background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pustki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pustki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 lutego 2016

Polowanie na syreny


Córki Dancingu (2015)
reż. Agnieszka Smoczyńska


Największym problemem Córek Dancingu jest niezrozumienie. Polscy widzowie wychodzili z kina w trakcie seansów, bo nie rozumieli jak kolejny odcinek gali sylwestrowej z błyszczącego plakatu mógł zamienić się w krwawy horror z psychodelicznymi wstawkami.

piątek, 9 października 2015

SP 7": Czy gaśnie, czy lśni



Wypuszczony przedwczoraj singiel O krok to bardzo miła niespodzianka od zespołu Pustki. 
"Miła" jest tu słowem kluczem, bo jest w tej piosence coś bardzo prostego, ładnego i nieskomplikowanego. Pewna muzyczna oczywistość, gdy biorąc do ręki gitarę od razu odgadłem układ akordów w refrenie: F-dur najbardziej harmonijnie przesuwa się w G-dur i zamyka na a-moll.

Prostota jest mile widziana w Pustkach nie od dziś. Dokument o nagrywaniu Grandy Brodki zarejestrował wypowiedź jej tekściarza, Radka Łukasiewicza, który zdradził jak pisać ciekawe słowa utworów po polsku: "żeby wyszukiwać wyrazów jednosylabowych, które nie będą takimi wyświechtanymi słówkami typu dziś,znów,cię, mnie." Dokładnie na tym polega urok nowego singla, który jaśnieje szczególnie w refrenie. Zbiór ust / słońc / żar / płoń jest przecież zestawem nie tylko logicznie dobranych słów, ale również kompletnym, niemal fizycznym doznaniem. Zabawa w rymowanie narzucająca swój rytm i sens wyprawia także figle ze znaczeniami słów, bo przecież druga zwrotka powinna się składać nie kostką lodu w morzu, ale dać urokliwy obrazek ciebie - w niebie. To jest tak ładna piosenka, że zaczynamy myśleć o samych miłych rzeczach.

O krok zapowiadane jest jako jedna z "najważniejszych piosenek w twórczości Pustek" i sam nie wiem czy chodzi tu o składankę typu the best of czy całkiem nowy album. Stawiałbym na pierwszy trop, bo singiel nie jest taką zmianą stylu gry jak wcześniej Safari, raczej bezpretensjonalnie rozwija tamtejsze wątki. Ale hasło może oznaczać też wybieg tematyczny, bo piosenka mówi o faktycznie najważniejszych rzeczach, wprost o miłości. Przed tą bezpośredniością nieco wstydliwie ucieka Basia Wrońska rzucając wyznania od niechcenia i wciąż figlarnie ociągając się z przykładnym wejściem w melodię.

Kolejny raz sprawdza się metoda Radka Łukasiewicza, że najlepiej sprawdzają się najmniej skomplikowane środki. To prawda, życzyłem Safari gwiazdorskiego rozwoju sytuacji; trochę nie wyszło. Może to i lepiej dla muzyki, gdyż ludzie bardziej przejmują się przeżyciami, a nie przebojami. Prosta kompozycja łatwiej trafia do ucha i później do serca. Tak miłe jak kołysanka, ciepłe jak pocałunek, swojskie jak kolęda. O krok to moja ulubiona ostatnio piosenka. 

piątek, 16 stycznia 2015

2014: Płyty & Imprezy


Zapraszam na drugą część rocznego podsumowania. Dzisiaj to co najważniejsze - płyty długogrające. Sam z siebie zrezygnowałem z szukania jakiejś tendencji wiodącej. Tylko trzy płyty z Polski, ale te damskie były moimi ulubionymi w ogóle - gdybym skusił się na ułożenie w kolejność, na pewno byłyby na podium "moich" ulubionych rzeczy.

Moje ulubione płyty roku 2014

Angus and Julia Stone - Angus and Julia Stone
Bardzo ładna i bardzo ciepła płyta. Już na samym początku wiecie o chodzi mi z tym określeniem "ulubione płyty".

