background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cover. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cover. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 października 2015

KROPKI - KRESKI: We never go out of style


Ryan Adams - 1989 (2015)

Pierwotna okładka nowej płyty Ryana Adamsa idealnie pasuje do rubryki Kropki-kreski, jest to bowiem sytuacja, w której obrazek mówi o projekcie więcej niż muzyka.
Cały świat zdążył już przecież poznać przeboje Taylor Swift z jej multiplatynowego albumu 1989. Nikogo nie dziwi, że przepełnione popową perfekcją/produkcją Shake it off czy Blank Space królują na listach przebojów, co jednak robią w repertuarze sympatycznego Ryana Adamsa? Niezależny gitarzysta postanowił na nowo przepisać doskonale znane z radia piosenki w taki sposób, aby tytuł albumu . A.D. 1989 był triumfem garażowej alternatywy i gitarowych sprzężeń - w Ameryce tworzy się Nirvana i legenda wytwórni Sub Pop, a po drugiej stronie oceanu w barwach Creation z triumfalnymi ścianami dźwięku pojawia się Primal Scream, a za chwilę britpopowe szaleństwo zaczną bracia Gallagher. Mamy więc sytuację będącą całkowitym przeciwieństwem świata Taylor Swift - niezależne wytwórnie zamiast korporacji, zapał i misja w miejsce kalkulacji, a przede wszystkim proste piosenki w punkowym duchu DIY kontra superprodukcje. I gitary, dużo gitar nagrywanych na setkę i radośnie grzejących wzmacniaczami. Dokładnie jak w Bad Blood pana Adamsa łagodnie rozkołysanym prostymi chwytami akustyka i pociągniętymi akcentami gitary elektrycznej. Instant ballad classic.



Obrazek Ryana Adamsa jest przeróbką (coverem? remakiem?) okładki Goo, płyty Sonic Youth z 1990 roku. Okładki legendarnej, ikonicznej dla całego pokolenia alternatywy. Goo przestawia wszystko co oznaczało wtedy bycie cool: czarno-biała ironia/melancholia, golf francuskich egzystencjalistów w tym samym niewesołym kolorze, obowiązkowo niezdrowy papieros i bunt generacyjny przyprawiony złowieszczą aurą popkulturowej dosłowności przemocy (której echa dotarły nawet nad Wisłę, vide To nie był film). Taylor czerpie z tej fajności, ale zmienia detale po swojemu - z Francji została zgrabna opaska na włosy i stylowa bluzka, a zamiast kochanka mordercy towarzyszy jej najpopularniejsza postać internetowych memów, czyli słodki kotek. Komentarzem do słów Maureen Hindley "I stole my sister's boyfriend (...) within a week we killed my parents" jest
"about the liars and the dirty, dirty cheats of the world" a wystrzał ostatniego hit the road odpowiada echem this sick beat. Koszulki z Goo wciąż są licznie reprezentowane wśród bywalców OFF Festivalu będąc sybmolem stylowej siły nieżalu, tym bardziej więc zachwyca łatwość z jaką Taylor Swift wskoczyła w ich szaty.



"You've got that Daydream Nation Look in your eye" śpiewa Ryan Adams równie zgrabnie wplatając w refren Style tytuł najbardziej kultowej płyty Sonic Youth jednocześnie nadając jej ten sam pokoleniowy status co 1989. A raczej odwrotnie, bo wielu obruszy się na takie zrównanie Taylor Swift z Thoorsonem Moorem i najtisowymi bohaterami gitary. Kultowości nie tworzą jednak recenzje, a słuchacze będący akurat w odpowiednio młodym wieku: wieku w którym muzyka jest najważniejsza i można się nią dzielić z przyjaciómi, gdy staje się podkładem wspomnień z dojrzewania. "It’s a new soundtrack I could dance to this beat" O popkulturowej sile Taylor pisałem już wcześniej, zasługą Ryana Adamsa jest umieszczenie jej piosenek w kontekście czysto muzycznym. Można narzekać na kierunek, w którym zwróciła się współczesna muzyka - kreacja, elektronika i audiotune jest wszechobecnym i wkurzającym tego przykładem. Ale po zmianie aranżacji i instrumentów to są jednak wciąż bardzo dobre piosenki. Opakowanie musi zmieniać się z biegiem lat, bo to ono jest świadectwem czasów, w których żyjemy. Na szczęście dobra muzyka nie zna granic czasowych; zajmujące melodie, właściwie dobrane akordy i poruszające nas emocje nigdy nie wyjdą z mody.

