Agi Brine Moico Enjoy Music 25.11.2015 Sanatorium Kultury
Wróciłem przed chwilą z Agi Brine, kolejnego gigu Moico Enjoy Music i w sumie mogłem trochę poczekać z tą relacją Sister Wood, bo oba koncerty okazały się bliźniaczo do siebie podobne. Przynajmniej elementy składowe są identyczne:
1. Ta wokalistka nawet jeszcze bardziej przypomina Julię Marcell (z drugiej, tej elektro płyty) - ten sam czerwony klawisz, długie ciemne włosy i hipnotyzujące ruchy dłońmi zza ukrycia fryzury
2. Porównanie do Cosovel również trafione jeszcze mocniej, bo perkusistka Agi, Wiktoria Jakubowska gra przecież z Izoldą Sorrenson.
3. Perkusja znowu okazała się najważniejszym instrumentem przyciągającym najwięcej uwagi. Bardzo ładne łączenia elektronicznych drumsów z żywymi talerzami, a do tego mam od zawsze słabość.
4. Wokale też rozmarzone jak u sióstr Wood. Jeszcze wyżej, bo uniesione na sporym pogłosie i nie chodzi tu o liczbę wokalistek, ale Agi śpiewa bardziej rozwlekłą, szerszą frazą od Sarah Wood (której pięknie się załamuje głos w refrenach, wspominałem?)
5. Brawa za cover Summer moved on. Zgodnie ze złotą zasadą redaktora Artura Orzecha, specjalny szacunek należy się wszystkim, którzy ogarniająA-ha poważniej niż jako guilty pleasure.
6. Mówiąc o coverach - ten singiel poniżej ma bardzo podobny refren jak u Natalii Nykiel w Zagadce Pawiego Wzoru, a w sumie elektro stylistyki też pasują.
7. Jeśli miałbym wybierać, to ładniej wyszedł dzisiejszy koncert, ale to czynniki poza muzyczne, bo dzisiaj mogłem chociaż wygodnie usiąść i posłuchać wszystkiego ustawionego na spokojnie. Tak, wciąż nie lubimy piwnicy w Szklarni, punkt dla nieśmiertelnych Puzzli (tzn. Sanatorium Kultury teraz).
8. And the last, but not least - wciąż Jaram się śpiewającymi laskami.
Sister Wood Moico Enjoy Music 19.11.2015 Szklarnia
Internacjonalna historia Sister Wood przypomina trochę metryczki zespołu Tres B. Tam też mieliśmy polskiego muzyka, który ściągnął do środka Europy swoich zagranicznych przyjaciół. Dla sióstr Wood takim kimś był perkusista Łukasz Moskal (grający też z Nosowską). Czynnik piękna basistki Tres B. Misi Furtak zostaje analogicznie zachowany nawet w dwóch osobach - pochodzących z Anglii Sarah i Rachel. Śpiewające rodzeństwo jest teraz "rising star in Poland" z entuzjazmem koncertując i zapoznając się z polską publicznością. Muzyczna aklimatyzacja zakończyła się chyba sukcesem, skoro porównania do innych wykonawców biegną u mnie tylko rodzimym torem.
Przede wszystkim do Julii Marcell - miałem wrażenie, że na środku sceny ustawiono lustro, w którym przeglądały się oba wizerunki z lirycznych początków kariery polsko - berlińskiej artystki. Po jednej stronie skromne pianino wybijające cząstki akordów, a po drugiej ornamenty skrzypiec dodające kolejną warstwę urokliwej mgiełki (no szkoda, że Julia nie ma siostry). Dodatek bębnów już wyraźnie odnosił się do nowej Marcell z Sentiments - narastające chórki These wordsdo złudzenia przywoływały Halflife. To w ogóle bardzo ciekawe autorskie połączenie Sister Wood - eteryczne damskie głosy i głośna, garażowa perkusja; trochę z konieczności małej sali Szklarni. Bębniąca jak u muzycznej siostry wspomnianej Julii Marcell, Izoldy Sorenson (Cosovel). Grały przecież kiedyś ze sobą i tak mogły rozgrywać się na scenie ich charaktery.
Ze względów technicznych sali i technicznych umiejętności pałkera, bębny były faktycznie najbardziej znaczącym instrumentem Sister Wood, narzucając kształt utworów i głębokość brzmienia. Równowaga rytmów jest zasługą Rachel bawiącej się lżejszymi wstawkami (more cowbell!). To dzięki entuzjazmowi dziewczyn przyciężka być może perkusja zyskiwała takiej swobody, że miejscami mogłaby zagrać w tanecznym singlu Kylie Minogue. Debiutancka płyta sióstr Wood nosi nazwę Language Barriers, ale nie zauważyłem większych różnic w zabawie. A nawet te kulturowe różnice zadziałały w stronę inną niż można by się spodziewać, bo Polacy nie chcieli... śpiewać. Co prawda, klaskali (oczywiście na raz i trzy), ale gorzej z melodią. Może zawstydzeni bezpośredniością prośby od tak ładnych dziewcząt, ale ja na przykład za nic nie chciałem burzyć idealnej harmonii załamujących i wznoszących się głosów panien Wood.
Wszyscy mają problem z Taylor Swift.
Ranczerzy z Teksasu nie mogą dojść do siebie po tym jak rzuciła ich (muzykę) dla ogólnoświatowego popu. Tina Fey dołączyła ją do prestiżowej listy obiektów żartów na Golden Globach kpiąc z long list of ex-lovers panny Swift. Cała wstrząśnięta zamieszkami w Ferguson Ameryka z podejrzaną uwagą przyglądała się strukturze rasowej w teledysku do Shake it off (znowu You ain't a pimp and you ain't a hustler?), a cały przemysł muzyczny dyskutował nad odejściem Taylor z katalogów Spotify. Nie mówiąc już o wszystkich zawistnikach, którzy zżymają się na niemal archetypową figurę słodkiej długonogiej amerykańskiej blondynki.
Taylor nic sobie z tego nie robi i pozdrawia wszystkich nie środkowym palcem, a szerokim (tak, hollywoodzkim) uśmiechem i refrenem Shake it off. Całe to nieprzyjemne napięcie rozsadza humorem i naturalnym wdziękiem. Nie ukrywam, że zwracam dużą uwagę na to, że jest śliczna, ale talent komediowy został przeze mnie zauważony w całkowicie obiektywny sposób podczas jej występów aktorskich w SNL.
Oczywiście w najnowszym singlu Swift jest bezczelność, ale kryje się ona w warstwie kompozycyjnej. Bo jak inaczej nazwać metodę refrenu, który wykorzystuje identyczne nuty, aby powtarzać dokładnie tą samą melodię. To jak bardzo dominuje ona nad akordami w mistrzowski sposób tłumaczy Chilli Gonzales. Nie musimy znać detali harmonicznych; wystarczy kawałek śpiewnego motywu, który wsunie nam się w ucho nawet z drugiej strony ulicy.