Coldplay - Ghost Stories
Nareszcie poszli po rozum do głowy i zagrali mniej niż jak najwięcej. Wyszła najbardziej urokliwa płyta od dawna, coś w rodzaju smutniejszego, ale bardziej dorosłego Parachutes. Całą recenzję spisałem tutaj

Damon Albarn - Everyday Robots
Najbardziej bezpośrednio dzieło Damona Albarna. Kolejne ballady o elektronicznej temperaturze niepostrzeżenie stają się esejami na temat dzisiejszego świata technologii. Muzyczna wersja Her, a o nastoju całości pisałem tutaj.

Erlend Oye - Legao
Trudno nie lubić tej płyty. Trudno wymyślić większy banał? Być może, ale wszystko tam się świeci, uśmiecha i zaprasza do bujania (a nawet może coś o tym napiszę niebawem).

Julia Marcell - Sentiments
Intensywna i zadziorna Julia rozprawia się z dorastaniem. Z jego całym rozczarowaniem, doznawaniem i walczeniem o kształt samego siebie. Świetne rytmy i wcale gitarowe melodie. Trochę więcej tutaj

Jungle - Jungle
O tym jak porywające mogą być brytyjskie tańce przyprószone około-karaibskimi (?) rytmami przekonywał już Jack Penate. Szkoda, że sam nic nie robi, a tutaj podobne rzeczy w większym i bardziej imprezowym kolektywie.

Michał Biela - michał biela
Siła ciszy, spokoju, ballady. Dawno nie słyszałem tak harmonijnych i przyjemnych dla ucha wokali grzejących uszy jak gitara przy ognisku. (Płytę można ściągnąć bez opłat, ale zachęcam do wsparcia finansowego, bo zakumplujecie się z Michałem wraz z pierwszym odsłuchem, a potem tak głupio za darmo). 

Pustki - Safari
Najbardziej zaskakująca, najciekawsza brzmieniowo i chyba najmądrzejsza (z humorem) płyta roku. Także ta zwyczajnie najlepsza, o czym pisałem tutaj.

Spoon - They got my soul
Stare dobre indie na gitarach. Spoon to już instytucja, więc bez większego wysiłku wyprzedzili nieopierzoną i przestrojoną konkurencję. No i tak, chciałbym ich na OFFa. 

U2 - Songs of Innocence
Po raz kolejny kapituluję z obiektywną oceną tego zespołu. Muszę jednak przyznać, że bardzo im się przydał powrót do lat młodości - nawet ja nie spodziewałem się płyty tak świeżej, różnorodnej i wyzwalająco swobodnej.









Jeśli longplaye są rzeczą esencjonalną w kolekcji muzycznej, to chodzenie na koncerty są solą interesowania się dźwiękami w ogóle. Pół Polski, nawet z Częstochową i tylko dwie rzeczy z Wrocławia. Ale to moje miasto może sobie pozwolić na tak pojedynczą reprezentację, bo na WROsound pokazali(śmy) najlepszą część dolnośląskiej sceny muzycznej.
(w Nazwach kryją się odnośniki do moich tekstów, którymi opisywałem dane wydarzenie. Od Sonimiki mam tylko zdjęcie, ale też ładne).

Moje ulubione wydarzenia roku 2014

Soniamiki, 7 czerwca, Muzyczne Podwórko, Częstochowa
Letni koncert - nie tylko jeśli chodzi o pogodę, ale o ogólną atmosferę. Wprowadzoną także przez narrację samej Zosi Mikuckiej, która stworzyła coś pomiędzy monologiem, a słuchowiskiem radiowym.

OFF Festival, 1-3 sierpnia, Katowice, Dolina Trzech Stawów, Katowice
Od wielu lat najlepszy festiwal w Polsce. Po całym cyklu postów na jego temat nie mam już pomysłu jak mógłbym wyrazić swoją miłość do tej imprezy.

Zuzanna, 21 września, Kino Świteź, Pajęczno
Co tam Czesław, gwiazda akordeonu jest tylko jedna. Przez cały wieczór towarzyszyły mi emocje niemal fizyczne, cała moc z tak niewinnie (i ładnie) wyglądającej osóbki.

WROsound, 24-25 października, Impart, Wrocław
Najlepsza impreza na Dolnym Śląsku pokazująca nie tylko Wrocław, ale wszystko co z nim związane - zarówno przez ślady kulturowe jak i drogi rzeczne.

