego nie mogliśmy tak naprawdę być świadkiem, prawda?

Zamarzyłem więc o czasach, które uwodziły tanecznym sznytem i instrumentalnym wdziękiem. Bez bangerów i presetów, bez dustepów. Ten zawsze aktualny chwyt gitarowy i marynarka nonszalancko nałożona na kolorową koszulę. Czyli pierwsze naiwne Phoenix, szwedzki słodki pop The Cardigans, szlachectwo klawiszy Baxtera Dury i oczywiście nerwowe szarpnięcia Franz Ferdinand. Wszystko to podsumowane słowami Jarvisa Cockera; człowieka który przechadzając się z jednej modnej imprezy do drugiej pozostaje cool nawet w scenerii tandetnych supermarketów.

Pisałem, że nie ogarniałem tamtych czasów na bieżąco - kilka przebojów z tej playlisty jest wypisanych prosto z mojego elementarza internetowego nieżalu - podsumowania dekady portalu Screenagers.pl. To właśnie jest dowód na ponadczasowość elementarnych elementów dobrej piosenki - nabicie bębna, bująjący bas i funkująca gitara. Dobry taniec nigdy się nie znudzi.

Zrobiłem tego mixtejpa lata (2-3?) temu dla mojej przyjaciółki Asi, która ma dzisiaj urodziny i tak jak wtedy była to jedna z moich pierwszych składanek, tak do dzisiaj pozostaje jedną z moich ulubionych.  Mam nadzieję że zdąży się pokryć szlachetną patyną iście brytyjskiej sali balowej z teledysku To the end. Więc z najlepszymi życzeniami.


1. Phoenix - Too young
2. The Cardigans - Sick and tired
3. Kobiety - Pink Pigułka
4. Baxter Dury - Happy Soup
5. Pulp - After you
 6. Beck - Sexx Laws
7. Franz Ferdinand - Can't stop feeling (demo)
8. M.I.A. - Paper Planes
9. Air France - No excuces
10. Jamiroquai - Runaway
11. Blur - To the end (La comedie) Feat. Francoise Hardy


niedziela, 22 lutego 2015

SP 7'' : I've seen those English dramas too




Prestiżowe uczelnie pełne sa takich chłopców. Schludnych erydytów zgłębiających na zajęciach panelowych tajemnicę Angielskiego Przecinka, aby później rozkręcać campusowe imprezy eklektycznymi playlistami. Vampire Weekend są jednymi z tych szczęściarzy, którzy mogą poszczycić się dyplomem Uniwersytetu Columbia (Liga Bluszczowa, te sprawy).


Very big house in the country

Pokolenie wcześniej - ale z podobnym wyczuciem stylu - po oxfordzkich błoniach przechadzali się inni artystyczni żakowie z zespołu Blur. Wyspiarskie nienaganne wykształcenie owocowało konfliktami z Oasis i celnymi diagnozami społecznymi na Parklife. Zblazowani za młodu czym prędzej podjęli Wielką Ucieczkę na wiejskie posiadłości, które okazały się oazą spokoju także dla ich nowojorskich kolegów.




I met the highest lama

Kolejne mrugnięcie okiem w teledysku skierowane jest do Wesa Andersona. Pastelowe kolory i sympatyczna umowność niezabijającej strzelby, a przede wszystkim branie opowieści w nawias "rozdziałów" naniesionych bajkową czcionką. W nakręconym rok wcześniej filmie wspomnianego reżysera The Darjeeling Limited wyznaczały one kolejne etapy Podróży Duchowej trzech braci; I climbed to Dharmasala, too.




As long as I got my suit and tie

Tym razem trzeba odwrócić bieg czasowy inspiracji, bo okazuje się, że nakręcone w 2013 roku  Trying to be cool zawiera te same elementy co dziełko Vampire Weekend. Jak pisałem w tekście na temat tego teledysku: "Wokalista odziany w sygnowaną śnieżnobiałą marynarkę przemierza kolejne interaktywne lokacje zaliczając misje (szach-mat) i zbierając ekwipunek godny Prawdziwej Gwiazdy". Równie treściwe wydaje mi się też przywołanie anegdoty o Julianie Casablancasie, za którym chodził reporter magazynu Rolling Stone wiedziony pytaniem "czy on naprawdę ubiera się w co popadnie?". Biała marynarka na szczupłych ramionach Ezry Koeniga wygląda jak zdjęta z lidera The Strokes.