Dzięki Shake it off Taylor Swift znalazła się na samym szczycie światowego mainstreamu. Jak każda księżniczka popu (Madonna, Britney etc.) ma ogromny wpływ na swoich nastoletnich wielbicieli, ale zasłużyła nań sobie nie tylko osobistymi przymiotami, a przede wszystkim trafnym odczytaniem społecznych trendów. W AD 2014 była to "filozofia" normcore mający za szczyt stylowości bycie jak najbardziej... normalnym. Coś w rodzaju świadomego odwrócenia się od pogodni za trendami.
Dlatego właśnie w teledysku do Shake it off Taylor uparcie pozostaje "zwyczajną dziewczyną". Do tego odsyła szata graficzna albumu składająca się ze spontanicznie cykanych kadrów z Polaroida. Zaskakująco normalne (czy też konkretne) jak na dzisiejsze standardy marketingowe było ogłoszenie najnowszego wydawnictwa - prosta konferencja webowa z ujawnieniem całej tracklisty i gotowym teledyskiem do przesłuchania. Wreszcie tytuł płyty 1989 - może nieodnoszący się do Solidarności, ale z pewnością mający pokoleniową siłę (vide. Delikatnie lewitujesz słysząc dziewięćdziesiąt trzy). Ujawnienie daty urodzin jest jak zejście z piedestału, jak zaproszenie na domówkową celebrację - pomyślcie tylko o Madonnie podpisanej jako "Louise Ciccone". I ta szczerość - to nic, że nieco może zbyt ostentacyjna - zdała egzamin. Doszło więc do tego, że amerykańska młodzież masowo wykupywała kompakty CD Taylor, o czym ze zdumieniem donosili tamtejsi dziennikarze (odwrót od cyfryzacji, chęć posiadania czegoś na własność, nuda).
Nie można zapomnieć, że mamy do czynienia z produktem tak nienaturalnie perfekcyjnym jak post-gym look samej Taylor Swift. Jeśli szukacie czegoś mnie wykoncypowanego, mniej więcej w tym samym czasie do szkoły wróciła też Julia Marcell na płycie Sentiments. Jej perspektywa była bardziej poważna, bo postanowiła zmierzyć się nie z hejterami, a ze swoimi demonami młodości. Trudno polubić sterylność produkcji przeboju Taylor gdy surowość gitar Julii jest tak bezpretensjonalna. Ale obie dziewczyny spotykają się w tym samym miejscu - obie piosenki są szalone w swojej witalności. Z jednej strony do Julii równie dobrze pasowałoby podbicie dęciakami z Shake it off, a niekontrolowana spontaniczność wygłupów Julii nadałaby pannie Swift więcej prostego życia. Tak czy inaczej - takie rozważania są najmniej ważne. Obie są jednakowo fajne i jednakowo beztrosko strząsają zastane konwenanse w rytm dzikiego rytmu i poważnych skarg obrońców moralności.
PS. Czy Taylor Swift jest overrated? Nie wiem, ale Paul McCartney nie śpiewa chórków byle komu :)
Zapraszam na drugą część rocznego podsumowania. Dzisiaj to co najważniejsze - płyty długogrające. Sam z siebie zrezygnowałem z szukania jakiejś tendencji wiodącej. Tylko trzy płyty z Polski, ale te damskie były moimi ulubionymi w ogóle - gdybym skusił się na ułożenie w kolejność, na pewno byłyby na podium "moich" ulubionych rzeczy. Moje ulubione płyty roku 2014 Angus and Julia Stone - Angus and Julia Stone
Bardzo ładna i bardzo ciepła płyta. Już na samym początku wiecie o chodzi mi z tym określeniem "ulubione płyty".
Nareszcie poszli po rozum do głowy i zagrali mniej niż jak najwięcej. Wyszła najbardziej urokliwa płyta od dawna, coś w rodzaju smutniejszego, ale bardziej dorosłego Parachutes. Całą recenzję spisałem tutaj.
Najbardziej bezpośrednio dzieło Damona Albarna. Kolejne ballady o elektronicznej temperaturze niepostrzeżenie stają się esejami na temat dzisiejszego świata technologii. Muzyczna wersja Her, a o nastoju całości pisałem tutaj.
Erlend Oye - Legao
Trudno nie lubić tej płyty. Trudno wymyślić większy banał? Być może, ale wszystko tam się świeci, uśmiecha i zaprasza do bujania (a nawet może coś o tym napiszę niebawem).
Intensywna i zadziorna Julia rozprawia się z dorastaniem. Z jego całym rozczarowaniem, doznawaniem i walczeniem o kształt samego siebie. Świetne rytmy i wcale gitarowe melodie. Trochę więcej tutaj.
Jungle - Jungle
O tym jak porywające mogą być brytyjskie tańce przyprószone około-karaibskimi (?) rytmami przekonywał już Jack Penate. Szkoda, że sam nic nie robi, a tutaj podobne rzeczy w większym i bardziej imprezowym kolektywie.
Michał Biela - michał biela
Siła ciszy, spokoju, ballady. Dawno nie słyszałem tak harmonijnych i przyjemnych dla ucha wokali grzejących uszy jak gitara przy ognisku. (Płytę można ściągnąć bez opłat, ale zachęcam do wsparcia finansowego, bo zakumplujecie się z Michałem wraz z pierwszym odsłuchem, a potem tak głupio za darmo).
Najbardziej zaskakująca, najciekawsza brzmieniowo i chyba najmądrzejsza (z humorem) płyta roku. Także ta zwyczajnie najlepsza, o czym pisałem tutaj. Spoon - They got my soul
Stare dobre indie na gitarach. Spoon to już instytucja, więc bez większego wysiłku wyprzedzili nieopierzoną i przestrojoną konkurencję. No i tak, chciałbym ich na OFFa.
U2 - Songs of Innocence
Po raz kolejny kapituluję z obiektywną oceną tego zespołu. Muszę jednak przyznać, że bardzo im się przydał powrót do lat młodości - nawet ja nie spodziewałem się płyty tak świeżej, różnorodnej i wyzwalająco swobodnej.
Jeśli longplaye są rzeczą esencjonalną w kolekcji muzycznej, to chodzenie na koncerty są solą interesowania się dźwiękami w ogóle. Pół Polski, nawet z Częstochową i tylko dwie rzeczy z Wrocławia. Ale to moje miasto może sobie pozwolić na tak pojedynczą reprezentację, bo na WROsound pokazali(śmy) najlepszą część dolnośląskiej sceny muzycznej.
(w Nazwach kryją się odnośniki do moich tekstów, którymi opisywałem dane wydarzenie. Od Sonimiki mam tylko zdjęcie, ale też ładne).