Julia Marcell, 13 listopada, Stary Klasztor, Wrocław
Trafiła do mnie mocniej i łatwiej niż "Music from America so proudly universal" Jacka White'a. Jej piosenki są o wiele bardziej moje.




piątek, 27 czerwca 2014

Zabawię się dziś Twoją głową - tylko powiedz jeszcze słowo.

Kolejna z moich rekomendacji na Openera 2014. Drugi dzień, czwartek, godz. 18:00 na Tent Stage.
(w ogóle co się stało z bardzo sympatyczną tradycją, że to polskie zespoły zaczynają dzień na głównej scene? I jeszcze Pustki pokrywają się z Jerzem Igorem?! Shame on you, Ziółek...)



Pustki - Safari (2014)

Safari to najfajniejsza polska płyta pop od czasu Grandy Moniki Brodki.




Dotychczas Pustki były jak studenci kierunków humanistycznych - ułożeni erudyci o dobrych manierach. Siedzący raczej w klasyce, pozbawieni nerwu spontanicznego szaleństwa i zadręczani pytaniami "a co można po tym robić, jaka jest wasza przyszłość na rynku?". Wydawało się nawet, że od młodych socjologów przejęli również apatię i życiowo bezbarwny marazm. Od wydania ostatniej całej ich płyty (Końca Kryzysu, bo Kalambury to bardziej poetycka składanka) minęło bowiem przeszło 5 lat. Mimo tych wszystkich przeszkód Pustki w pełni zasłużyły sobie na porównanie do klasycznej już Grandy i chwytliwy tagline, którym zacząłem ten tekst. Nieprzypadkowo. przecież producentem większości utworów jest ojciec tamtej płyty Brodki - Bartosz Dziedzic, który już w otwierającym Się wydawało nawiązuje do figlarności W pięciu smakach nawet bardziej stawiając na taneczne nerwy i chórkowe szaleństwa. Egzotyczny tytuł płyty jak najbardziej pasuje do jaskrawego kolorytu brzmień na niej zawartych.

Kluczowym wyborem instrumentu okazało się chwycenie przez Radka Łukasiewicza gitary basowej - na Safari prawie nie słychać gitary elektrycznej w jej tradycyjnym kontekście. Wszystko postawili na rytm, w wywiadach przyznali się nawet do komponowania specjalnych układów perkusji do każdego kawałka - tutaj osią płyty staje się hipnotyzujące Nie Tu z radykalnie wyciętą całą resztą instrumentów. Nie pamiętam żadnego polskiego utworu opierającego się tylko i wyłącznie na perkusji i to jest cudownie odświeżająca perspektywa znowu odnosząca mnie do ulubionego Reflektora Arcade Fire. Końcówka drugiego Wyjeżdżam to już (Dirty) dansing gdzie nadmorskie klimaty zalewają nas falami podskoków basowego klangu i głębokiego werbla. Ale najlepszym i najbardziej niepowtarzalnym instrumentem perkusyjnym wydaje się głos samej Basi Wrońskiej. W najlepszym na płycie Rudym Łysku samodzielnie zmienia tempo i tonację rytmiczną gdy zsuwa się śpiewając "postawiłam wszystko - głowę i nazwisko". Jej śpiew mieni się wieloma różnymi nastrojami, które przesuwają się mimo kontrastujących różnic tak dokładnie jak bas Radka. Na nic zdałyby się jego piękne rymowanki "idę za kompasem - mam go pod obcasem" gdyby nie tak przewiewna melodyka pani Wrońskiej - inne instrumenty faktycznie przestają być wtedy potrzebne. Następujący za chwilę autorski Pokój Basi, który brzmi jak piosenka Nosowskiej śpiewana przez Misię Furtak. To oczywiście nie zarzut o odtwórczość, ale komplement łączenia tak odmiennych klimatów. Tą nieco duszną, ciasną atmosferę niesamowicie rozświetlają gitarowe refleksy Radka Łukasiewicza w stylu (oczywiście) mistrza The Edge'a.