Show your paintings at the United Nations

Prawdziwą treścią, niezapożyczonym oryginałem Oxford Commy jest oczywiście satyra na wyższe sfery. Trochę głupio być już na starcie bogatym idolem nastolatek; trudno znaleźć wiarygodność w dolarowej stabilizacji. Przejechał się na tym sam Truman Capote, który podczas pracy nad Wysłuchanymi Modlitwami nie zdołał doszukać się pod warstwą blichtru niczego wartego Literatury. Na szczęście piosenki to lżejsza kategoria (po)wagi. Ożywcza moc indie rocka przeciąga zgrywę na drugą stronę - highlife odbity w drobnych zgryźliwościach ujawnia jak najbardziej zwyczajne życie na mieliznach banalnych tematów. Cóż, w przyziemnych sferach dziewczyny w ten sam sposób używają swojej przyrodzonej wyższości, aby przykryć wymówki słodkimi banialukami.



środa, 2 lipca 2014

Trying to be cool

Ostatnia część mini-poradnika do obecnego Opener Festival. Dzisiaj headliner dnia czwartego, jedyny prawdziwy, którego najbardziej chciałbym zobaczyć. Grają w sobotę, godz. 1:00 na Opener Stage.
Tutaj opisywałem dzień 1, dzień 2 i dzień 3.




***cool***  

Teledysk do Trying to be cool jest genialny. Stworzony przez The Creators Project nawiązuje do najmodniejszych dzieł Michela Gondry'ego czy Spike'a Jonze'a. Co do sekundy poukładany z samych nieszablonowych pomysłów, gdy rzecz rozgrywa się w jednokrotnych podejściach (zespół też gra na żywo). Wokalista odziany w sygnowaną śnieżnobiałą marynarkę przemierza kolejne interaktywne lokacje zaliczając misje (szach-mat) i zbierając ekwipunek godny Prawdziwej Gwiazdy. Jego perfekcyjnie skoordynowane życie jest pełne fajerwerków i oczywiście dziewczyn w bikini. Chcecie wiedzieć jak być cool? Tam są wszystkie najpotrzebniejsze elementy. Zachwycające.

***cool***  

Opisywany tutaj utwór pochodzi z ostatniej płyty Phoenix Bankrupt!. Nie jest to na pewno wydawnictwo tak udane jak Wolfgang Amadeus Phoenix, ale dziwne; dość nieszczęśliwe, bo widać, że mieli spójną, niebanalną syntezatorową wizję. Ostatecznie wydali płytę przefajnioną w procesie produkcji - Bartek Chaciński w techniczny sposób opisuje na swoim blogu jak miksowanie zabiło ten krążek. Głośność, brak dynamiki, standaryzacja brzmienia to rzeczy niewybaczalne gdy idzie o tak delikatną materię jak melodyjne piosenki.



***cool***  

Thomas Mars i Sofia Coppola to moja ulubiona para światowego show-bizu. Na pewno nie tak trendsetterska jak Chris Martin i Gwyneth Paltrow, bo Coppola od dziecka żyjąc z takim nazwiskiem wśród artystów zawodowo zajmuje się kwestią sławy. Jej filmy - choć ultramodne - nie mają na celu zdobycia popularności, tylko posługując się trendami rozkładają je na czynniki pierwsze i odkrywają wpływ medialnych afrodyzjaków na prawdziwe życie. Ona robi filmy, on pisze jej piosenki - poznali się przy okazji Too Young na soundtracku do Lost in translation, a ja polecam szczególnie końcową sekwencję Somewhere opartą i przenikającą się z Love Like a Sunset Part II. Oraz ostatni teledysk do Chloroform w stylowej czerni i bieli wyreżyserowany przez Sofię.



***cool***  

Niejednokrotnie wspominałem o czymś takim jak french touch. Francuskie produkcje wyróżnia od zawsze pewien poziom chłodnego luzu, czy chodzi tu o bujające w obłokach elektroniczne dźwięki Air, czy elegancję zakutych hełmów Daft Punk. Skąd oni to biorą? Być może chodzi tu o historyczną zależność wedle której Francuzi tak naprawdę od zawsze niczym się za bardzo nie przejmowali. Świat cały czas wypomina im elegancką białą flagę podczas II Wojny Światowej, a nieco później najwięksi myśliciele bezrefleksyjnie pałali uczuciem do lewicowej myśli komunistycznej. W teraźniejszej polityce kolejny prezydent zajmuje się romansami, a skrajna prawica swobodnie osiąga dwucyfrowe wyniki. Who cares?

