background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS

niedziela, 19 lipca 2015

#200

(Pisanie pisaniem, ale generalnie to koncerty mnie najbardziej kręcą #jaramsię)



Z dumą zapraszam do dwusetnego posta na blogu Sit and wonder.
Dla mnie to bardzo dużo. O ile pierwsza setka i tak musiała kiedyś nadejść, to spokój z jakim pokonuję kolejne trzycyfrowe granice jest bardzo odprężający. Dlatego pozwolę sobie na chwilę prywaty i celebracji własnej fajności - oto dlaczego cieszy mnie to tak bardzo.

Po pierwsze, podstawową rzeczą do odczuwania jakiejkolwiek dumy jest to, ze blog po prostu istnieje i teksty pojawiają się na nim regularnie. Dokałdnie rok temu, w poprzednie wakacje założyłem sobie, że poświęcę kawałek lata na pisanie. Nie chodziło o fejm czy poprawę statystyk, ale opanowanie czysto technicznej umiejętności pisania krótkich tekstów. Pomysły to jedno, a artykułowanie ich dalej to już zupełnie inna sprawa.

Najbardziej cieszę się jednak z różnorodności tekstów. Na tym blogu jest dwieście zupełnie różnych postów; różnych perspektyw i tematów. Nie interesowało mnie nigdy klepanie schematycznych recenzji w stylu "X pochodzący z Y nagrał nową płytę pt. Z", podobnie jak serwowanie playlist z wyszukanymi nowinkami. Bynajmniej nie uważam tego za jakąś pośledniejszą formę przedstawiania muzyki - po prostu doskonale wiem, że nie znam takiej ilości muzyki, która pozwalałaby na rzetelną selekcję. Nie ogarniam premier i nie chce mi się buszować po chmurach dźwiękowych. Jest bardzo prawdopodobne, że moja metoda pisania wzięła się z lenistwa - zakładam, że jeśli o czymś nie słyszałem, widocznie nie jest to na tyle ciekawe, aby się tym zajmować.
A poważnie: nawet mniej niż o muzykę chodzi mi o kontekst. Ten większy temat, który wykracza poza odtwarzacz i, być może, ma wpływ na społeczeństwo albo opisuje otaczający nas świat. Jeśli dzięki moim tekstom ktoś odnajdzie nowe znaczenie, albo potwierdzi moje wyłącznie przypuszczenia... będzie super.

Z okazji 200 tekstów prezentuję wybór 20 najciekawszych tu tekstów. Kolejność chronologiczna, kryteria dowolne - bardziej sentymentalne niż prezentujące sprawność techniczną.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2010/08/love-comes-tumbling.html
Love comes tumbling o piosence U2 pod tym samym tytułem.
Blog ma już 5 i pół roku, więc pierwsze posty pisał 17-letni gimbus grafoman. Generalnie nie polecam wracania do tych początków; sam mam przed tym zrozumiałe opory. Niczego jednak nie usuwałem - trochę z sentymenty, trochę dla zachowania perełek takich jak ta. Tekst zainspirowany oczywiście U2 i oczywiście sercowym rozczarowaniem.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2011/03/wiernosc-w-stereo.html
Wierność w stereo o Top-five-list płyt wczesnego życia.
Tekst inspirowany powieścią Nicka Hornby'ego o tym samym tytule (org. High Fidelity), w której główny bohater układał ulubione rzeczy w Top-5-list. Tak jak książka stała się inspiracją dla połowy bloga, tak samo postać Roba Gordona - szukającego w płytach rozwiązania problemów z dziewczynami - ustawiła drugie pół mojego życia.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2011/05/its-time-to-get-away.html
It's time to get away o LCD Soundsystem.
Historia tego bloga to także historia wspaniałych ludzi, których poznałem. Tutaj opis pewnego imprezowego wieczoru, którego poznałem przyszłą pannę aktorkę. Sylwetka super cool postaci z Machiny także stała się charakterystyczna dla podejmowanych przeze mnie tematów.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2011/08/guilty-playlist-pleasures.html
Guilty playlist pleasures o tym co gra w komercyjnym radiu.
Pewnie najśmieszniejszy mój tekst. Pisząc tak na poważnie trudno rzucać sucharami, ale ironia na masowe gusta zawsze jest spoko.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2011/10/sp-7-zostane-przy-tobie-od-zawsze-tak.html
Zostanę przy tobie, od zawsze tak robię o Nic więcej Izy Lach.
Siła fejmu. Przeżyłem mały zawał serca kiedy zobaczyłem jak nagle wystrzeliły w górę statystyki wejście na bloga. Okazało się, że podlinkowała mnie na twitterze sama Iza lach. Jarając się jej fantastycznym singlem nawet nie marzyłem o podobnym zaszczycie (a jak napisałem o niej drugi raz, też mnie zaznaczyła na swoim blogu #tylewygrać )