Mariusz Szczygieł promując niedawno zebraną przez siebie, a już hipsterską Antologię Polskiego Reportażu podał następujący przepis na dobry reportaż: "Przymiotniki nie trzymają się mózgu. Im mniej, tym lepiej. Najważniejsze jest samo mięso i ziemniaki – czasowniki i rzeczowniki". Podobnie praktycznej zasadzie zdaje się hołdować Radek Łukasiewicz - najciekawszy obecnie autor polskich tekstów piosenek. Wydawałoby się, że liryka powinna operować słowami stanowiącymi opisy uczuć. Zamiast tego na Safari króluje coś co możemy chyba nazwać nowoczesnymi przysłowiami swobodnie przeplatającymi różne wątki językowe - cudne jest to ajlowjulowjulowjulowjuolłejs / ogłuszyło mnie ogłuszyło mnie wyje w uszach kiedy śpię (Wyjeżdżam!). Najważniejszą dla mnie pozostaje jednak Po omacku zdradzające wspólnotę z Pocztówką z lotniska starszego już Myslovitz. Tam też główny piosenkopisarz i faktyczny lider (Przemek Myszor) zdradzał się wreszcie, nieco niepewnym głosem z podróżnymi samotnościami. Brakuje mi zdolności i śmiałości, aby opisywać te jaśniejące wersy; nie muszę ich sobie tłumaczyć w ten sposób, bo rozumiem je całym sobą.

Przepalają się żarówki gwiazd
Wciąga nas tunelu zmrok
Po omacku szukam skraju twoich rąk




Komuś kto zatańczy do tej płyty i zachwyci się kolorytem dźwięków (jak również okładką niezastąpionego Maccia Morettiego) Safari może wydać się bardzo wesołą weekendową wycieczką. Możemy mówić o wielkości tej płyty dopiero kiedy dostrzeżemy, że pod lekką osłoną mówi ona o smutnych i niestety bardzo współczesnych sprawach. Lepiej osobno razem źle / w niebie i tak spotkamy się. Utwór z numerem trzecim trochę nie pasuje do dalszej zabawy po przebojowych openerach, być może dlatego, że wprost przyjmuje poważny ton. Wspomniane już miejskie porzekadła stawiają sprawę niepokojąco jasno: tyle z życie masz ile dasz. Faktycznie, o ile łatwiej jest dziś prowadzić życie Wampira inicjując figlarne zabawy, a gdy idzie o coś więcej, to nie żebraj o czułość i łaskę, bo przypalę żelazkiem. To najsłabszy muzycznie (folk Domowych Melodii, serio?) pierwszy singiel z płyty układa geografię życiowych spraw, gdy pośród wyliczania zupełnie codziennych, prozaicznych rzeczy wskazuje na pomost wciąż zdolny połączyć dwójkę ludzi. Miłość i papierosy.




środa, 13 czerwca 2012

Kultura w swoim żywiole

9. Noc Kulturalna ŻYWIOŁY NIE ŚPIĄ!

W ten piątek, 15 czerwca odbędzie się w Częstochowie Noc Kulturalna. Jest to już kolejna, dziewiąta edycja najlepszej inicjatywy kulturalnej, która za pół darmo prezentuje najróżniejsze dziedziny sztuki - muzykę, plastykę, literaturę, film, teatr, itepe, itede. Najlepsze jest jednak to, że na jedną noc ulice tego smutnego miasta wypełniają się ludźmi i dzieje się cała masa ciekawych rzeczy. Moje osobiste zainteresowanie naturalnie zwracają się w kierunku muzyki, a ten właśnie "żywioł" prezentowany jest tego roku szczególnie mocno. Powiem nawet, że jest lepiej niż na OFF Frytce (ale o tym też postaram się później napisać), bo koncertów jest tak dużo, że potrzebny jest dokładny plan na ogarnięcie wszystkich wydarzeń, które koniecznie trzeba zobaczyć.
Proponuję więc rozpiskę czasową najlepszych rzeczy i mam nadzieję, że okaże się ona przydatna.