***cool***

Subiektywny wybór najbardziej cool miejsc we Wrocławiu:
  • Helios Nowe Horyzonty - kino z huśtawkami
  • Kalambur - piwo z klimatami
  • Wzgórze Partyzantów - czytanie z drzewami
  • Mediateka - biblioteka z bonusami
  • PWST - teatr z młodością
***cool***  

Dlaczego piszę tego bloga? Bo staram się być fajny. Chyba każdy chce się czymś odznaczać, być wyjątkowo dobrym w jakiejś dziedzinie, dysponować jakimś ficzerem; chociaż w moim przypadku byłby to B Factor. Socjologia nazywa to aspiracjami, czyli chęcią do zajęcia wyżsej pozycji społecznej. Zdradzę Wam sekret : blogowanie pomaga w zdobyciu dziewczyny tak samo jak bycie miłym, ale już Leonard Cohen w swojej biblijnej balladzie zauważył but you don't really cares for music, do you? Cóż, pewnie istnieją gorsze sposoby na lansowanie się takie jak (ob)noszenie New Balansów czy promowanie mody dla powodzian. Lans - lubię to słowo. Jest takie proste, bezpośrednie, nie pozostawia wątpliwości o co tak naprawdę chodzi.

***cool***  

"Trying to be cool" powinno być hasłem Opener Festival. Fakt, to głównie za jego sprawą zadomowił się u nas pewien festiwalowy lajfstajl polegający na koncertowym rozpoczęciu wakacji, zbieraniu opasek i hasztagowania przeżyć na serwisach społecznościowych. Pod namiotami spano też wcześniej na Woodstoku, ale nadmorskie błoto woli być utożsamiane z tym zachodnim na Glastonbury. Zebrany w line-upie zestaw gwiazd - a nie zawsze ich sława wynika z kwestii muzycznych - czyni z Openera wydarzenie bardziej towarzyskie. Wybieg do zaprezentowania pozornej swobody, luzu i modnego przetrwania na polu namiotowym. (Moim ulubionym zajęciem na zeszłorocznej edycji tego festynu bylo liczenie Charakterystycznie Modnych sukienek MSBHV). Jak brudzić się to tylko z klasą.

środa, 30 maja 2012

When it's all over I'll let you know

Koniec matur! Wakacje!



Chillout, chil, wyczilować, cziluj, czillowo. Niepokojącą popularność tego typy określeń dostrzegłem już dawno, jednak dopiero teraz zaczęła mi ona doskwierać tak bardzo. Nasilenie tego językowego przedszkola nastąpiło wraz z początkiem maja najosobliwiej nazywanego "weekendem". Zgodnie z prawem życia i szeroko pachnącej natury jako dumny absolwent VII LO próbowałem uczyć się wtedy do matury, przez co rozumiany jest stres, nerwy i przerażająco logicznie umotywowana panika.

Nareszcie! Jednak! Od dwóch tygodni jestem szczęśliwym arbitutientem (?), za sobą mając egzamin symbolicznej dojrzałości. Doszedłem wreszcie do siebie, zaakceptowałem w duchu arkusze z moim peslem i oddałem się siłom wyższym tak jak oddałem się... wakacjom! Zgodnie i posłusznie wracam także do niniejszego tutaj bloga. Mając w perspektywie więcej czasu na cokolwiek i taplanie się w popkulturze noszę w sobie szczerą nadzieję zachowania jakiejkolwiek formy. Owszem, pomysłów i tematów mam całą masę, ale proszę o doping i wyrozumiałość przy czytaniu tego tutaj.