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2011/10/i-am-trying-to-break-your-heart.html
I am trying to break your heart o płycie Yankee Hotel Foxtrot zespołu Wilco.
Mój największy eksperyment formalny. Coś w rodzaju, sam już nie wiem, monodramu z podziałem na sceny obrazujące kolejne piosenki z albumu. Ale przecież w całym pomyśle z blogiem o to właśnie chodziło - wypisanie się jak tylko (mi się) zechcę.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2011/12/sp-7-flipery-i-brutalne-disco.html
Flipery i brutalne disco o legendarnym Marcello zespołu Kobiety.
Mieszkając w internacie beztrosko pisałem sobie po nocach i czasem udawały mi się takie ładne kawałki. Prawie tak ładne jak ten Nawrockiego: czuję się przy tobie mocno / tak jak młodzi chłopcy wiosną.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2012/06/pierwsza-dama-polskiego-niezalu.html
Pierwsza dama polskiego nieżalu o karierze Moniki Brodki.
To, że Granda będzie super wiedziałem od razu, ale styl w którym stała się najważniejszą polską płytą dekady musiałem już sobie rozpisać. A częstochowski Frytka OFF Festiwal (podobnie jak Noc Kulturalną) zawsze wspominam bardzo ciepło.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2012/10/tutaj-zawsze-debiutujesz-starasz-sie.html
Tutaj zawsze debiutujesz, starasz się być na bieżąco o moim debiutanckim Wrocławiu z zepołem Muchy.
Moje przywitanie z Wrocławiem i, patrząc z dzisiejszej perspektywy, jednak pożegnanie z Muchami - już nigdy nie znaczyli dla mnie tak wiele jak w liceum. Swoją drogą, aż dziwne dlaczego nie napisałem jeszcze o mojej miłości do tego miasta; a było to uczucie jak u Kylie Minogue - Love at first sight.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2014/02/najwazniejsze-z-trzynastego.html
Najważniejsze z trzynastego o wydarzeniach roku 2013.
Nowy początek; dzieje blog amożna spokojnie podzielić na przed i po topie 2013. Miałem tak dużą przerwę, że od nowa uczyłem się dobierać słowa i układać zdania. No i chyba się udało - szeroki horyzont, ale zmieściłem się w konkretnych "zjawiskach" które później rozszerzałem do całych tekstów.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2014/06/sp-7-ona-lubi-jego-pyty-on-lubi-jej.html
Ona lubi jego płyty, on lubi jej kolczyki o Lemoniadzie Sonimiki.
Formalne cudeńko (jak na mnie). Tak mi się spodobał układ tego tekstu - wstęp, dwie rzeczy i zakończenie - że został już na dobre. Tam się nawet coś dzieje, jakieś ironie, rozumowanie jak w tekście piosenki, zmiany i rozwiązania; ale ci, nie wolno się chwalić.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2014/05/ciezkie-ksiazki-one-minute-they-arrive.html
One minute they arrive - next you know it's gone o książce Sunset Park Paula Austera.
Tutaj ta forma tekstów już ostatecznie się wykrystalizowała. Bałem się pisać o książkach, bo przecież nie będę wiedział o nich tak wszystkiego jak z 3 minutową piosenką, a przecież muszę napisać o WSZYSTKIM, nawet na pięć stron. Ale Auster tak bardzo mi się spodobał, że zdecydowałem się tylko na wybrane motywy - i okazało się, że wyszło to bardzo zgrabnie. Że lepiej czyta się mniej niż więcej.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2014/07/trying-to-be-cool.html
Trying to be cool o teledysku Phoenix i trochę o fajności Openera.
Kilka rzeczy, o których chciałem powiedzieć wcześniej, a pomysł na połączenie ich wziąłem z teledysku do samej piosenki. Tekst bardzo cool.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2014/06/zabawie-sie-dzis-twoja-gowa-tylko.html
Zabawię się twoją głową - tylko powiedz jeszcze słowo o płycie Safari zespołu Pustki.
Tak kapitalna płyta zasługuje na dobrą recenzję, więc czekałem z napisaniem jej do samego koca. Wreszcie ustawiłem sobie deadline na cykl o Openerze, który też fajnie wziął mnie w garść. Ponoć niektórzy przekonali się do Safari dzięki temu tekstowi, co dla autora jest największą pochwałą.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2014/07/off-so-i-brought-with-me-these-here.html
One for the cuts, and two for the scars o Love to love Jonathana Wilsona z OFF Festiwalu.
Cykl tekstów o OFFie był naprawdę szalony, do dziś nie wiem jak zdążyłem napisać te wszystkie teksty. Bo trzeba przypomnieć, że druga połowa lipca to w moim Domu okres największej pracy, więc pisałem je gdzieś po nocach i na komórce. Ale należy się, bo to zdecydowanie najlepszy festiwal.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2014/10/dzis-mam-peniutka-ciebie-kieszen.html
Dziś mam pełniutką ciebie kieszeń o koncercie Zuzanny Moczek z jakimś Czesławem.
Jeśli miałbym wybrać z całych dwustu tylko jeden tekst byłaby to właśnie relacja z koncertu Zuzanny. Jest tam wszystko co decyduje o sile (?) i wyjątkowości (?!?!?!) tego bloga. Wyjątkowość wydarzenia, bo wiedziałem o tym koncercie jako jeden z nielicznych, oddzielna historia, zgrabna telewizyjna analogia z Czesławem oraz moje indywidualne przemyślenia na ogólniejszy temat muzyki,  No i oczywiście urocza songwriterka. Historia z kulis - chciałem podziękować bratu Zuzy, który nie mógł pojawić się w Pajęcznie, bo właśnie jego bilet przejąłem i miałem okazję uczestniczyć w tym wyjątkowym wieczorze.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2014/10/wrosound-our-first-chance-is-their-last.html
Our first chance is their last dance o rozmaitych atrakcjach festiwalu WROsound.
Pomoc przy organizacji festiwalu WROsound to dla mnie coś w rodzaju spełnienia marzeń. Bo moja muzyka, bo Wrocław i nawet pisanie na blogu coś się przyczyniło do tego, że Ola z Tomkiem zwerbowali mnie do tego wydarzenia (dziękuję!). Bardzo dużo się tam nauczyłem - nawet z pisaniem - czego dowodem jest ta, napisana w godzinę "ostatnia prasówka". Z początku spanikowałem na deadline, bo nie miałem pomysłu, ale przyszło jakoś fajnie.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2015/03/kropki-kreski-motor-motor-motor.html
Motor motor motor o koncercie zespołu Jazzpospolita.
Tekst napisany na gorąco po koncercie, ale najbardziej cieszy mnie coś innego - zupełnie niespodziewanie wyszło mi coś w stylu Trumana Capote. Chyba. Bardzo dużo go wtedy czytałem (Słychać muzy) i myśl, że udało mi się przenieść coś od takiego mistrza jest bardzo satysfakcjonująca.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2015/03/good-woman.html
Good woman o spektaklu Otello Grupy Pod Wiszącym Kotem.
Tutaj jestem dumny nie z siebie, ale z moich "dzieci" z koła teatralnego. Są super. Chciałem pokazać to tak bardzo, że napisałem nawet o sztuce teatralnej.