19.30 Bajzel, Biblioteka Publiczna im. dr. W. Biegańskiego, Al. NMP 22
Ten człowiek wie jak w mig kupić sobie publiczność i wzbudzić powszechny entuzjazm (co udowodnił już na Frytce). Choć taki niepozorny, taki pojedynczy na scenie, to właśnie dla niego uknuto termin "człowiek orkiestra". Każdy jego występ jest po prostu szalony i nieprzewidywany, podobnie jak muzyka - nieuczesana i niesubordynowana. Każdy numer to petarda, a szczególnie na żywo widać jak to wszystko kumuluje się w jednym człowieku i jednej gitarze. Czasem śmiesznie wulgarnie, rytmicznie i poryuwająco z miejsc, Bajzel pograndzi w bibliotece miejskiej (  )

Dla kogo? Dla wszystkich czułych na muzyczne szaleństwo; mogę zapewnić, że po koncercie niechybnie staną się fanami Bajzla.
Catchy tunes: Wsioryba, Maniana, Sny
 
21:00 Karbido gra STOLIK, Sala teatralna IV L.O. im. H. Sienkiewicza, Al. NMP 56
Najciekawsze, na pewno najbardziej intrygująca propozycja tegoprocznej Nocy.
Nieprzypadkowo występują w "sali teatralnej" bo w ich programie można się spodziewać takich właśnie elementów (światło, gesty, klimat). Muzycy nie grają na instrumentach, ale korzystają ze... stolika. Jest on drewniany, zbudowany specjalnie dla wrocławskiego zespołu i jest wyposażony w różne struny, grzechocące elementy i inne dziwna jak na mebel rzeczy. Możemy spodziewać się fascynującej opowieści o genezie dźwięków czy ich wszechobecności, eksperymentu podanego w odmienny, zaskakujący sposób. Stolik był gloryfikowany i nagradzany na całym świecie, w różnych kategoriach, tak że ja sam nie wiem do czego go zakwalifikować. Wielkie brawa dla organizatorów, bo na komercyjnym festiwalu raczej nie byłaby możliwa prezentacja takiej formy sztuki.
Obecność zdecydowanie obowiązkowa.
 Dla kogo? Miłośników dźwięku! Niekoniecznie melodii, nie tylko piosenki czy nawet instrumentów, ale czystej akustyki.
Catchy tunes: Nogi, blat... hehe żart. Tu jest promo.

22:30 Pustki, Podwórko Al. NMP 32 – Cafe Belg i Duquesa
Koncert, z którego cieszę się najbardziej. Pustki to na pewno ścisła czołówka polskiej alternatywy i zespół przynoszący mi same przyjemne wspomnienia. Będzie to gig specjalny z kilku powodów - scena umiejscowiona jest kilka metrów nad ziemią, na balkonach, a ten właśnie zespół wydaje mi się idealny do tego typu udziwnień i eksperymentów. Po następne - promowana jest reedycja ich przebojowego Do-mi-no będą więc atrakcyjne "starocie" i różne nowe wersje klasycznych już piosenek. Po trzecie - i najważniejsze - Pustki zbierają na realizację nowej, tak wyczekiwanej płyty. Na fejsbuku już obiecali świeżynki, na co czkam z ogromną niecierpliwością, bo - pozwolę siebie zacytować - po Końcu kryzysu powinni być w życiowej formie.

 Dla kogo?  Dla fanów inteligentnego gitarowego grania z mądrymi tekstami. (Radek Łukasiewicz!)
Catchy tunes: Lugola, Kalambury, Nie zgubię się w tłumie.

23:00 Wojtek Fedkowicz Noise Trio, Teatr Muzyczny, Al. Kościuszki 1,
Bardzo ciekawy skład. Podejście do jazzu mają na wskroś nowoczesne, odważnie flirtują z elektroniką i naprawdę dużo o nich nie wiem. W budowaniu klimatu nie boją się korzystać z kleistego, przetworzonego basu z komputera i brzmi to bardzo fajnie. Jak powszechnie wiadomo, solą jazzu są koncerty i wpisana w gatunek improwizacja. Super, że muzyka też jest reprezentowana, dobrze pamiętam jak bardzo wstrząsnęli mną Pink Freud na Frytce. Jeśli nie lubicie Pustek tak bardzo jak ja lub coś się może obsunie - warto.