O powyższym kawałku Phoenix miałem pisac jeszcze w marcu, po ludzku żegnając się na urlop naukowy. W inny jednak sposów te gładkie frazy utrzymywały mnie przy życiu.  There are things in my life that I can't control. Co za lekkość! Co za stylówa! Miękkie basy już od początku towarzyszą potokowi słów, które dosłownie wylewają się z ust Thomasa Marsa. Pewnie to już mówiłem, ale tylko Francuzi są fonetycznie zdolni tak potraktować język angielski. Ani śladu zwyczajnej flegmy czy wysublimowanego przeciągania sylab. Głoski i zestroje akcentowe tańczą i podskakują do podrygu. Rytm wybijany na perkusjonaliach jest wszem istotny, ale o feelingu piosenki decydują wyśpiewywane słowa. Myślałem kiedyś trochę nad French touchem i wydaje się, że jest nim ten luz właśnie, ta beztroska, ten - o zgrozo - chillout.
Podobnie jak słowa, gitara tak samo wpada w miarowe, energiczne drgania. Gdy pod koniec guitarman od niechcenia podbija strunę, brzmi to nawet nie jak naciśnięcie klawisza, ale pstrykanie naprężonej gumki, która posłusznie wraca na miejsce. Supermięta kompletnie wyżęta. Te gitarowe wariacje (jedno-dzwiękowe, wiem) jakże pięknie ilustrują pierwsze przebłyski niespodziewanego początku lata. Promyczek Słońca figlarnie puszcza zajączki rażące nasze oczy, jaka to heca. Na wysokości drugiej zwrotki bezwiednie oddajemy się bezstroskiemu clappingowi; machaniem głowy gratis.
W refrenie wstydliwy wokal tęsknie zawiesza głos na westchnieniu podciągając dźwięk jeszcze i zawierza możliwości powrotu dobrych dni, a nawet udanego podrywu. Tuż za nim tafla hipotetycznego jeziora mieni się tak wieloma kolorami, a na kolejnym dźwiękowym planie przesunięciami kostki fale akordu rozchodzą się kręgami po jakiejś-tam wodzie.



Jeśli oddajemy się już leżeniu plackiem na plaży i takie klimaty wyraźnie przypadają nam do gustu, nie sposób nie wspomnieć w taką pogodę o Honeymoon. Mięciutkie organy (prawdziwego Hammonda?) przygotowywują wygodne posłanie. Perkusja jest oczywiście sztuczna, ale na jej nierealności tym bardziej ślizgają się delikatnie pasaże gitarki.
Gitarka jest elektryczna i świeci się subtelnościami wyższych progów uciekających dźwięków. Nie wiem jak, ale tak bardzo cudownie przesuwają się jazzujące wstawki cieniutkich strun. Później faktycznie słychać klasyczną już harfę tkającą swoje paparapa. Można nazwać to muzakiem, owszem. Nie zgodzę się jednak z pomniejszaniem czegoś co daje tyle czystej, ciepłej przyjemności. Właściwie, cały klimat jest taki tkliwy i taki uroczy.
Tonight, let me handle this affair / Niech mnie ktoś przytuli gdy tak obcuję z gwiazdkami i marzonymi błogościami.

niedziela, 20 listopada 2011

Watch her moving in elliptical patterns

Phoenix - Wolfgang Amadeus Phoenix (2009)

Aktualnie, obecnie, nowadays gusta dużej części słuchaczy indie kształtują dwa zjawiska :
  1. Foster the People
  2. Ogłaszany line-up Opener Festival 2012
Korzystając z otrzymanej niespodziewanie od samej Izy Lach (propsuje i dziękuje mi na swoim blogu! ) opiniotwórczości i masowości, bardzo bym sobie życzył, aby oba te aktualne zjawiska doprowadziły do większej popularności w Polsce francuskiej grupy Phoenix.

Na temat Foster the People mam dość paskudnie hipsterskie zdanie, bo znałem ich wcześniej niż cała Polska z eremefu. Pod koniec wakacji strasznie jarałem się Houdinim i zupełnie nie zwracałem uwagi na jakieś średnie przecież Pumped up kicks (serioserio), Wtedy też planując niesamowicie odkrywczy wpis na bloga o Torches uknułem krótką recenzję ich twórczości dla osób nie mających czasu na czytanie moich postów : Foster the People = MGMT + Phoenix. Do tej pory nie ogarniam tej masowej psychozy na punkcie akurat Tego kawałka i ciągle ze zdziwieniem odnajduję ich w samochodowych odbiornikach radiowych. Z Phoenix właśnie wzięli tą organiczność brzmienia, które jest faktycznie prawdziwe i nie ma w nim komputerowych plam z kosmosu, ale stary dobry bas i mocna perkusja.