Moje ulubione wydarzenia roku 2014
Soniamiki, 7 czerwca, Muzyczne Podwórko, Częstochowa
Letni koncert - nie tylko jeśli chodzi o pogodę, ale o ogólną atmosferę. Wprowadzoną także przez narrację samej Zosi Mikuckiej, która stworzyła coś pomiędzy monologiem, a słuchowiskiem radiowym. OFF Festival, 1-3 sierpnia, Katowice, Dolina Trzech Stawów, Katowice
Od wielu lat najlepszy festiwal w Polsce. Po całym cyklu postów na jego temat nie mam już pomysłu jak mógłbym wyrazić swoją miłość do tej imprezy.
Co tam Czesław, gwiazda akordeonu jest tylko jedna. Przez cały wieczór towarzyszyły mi emocje niemal fizyczne, cała moc z tak niewinnie (i ładnie) wyglądającej osóbki.
WROsound, 24-25 października, Impart, Wrocław
Najlepsza impreza na Dolnym Śląsku pokazująca nie tylko Wrocław, ale wszystko co z nim związane - zarówno przez ślady kulturowe jak i drogi rzeczne.
Julia Marcell, 13 listopada, Stary Klasztor, Wrocław
Trafiła do mnie mocniej i łatwiej niż "Music from America so proudly universal" Jacka White'a. Jej piosenki są o wiele bardziej moje.
12 listopada byłem na koncercie Jacka White'a i było całkiem spoko. Szalony pisk fanek, elitarność krakowskich hipsterów, sentyment rockowej starej gwardii i lans telewizyjnych celebrytów. Generalnie dla każdego coś miłego, a śpiewanie riffu Seven nation army stało się już tym samym elementem krajobrazu co krzyczenie "hip-HOP!" na koncertach z rapsami. Co z tego wszystkiego, skoro następnego dnia we Wrocławiu o w wiele lepszy koncert dała Julia Marcell. W Starym Klasztorze dostałem wszystko czego brakowało mi u chłopca z gitarą - żywą zabawę, taneczny nerw, wyzwalającą rytmikę, bezpośredni kontakt, utwory The Dead Weather, element improwizacji i to co najważniejsze - moje piosenki.
Od razu muszę się wyjaśnić - różnice koncertowych odczuć mogą subiektywnie wynikać także z tego, że należę do obozu "jaram się śpiewającymi laskami" a nie "jaram się Jackiem" (White-m, żeby nie była jasna sytuacja). Tego wieczoru to Julia Marcell była najważniejsza. Zaczęła może nieco chaotycznie, ale już minimalistyczne i surowe Piggy Blonde zahiopnotyzowało publiczność. Z tego wykonania przeszła do odgrywania roli - Maryanna stała się czymś na kształt szekspirowskiego monologu. Wstrząsającego i intymnego; scena zawierająca się w punktowym świetle przypominała teatralną, a każdy gest Julii wywierał wpływ niekoniecznie muzyczny, ale emocjonalny przede wszystkim. Jej charyzma jest obezwładniająca, trwamy unieruchomieni niby pod wzrokiem młodej Ofelii.
Bo faktycznie, miało się wrażenie, że oglądamy artystkę w najlepszym momencie swojej kariery. Dowodem tego poczucia siły może być zagranie najnowszego albumu Sentiments w całości - setlistowy ruch, którego odwagi próżno szukać u uznanych nie-debiutantów. Trzecia płyta jest naturalnym rozwinięciem autorki - zaczynała jako pianistka-songwriterka, a do rejestracji i tak skromnego instrumentalium musiała zbierać pieniądze przez croudsurfing. Drugim wydawnictwem June, śmiało skierowała się w stronę elektroniki, a na koncertach już akcentowała rosnące znaczenie sekcji rytmicznej. Teraz sięgnęła po gitarę elektryczną, która nie jest nosicielem hałaśliwych solówek, a naturalnego rytmu. Klasyczny zestaw perkusyjny zaskakuje piosenkowym wkładem, tak konkretnym jak na Safari Pustek. Brzmienie jest proste, ale dzięki temu tym łatwiej trafiające do środka słuchacza. Bez nowoczesnych udziwnień, zbędnych do zwyczajnych historii. Wśród środków także znanych nam doskonale - gitara, bas, bębny i klawisz - bo to przelot jest tu najważniejszy.
Najpiękniejsza prostota kryje się jednak w samych piosenkach. Jak w mojej ulubionej North Pole, klasycznie prowadzonej przez melodykę prostego bicia akordów. Zwyczajna historia, której niepewność podbija rześki zwrot w refrenie i łagodzący klawisz Hammonda. Jedna z tych życiowych spraw, która nie poruszy instytucji Jacka White'a, bo co miałoby go obchodzić polskie dziewczę dying in the living room to the music from America so proudly universal, that they like to call it soul? Są w moim świecie ważniejsze rzeczy niż zbawianie gitarowego soundu i potrzebuję do tego wyciągniętej znajomej dłoni. Zanim Julia Marcell zawojuje pół świata i zabierze się za Sprawy Muzyki, miło że pamięta o smutnych-nudnych fanach pisząc piosenki, które wciąż jeszcze możemy przyjąć jako własne.
(takie tam, rodzinne)
PS. Dwa pierwsze zdjęcia zrobiła margo, którą serdecznie pozdrawiam podobnie jak Szczotka i Julię (nie, nie tą Marcell), z którymi miałem przyjemność partycypować w koncercie.
Może się wydać dziwne, że polską Alison Mosshart została właśnie ona. Julia Marcel już wcześniej miała silną osobowość, która nie pozwalała przejść obojętnie, ale nie wyrażała tego w czarnej skórze i na podłodze między perkusjami. Zaczynała jako ułożona songwriterka z klawiszami, aby na drugiej płycie dorzucić elektronicznych uroków Bat for Lashes. Gwałtowną zmianę obrazuje teledysk - tak samo prosty i surowy jak bas prowadzący całą piosenkę. Julia wciąga za sobą w mroczny świat młodzieńczych instynktów. Stara szkoła, po której bezwiednie chodził każdy z nas staje się gotycką areną sił drzemiącego zła. Można przyznać, że rockowy bunt w wykonaniu młodzieży jest dość ogranym chwytem, ale Władca Much nie miał na swojej wyspie tak tętniącej muzyki. W zwykłej wydawałoby się melodii burzy się energia, która niewłaściwie ukierunkowana mogłaby spowodować wiele bałaganu. Tutaj zaś rozrywa przyzwyczajenia i nawiedza nieodpartą melodyką wcale nie beztroskiego nucenia.
