Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sentiments. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sentiments. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 maja 2015
SP 7": I'm lightning on my feet
Wszyscy mają problem z Taylor Swift.
Ranczerzy z Teksasu nie mogą dojść do siebie po tym jak rzuciła ich (muzykę) dla ogólnoświatowego popu. Tina Fey dołączyła ją do prestiżowej listy obiektów żartów na Golden Globach kpiąc z long list of ex-lovers panny Swift. Cała wstrząśnięta zamieszkami w Ferguson Ameryka z podejrzaną uwagą przyglądała się strukturze rasowej w teledysku do Shake it off (znowu You ain't a pimp and you ain't a hustler?), a cały przemysł muzyczny dyskutował nad odejściem Taylor z katalogów Spotify. Nie mówiąc już o wszystkich zawistnikach, którzy zżymają się na niemal archetypową figurę słodkiej długonogiej amerykańskiej blondynki.
Taylor nic sobie z tego nie robi i pozdrawia wszystkich nie środkowym palcem, a szerokim (tak, hollywoodzkim) uśmiechem i refrenem Shake it off. Całe to nieprzyjemne napięcie rozsadza humorem i naturalnym wdziękiem. Nie ukrywam, że zwracam dużą uwagę na to, że jest śliczna, ale talent komediowy został przeze mnie zauważony w całkowicie obiektywny sposób podczas jej występów aktorskich w SNL.
Oczywiście w najnowszym singlu Swift jest bezczelność, ale kryje się ona w warstwie kompozycyjnej. Bo jak inaczej nazwać metodę refrenu, który wykorzystuje identyczne nuty, aby powtarzać dokładnie tą samą melodię. To jak bardzo dominuje ona nad akordami w mistrzowski sposób tłumaczy Chilli Gonzales. Nie musimy znać detali harmonicznych; wystarczy kawałek śpiewnego motywu, który wsunie nam się w ucho nawet z drugiej strony ulicy.
Dzięki Shake it off Taylor Swift znalazła się na samym szczycie światowego mainstreamu. Jak każda księżniczka popu (Madonna, Britney etc.) ma ogromny wpływ na swoich nastoletnich wielbicieli, ale zasłużyła nań sobie nie tylko osobistymi przymiotami, a przede wszystkim trafnym odczytaniem społecznych trendów. W AD 2014 była to "filozofia" normcore mający za szczyt stylowości bycie jak najbardziej... normalnym. Coś w rodzaju świadomego odwrócenia się od pogodni za trendami.
Dlatego właśnie w teledysku do Shake it off Taylor uparcie pozostaje "zwyczajną dziewczyną". Do tego odsyła szata graficzna albumu składająca się ze spontanicznie cykanych kadrów z Polaroida. Zaskakująco normalne (czy też konkretne) jak na dzisiejsze standardy marketingowe było ogłoszenie najnowszego wydawnictwa - prosta konferencja webowa z ujawnieniem całej tracklisty i gotowym teledyskiem do przesłuchania. Wreszcie tytuł płyty 1989 - może nieodnoszący się do Solidarności, ale z pewnością mający pokoleniową siłę (vide. Delikatnie lewitujesz słysząc dziewięćdziesiąt trzy). Ujawnienie daty urodzin jest jak zejście z piedestału, jak zaproszenie na domówkową celebrację - pomyślcie tylko o Madonnie podpisanej jako "Louise Ciccone". I ta szczerość - to nic, że nieco może zbyt ostentacyjna - zdała egzamin. Doszło więc do tego, że amerykańska młodzież masowo wykupywała kompakty CD Taylor, o czym ze zdumieniem donosili tamtejsi dziennikarze (odwrót od cyfryzacji, chęć posiadania czegoś na własność, nuda).
Nie można zapomnieć, że mamy do czynienia z produktem tak nienaturalnie perfekcyjnym jak post-gym look samej Taylor Swift. Jeśli szukacie czegoś mnie wykoncypowanego, mniej więcej w tym samym czasie do szkoły wróciła też Julia Marcell na płycie Sentiments. Jej perspektywa była bardziej poważna, bo postanowiła zmierzyć się nie z hejterami, a ze swoimi demonami młodości. Trudno polubić sterylność produkcji przeboju Taylor gdy surowość gitar Julii jest tak bezpretensjonalna. Ale obie dziewczyny spotykają się w tym samym miejscu - obie piosenki są szalone w swojej witalności. Z jednej strony do Julii równie dobrze pasowałoby podbicie dęciakami z Shake it off, a niekontrolowana spontaniczność wygłupów Julii nadałaby pannie Swift więcej prostego życia. Tak czy inaczej - takie rozważania są najmniej ważne. Obie są jednakowo fajne i jednakowo beztrosko strząsają zastane konwenanse w rytm dzikiego rytmu i poważnych skarg obrońców moralności.