http://sit-and-wonder.blogspot.com/2015/06/enl-wyobraz-sobie-ze-zawsze-masz-czas.html
Wyobraź sobie, że zawsze masz czas o parapetówce wrocławskiej Barbary z Lechem Janerką.
Wybierając Wrocław jako miejsce do studiowania nie kierowałem się tak bardzo czynnikami edukacyjnymi. Lubię socjologię, ale Koszarowa jest na końcu świata i takie tam. Największe nadzieje zwróciłem do samego miasta, które w 2016 roku miało się stać Europejską Stolicą Kultury. To tak niesamowite, ogromne i fascynujące wydarzenie, że nie mogłem go przegapić. Pomyślałem też sobie, że super byłoby w nim uczestniczyć - do tej pory widziałem z bliska takie najlepsze festiwale jak WROsound czy Jazz nad Odrą, a jakiś miesiąc temu uczestniczyłem w kolejnym otwarciu Barbary. Miejsca tak legendarnego dla Wrocławia jak sam Lech Janerka na którego tekście do Wyobraź sobie nie tyle się opieram, co stoję na nim obiema nogami. Robię to z nieukrywaną przyjemnością - mam nadzieję, że inspiracja tym miastem pomoże mi jak najczęściej opisywać jego życie kulturalne, bo przecież już za chwilę zadzieją się tam wielkie rzeczy.


Dziękuję wszystkim za czytanie, wsparcie, obecność i uwagę.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Reading your red lips


Po co kobiety się malują?
Przecież wszystkie są piękne z natury, zawsze i wszędzie. A my faceci i tak zupełnie nie ogarniamy tego tematu. Co to jest maskara; mam się jej bać? Czy ta fryzura jest akurat naturalna? Czy wypada powiedzieć dziewczynie, że rozmazał jej się tusz pod okiem?
Mogę tylko przypuszczać, ale wydaje mi się że makijaż jest pewnego rodzaju formą dla kobiecości. Ustalonym konturem, którego nałożenie podkreśla nie tylko urodę, ale bardziej te damskie cechy wizerunku. Akurat tego elementu nie przejęli jeszcze metroseksualiści, jakoś nie lubią się mazać (przynajmniej dosłownie). Annie Clark z całą pewnością nie potrzebuje podobnych atrybutów, ale ją też spina gorset, tyle że innego rodzaju - gorset formy muzycznej.W artykule dla New Yorkera zdradziła, że wstydziła się swojej muzycznej edukacji, bała się że wyuczone gamy i pasaże trzymają w ryzach temperament blokując jej spontaniczność. Ustalona przez profesjonalizm teoretyków forma utworu muzycznego staje się dla piosenki tym samym co makijaż dla zaznaczenia kobiecości. Annie Clark jako St. Vincent wykorzystuje oba ograniczenia i walczy z ich stereotypami.






Kiedy przed wielu, wielu laty obdarowywałem ją taśmą z kawałkiem Solomona Burke'a, nałożyła z tej okazji tony makijażu, znacznie więcej, niż zwykła nakładać na co dzień, i o wiele więcej, niż miała na sobie tydzień wcześniej, i wiedziałem - a przynajmniej miałem taką nadzieję - że to dla mnie.
Nick Hornby, Wierność w stereo



Z powodu jej olśniewającej urody nie jest łatwo zauważyć, że Annie jest zdecydowanie czymś więcej niż kolejną uroczą śpiewającą laską, którą można się jarać. Bynajmniej nie pokazuje się nam dla naszej przyjemności, ale jest przy tym doskonale świadoma naszych - dość powierzchownych trzeba (się) przyznać - oczekiwań. Spokojem miarowego rytmu już w pierwszej piosence debiutanckiej płyty cierpliwie wylicza, z których ról społecznych świadomie się wypisuje. Tłumaczy słodkim językiem, który możemy zrozumieć bez większego dysonansu poznawczego pomiędzy silnymi przekonaniami od tak ślicznej istoty.Jednak z biegiem czasu atmosfera się zagęszcza i po kolejnym refrenie melodyjka pozytywki ginie w chaosie gniewnych bębnów i wkurzonej solówki gitary. You don't mean that say you're sorry. Clark rzuca nam w twarz, że wcale nie jest głupio nam złapanym na gorącym uczynku delektowania się jej urodą. Odkrywa hipokryzję, że niby przejmiemy się podobnym zwrotem winy: I'll make you sorry ?