Zagłuszoną dziewczęcą niewinność daje na szczęście w prezencie Spike Jonze. Geniusz tego reżysera ogaraniemy być może dopiero za kilkanaście lat, ale nie chodzi w nim na pewno tylko o sprawność techniczną, ale to co mówi o nowoczesnych nam czasach. Pokazauje czułość wśród elektronicznej technologii - rzecz, o której zdają się zapominać informatyczni geniusze z Doliny Krzemowej i kolejne profile na fejsbuku. Wybitnym dziełem Jonze'a jest Her, do którego balladę napisała jego przyjaciółka Karen O. Teraz on zwraca jej (inną) piosenkę w filmiku spontanicznie nagrany na ajfonie.
Wszyscy wiedzą jak uroczą osóbką jest Elle Fanning (♥), powiecie więc, że to żadna sztuka sfilmować osobę, którą tak bardzo kocha kamera, ale tylko Spike potrafi zrobić to w jednym telefonowym ujęciu w przeciągu ledwie półtorej minuty. Idealnie połączył naiwność piosenki Karen z młodzieńczą, naprawdę swobodną zabawą Elle. I nawet ta ogromna, historyczna przestrzeń nowojorskiej Metropolitan Opera House nie jest w stanie stłamsić jej energii, Elle absolutnie nic sobie nie robi z renomy tego miejsca traktując je jako kolejną piaskownicę, zabiera je jako własne.
Bo czy wielkość artysty nie polega właśnie polega właśnie na tym? Żeby potrafić złapać te malutkie chwile piękna w codziennym życiu? A jeśli nowoczesne, przenośne technologie mogą nam w tym pomóc, to może te wszystkie Instagramy i głupie filmiki mają jednak jakiś głębszy, potrzebny sens.
PS. Zbyt rzadko wymyślam preteksty do umieszczenia teledysków z ładnymi dziewczynami, więc pokażę jeszcze jedno piękno w ruchomych obrazkach. I to nic, że nikt tam nie chodzi przed kamerą, temat nie pasuje do tytułu nowej płyty U2, a Scarlett tak naprawdę nie wystąpiła w oficjalnym teledysku tak jednoznacznie klasycznego, że aż nudnego Smashing Pumpkins. To nie jest istotne, bo każdy powód jest dobry, aby pokazać piękno, prawda?
Wraz ze wstydem muszę się przyznać, ze potrzebowałem aż 10-tej rocznicy śmierci Grzegotza Ciechowskiego, aby przekonać się o jego tak ogromnym wpływie na polską muzykę. Zrobiłem rachunek sumienia i uroczyście ogłaszam, że moim skromnym zdaniem Republika jest najlepszym polskim zespołem w ogóle, a sam Ciechowski plasuje się gdzieś obok Czesława Niemena w historii. Na szczęście pamięć o Grzegorzu jest w narodzie silna, nie tylko dzięki radiowej Trójce, ale też dzięki następnym pokoleniom wzorującym się na nim (Michał Wiraszko ostatnio). Bardzo istotnymi wydarzeniami są toruńskie "koncerty pamięci Grzegorza Ciechowskiego" organizowane corocznie w macierzystym klubie zespołu - Od Nowa, gdzie najróżniejsi wykonawcy wykonują covery z repertuaru Autora.Owe covery są naprawdę zacne, na co opisałem kilka dowodów.
NO!NO!NO! - My lunatycy
Minus ciężar gatunkowy.
"Polska supergrupa" zrobiła z tego chamskie indie i pokazała jak przebojowa mogła być Republika, gdyby nie musiała walczyć z komuną. Chociaż monochromatyczny image członkowie zespołu musieli mieć bezbłędny, to ich muzyka zawsze była zimna i beznamiętna, wprost odnosząca się do tamtych czasów (Kombinat). Egzaltacja Makowieckiego może irytować, ale jego wicie się z mikrofonem pokazuje emocje mogące być wrzeszczane przez nastolatków z NME i stanowi pouczający kontrast z ówczesnymi występami Republiki. Świetną pracę robi tu Przemek Myszor wtrącający naiwne chórki tak decydujące o charakterze utworu i podbijający wszystko zakręcającymi klawiszami.
Julia Marcell - Będzie plan
Dziewczyna szamana.
Republka zawsze hipnotyzowała tajemnicą (wybitna Poranna wiadomość, o której MUSZĘ kiedyś napisać).
Julia Marcell bierze z tej tradycji to co najlepsze i perfekcyjnym minimalizmem dosłownie czerpie z charakterystycznego brzmienia Ciechowskiego. Niepokojąco łatwo narzuca ten nastrój i zniewala nas swoim głosem. Gdy porzuca pianino słuchający i tak pozostają we władzy niespokojnego rytmu i zaczynają rozumieć, że to nie jakiś sceniczny performans, ale przedziwny rytuał. Żółty sweterek koncentruje wzrok i zza opuszczonych włosów Julia czyniąc zagadkowe ruchy rękami wpada w trans hipnotyzując wszystkich i przejmując na nimi kontrolę.
(podobno jest jakaś Bjork, co też tak potrafi, słyszałem).
Anna Józefina Lubieniecka - Śmierć w bikini
Pisałem już o talencie pani Anny Józefiny, ale nawet nie podejrzewałem jej o taką dawkę erotyzmu. Zadanie Wojciecha Manna było szczególnie trudne, bo Śmierć w bikini przeszło przecież do historii paranoicznym cedzeniem Ciechowskiego (flecikowe c-ccc-ccc-całuj). Nie ma jednak o czym gadać, bo zmysłowość Lubienieckiej dosłownie nas zalewa i łatwo sobie wyobrazić co mogło tak porazić bohatera oryginalnej wersji. "Taśma profesjonalna" też jest jakaś taka odmienna - wolniejsza i subtelniejsza (ktoś może wie, czy nagrali to na nowo?). Głos Anny Józefiny jest niesamowity - gdy załamuje dźwięki jej wydychane powietrze do mikrofonu jest pełne satynowej głębi. Gdy wyszeptuje idziemy dalej, a w oddali, twój wzrok odbija się od fali ;brzmienie podobieństwa tych słów poraża i zawstydza, podczas gdy u Ciechowskiego pozostawało niezauważone. Wykonanie jest perfekcyjne - klimat odpowiednio leniwy, a wyższe rejestry osiągane są spokojnie bez wysiłku. Końcowa repetycja w bikini jest tak idealna, że przypomina zapętlonego loopa. O ile Julka czerpała z jakiś sił nieczystych, to tutaj stajemy w obliczu zapierającej dech w piersiach czystej onieśmielającej kobiecości.
Bonus Citizen G.C. - Blah - blah
Śpiewanie po angielsku jest jak pływanie w Morzu Czerwonym. Przyjezdnym jest łatwiej pływać niż normalnie, ale zaraz przychodzą tubylcy i unoszą się na wodzie.