Dla kogo? Jazz fajny jest, oni wszyscy chcą jazz; dla wszystkich jazzmanów, nie tylko starszych, a zwłaszcza tych bardziej awangardowo nastawionych. 
Catchy tunes: Analogue Definitions, Kojak, Butterfreak.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Off w (drugą) Frytkę! Festiwalu dzień drugi.

Pierwszy dzień tu
Relacji z Frytki Off festiwalu część druga. Bo były dwa dni i dwie sceny. To brzmi dumnie.


Kumka Olik : Przyznać się muszę, że z powodu PKSowskiego braku połączenia wsią, nie zdążyłem na ten pierwszy koncert, ochjej! Z daleka coś tam słyszałem, ale tak to nic. Mam nadzieję, że nie odbije się to jakoś na mojej alternatywnej reputacji. Ale pewnie było tak, że dla wielu fanek najważniejsza była nie muzyczna, a wizualna strona chłopaców. W oczu rzuciła mi się koszulka gitarmana z buńczucznym napisem "Haters gonna love this" ,a wokalny Holak chciał być tak oryginalny, że wdział ogromne okulary z złotych ejtisowych oprawkach. Co za oldskull. Co za beznadziejność. Ale ja się nie znam przecież na modzie, bardziej na dziewczynach. Widziałem tam gromadkę, oglądałem sfeet focie z gwiazdorami na fejsie (cały album!) i trochę żalu ukłucia jest, że takie fajne dziewczyny, a z taką Kumką...
Nie chcę już się zamieniać w nudziarza narzekającego na psychologię tłumu fanek, bo trzeba przyznać bez śmiania, że młode gitarowe zespoły są potrzebne i nawet fajne. Nawet The Beatles byli boysbandem.

FRYTKA the best of :
  • stylówa
  • fanki





Pustki : był to koncert, na którzy czekałem najbardziej, bo był na ich poprzednim częstochowskim (w TFP) i było genialnie i cudownie (lovely). I bardzo chciałem ich znów zobaczyć na żywo. Pustki z właściwą sobie bezbłędnością swobodnie mieszały klimaty i wprowadzili od razu swoje charakterystyczne chłodno-akustyczne brzmienie. Dosyć dla mnie zaskakująco sięgnęli głębiej po utwory ze starszych płyt, a przynajmniej mniej było Końca Kryzysu ; za to z DoMiNo było to co najlepsze - zagrało jeszcze lepiej niż na (nieco sterylnej) płycie. Ogromna zasługa w tym Radka Łukasiewiecza, który jako najlepszy polski gitarzysta rytmiczny dosłownie szalał na scenie idealnie wykorzystując efekty i inne sprzężenia. Jego muzyczne przywództwo widać w poniższym świetny Bałaganie. No i sekcja rytmiczna też rządzi, a potencjał zespołu najlepiej pokazali w Słabości chwilowej improwizującej się swobodnie zawirowanym intrem, aby całą świetność pokazać pokazać po 5 minutach w szalonym i bardzo naturalnie rozwiniętym refrenie; jak zawsze na dwa głosy. Niestety ten drugi, ładniejsze głos Basi Wrońskiej nie był tak bardzo zaangażowany i jakaś nieobecna była (może z powodu fizycznej nieobecności większej publiczność. świat nie ma ószu). 
Ale Pustki to Pustki - chociaż tym razem nie był to mały klub, to zachowali jakąś intymność i ichni inteligencki wdzięk. Dworzec PKP położony tuż obok Głównej Sceny też zalazł swoje w tym miejsce i pięknie się to wkomponowało i takie leniwe popołudnie. 
Ok, nie był to niestety występ idealny, bo posypali się trochę akurat w tych dwóch najważniejszych piosenkach - Lugola za wolno i bez werwypasji, a Nie zgubię się w tłumie widocznie jest tak intymne i delikatne, że nie nadaje się na takie przestrzenie. Ale było i się nacieszyłem. Świetny portret z dodatkiem szczerości i serca.

FRYTKA the best of : 
  • Radek Łukasiewicz
  • gitara (Radka Łukasiewicza) foto
  • emocje 
  • najlepszy wykon (Słabość chwilowa)
  • przydworcowy klimat sceny (ładny!)