O ile nie potrzebuje przyciągać spojrzeń, to forma muzyczna pomaga jej utrzymać emocje. All my stars aligned to klasyczna ballada prowadzona za pomocą wykwintnych wariacji fortepianu. Podtrzymują one nieporadne, ciche zwierzenia panny Clark które mogłyby się rozsypać bez ram taktowych zbudowanych z klasycznych akordów. Romantycznie tradycyjna melodia cofa nas do czasów kiedy proste panie spędzały wieczory nie szykując się do wyjścia, ale szykowały songbooki do wspólnej gry na pianinie w salonie rozświetlonym dyskretnym blaskiem gwiazd. 




Bóg dał wam jedną twarz
a wy dorabiacie sobie drugą.

William Shakespeare, Hamlet


Książę Danii był bardziej bezwzględny jeśli chodzi o nakładanie sobie masek. St. Vincent na pewno zna ten fragment o makijażu, bo w Paris is burning nawiązuje do tego dramatu wlewając truciznę do ucha. Ona też dorobiła sobie drugą twarz; tworząc kompletną kreację artystyczną. Mógłby ktoś pomyśleć, że tytuł jej najnowszej płyty "St. Vincent" jest wreszcie przyznaniem się do osobistej perspektywy, coś jak solowy album Damona Albarna. Jest jednak zupełnie inaczej - nie wypowiada się w swoim prawdziwym imieniu Annie Clark, ale ostatecznie zamienia się w artystyczną postać St. Vincent. Odklejoną od prywatnego życia i niepokojąco zdehumanizowaną, czego dowodem jest Digital Witness. To już nie forma kompozycyjna, ale zaprogramowany preset, rwący rytm zapętlony suchymi miechami trąbek. Generowanego obrazu dopełnia stylizacja sceniczna St. Vincent - nasrożone włosy, szeroko otwarte oczy i trupia bladość skóry upudrowanej w zimnych kolorach. Paradoksalnie, tym razem makijaż nie dodaje powabu, a zabiera naturalny rys. Podkręca urodę tak bardzo, że urokliwy popęd zamienia się w niepewność nowoczesności: mamy przed sobą pełną życia dziewczynę, czy wypranego z emocji terminatora? Tam gdzie iOS Samantha dawała złudzenie człowieczeństwa samym głosem, St. Vincent odcina się od gatunku ludzkiego kolejnymi modulacjami, programami i warstwami elektroniki. Nic dziwnego - nigdy jeszcze zmiana cyfrowego obrazu siebie i profilu osobowości nie była taka prosta.



Annie Clark przeszła transformację w St. Vincent, ale ja już jej trochę nie poznaję. Mam wrażenie, że funkcjonuje mniej jako osoba, a bardziej jako figura retoryczna. Oddająca swój głos na rzecz dyskusji o rynku muzycznym, roli sztuki, czy płci kulturowej - polecam kompletny artykuł na temat tego motywu w jej twórczości. Nieprzypadkowo nagrała płytę z innym muzycznym filozofem, Davidem Byrnem (bardzo polecam jego książkę Dzienniki rowerowe), który pewnie popchnął ją do tak znaczącej przemiany.
Ale pewnie to ja jestem niesprawiedliwy i marudzę, że nie moge tak po prostu pozachwycać się jej urodą. Ten artystyczny manifest udał się jej wyśmienicie - sama powiedziała przecież, że marzy o świecie, w którym płeć nie będzie grała żadnej roli. Nowe wcielenie Davida Bowiego? Bardzo proszę, przecież nikogo już nie dziwią jego transpłciowe metamorfozy, jakież mam więc więc robić awanturę o niedobór najbardziej prostackich, wizualnych wrażeń? Bo chyba sam nie jestem jeszcze taki płytki - owszem, jaram się śpiewającymi, ale przede wszystkim myślącymi laskami. 

wtorek, 7 lipca 2015

Je suis Scumbag



Dumną specyfiką mojego bloga jest to, że często do głosu dochodzą na nim emocje. Nigdy nie ukrywałem, że jestem zdeklarowanym szalikowcem OFF Festivalu, który przez następne dwa miesiące stanie się głównym tematem tutaj. Zanim to się jednak stanie, pośmieję się jeszcze z trochę z Opener Festival. Czy mam z nim jakiś problem? To nic takiego, ale chyba tak.
Chodzi tylko o to, że Opener nie umie się bawić.