Mądrości p. Grzegorza nigdy za wiele. Republika próbowała "kariery na zachodzie", zagrali nawet koncert na słynnym Roskilde, ale niestety - czyżby ciężar historii (a raczej teraźniejszości) był tak duży, że to one właśnie decyduje o wyjątkowości tego zespołu? Szkoda, bo lepsza szansa się raczej nie powtórzy. Pozostały jednak takie właśnie jak ta anglojęzyczne wersje piosenek Ciechowskiego. Wydaje mi się, że eksportowa wersja Tak tak jest nawet lepsza. Zdecydowanie mocniejsza, mostek przed refrenem jest prawdziwym rozpłynięciem się w głośności. Duże mają tu też znaczenie same słowa - ich brzmienie jest też ostrzejsze, Blah-blah przypomina raczej przedrzeźnianie czy odruchy splunięcio-wymiotne, ta niechęć jest ordynarna. Ciechowski udanie walczy z akcentem przedłużając głoski, co w tym utworze pasuje idealnie. Painful truth łatwiej przedłużyć niż polskie rzyszy, a throw it throw it back towarzyszy splunięcie. Przejście do refrenu jest osobnym popisem aktorskim, gdzie z your vacant eyes z niezwykłą mocą przechodzi do refreny I smash the mirror too. Najbardziej twórcze wykorzystanie bariery językowej. Chociaż szkoda, że wyjęto tę obłąkańczą solówkę na saksofonie, to ten utwór wydaje się stworzony dla angielskiej flegmy.
Źle - kończą się wakacje. Dobrze - kończy się sezon ogórkowy, w muzyce także. W ostatnim tygodniu obrodziło nam nowymi singlami, a za nimi mają przyjść całe longlplay-e ponoć. (może nawet pojawi się nowe The Ting Tings, zapomniane przez cały świat pół roku po wydaniu średniego singla).
Dzisiaj odsłona rubryczki singlowej aż potrójna. Co jeszcze lepsze - wszystko jest od kobiet, więc nareszcie prawdziwa siła kobiet. Tak specjalnie się zrobiło, że aż nie potrafiłem wymyślić przyzwoitego tytułu. Na szczęście fejsbukowo zainspirowałem się ostatnio Johnem Lennonem, który jak wiadomo śpiewał, że Woman is the nigger of the world więc też pasuje* .
Julia Marcell, czyli jedna z dwóch osób mogących do mnie mówić po niemiecku znów coś nagrała. Ale że jest też Polką, co cieszy, tym razem wybrała chyba słowiańską bardziej stronę swojej bogatej kultury. Matrioszka; składano-rozkładana budowa, słychać wigor, że jest to młoda zdolna songwriterka, ale potrafi już pisać na bardziej większy skład, oprócz tego jest urocza. No i jest hisoria, do której zostajemy dosłownie wciągnięci, gdy backing vocal zawzięcie przekonuje na końcach zwrotki and sun rises when I’m not looking. Tutaj miałem grafomanić jakieś naciągane story, ale poczekam raczej na album, który ma się nazywać będzie June i będzie z okładką o rozwydrzono-krzykaczącej dziewczynce. Nie ma jakiś wielkich fajerwerków producenckich ani kosmicznych hooków, ależ po co! Jest przecież ciekawie i ładnie. Udany bardzo singiel, coś nowego z naturalną szczerością Julii, co jest najważniejsze.
Specjalnie czekałem z Julką na to, żeby tak razem opisać nową Nosowską też. I też jest fajnie, tekstowo ciekawie, dla tak utytułowanej twórczyni nie ma na pewno wstydu. Udane używanie naturalizmów i zgrabne wykorzystanie słów bardziej nie-przyjemnych (kontynuacja Vanitas może). Zwracam szczególną uwagę na wers w łazience prowokujesz torsje / i twoje serce które gramatycznie rzecz biorąc nie ma prawa się rymować. A jednak brawa, bo p. Kasia operuje tu samą esencją słowa, jego rytmem, który się zgrywa idealnie. Jednocześnie ten dwuwiersz w kulminacyjnym momencie świetnie rozbuja-je cały utwór.
Ale jednak niestety. Chociaż Marcin Bors próbuje i zawija rytmy, to nie można pozbyć się czekania na jakieś włatkanasejtaramtutiruraj. Ale ja generalnie mam z Nosowską problem i nie kupuję jej nowego imagu tak w całościa jak Brodkę. Cóż, nie jestem przecież jej targetem - wyobrażam sobie baardzo stylową domówkę czy inne vitange party w przestrzeni domowej jakiejś warszawskiej projektantki wnętrz na której do nie-szalonych dźwięków bulimicznego serca spiera się pokolenie spreadu ("świat się nam trochę posypał. Co prawda nie na tyle, by zamiast do Tajlandii jechać na wakacje na działkę rodziców...").
Cóż, dla mnie szału nie ma, ale Nosowska dalej utrzymuje wysoki poziom.
Nowa Florens wreszcie też nadeszła. Zaczyna się jak mniej sterylna bezpośrednia kontynuacja Daniela Bat For Lashes. Ok, fajne w sumie, ale żeby tak bezpośrednią rywalkę? Tutaj ten klimat jest bardziej przestrzenny, co udanie pokazuje nie-taki-fajny-lejdigagowy teledysk. Przy kolejnych reapitach w czasie fejsbukowania piosenka sprawdza się bardzo fajna, Florens znów pokazuje moc słyszalną nawet przy chórze. Jednak utwór ma te 5 minut (długości) i przy bardziej słuchanym odsłuchu trochę przynudza ten epicki refren, który co chwila pojawia się w tym samym samo chóralnym kształcie. Nawet na na playlistach się to nie sprawdzi, więc nie wiem w czym był cel. Nawet polska Nosowska potrafi fajnie wszystko rozruszać i urozmaicić prostymi bitamy; można? Pod koniec zwłaszcza to drażni - wyczekiwanie na finał, w którym bardzo zmęczony bębniarz cały czas gra tak samo, co dziwi pamiętając fajne przecież perkusje na debiucie. Przecież nawet Zakopower potrafi na koniec przywalić i zaszaleć nooo. Panie producencie nooo. Nie wiem jak tam z ogólnym modowym wyglądem pani Welch, ale coś mi mówi, że to też może mieć znaczenie dla fanek Ja jestem trochę rozczarowany, więcej mocy poproszę, melancholia i Frida Kahlo (i jej tytuł) nic tu nie tłumaczą.
PS / * (a właściwie pasuje nijak, bo całe życie byłem przekonany, że ten głos na początku Revolution 9 z Białego Albumu, mówi Take One... Jest tak czadowy, że aż przywłaszczyłem, ale takim głosem ma mówić mój tytuł).