niedziela, 1 stycznia 2012

SP 7'' : Nowe orientacje

Wraz ze wstydem muszę się przyznać, ze potrzebowałem aż 10-tej rocznicy śmierci Grzegotza Ciechowskiego, aby przekonać się o jego tak ogromnym wpływie na polską muzykę. Zrobiłem rachunek sumienia i uroczyście ogłaszam, że moim skromnym zdaniem Republika jest najlepszym polskim zespołem w ogóle, a sam Ciechowski plasuje się gdzieś obok Czesława Niemena w historii. Na szczęście pamięć o Grzegorzu jest w narodzie silna, nie tylko dzięki radiowej Trójce, ale też dzięki następnym pokoleniom wzorującym się na nim (Michał Wiraszko ostatnio). Bardzo istotnymi wydarzeniami są toruńskie "koncerty pamięci Grzegorza Ciechowskiego" organizowane corocznie w macierzystym klubie zespołu - Od Nowa, gdzie najróżniejsi wykonawcy wykonują covery z repertuaru Autora.Owe covery są naprawdę zacne, na co opisałem kilka dowodów.

NO!NO!NO! - My lunatycy


Minus ciężar gatunkowy.
"Polska supergrupa" zrobiła z tego chamskie indie i pokazała jak przebojowa mogła być Republika, gdyby nie musiała walczyć z komuną. Chociaż monochromatyczny image członkowie zespołu musieli mieć bezbłędny, to ich muzyka zawsze była zimna i beznamiętna, wprost odnosząca się do tamtych czasów (Kombinat). Egzaltacja Makowieckiego może irytować, ale jego wicie się z mikrofonem pokazuje emocje mogące być wrzeszczane przez nastolatków z NME i stanowi pouczający kontrast z ówczesnymi występami Republiki. Świetną pracę robi tu Przemek Myszor wtrącający naiwne chórki tak decydujące o charakterze utworu i podbijający wszystko zakręcającymi klawiszami.



Julia Marcell - Będzie plan


Dziewczyna szamana.
Republka zawsze hipnotyzowała tajemnicą (wybitna Poranna wiadomość, o której MUSZĘ kiedyś napisać).
Julia Marcell bierze z tej tradycji to co najlepsze i perfekcyjnym minimalizmem dosłownie czerpie z charakterystycznego brzmienia Ciechowskiego. Niepokojąco łatwo narzuca ten nastrój i zniewala nas swoim głosem. Gdy porzuca pianino słuchający i tak pozostają we władzy niespokojnego rytmu i zaczynają rozumieć, że to nie jakiś sceniczny performans, ale przedziwny rytuał. Żółty sweterek koncentruje wzrok  i zza opuszczonych włosów Julia czyniąc zagadkowe ruchy rękami wpada w trans hipnotyzując wszystkich i przejmując na nimi kontrolę.
(podobno jest jakaś Bjork, co też tak potrafi, słyszałem).


Anna Józefina Lubieniecka - Śmierć w bikini


Pisałem już o talencie pani Anny Józefiny, ale nawet nie podejrzewałem jej o taką dawkę erotyzmu. Zadanie Wojciecha Manna było szczególnie trudne, bo Śmierć w bikini przeszło przecież do historii paranoicznym cedzeniem Ciechowskiego (flecikowe c-ccc-ccc-całuj). Nie ma jednak o czym gadać, bo zmysłowość Lubienieckiej dosłownie nas zalewa i łatwo sobie wyobrazić co mogło tak porazić bohatera oryginalnej wersji. "Taśma profesjonalna" też jest jakaś taka odmienna - wolniejsza i subtelniejsza (ktoś może wie, czy nagrali to na nowo?). Głos Anny Józefiny jest niesamowity - gdy załamuje dźwięki jej wydychane powietrze do mikrofonu jest pełne satynowej głębi. Gdy wyszeptuje idziemy dalej, a w oddali, twój wzrok odbija się od fali ;brzmienie podobieństwa tych słów poraża i zawstydza, podczas gdy u Ciechowskiego pozostawało niezauważone. Wykonanie jest perfekcyjne - klimat odpowiednio leniwy, a wyższe rejestry osiągane są spokojnie bez wysiłku. Końcowa repetycja w bikini jest tak idealna, że przypomina zapętlonego loopa. O ile Julka czerpała z jakiś sił nieczystych, to tutaj stajemy w obliczu zapierającej dech w piersiach czystej onieśmielającej kobiecości.

Bonus
Citizen G.C. - Blah - blah



Śpiewanie po angielsku jest jak pływanie w Morzu Czerwonym. Przyjezdnym jest łatwiej pływać niż normalnie, ale zaraz przychodzą tubylcy i unoszą się na wodzie.