Festiwale trwają tylko 3-4 dni, co mają więc robić ich uczestnicy przez pozostałe 362 dni roku? Fajnie byłoby powspominać, ale tak się składa, że w dzisiejszych internetach przyjemne myśli są uruchamiane najczęściej przez "prześmiewcze" memy i wesołe żarciki. Najbardziej zabawnym miejscem wymiany podobnych poglądów na temat gdyńskiej imprezy był fejsbukowy profil Scumbag Ziółkowski, którego tytułową gwiazdą - można powiedzieć nawet "headlinerem" - była postać dyrektora Openera Mikołaja Ziółkowskiego. Figura faktycznie przerysowana, ukazująca w krzywym zwierciadle mocarstwowe i ZAGRANICZNE ambicje stworzenia w Polsce dużego, poważnego festiwalu europejskiego, takiego jak np. Roskilde wspomniane ostatnio w wywiadzie dla Dziennik Bałtyckiego.  Co się oczywiście udało i nikt nie może kwestionować zasług pana Mikołaja na tym polu - wystarczy tylko wspomnieć kolejne powroty Jacka White'a, legendarny (dla mnie młodego) polski koncert LCD Soundsystem, czy wreszcie absolutnie cudowny, być może najpiękniejszy w całym moim życiu występ Blur. Opener stał się niemalże marką polskiej transformacji systemowej taką jak Euro 2012 czy dotacje z Unii Europejskiej. Ale czy nie wystarczy już tego mesjanistycznego tonu? Spójrzmy na wspomniany wywiad - myślę że dałoby się stworzyć go za pomocą jakiegoś Generatora Wypowiedzi Ziółka. To jego tour the force, obecne są wszystkie niezbędne elementy Jego wizerunku. Opener trwa i rośnie w siłę, jest potężną marką, prowadzimy rozmowy na następną edycję, akurat przed chwilą rozmawiałem z menagerem Gwiazdy, robimy europejski festiwal to musi być drogo, ceny takie europejskie, Roskilde, a złe ministerstwo złośliwie nie dotuje nam komercyjnej imprezy, widzimy się za rok, może być każda gwiazda, sky is the limit.

Może nie powinienem pisać takich rzeczy, bo jeszcze Ziółek zamknie mnie tak jak zamknął profil Scumbag Ziółkowski. Przesadzam? Być może, ale dość słabe i wkurzające są takie nie-dyskusje. Ale po kolei, fochy Mikołaja w porządku chronologicznym:


  1. Facebook usuwa fanpage SZ z powodu doniesienia - najprawdopodobniej z samego Alter Artu - o naruszeniu praw autorskich.
  2. Powstaje opozycyjna, alternatywna inicjatywa drugiego obiegu Je suis Scumbag zbierająca głosy protestu przeciw cenzurze nadmorskiego giganta. 
  3. ASZ Dziennik, jeden z najbardziej prestiżowych portali satyrycznych, na co dzień zajmujący się raczej polityką bierze na warsztat plakat tegorocznego Openera. Wykorzystując czcionkę wypisuje domniemanych i wymyślonych headlinerów Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości. Dzieje się to zaraz przed rozpoczęciem imprezy, więc moją pierwszą reakcją było "czy ASZ się sprzedał?". Nie zrozumcie mnie źle - kto jak kto, ale ASZ umie w product placement jak mało kto.
  4. Nie, Opener na pewno nie wykupił tego tekstu, nawet przez myśl mu to nie przeszło. Wręcz przeciwnie. Alter Art prezentuje oburzenie żartobliwym potraktowaniem i wysyła żądanie usunięcia - przypominam - satyrycznego wpisu. Twórca ASZ Dziennika publikuje bardzo ciekawy tekst na temat tego, że nie warto się wcale oburzać, bo to przecież świetna reklama, co ilustruje przykładem parodii reklamy Lincolna z Satuday Night Live.  I faktycznie - od siebie dodam, że bardzo często o najnowszych Openerowych ogłoszeniach dowiadywałem się właśnie ze Scumbaga.
  5. Opener ogarnia, że ASZ to nie jakiś kwejk i czytając słuszne głosy WTFu na twitterze wspaniałomyślnie wrzuca na swój profil sporne grafiki ASZa. No cudownie. Brawo. Social media ninja. ASZ też dał się udobruchać, bo nawet zmienił swój tekst na temat wcześniejszego potraktowania. Ale spokojnie, nic się nie zmieniło - skomentowałem Openerowi jedynym słusznym hasztagiem #JesuisScumbag i za chwilę skasowali ten komentarz :)
Kimże ja jednak jestem, żeby hejtować wielkie festiwale? Byłem tam tylko dwa razy (w tym raz ironicznie). Oddajmy więc głos Legendzie. Mistrzowi krytyki, cesarzowi ironii, generałowi trollingu młodych panien (pozdrawiamy panią redaktor Gacek) i niekwestionowanemu autorytetowi w dziedzinie jedynej słusznej muzyki gitarowej. Ja sam miałem szczęście przebywać w pobliżu radioodbiornika podczas wygłaszania tej niezrównanej tyrady. Panie i panowie, hipsterzy i hipsterki - Wojciech Mann wypowiadający się na temat zespołu KAZABJAN. 




Koniec już tych złośliwości. Jeszcze rok temu celebrowałem Openera na bogato - serią czterech tekstów z najciekawszymi występami kolejnych dni. Teraz nie podjąłem takiego wyzwania nie z lenistwa czy uprzedzeń, a zwyczajnie z braku pomysłu na line-up. No okej, akurat na Modest Mouse mam focha, bo jak ja byłem to oni se odwołali występ żeby kończyć płytę, która jakoś nie zmieniła świata. Ale reszta dni? Nuda. Co osiągnęli The Libertines, Mumford and Sons, Hozier czy Chet Faker? Ani klasyki ani ważnych tu i teraz płyt.