L.Stadt : tutaj nie spodziewałem się jakiś niesamowitych doznań, może dlatego, że lubię EL.P akurat za perfekcyjne brzmienie, którego tutaj nie dało się osiągnąć. Muzycy tez byli tego chyba świadomi, bo w pewnym momencie Łukasz Lach po prostu odłożył gitarę - nie było jej dobrze słychać, ba tez ledwo co. Ale! mogli z absolutnie spokojnym sumieniem postawić na perkusistów. Od czasu ostatniego (nawiedzonego przeze mnie) koncertu zgrali się wprost idealnie i ich gra była potężna i odpowiednio nieprzewidywalna, czyli zaskakująca i nieszablonowa. W pełni wykorzystują ten atut dwóch bębniarzy, którzy po prostu generują prawdziwie rockandrollowy rym i całe to rdzennie hamerykańskie brzmienie. Lach mógł spokojnie zająć się śpiewaniem i wyczynianem odpowiednio frontrmenowych póz i skoków - pasuje do tej roli naprawdę świetnie, jakby przybył do nas prosto z Usa. 
Było dla mnie miłym zaskoczeniem duża dość ilość zgromadzonych oglądaczo-słuchaczy. Łodzianie walczą o publiczność, wykorzystują swój czas i na pierwszy rzut oka widać było dużą pewność siebie i zaangażowanie zespołu. Udało im się sprostać zdecydowanemu rockowemu brzmieniu - naturalnie zabrzmiał nawet bluesowy cover z Texasu. Fajnie, że pokazali tą zdecydowaną energię i całkiem dobry koncert to był. 

FRYTKA the best of : 
    • okulary (RayBany)
    • hamerykańskość
    • rock'n roll




    Ścianka :  niezwykle ciekaw byłem tego gigu, bo to przcież niezwykle ważny zespoł, któy jest tak alternatywny, że można się było spodziewać wszystkiego. Od razu było słychać, że to prawdziwa legenda polskiej sceny muzycznej - jeśli : u L. Stadt była pewność siebie, to tutaj każdemu dźwiękowi przyświcał konkretny cel, a Maciej Cieślak dokładnie wiedział po co to ma być. Niesamowita charyzma, narzucili własne zasady i diametralnie różnili się na scenie od tych wszystkich młodych kapel. Swoim jakimś wystudiowaniem po prostu je miażdżyli. 
    Nie oczekiwałem, że zrozumiem czy ogarnę ten występ - to nie są proste kawałki. Chodziło bardziej o o to, aby zobaczyć Ich na scenie i otrzeć się o tę wielkość Ścianki. Biorąc pod uwagę, że Maciej Cieślak to Maciej Cieślak (jest tak wybitną osobistością, że może być mrukiem i stać w miejscu przez cały czas na scenie), okrzyki "Piotrek, Piotrek" trochę były jednak naiwne, ale wtedy pokazał się młody bejsmen pożyczony przez Ściankę z grupy Kristen. Michał Biela uchylił nimb mityczności i tajemniczości Ścianki z rozczulającą wręcz nieśmiałością czy niepewnością powiedział do mikrofonu, że "przepraszam, ale ja nie umiem grać Piotrka". Później już na bis zapowiedział, że Smutek i była to jedyna kompozycja, którą zdołałem zrozumieć (wie ktoś, co to było dokładnie?). Nie podejmuję się oceny tego wydarzenia, wystarcza mi, że "widziałem Ściankę". Organizatorzy 'festiwalu kultury alternatywnej' nie mogli wybrać lepiej.

    FRYTKA the best of : 
    • kontakt z publicznością (że nieśmiałość Bieli)
    • legenda
    • charyzma
    • to jest Maciej Cieślak, kapito?