Mądrości p. Grzegorza nigdy za wiele. Republika próbowała "kariery na zachodzie", zagrali nawet koncert na słynnym Roskilde, ale niestety - czyżby ciężar historii (a raczej teraźniejszości) był tak duży, że to one właśnie decyduje o wyjątkowości tego zespołu? Szkoda, bo lepsza szansa się raczej nie powtórzy. Pozostały jednak takie właśnie jak ta anglojęzyczne wersje piosenek Ciechowskiego. Wydaje mi się, że eksportowa wersja Tak tak jest nawet lepsza. Zdecydowanie mocniejsza, mostek przed refrenem jest prawdziwym rozpłynięciem się w głośności. Duże mają tu też znaczenie same słowa - ich brzmienie jest też ostrzejsze, Blah-blah przypomina raczej przedrzeźnianie czy odruchy splunięcio-wymiotne, ta niechęć jest ordynarna. Ciechowski udanie walczy z akcentem przedłużając głoski, co w tym utworze pasuje idealnie. Painful truth łatwiej przedłużyć niż polskie rzyszy, a throw it throw it back towarzyszy splunięcie. Przejście do refrenu jest osobnym popisem aktorskim, gdzie z your vacant eyes z niezwykłą mocą przechodzi do refreny I smash the mirror too. Najbardziej twórcze wykorzystanie bariery językowej. Chociaż szkoda, że wyjęto tę obłąkańczą solówkę na saksofonie, to ten utwór wydaje się stworzony dla angielskiej flegmy.

piątek, 25 listopada 2011

SP 7" : Off in the night while you live it up (I'm off to sleep)

usesomebody by nathalieandtheloners

Miały to być Kobiety, ale niezwłocznie spieszę z najlepszą muzyczną wiadomością ostatniego czasu : Natalia Fiedorczuk (czyli Natalie and the Loners) tworzy swoją drugą płytę z samym Maciejem Cieślakiem (Ścianka, Lenny Valentino, legenda polskiej alternatywy). Jest to jedyna osoba w Polsce, której nie będę męczyć o Piotra Maciejewskiego (który tak fantastycznie wyprodukował Jej pierwszą płytę) i skoro jest to już druga płyta, a nie nieopierzona pierwsza, to naprawdę możemy się spodziewać czegoś wielkiego.

Jednak nawet tak kluczowa dla nowości wydawniczych roku (mam nadzieję) 2011 informacja stała się tylko komentarzem wprowadzającym do wyżej ustawionej piosenki, tj. Use somebody. Zgadza się, chodzi tu cover tych ryczących farmerów z Texasu śpiewających cały czas to samo i nazywających się Kings of Leon. I nie jest tak, że dopiero teraz mogę przysunąć się do tego okropnego meinstrimu - po prostu to tutaj jest piękne.

Pretty sad. Znowu. Delikatna pulsacja i dobijanie się tym słodkim głosem z jakąś miękką tkaniną w nazwie. Ale podkład stanowi tym razem gitara p. Cieślaka, charszcząca i tętniąca prawdziwym życiem, ona faktycznie jest tą ulicą z obściskującymi się niezliczonymi kochankami. To przez nią przebija się głos Natalie i to od tej ulicy Ona jest ważniejsza. Już na początku można usłyszeć jak bardzo czyni różnicę Cieślak przy konsolecie, bo tylko u niego cisza brzmi tak pięknie. W tym wyświechtanym i przebojowym uuu-hhuh jest coś z repetycji w stylu Is it so razem z bezradnością każącą odruchowo wołać o jeszcze jedną pomoc. Tu, w tej wersji nie ma już flirtującego wyzwania, tylko płacząca chęć zwrócenia na siebie uwagi. W drugiej zwrotce Ona faktycznie przyznaje się do tej trochę obsesji, do tego, że wie wszystko i patrzy na to jak while you live it up i tak bardzo chce być tego częścią. Aż nagle ten bardzo ważny i bardzo hipnotycznie pociągający gość przychodzi do niej jako gość z wizytą. I wie i rozumie i tego właśnie szuka wśród roaming around/looking down. Błogosławieństwo w smęcącym spokoju.

Owszem, jest to klasyczna pościelówa i w życiu bym nie zauważył jak umiejętnie po angielsku potrafią sylabizować Chłopaki Królaki. Albo to sama Natalie, która dosłownie pociąga, włóczy za sobą klimat i te swoje narzuty na których śpi. Jest wkręcanie się i to zamotanie w uzewnętrznianiu się tak często towarzyszące wczesnemu Thomowi Yorkowi kręcącemu się przy statywie mikrofonowym. Bas na szczęście pozostał (wszak piosenką KoL którą lubię jest Revely) i pieczętujący, wyostrzający krawędzie rzeczywistości tamburyn. Głos Cieślaka brzmiałby dobrze nawet w reklamie lodów (ale kazał się wyciąć z komercyjnej Smolikowej Kremowej Rewolucji) ale pisze to człowiek, który nie ogarnia Harfy Traw. Oprócz tego, że wielki to jest też idealnie szorstki, mieszanka iście wedlowska.
Kto by pomyślał, że będzie "w tym coś więcej niż tylko dwa piękne, wzruszające głosy i delikatna melodia"(cyt. Ogórek)                                                   ...