Kończą się wakacje, kończy się lato. Nie ma sensu nad tym lamentować, bo to wystarczająca oczywistość. Rozpaczliwie próbuję więc nadać tym wakacjom jakieś jakiekolwiek znaczenie. Co zrobiłem? To, że czytałem bardzo mało litościwie przemilczę. Dobrą stroną tych dwóch wakacji może być to, że oprócz lenienia się i rozpaczliwego szukania sposobów na chamskie nicnierobienie/wniczymnikomuniepomaganie pomyślnie przeobraziłem moje konto na last.fm . Jakkolwiek o tym pięknie mówić - słuchałem dużo nowej muzyki. Zgodnie z postanowieniem, że "jeśli się na czymś znam, to na muzyce" nie uważam to za takie byle co. Nie przyniesie mi to także posady dziennikarza radiowej Trójki, ale za to będę mógł za kilka miesięcy bardziej różnorodnie wspominać te wakacje.
Wspomnienia. Jako człowiek uzależniony od muzyki zazwyczaj przypisuję pewne zdarzenia i uczucia do danej melodii czy piosenki. Czasem włączę jakiś utwór i nagle, jak w jakimś wehikule czasu czuję coś, co przeżywałem... kiedyś. Fajne, polecam każdemu. Jak wiadomo, 17 lat ma się tylko raz, więc warto zapamiętywać te "ulotne chwile młodości". Mam na to bardzo prosty sposób więc. Playlista. Kilka kawałków, które akurat katowałem w moim Zenie/laście, swoisty soundtrack do określonych "krótkich, gorących letnich dni".
Co mi się więc działo przez te dwa miesiące? Najpierw przypomnę sobie te pozytywne i "radosne" piosenki, które mi towarzyszyły wiernie w "summertime".
Jako, że jestem pro słuchaczem muzyki, słuchałem, starałem się słuchać całych albumów. Tak więc je opisze - albumy. Nie będą to raczej recenzje, bo te mi nigdy nie wychodzą. Postaram się zwięźle (acha...) opisać co dla mnie znaczyły te longplay-ie.
Dead Sound z płyty The Raveonettes - Lust lust lust
Wspomnienie ma być wesołe, więc napiszę jak bardzo cieszyłem się na myśl, że ten duet przyjeżdża na OFFa, który odbywa się w niedalekich Katowicach i naiwnie myślałem, że uda mi się "zebrać ekipę" i wybrać się na ten najbardziej mityczny i najlepszy polski festiwal. (Przed)wakacyjne hiperoptymistyczne plany być muszą, to właśnie one budują epickość tych dwóch wolnych od szkoły miesięcy. Przez pozostałe 10 miesięcy przeciętny nastolatek uczy się pilnie i marzy o tym co zrobi, jak będzie ciepło i jak nie będzie trzeba zakuwać do czegoś-tam.
Muzyka. Prosty rytm, duży przester i cała masa dźwiękowego brudu. Chaotyczny akompaniament niesamowicie łączy się z delikatnym wokalem, jakby występowały dwie warstwy w tym utworze. Prosty efekt gitarowy daje poczucie, że gitarzyście udało się złapać za nogi wokalistkę wzlatującą gdzieś w metaforyczne przestworza dźwiękowe. Jest bosko. Solówka gitary jest cudownie... rozhulana i wydaje się improwizowana, grana na poczekaniu, niespokojnie, starająca wyrwać się z ramy wspomnianego prostego, nieskomplikowanego rytmu. Cała płyta to takie genialne połączenie niespokojnej, hałaśliwej wręcz muzyki z wzorcowo opanowanym głosem, który można porównać nawet do tego anielskiego. No przesadzam, ale jest niesamowicie spokojny, delikatny i czysty.
Beautiful Boys z płyty Happy Pills - Retrosexual
Przebojowy, chwytliwy, swobodny i bardzo wakacyjny singiel polskiej grupy, o której słyszałem dotychczas jedynie jakieś skąpe legendy. Np. o tym, jak w zamierzchłych czasach minionego tysiąclecia, kiedy na polskiej "scenie muzycznej" królowała stylistyka grunge i punk (Hey!) istniał sobie zespół inny niż inne. Grał on melodyjnego rocka/gitarowy pop umiejętnie i dosyć swobodnie czerpiącego z amerykańskiego "nieżalowego" grania. Podczas gdy wspomniani "inny" chcieli być przesterowani i głośni, zespół o którym możemy mówimy, potrafił bez większego wysiłku nagle wprowadzić oszczędną ale treściwą partię gitary np. Zespół ten, niepasujący i niezrozumiały przez "polską scenę" chciał zrobić karierę na zachodzie. Gdy pewnego wrześniowego dnia wsiiedli w samolot do USA kierujący ich do tamtejszych hamerykańskich klubów na gigi. Niestety, był to akurat 11 dzień września roku 2001. I świat miał na głowie o wiele większe tragedie niż zmarnowana kariera jakiegoś zespoliku z dalekiej Polszy.
W w.w kawałku słychać te delikatne zagrywki, nienachalne, ale przewijające się przez całego songa i nadające ton całemu "tłu muzycznemu". Do tego dodamy świetną partię akustyka/bardzo fajne bicie i otrzymujemy oto świetny pop-rock hiciorek po prostu. Przepraszam, zapomniałem o całkiem ładnym i uroczym wręcz wokalu ;)
Epilog opowiastki : Band zakończył działalność, jeden z członków - Mariusz Szypura stworzył Silver Rockets, a teraz na szczęście wrócili. Brakowało mi takiego polskiego bandu grającego ciekawą, wesołą i chwytliwą gitarową muzykę.
Falling Down z płyty James - Pleased to meet you
Nie ukrywam, że poznałem ten zespół z forum U2, gdzie zamieszczono taką adnotację: "Kto lubi U2 a nie zna James, ten pozna James i polubi też, ręczę." Dodatkowe wspomnienie o podobieństwie do mojej ukochanej płyty Irlandczyków (All That You Can't Leave Behind) było najlepszą zachętą jaką można sobie wyobrazić, oczywiście, no przecież. Muszę z zadowoleniem napisać, że zapowiedzi okazały się prawdą, płyta ta posiada to co w ATYCLB jest najistotniejsze - tzw. "przestrzenność dźwięku". Oczywiście nie umiem tego opisać do ludzku i normalnie, gdybym miał to przedstawić, pokazałbym pierwsze sekundy teledysku do Beautiful Day (http://www.youtube.com/watch?v=co6WMzDOh1o&ob=av2n) . Eeee, chmury-niebo-przestrzeń, syntezatory tworząca ten klimat, muzyka zdolna przesuwać chmurki po niebie. Kurcze... no bajka!
Można by to chyba też opisać, że kompozycja rozwija się w bardzo fajny sposób : najpierw mamy zwrotkę na niskich dźwiękach, zaśpiewaną w krótkich, urywanych wersach, to tego dochodzi bas grający... w ten sam sposób. Nagle wchodzi refren w którym wokal porusza się po wyższych liniach melodycznych, a bas jest uderzony pojedynczo, dzięki czemu jego wypasiony, głęboki dźwięk może spokojnie rozejść się po naszych słuchawkach.