    Lao Che : nie jara mnie Lao Che. Nigdy nie zrozumiem tego całego crossovera i nie podpasuje mi śpiewanie Spiętego, czy teksty. Tak jakoś. Tego wieczora byłem w zdecydowanej mniejszości, bo wszyscy, ale to wszyscy nagle przybyli bardzo tłumnie na koncert. Mimo mojej obojętności muszę przyznać, że koncertowo Lao Che prezentuje się bardzo przyzwoicie i bardzo sprawnie. Bardzo dobre, wyraziste brzmienie (mieli sprzęty na scenie już od początku sceny, nagłośnienie było "pod nich") i umiejętne budowanie szoł. Wszystko dopracowane, dopięte na ostatni guzik i fani mogli szaleć i skakać do woli. I ja tez tam byłem i pogowałem i mogę zaświadczyć o energii wytworzonej na scenie. Utopie-utopie-w potopie świetnie sprawdza się live, a Spięty panuje nad wszystkim. Mogli trochę bardziej dać czadu w refrenie Prąd stały/prąd zmienny ,ale przecież jestem sceptykiem, ale akurat ten kawałek lubię. Dobry, energetyczny i profesjonalny koncert.

    FRYTKA the best of : 
    • publika
    • energia pod sceną
    • nagłośnienie
    • profesjonalizm 
    • pogo
    • chóralne zaśpiewy

    PS. Dowiedziałem się chociaż, że nie lubię Lao za monotonię lekką - leci jakiś motyw, bardzo mądry tekst i małomelodyczny wokal Spiętego. 
    Pozdrowienia dla Pauliny W. ;)


    Krótkim podsumowaniem - naprawdę genialna sprawa z takim festiwalem. Nie mogę nawet pomstować, że zerżnęli nazwę z tego wielkiego rojkowego festiwalu, bo line-up (polski) naprawdę wytrzymywał porównanie (może dlatego, że te zespoły grały na katowickim Offie rok temu? ;p). Naprawdę głupio, że tak mało osób słucha w Częstochowie dobrej muzyki, bo mogło się zebrać być więcej ludu. Ale i tak bardzo fajnie. Miejmy nadzieję, na kontynuację tego festiwalu za rok!

        sobota, 16 lipca 2011

        SP 7" : Robaki, miedziaki, złamany scyzoryk


        Nowy śmieszny dział! SP 7" to rozmiar płyt winylowych z singlami. Będą tutaj opisywane pojedyncze piosenki, EPki, albo teledyski.




        Pustki - Lugola

        Pustki, jeden z najfajniejszych polskich zespołów były jedną z gwiazd OFF Frytka Festiwal i naprawdę warto było iść na ich sobotni koncert (w planach było tutaj stworzenie na stronce jakiegoś wielkiego przeglądu zacego przcież line-up'a częsochowskiego festiwalu, ale... miałem to zrobić gdzie indziej i w ogóle aaah)

        Tytułowa "Lugola" to płyn jaki każdy Polak musiał zażyć po katastrofie w Czarnobylu w 1986r. Osoba śpiewająca wspomina swoje dzieciństwo w "tamtych czasach" tzw. komuny, czego nie mogę skomentować, ale ludzie dzwonili do Trójki, że ich wzrusza. Nie ma co się dziwić, gdyż tekst jest świetny i w niezwykle subtelny sposób przywołuje pojedyncze, fragmenttaryczne wspomnienia. "Rozbiłam kolano, mam bliznę po huśtawce" - nie trzeba skomplikowanch relacji Lennego Valentino, żeby rozczulić dzieciństwem, tak po prostu.

        Muzycznie zaczynamy w klimacie retro klasycznymi klawiszami, ale już perkusja mogłaby być wyjęta z jakiegoś transowego Radiohead chociażby. Basia Wrońska także kapitalnie wprowadza jakby dwie płaszczyzny czasowe piosenki - w zwrotce wokal wrzeczy jak smarkacz(ka) by w refrenie smutnie i wspominkowo zwolnić.
        Zawsze lubiłem też korzystające z efektów gitarowych brzmienie gitary Radka Łukasiewicza, jak tam charszczy w tle. A on sam gwiżdże.

        Miejmy nadzieję, ze to tylko zapowiedź dużej płyty. Pustki bardzo ładnie rozwijaja się muzycznie, a do tego w niezwykle zwyczajny sposób podejmują zawsze trudny temat dorastania.
        Bardzo urokliwa migawka z przeszłości.
        Tu dum, ts.