PS. Czy Taylor Swift jest overrated? Nie wiem, ale Paul McCartney nie śpiewa chórków byle komu :)
Tagi:
1989,
2014,
Cincina,
Julia Marcell,
Sentiments,
Shake it off,
SP 7",
Taylor Swift
wtorek, 9 grudnia 2014
Wanna crush and burn
12 listopada byłem na koncercie Jacka White'a i było całkiem spoko. Szalony pisk fanek, elitarność krakowskich hipsterów, sentyment rockowej starej gwardii i lans telewizyjnych celebrytów. Generalnie dla każdego coś miłego, a śpiewanie riffu Seven nation army stało się już tym samym elementem krajobrazu co krzyczenie "hip-HOP!" na koncertach z rapsami. Co z tego wszystkiego, skoro następnego dnia we Wrocławiu o w wiele lepszy koncert dała Julia Marcell. W Starym Klasztorze dostałem wszystko czego brakowało mi u chłopca z gitarą - żywą zabawę, taneczny nerw, wyzwalającą rytmikę, bezpośredni kontakt,
Od razu muszę się wyjaśnić - różnice koncertowych odczuć mogą subiektywnie wynikać także z tego, że należę do obozu "jaram się śpiewającymi laskami" a nie "jaram się Jackiem" (White-m, żeby nie była jasna sytuacja). Tego wieczoru to Julia Marcell była najważniejsza. Zaczęła może nieco chaotycznie, ale już minimalistyczne i surowe Piggy Blonde zahiopnotyzowało publiczność. Z tego wykonania przeszła do odgrywania roli - Maryanna stała się czymś na kształt szekspirowskiego monologu. Wstrząsającego i intymnego; scena zawierająca się w punktowym świetle przypominała teatralną, a każdy gest Julii wywierał wpływ niekoniecznie muzyczny, ale emocjonalny przede wszystkim. Jej charyzma jest obezwładniająca, trwamy unieruchomieni niby pod wzrokiem młodej Ofelii.
Bo faktycznie, miało się wrażenie, że oglądamy artystkę w najlepszym momencie swojej kariery. Dowodem tego poczucia siły może być zagranie najnowszego albumu Sentiments w całości - setlistowy ruch, którego odwagi próżno szukać u uznanych nie-debiutantów. Trzecia płyta jest naturalnym rozwinięciem autorki - zaczynała jako pianistka-songwriterka, a do rejestracji i tak skromnego instrumentalium musiała zbierać pieniądze przez croudsurfing. Drugim wydawnictwem June, śmiało skierowała się w stronę elektroniki, a na koncertach już akcentowała rosnące znaczenie sekcji rytmicznej. Teraz sięgnęła po gitarę elektryczną, która nie jest nosicielem hałaśliwych solówek, a naturalnego rytmu. Klasyczny zestaw perkusyjny zaskakuje piosenkowym wkładem, tak konkretnym jak na Safari Pustek. Brzmienie jest proste, ale dzięki temu tym łatwiej trafiające do środka słuchacza. Bez nowoczesnych udziwnień, zbędnych do zwyczajnych historii. Wśród środków także znanych nam doskonale - gitara, bas, bębny i klawisz - bo to przelot jest tu najważniejszy.
Najpiękniejsza prostota kryje się jednak w samych piosenkach. Jak w mojej ulubionej North Pole, klasycznie prowadzonej przez melodykę prostego bicia akordów. Zwyczajna historia, której niepewność podbija rześki zwrot w refrenie i łagodzący klawisz Hammonda. Jedna z tych życiowych spraw, która nie poruszy instytucji Jacka White'a, bo co miałoby go obchodzić polskie dziewczę dying in the living room to the music from America so proudly universal, that they like to call it soul? Są w moim świecie ważniejsze rzeczy niż zbawianie gitarowego soundu i potrzebuję do tego wyciągniętej znajomej dłoni. Zanim Julia Marcell zawojuje pół świata i zabierze się za Sprawy Muzyki, miło że pamięta o smutnych-nudnych fanach pisząc piosenki, które wciąż jeszcze możemy przyjąć jako własne.
(takie tam, rodzinne)
PS. Dwa pierwsze zdjęcia zrobiła margo, którą serdecznie pozdrawiam podobnie jak Szczotka i Julię (nie, nie tą Marcell), z którymi miałem przyjemność partycypować w koncercie.