Jak udało komuś, komukolwiek uszczknąć odrobinę magii U2? Jak zwykle odpowiedzią jest jeden człowiek - Brian Eno, który wyprodukował oba albumy. Jak wszyscy powinni wiedzieć, jest on muzycznym bogiem, postacią mityczną, którą ogarniemy za jakieś 20 lat dopiero. Człowiek ten nauczył poważniejszego grania U2 na ich "Unforgettable Fire". Nauczył jak najbardziej dosłownie, bo Irlandczycy w tamtym czasie byli po prostu zbyt cienkimi punkowcami na takie granie, co tu ukrywać. "Jeśli są na tej planecie ważni artyści, z którymi nie współpracował, to zmieni to się wkrótce albo nie są ważni."
Kontekst psychologiczno-autoboigraficzny : słuchałem tej płyty jak jechałem do Istebnej (w góry na 3 tyg.) i myślałem sobie jak będzie tam fajnie.
The Suburbs z płyty Arcade Fire - The Suburbs
Piosenka z przesłaniem pt. "Nie ściągajcie wczesnych przecieków audio w słabej jakości!" Pewnego więc czerwcowego dnia ściągnąłem jakieś nagranie słabej jakości z jakiegoś radia. Pierwszy exluziv singiel z nowej, wyczekiwanej płyty Arcade Fire. Pierwsze wrażenie moje było takie sobie, nic wielkiego, ale zdołałem docenić wspaniałe przejście z akordu dur do moll. To jest to co Kanadyjczycy potrafią najlepiej, swoisty znak rozpoznawczy ich kompozycji - błyskawiczna, harmonijna zmiana klimatu kompozycji. Gdy jakiś miesiąc później dostałem całą płytę w dobrej jakości, od razu musiałem poprawić swoje zdanie o ołpenerze. Bowiem w wersji, którą mam teraz słuchać nareszcie dobrze wszystkie instrumenty, a co najważniejsze - słychać tam pianino! Niby nic, a decyduje ono o klimacie całego kawałka, teraz jest naprawdę dobrze wyprodukowany i niczego w nim nie brakuje (mamy nawet smyczki gdzieś tam w tle i świetnie wyrównane chórki).
Jeśli już o klimacie mowa, to trzeba pamiętać, że cały album opowiada o tytułowych "Przedmieściach". Czuć tą beztroskę w przeskakiwanych jakby akordach na zwyczajnym pianinie, które można znaleźć w takim podmiejskim domku. Może to i dobrze, że nie ma tu jakiś produkcyjnych sztuczek czy wysilonej hymniczności. Ta płyta naprawdę ma coś w sobie z leniwego letniego popołudnia, gdy ze spokojną, nie skażoną nauką głową kroczy się przez jakąś tam określoną połać przestrzeni.
Billy Elliot z płyty Julii Marcell - It might like you
Kolejny, zmów uroczy przykład załagodzenia mojego negatywnego stosunku do naszych zachodnich geograficznie sąsiadów - Niemców to znaczy. Powiem więcej - poczułem jakąś dziwną sympatię do tej nacji, a to za sprawą następnej Polki, która uparcie twierdzi iż jest Niemką. P. Julia tworzy i mieszka bowiem w Berlinie (?), a zdobyła środki na wydanie debiutanckiej płyty dzięki naturalnemu urokowi osobistemu (zbierała pieniądze na portalu wspierającym młodych muzyków). Jako, że posiada go bardzo, bardzo dużo, przyszło jej to bez większego wysiłku, podobnie jak podbicie mego serca. Muszę tłumaczyć, dlaczego jest taka wspaniała i w ogóle? Naprawdę, nie wydaje mi się to wystarczająco racjonalne, nie da się po prostu ;)
Ok, muzycznie p. Julia jest świetną pianistką, na tym instrumencie bowiem jest oparta większość płyty (wyciszenie po pierwszej minucie filmiku i spokojne budowanie znów napięcia i mocy - świetne!). Nie wiem, nie ogarnę czemu "te szwaby" zabierają nam najładniejsze dziewczyny, naprawdę, poddaję się ;(
U.R.A. Fever z płyty Alison Mosshart The Kills - Midnight Boom
Jak już delikatnie zasugerowałem, cała płyta jest taka świetna i genialna tylko i wyłącznie za sprawą Alison Mosshart. W ogóle cały zespół oparty jest na charyzmie i charakterach VV i Hotela, co do tego nie może być wątpliwości. Świetnie widać na teledysku, który w zasadzie zbudowany jest z różnych improwizowanych scenek, interakcji pomiędzy nimi, naturalnej chemii. (Sam teledysk jest też genialny wprost, sama estetyka zabija i zachwyca, wszystko dopracowane w najdrobniejszych szczegółach). Niesamowicie pasują do siebie także ich głosy - dobrali się idealnie. Muzyka zaś jest taka jak sama Alison - szorstka, szybka, szarpana, głośna, niespokojna, wręcz brudna. Sam nie wiem dlaczego nagle polubiłem taki jej rodzaj, przypuszczam jednak, że chcę podświadomie wyprzeć z siebie tą banalną romantyczność nabytą od Coldpleja ;p Przester gitary, charszczenie głośników, jakiśtamrytm, niesamowity, niepokojący klimat i jedyny w swoim rodzaju dialog dwóch... nie wiem, nie wiem, ale wiem, że moment od 1:10 miecie i bezpośrednio każe jeszcze bardziej gwałtownie szarpać się głową w rytm muzyki! The Kills rządzi, prawdziwie prymitywna i brudna muzyka plus niczym nieograniczona energia, a raczej ekspresja Alison Mosshart. Mówiłem już, że ją kocham? ( a raczej "pożądam ;p)
W pięciu smakach z płyty Moniki Brodki - Granda (której tej płyty oczywiście nie znam jeszcze)
Uff, niby z "Idola" ,a nie zawiodła naszego zaufania. Młodzieńczo wygrała trzecią edycję tego szoła, zwyciężyła także w Opolu z całkiem niezłym hiciorckiem (ze słowami A. Piasecznego ;p), odbębniła zaśpiewanie dwóch płyt dla wytwórni, zagrała ciekawy cover "Libertanga" z ciekawym zespołem na koncercie w Trójce (+10 do powagi w środowisku i +15 do inteligentnego lansu), została okrzyknięta najbardziej cool designem w Polsce i zyskała wreszcie artystyczną niezależność. Krążyły pogłoski, że robi naprawdę ciekawy i niebanalny/niehitowopopwy materiał. Wreszcie doczekaliśmy się premiery nowego singla, oczywiście dokonało się to na Trójce, na Liście Przebojów (w ogóle jakieś +25 do epickości lansu).