Ad. 2
Po tym jak nawet ja sam ze zdziwieniem odnalazłem w czwartkowym headlinerze Openera 2011 Zespół Który Uratował Mi Życie (National, żeby nie było wątpliwości) coraz bardziej szanuję inwencję p. Ziółkowskiego. O ile ogłoszenie Björk pierwszą gwiazdą przyszłorocznej edycji motywuję potrzebą promocji jej nowej płyty, to mam nadzieję, że pan dyrektor nie będzie bał się wyznaczać nowych trendów muzycznych tak naprawdę. I zaprosi wreszcie Phoenix (i The Kills i jakieś Wilco). Owszem, pisałem już o nich, ale tylko wspominkowo i marnie krótko, a mam nadzieję znów zostać line-up'owym wróżem (jak w przypadku Foals hehe).


Phoenix_Lisztomania by hugoletras
Płyta Wolfgang Amadeus Phoenix jest w swojej kategorii pozycją idealną. Zaczyna się ultrasinglową Lisztomanią z tym mocnym, ale naturalnie skocznym rytmem a tak naprawdę obsługiwanym przez drapiącą gitarę. Cały czas podbijając się samoistnie muzycznym perpetum mobile potrzymuje się jedynie plumknięciami idealnie dobranych klawiszy w pre-refrenie. Budzona do życia przez bas energia tej melodii wybucha gejzerem jakiejś witalności. Ta eksplozja theSmithsowychszesnastekwysokogitarowych i poganiających talerzy jest dla indie rocka tym samym co tnąca kosmos solówka Miracle drug jest dla U2 (albo ostatni refren The difference between us dla fanów oldschoolowych klawiszy.
 From the mess to the masses! Tylko Francuzi mają tak niesamowicie melodyjne głosy i tylko Thomas Mars mógł nadążyć za melodią przełąmującą się całkowicie co 2 sekundy ( i delikatnie podciągnąć nutki o pół tonu dokładnie). Muzycy fundują nam rozbieg napięcia, wycofanie się lekkie, abyśmy jeszcze bardziej jeszcze bardziej dowiedzieli się, że bez tej energii zwiotczejemy i umrzemy w marazmie, prezentując całą gamę plumkaniowych chwytów syntezatorowych, aby ze swoim hasłem Mars uwolnił wszystko od nowa.



1901 zaczyna się dziwnym rytmem, tak dziwnym, że nie mogłem się w nim połapać. Ale gdy wreszcie człowiek wie o co chodzi, następuje uczucie podobne do tego gdy zakładając szkła korekcyjne, z chmury kolorowych punktów wyłania się litera igrek co oznacza, że okulista wysępi od ciebie kolejne dwie stówy na nowe okulary (cytat, strasznie niedokładny, bo z głowy, pochodzi z powieści Autostopem przez Galaktykę). Oni zatrzymali kręcące się Koło Fortuny z rymami i tymi uderzeniami gitar próbują utrzymać uciekający rytm. Jest faza i wszystko się kręci. Radość w refrenie z dobrego zgrania się, dobrze uchwyconego singlowego killera.

Fences to nie do końca ukształtowana "piosenka" - jest to raczej produkcyjny samograj, indie/rock/electro makieta na której z alchemiczną dokładnością definiują brzmienie dla tego gatunku perfekcyjne. Klaśnięcia co drugie uderzenie perki, nurkujące skrobanie grubszych strun, wjazdy gitary akustycznej, rozładowanie się dźwięku na syntezatorze, zejścia basu. Jednocześnie nie przekraczają granicy bycia czyimś remiksem. (Wyobrażam sobie, że było to faktycznie idealnym podkładem do telewizyjnej reklamy konkursu zjazdu na nartach.)

Po tak bajeranckiej robocie Love like a sunset wydaje się kręgosłupem moralnym, duszą tej płyty. Narodziny melodii. Trwa prawie 8 minut i na tle tych błyskawicznych chwytaczy spokojnie rozwija się w swoim własnym tempie, w swoim własnym świecie. Nawet gitary zlewają się z klawiszami. Tam dzieje się więcej niż na niejednym longplayu. Nie zdradzam, polecam poznać samemu, trochę też nie ogarniam. Klimat - pokazany naocznie w końcowej sekwencji filmu Sophie Coppoli (prywatnie partnerki życiowej Marsa) Somewhere (na którą czekałem cały film) - rzeczywiście niepowtarzalny.