Chyba, że mówimy o hip-hopie. Dość nieoczekiwanie w Gdyni miały pojawić się wszystkie trzy najciekawsze i najważniejsze (Kanye jest bogiem) obecnie gwiazdy czarnej muzyki - flirtujący z młodzieżą Drake, uznawany przez Questlove'a mesjasz D'Angelo i Król Midas Kendrick Lamar (chociaż przeniesienie go na krakowski Live Festival od początku było raczej chwytem marketingowym). W tej nowej sytuacji gatunków muzycznych jak z nieba spadł do line-upu Taco Hemingway - gdyby nie istniał Mikołaj Ziółkowski musiałby go wymyślić. Inteligencki, modny, przystojny i stylowy raper z Warszawy idealnie spełnia bardziej wyrafinowane oczekiwania openerowej publiczności; a nawet dzisiaj słyszałem w Trójce jak Michał Nogaś przekazywał mu Listowne propsy od samego Marka Niedźwieckiego (!).


Jest jeden wykonawca, a raczej jedna piosenka, którą mógłbym opisać klimat tego całego nowego Openera. Z tonu fejsbukowych relacji Pani Agnieszki Szydłowskiej przebijało się poczucie, że to nie jest już "jej" festiwal, znalazła jednak kilka ciepłych słów dla projektu Major Lazer. 

perfekcyjnie skrojone pod festiwal i wielką scenę show z mocnym światłem, reżyseria publiczności i moc atrakcji jarmarcznych - ludzie szaleli. Kupuję to jako "chcemy aby ludzie bawili się zapominając o Grecji i tonie kłopotów jakie mają w życiu" jak mówili w wywiadzie [swoją drogą nie są to feminiści]. Kupuję ale i odsuwam na półkę - balanga.



Jessica jest tylko i aż imprezową zajawką. Tylko - bo szybko o niej zapomnimy i aż - bo przez te trzy dni duszności i zauroczenia pozostajemy we władaniu jej leniwej ponętności.  Nienaturalnie zwolnione tempo wykrzywia percepcję wprowadzając nowe strefy czasowe. Do mnie nie doszedł ciężki zapach jej ciała, ale gdybym mógł tylko zobaczyć je na żywo, wpadłbym pewnie po uszy razem z festiwalowymi towarzyszami w tańcu. Perfekcyjny relaks z morskimi refleksami Słońca. Nic nie szkodzi, że jej podkład jest sztuczny, bo w pewnym momencie imprezy nikt już nie zauważa domalowań i technicznych ustępstw. Nie da się jednak zlekceważyć Ezry Koeniga, syna dyplomaty wijącego tęsknym głosem swoje południowe, egzotyczne opowieści. I kolejny raz - wielkiego nieobecnego festiwalu Opener.



PS. Dwa DOSKONAŁE artykuły. Prawdziwe mistrzostwo lolcontentu.
http://natemat.pl/147745,lemingrad-zdobyty-przez-pis-czyli-jak-na-open-erze-nasluchalem-sie-wiecej-o-dudzie-i-kaczynskim-niz-o-muzyce
Na Temat o tym, że prawica przejmuje - uwaga, cytat - "Lemingrad" Openera

http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,18291125,Open_er_Festival__Szef_imprezy_ostro_o_Ministerstwie.html
Oburzonko Mikołaja Ziółkowskiego na Ministerstwo Kultury XDDDD

PS2. Jakbym miał jechać na Openera to tylko dla Damona Albarna (tak było) lub dla niezwykłej kobiety. Dlatego na dniach opiszę jeszcze pewną fascynującą artystkę, która wystąpiła na Tegorocznej Edycji.

czwartek, 2 lipca 2015

SP 7': Garnitur raz i uśmiech dwa; to nie o nas



Ponoć nie ma róży bez kolców, ale Lilly Hates Roses śmiało stawiają na spotkania osobiste. W swoim pierwszym singlu dzielącego nazwę z wydaną właśnie płytą Mokotów na pierwszy plan wysuwa się właśnie fizyczność doświadczeń prowadzona przez drapanie hiszpańskiej gitarki wyjętej z bagażnika George'a Harrisona. Wybierają styczności bezpośrednie, bo tylko dotykiem można kleić się do kogoś i wyczuć linie papilarne. Skwapliwie wyczuwa to Kasia Gołomska figlarnie obrzucając słodką substancją delikwenta, który i tak już od dawna obrasta w kurz.

Miejscem umówionego spotkania jest Mokotów - warszawskie miejsce pracy gdzie chłodnym okiem patrzy się nawet na drzewa mające dawać cień wytchnienia. W Państwach - Miastach zespołu Muchy zmieniał się kolor nie biurowo, a tutaj kontrastem razi tło. Na szczęście w piosence pop siatki ulic stają się elementem gry miejskiej przystrojonej kolorowymi serpentynami, podobnie jak łańcuch mokotowskich biur który kusi prawdziwie malowniczymi widokami na przyszłość. Nie rozpoznał mnie mój kot. Niestety. Wciąż bardzo trudno jest (wz)ruszyć taką betonową dżunglę i nawet radosne bongosy nie są w stanie wprawić jej w ruch.