Efekciarski efekt produkcyjny na początek, świetny rytm i sekcja rytmiczna bezczelnie skradzione od TV On The Radio ("Golden Age" dokładniej), refren z łatwością mógłby wskoczyć do któregoś z hitów Vampire Weekend (Holiday chociażby), późniejsze miechowe klawisze w 2:05, chórki oraz wykorzystanie swojskich instrumentów może być zainspirowane Arcade Fire. Końcowa solówka to partia gitary z National Anthem Radiogłowych zagrana na dudach chyba, a i refren przypomina charakterystyczne falsety Thoma Yorka (który jest ulubionym wokalistą tej wokalistki). Jeśli mam być chamski, to samo instrumentalne zakończenie jednoznacznie przypomina o "Afterglow" INXS.
Za te wszystkie inspiracje nie pozostaje mi nic zrobić jak tylko to pochwalić. Nawet Hey-owi w każdej recenzji wypominano zgapianie od Modest Mouse np. co nie przeszkodziło zbierać im najwyższych ocen. Ja też traktuję to jako zaletę, bo jeśli Brodka przemyci do masowego radia echa tych wszystkich zespołów (które mają zerowe szanse na rmf) to oznaczać to będzie, że "polska muzyka pop" rozwija się w dobrym kierunku. A i sama młoda wokalistka także.
Ta jej nowa płyta "Granda" będzie świetna. Zapowiadam to już teraz, pamiętajcie. Produkcja w singlu jest naprawdę spoko, świetnie łączy te wszystkie wagoniki z nazwami tych wspaniałych alternatywnych bandów i dodatkowo takiego kopa, że ten specyficzno-metaforyczny pociąg jedzie tak szybko, że demaskujące napisy rozmazują się i nie zwraca się na nie uwagi. Ale najfajniejszą niespodzianką z tego wszystkiego jest to, że autorami tekstów nie jest już Piasek, ale Budyń (!) i Radek Łukasiewicz (z Pustek, w "W Pięciu Smakach" pokazał nareszcie swoją zabawniejszą stronę) (!!).
Czekałem na taką polską płytę
Prenzlaurberg z płyty Beirut - Gulag Orkestar
Wrocław jest świetny. Byłem naprawdę zdumiony taką głupotą małą, że wystarczy przejechać jakieś 5-10 minut rowerem, aby z centrum miasta z galeriami na każdym kroku przejechać na kompletne przedmieścia. Puste, spokojne i czyste, których jedynym elementem przynależności do "miasta" jest linia tramwajowa. Ten szok dawał wręcz wrażenie pewnego surrealizmu, które ostatecznie objawiło się przy słynnej juz ogólnie wyposażonej w kosmos fontannie (laserowej? świetlnej?). Totalna różnorodność krajobrazów i harmonijne ich dopasowanie tworzy coś specjalnego, co sprawia, że miasto, przestrzeń ma "to coś".
Podobnie intuicyjnie wszechobecny i zaskakujący jest klimat płyty "Gulag Orkestar". Nagle możemy przenieść się w odległe (dodatkowo określone przez Zacha Condona miejsca). "Prenzlaurberg" można określić jako muzykę wschodniej Europy. Tęskne, rozciągnięte chóralne głosy męskie i akordeon jako główny instrument. Lubię myśleć o tym utworze jako o ludowej melodii towarzyszącej lokalnej jakiejś uroczystości typu chrzest/ślub/pogrzeb. Jest tu dostojny, spokojny rytm mający coś z walca. Ci wszyscy brodacze w wielkich wełnianych czapach i kobiety w bogato ustrojonych spódnicach i oni tańczą, a nad wszystkim unosi się ulotny klimat tęsknej zadymy. Niesamowita, bezbłędna stylizacja przenosząca nas w zupełnie inne miejsca na mapie świata.
Half of That zespołu Muchy
Piosnka ta pochodzi z kultowej już chyba epki - dema Much. Świetne zmiany tempa (0:15 s.), genialnie przyspiesza melodia w refrenie, tam też gitara w stylu Radiohead (nie napiszę przecież "arpeggio" ;p) i genialny, charakterystyczny zagubiony chórek Maciejewskiego. Jako, że Muchy byli wtedy jeszcze piękni i młodzi, można zauważyć pewne gówniarstwo jeszcze w tej piosence. Ok, przesadzam z tym określeniem - punkt widzenia nastolatka. Na związek np. - mimo iż w tekście stoi jak byk "so you gone away", to wokal pędzi z zabójczą szybkością, zdaje się uciekać wręcz od tej całej odpowiedzialności i od uczuć też. Wspomniany chórek głównego wioślarza może symbolizować jakieś wyrzuty sumienia czy coś takie smutne uczucia przedstawiane przez podmiot liryczny. W ogóle w tym naciąganym kontekście bardzo fajnie wypada outro, należące do Maciejewskiego, a podły, nieczuły wokalista kaszle, mamy nadzieję, że się krztusi lub nawet dusi.
Golden Skans z płyty Klaxons - Myths of the Near Future
Kolejny niedoceniony przeze mnie zespół z Ołpenera. Chyba jednak musiałem wmówić sobie to, że Festival Hainekena jest zły i drogi, aby bez większego żalu słuchać relacji stamtąd w Trójce. Kolejnym zabawnym aspektem wyparcia/poznania wreszcie Klaxonsów było to, że "Golden Skans" znalazłem na składance/liście wszech czasów New Musical Express, które jak wiadomo, promuje śmieszne zespoliki z Wysp jako mesjaszy/stworzycieli danego gatunku w muzyce. Nie wiem, jaśli nimi gardzę, nie powinno mnie to obchodzić, ale...
Golden Skans zaczyna się naprawdę wspaniale melodyjnie, Od mruczanego intra perkusja po prostu pędzi, a jej rytm jest świetnie zaakcentowany przez stare, dobre akordy pianina na na syntezatorze (bo na czym). Jak w każdym dobrym singlu, zwrotka stanowi jedynie rozgrzewkę przed ultraprzebojowym, skandowanym (na dwa aż głosy!) refren, w którym linia melodyczna naprawdę szczelnie zapełnia takty muzyki. Nawet ciekawe, nie-czyste wejścia gitary są tylko ozdobnikiem, zaakcentowaniem rytmu do którego się powinno skakać, najlepiej.
W ostatnim tygodniu sierpnia (ech...) naprawdę zwariowałem na punkcie tej piosenki, nauczyłem się nawet podśpiewywać ten zawiły i wspaniale-angielsko-łączący się tekst w refrenie. Klasyczna naiwność i młodzieńcza przekora w wersie "you can forget our future plans" może być elementem tragicznym. Klimat ten fatalistyczny i nie-wesoły można przyrównać do pożegnania wakacji, więc można sobie dopisać, że żegnałem lato bujając się w rytm niespokojnej perkusji o czymś złotym.