Lasso ujawnia tajną broń Phoenix - fantastyczną perkusję przeklepywującą się nam po plecach i podbijającą ryż na membranach (nie wiem, nie pytajcie). Najśmieszniejsze jest to, że oficjalnie grupa nie ma w składzie pałkera - może robią do każdej piosenki casting i wybierają najlepszego? ;)  Tutaj też odnajduję kolejną "inspirację" Coldplay - na pewno marząo takiej ścianie dźwięku, a raczej rytmu. Cała różnica między bandami jest w tym, że Phoenix ma świetną sekcję i wrodzony styl, zabójczy urok muzyczny, robią to wszystko jakby od niechcenia. Nie-brytyjskie granie, so sexy.

Pojęcie "indie" dla tej grupy jest tak pojemne, że mieści się w nim balladowy, klasycznie smutny Rome. Już wcześniej pokazywałem jak kapitalnie uchwyciła to na swoim zdjęciu Kanka - pocinające gitary odjeżdżają od czegoś, od kogoś. Im dalej tym smutniej. Aż wreszcie dojeżdża i trzeba zrobić to co ostateczne i nieuchronne.
Countdown (Sick for the big sun) to już "tylko" odpowiednio epickie zakończenie, a raczej wprowadzenie do finałowej sceny, Szkoda bardzo, że to zwolnienie na końcu tak naprawdę nic nie wnosi. Podobnie jak Girlfriend, ale tutaj może celowo chodziło o jakąś niedojrzałość, pobieżność, przecież i tak słucha się tego fantastycznie.

Phoenix - Lasso by KROQ
Armistice to znowu heroiczna walka, w której wypluwa się płuca i do utraty sił. Akordowo-chwytowe wprowadzenie do refrenu stawia nowe Coldplay w jeszcze śmieszniejszym świetle, ale tak naprawdę słowa and I come down in your room wprowadzają duży ładunek emocji. Jest w tym jakieś nabożne życzenie, klasyczne pragnienie z przekonywanie statycznego zakochańca. Tak samo gwałtownie i szybko się kończy, niestety.

Świetna płyta z genialną produkcją, która jest perfekcyjnie wymuskana, ale jest tam cały czas prawdziwe granie i ludzka spontaniczność. Fold it, fold it, fold it!

PS. Aaaaa, nie panuję nad długością postów! Przepraszam! Ratunku! Pomocy!

wtorek, 26 lipca 2011

KROPKI - KRESKI : let's burn the cigarette somewhere




Rome by phoenix by catt331

Fajnie jest mieć fajnych znajomych, którzy są tacy zdolni, że np. robią TAKIE zdjęcia. Fajnie jest rozkminiać takie coś i grzebać się w ich strumieniu świadomości o co tam chodzi i dlaczego. I szukać odpowiedniej piosenki pasującej do zdjęcia.
Które jest, jakby ktoś nie zauważył, genialne. Te kolory wręcz wylewają się z ekranu i kontrast zaraz pęknie. Soczyste i intensywne.
Żywym i żywiołowym indie jest akurat też Phoenix. I ma być coś jeszcze. Że nie jest tak huura optymistycznie. A zresztą ogarniajcie, zdjęcie + muzyka to już bardzo dużo. (Mam nadzieję tylko, że ten utwór tu pasuje, bo pierwszy raz tak mi przyszło dobierać.)

Aaa Kanka jest świetna i super i czekajmy wszyscy razem na Jej kolejne fotosy. Polecam bardzo, bo jestem Jej fanem i w ogóle są świetne no.

http://kannnka.blogspot.com/

niedziela, 20 czerwca 2010

French touch

Czy coś takiego w ogóle istnieje? Sam nie wiem, ale zobaczyłem ten termin na Porcys(ie).pl . Jak wiadomo, jest to portal obrzydliwie lanserski i snobistyczny, więc Dejnarowicz i -ska bardzo lubią rzucać takimi mądrymi terminami. Jako, że napisali to o Phoenix właśnie, pomyślałem, że też mogę zacząć tym szpanować w tagach. Doskonale wiem, jak kretyńskie są te wszystkie szufladki (pierwszy lepszy przykład - "indie rock"). Jednakże razem z Phoenix na moim Zenie (odtwarzacz mp4) zagościł ostatnio także francuski duet Air. Można powiedzieć, że tegoroczne lato zapowiada mi się osobiście w tychże klimatach, takich... francuskich czy jakiś.