Aby spotkać się z kimś, należy umówić się na określoną godzinę, ale czas w Mokotowie biegnie za szybko. Narzuca własne szalone tempo, które bardzo trudno ogarnąć i utrzymać jego puls. Tak jak Szeherezada wydłużała noce tysiącem opowieści, tak Pani Kasia próbuje uśpić czas beztroskim śpiewaniem. Bo sprawa robi się poważna - nad jej karkiem nie wisi co prawda miecz kata, ale męcząca dorosłość. Czy jest jeszcze czas na głupstwa, czy trzeba już rzucić się w wir pracy i labirynt biurek? Deadline'y gonią, a gdzieś obok ucieka Słońce; bo nie można cały czas skąpić kasą od rodziców nawet za cenę wiązanki podłych klątw.

Lilly Hates Roses energicznie dopomina się o drogę inną niż ścieżka kariery. Kiedy inni, ci bardziej ułożeni przebojem wkraczają na rynek pracy, Kasia Gołomska i Kamil Durski wrzucają na listy przebojów cudownie pokręconą i taneczną piosenkę. Nie ustąpię żadnej z sił, nie poddam się i już. Brzmi to może jak tupnięcie niesfornego dziewczęcia, ale mamy do czynienia z manifestem skromnego indie rocka. Bo Mokotów to materiał na przebój lata - nie tylko Trójki, ale całych mainstreamów. Całość produkuje przecież Bogdan Kondracki, który jest odpowiedzialny za Trójkąty i Kwadraty Dawida Podsiadło, więc dlaczego nie miałoby się udać tym razem? Mokotów ma wszystko czego oczekuję od wakacyjnego przeboju: przestrzeń, pulsację i prosty refren na wznoszących chórkach. A nawet więcej - chętną natarczywość pukającą do drzwi oraz domagającą się spotkania i dotyku na osobności.



0:56 <3 comment-3--="">

środa, 17 czerwca 2015

ENL: Wyobraź sobie, że zawsze masz czas


Lech Janerka
12.06.2015, BARBARA, Wrocław, Parapetówka Barbary.

Wrocław zaczyna świętować.
Europejską Stolicą Kultury zostanie dopiero z początkiem 2016 roku, ale już teraz całe miasto żyje nadchodzącymi wydarzeniami. Następny weekend przyniesie prezentację programu ESK (podczas wielkiego widowiska, na stadionie), a miniony sprezentował Wrocławianom dwa darmowe koncerty. W piątek na parapetówce Barbary (infopunkt/kawiarnia/kultura) zagrał Lech Janerka, a sobotnią Europejską Noc Literatury przedłużył zespół Świetliki. Legenda wrocławskiej alternatywy i krakowski bard/pijus Marcin Świetlicki to artyście zaprawdę ponadczasowi. Nie chodzi tylko o miejsce w Historii jakie sobie zapewnili, ale przede wszystkim o ich własny sposób postrzegania czasu. Jednostkę którą mierzą upływ wydarzeń i perspektywę oddalania się od trwających momentów.



Lech Janerka już od dawna nigdzie się nie spieszy. Ostatnią płytę (Plagiaty) wydał 10 lat temu, a nowy materiał ponoć istnieje - z tym że muzyk nie znalazł jeszcze czasu na spisanie słów piosenek. Nie wiadomo więc jak ze spełnieniem artystycznym, ale zdaje się, że Janerka osiągnął życiową harmonię. Dokładnie taką jaką wymarzył sobie w piosence Wyobraź sobie o kołysaniu się na malachitowym tle. Gra punka i reggae, a nawet jeśli śpiewa coś od rzeczy, pozostaje uosobieniem terminu "stoicki spokój". Wysunięty berecik przypomina łebek żółwia, choć zupełnie odrębna specyfika sylwetki Lecha odsyła do figury nieruchomego derwisza wspartego na lasce kilkanaście centymetrów nad ziemią.

Barbara miała swoją parapetówkę, więc można byłoby wybaczyć jej ewentualne niedoskonałości, ale wszystko jest dobrze i wszystko w sam raz. Retrospektywny charakter setlisty i doświadczenia wypisane na twarzy samego Janerki pozwoliły mu przywołać dawną, legendarną odsłonę Baru Barbara z lat 80-tych. Bardzo dobrze, że upomniał się o obecność w menu kremu sułtańskiego, a koordynatorzy (Joanna Męczyńska i Marek Gluziński) zadbali o jego obecność po latach w tym samym miejscu.

Świetliki
13.06.2015, Arsenał Miejski, Wrocław, Europejska Noc Literatury.



O ile Lech Janerka wybrał duchową emigrację poza czas, to zespół (brutalnych doświadczeń) Świetliki ucieka z rzeczywistości w zgoła inny sposób. Za pomocą alkoholu. Tkwią w tym samym miejscu, boleśnie kręcąc się w kółko. Jak w szyldzie ekipy - bywa nieprzyjemnie. Zdarza się tępe odbijanie od ściany do ściany, a a nawet pełen rezygnacji bluzg rzucany na odpierdol się (Gotham). To wszystko jednak groźnie wyglądające rekwizyty, plastikowe kubeczki z whisky kupione w Żabce za rogiem. Pod całym tym brudem, przesterem (pozerem?) i ogorzałą gębą kryją się ogromne złoża melancholii. Bo przecież nigdy papieros nie będzie tak smaczny, a wódka taka zimna i pożywna; już nigdy nikt nie bedzie mówił o używkach z taką tkliwością i umiłowaniem. Spod rozrzuconych gratów wyziera się światełko iście barokowo harmonijnych aranżacji. Tak jak przestrzeń instrumentalium jest wyraźnie inspirowana wczesnym U2 (z czasów The Unforgettable Fire), tak samo słynne Zrób mi nieporządek w chaosie okazuje się być trawestacją... Belle and Sebastian piszczących Colour my life with a chaos of trouble.
Niechlujne pijaństwo? Nic z tych rzeczy. Szeroki gest, krakowski spleen i pogodny letarg w półkroku do gwiazd.