Phoenix


Jak już napisałem na Facebooku, Phoenix jest oficjalnie moim wakacyjnym zespołem A.D 2010 i oznacza to mniej więcej to, że będę na pewno słuchać ich radosnych piosenek z fajnym gitarowym biciem w promieniach letniego słońca. Naprawdę, Phoenix jest świetne i znakomicie pełni u minie funkcję takiego alternatywnego Coldplay. Bez smętów. Najlepsze jest to, że grupa nie ma stałego perkusisty w składzie. Komponują raczej na akustykach i właśnie te proste-genialne gitarowe bicia są siłą piosenek i nadają jak najbardziej naturalny rytm. Wyżej pokazany "One time too many" lubię właśnie za tą prostotę, może naiwność. Pojedynczo o mocy "1901" już było, dodam tylko, że niesamowicie fajnie idzie się przez miasto w rytm "Napoleon Says" ;p

Wartością informacyjną tego wpisu niech będzie news o tym, że Phoenix wydadzą płytę z serii MTV Unplugged ;D  Z jednej strony, bardzo często grają wersje akustyczne w jakiś radiach czy coś, a i same piosenki są wręcz do tego stworzone. Jednak może trochę dziwić, że MTV nadało im status aż takich gwiazd, nie sądziłem, że są aż tak sławni, tytuły singli roku dostawali raczej od Pichforków czy innych alternatywnych mediów. Może to jednak ta nie-muzyczna stacja chce zmienić nieco kierunek muzyczny? Tak czy inaczej będzie ciekawie, ciekawe kogo zaproszą z "gości specjalnych" (po cichu liczę na Air, z którymi grali już kiedyś trasę). Będzie świetna płyta! 

AIR


Nie wiedziałem trochę co dać tutaj z ich repertuaru, jak dla mnie cała płyta "Moon Safari" stanowi zamkniętą całość i trzeba poczuć dokładnie tan klimat. Ale obejrzałem to video i... Koniecznie przeczytajcie mesydże pojawiające się na ekranach komputerów. :)

Więc chciałem być (jak zwykle) fajny. Słyszałem już o nich, że tacy francuscy i w ogóle. Jeszcze przeczytałem w książce Nick-a Hornby-ego, że główna bohaterka chwali ich sobie, że... kojarzą jej się bardzo z wolnością (akurat tam w stanie cywilnym). Więc poczytałem na Porysie, ściągnąłem, wrzuciłem na Zena, wsiadłem w PKS, założyłem audiofilskie słuchawki, otworzyłem Hamleta do czytania, załadowałem pierwszy, w.w. track, posłuchałem jakieś 30 sekund i... odleciałem. Tak po prostu. Wzięło mnie i cały czas bierze. Cóż, bardziej niż Sigur Ros przynajmniej (w kategorii nie-piosenki). Bardzo polecam jako muzykę 'relaksacyjną'. Naprawdę świetny bas.  Acha, zapomniałem, +10 do lansu ;)

Charlotte Gainsbourgh



Napiszę se o niej, bo w Machinie tez piszą. Z okazji przybycia tej pani do Polski na Festiwal Malta w Poznaniu. Nie będzie mnie tam, owszem, ale wypada zawsze pochwalić się, że bardzo lubię jej i Beck-a płytę "IRM" za bardzo fajne akustyczne brzmienie. I w ogóle to już w lutym miałem napisać o tym świetnym teledysku. Mój niegdysiejszy projekt wpisu na bloga miał tytuł "Ćwiczenie z wyobraźni" i miało w nim chodzić chyba o to, że poszczególne sceny tego videa intrygują i zachęcają do dopisywania sobie samemu dalszego ich ciągu. Takie pojedyncze etiudki i każda przyciągająca uwagę. Od razu człowiek myśli "o co w tym chodzi". Ukryte niesamowite drobiazgi, jakiś rekwizyt, np. lewitująca ludzka noga. Moje ulubione motywy: z włosami w lustrze, Beck grający na padzie z człowiekiem-kamerą i Charlotte leżąca w obozie dla uchodźców ;p
Bo to ona jest tu najważniejsza. Zajmuje uwagę i fascynuje nawet na tym przedziwnym tle, mimo tych wszystkich rzeczy cały czas myślimy tylko o niej. Przynajmniej ja :) Wspaniała gracja, delikatnie tylko wypowiadane słowa, półgesty, spojrzenia. Wspaniała jest, tyle.
(jak widać, każda okazja jest dobra, aby pozachwycać się nad pięknymi paniami)


Bonus Track


Bardzo ładny, wręcz uroczy przykład stereotypowego niezwykle romantycznego mruczenia po francusku ze stereotypową gitarą akustyczną i zdecydowanie niestereotypową Pewną Pierwszą Damą.

PS. Właśnieeee!!!
 Wpis inspired by Kanka, której zaczynam zazdrościć wakacji we Francji właśnie...

niedziela, 25 kwietnia 2010

Trzy szybkie indie single, pażałasta, czyli kawałki, które nie zmienią świata

Phoenix - Lisztomania



Tak w ogóle to tego miało tu nie być. Zdaję sobie sprawę, że lekko faworyzuję tutaj Phoenix, ale wydało mi się nie fair nie zamieszczać singla, którego od piątku słucham cały czas. Nie mam więc olśniewającej formy opisania tego kawałka, podobno tytułowy Liszt to "jakiś" wybitny artysta. Ciekawe może być także to, że taki fajny bardzo śpiewny akcent wokalista zawdzięcza temu, że zespół pochodzi z Francji. A największa moc narasta gdzieś w 2:40 min zaskakująco fajnego (nieoficjalnego) teledysku. Czy można jakoś wyrafinowanie opisywać indie gitarowe single?  :)

Phoenix - 1901


Dla tego właśnie singla chciałem napisać tego posta. Aby pokazać, co się dzieje z rytmem w pierwszych 30 sekundach. Ja rozkminiłem to dopiero niedawno, po jakiś kilku (dziesięciu?) odsłuchach. Jeszcze cwany teledysk do tego. I dlatego warto słuchać alternatywnych zespołów indie, dla takich pomysłów. Rzekłem.

Modest Mouse - Dashboard


Tak, wiem doskonale, że to ta piosenka z TVN-u i ogólnie komercha, że szok. Ale:
1.To Modest Mouse, alternativ jednak, a nie coś jakieś tam. Dojrzewam do stwierdzenia, że ich "The Moon and Antarctica" to jedna z najlepszych płyt dekady.
2. Na gitarze gra i wymyślił riff Johnny Marr. Ten Johnny Marr. Ten sam, który wraz z Morisseyem dzielił rządził ongiś w The Smiths. Więc proszę już nie marudzić, że ściągnąłem to TVN-u ;p
3. Linia melodyczna jest niesamowita. Przypomina jakąś parabolę (sinusoidę?), wznosi się i opada bez chwili wytchnienia czy jakieś przerwy czy pauzy. Cały czas wręcz mknie do przodu i nie zatrzymuje się nawet na moment.
4. Znów podoba mi się akcent wokalu, tym razem hamerykański. To mamrotanie idealnie pasuje do wyżej opisanej sinusoidy ;)
5. Rytm. Tak wspaniały, że pląsały do niego nie mniej wspaniałe gwiazdy TVN-u. Nawet Piróg (ten, nad którym się zastanawiano w Bytomiu ;)  ).
6. I tak na pewno do ramówki wybrał im to Piotr Metz ;)

Muchy - Państwa Miasta
Muchy - panstwa miasta

Niestety, Wielka Tuba nie dysponuje tym kawałkiem w miarę dobrej jakości. A warto, bo "Państwa Miasta" to na pewno czołówka dokonań Much, jeden z najlepszych polskich singli ostatniej dekady. Wielki szacun dla "trójkowych dzieciaków". Perkusja perfekcyjnie nadaje rytm, świetne zgranie gitarzystów, TO wejście w refren, rozwalili. I nawet sympatyczny tekst, nie powiem. Mam nadzieję, że zabrzmi dzisiaj w Carpe Diem (a tak, wybieram się na gig-a, relacja może nawet będzie razem z recką płyty nowej).