PS. Pewnej Osobie chciałbym zadedykować wers niekoniecznie od Świetlickiego, ale z Janerki: "Nie musisz jeść i nie trzeba też spać"

środa, 10 czerwca 2015

ENL: Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez


Cytując materiały organizatora zapraszam na świetne wydarzenie, które dziać się będzie w całym Wrocławiu. Bardzo polecam, bo to już trzecia edycja, w której będę miał przyjemność uczestniczyć. Oryginalna, stymulująca dobrym i mądrym słowem akcja. Takie czytanie, tylko bardziej. 

Trzecia edycja Europejskiej Nocy Literatury we Wrocławiu!

10 współczesnych autorów, 10 czytających w 10 niezwykłych miejscach w centrum miasta oraz literackie niespodzianki! Już 13 czerwca we Wrocławiu po raz trzeci odbędzie się wyjątkowe święto czytelników, co roku przyciągające tysiące odbiorców.

Europejska Noc Literatury we Wrocławiu, to jeden z elementów programu Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. Cały czas rozszerzamy formułę #ENLwro, by zachęcić nowych odbiorców do kontaktu z żywym słowem. Dlatego w tym roku, oprócz bogatego programu wydarzeń dla dzieci, na który złożą się warsztaty i wrocławska premiera nowego spektaklu Teatru Uszytego z Krakowa, przygotowaliśmy dwie literackie niespodzianki.
___________________________________________

Czytania we wszystkich miejscach rozpoczną się w tym samym czasie i będą się odbywały co pół godziny przez piętnaście minut. Dzięki temu każdy uczestnik będzie miał szansę wysłuchać wszystkich dziesięciu tekstów.

☛ GODZINY CZYTAŃ:
18.00 / 18.30 / 19.00 / 19.30 / 20.00
20.30 / 21.00 / 21.30 / 22.00 / 22.30

WSTĘP WOLNY

✍ Umberto Eco „Temat na pierwszą stronę” | Włochy
✰ czyta KATARZYNA HERMAN
Muzeum Architektury we Wrocławiu, ul. Bernardyńska 5*

✍ Michel Houellebecq „Uległość” | Francja
✰ czyta JACEK BRACIAK
BWA Wrocław |Galeria Awangarda, ul. Wita Stwosza 32*

✍ Uładzimir Niaklajeu „Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez” | Białoruś
✰ czyta WOJCIECH BONOWICZ
Dziedziniec Instytutu Historii Sztuki | Uniwersytet Wrocławski, ul. Szewska 36*

✍ Sofi Oksanen „Gdy zniknęły gołębie” | Finlandia/Estonia
✰ czyta MAJA OSTASZEWSKA
Aula Leopoldina | Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego, pl. Uniwersytecki 1

✍ Jaume Cabré „Jaśnie Pan”| Hiszpania
✰ czyta SŁAWOMIR ORZECHOWSKI
Przejście Żelaźnicze*

✍ Serhij Żadan „Mezopotamia”| Ukraina
✰ czyta ERYK LUBOS
Stary Ratusz | Muzeum Miejskie Wrocławia, Rynek-Ratusz

✍ Marin Mălaicu-Hondrari „Bliskość” | Rumunia
✰ czyta MARIUSZ KILJAN
Barbara: infopunkt, kawiarnia, kultura, ul. Świdnicka 8b*

✍ Hanif Kureishi „Ostatnie słowo” | Wielka Brytania
✰ czyta ŁUKASZ GARLICKI
Centrum Sztuki WRO, ul. Widok 7*

✍ Carlos Fuentes „Nietzsche na balkonie” | Meksyk
✰ czyta BARTOSZ PORCZYK
Księgarnia Hiszpańska Elite, ul. Szajnochy 5*

✍ Tove Jansson „Wiadomość” | Finlandia
✰ czyta MAJA BOHOSIEWICZ
Galeria Miejska we Wrocławiu, ul. Kiełbaśnicza 28

_______________________________________

>>> PROGRAM TOWARZYSZĄCY <<<

GOŚĆ SPECJALNY
EUROPEJSKIEJ NOCY LITERATURY:

16.00–17.30
„Zdążyć za Hanną Krall” – spotkanie z wybitną reporterką i pisarką

☞ Prowadzenie JACEK ANTCZAK, fragmenty książek przeczyta MAJA OSTASZEWSKA

Aula Leopoldina, pl. Uniwersytecki 1





Jeśli mowa o najlepszym festiwalu literackim, to warto wspomnieć o NAJLEPSZYM festiwalu muzycznym. OFF Festival ogłosił właśnie dzisiaj swój dokładny line-up.

Dostępny tutaj:
http://off-festival.pl/aktualnosci/Plan 
(a w bardziej czytelnej wersji od bloody bootlegs tutaj):
 https://dl.dropboxusercontent.com/u/92535780/off_2015_lineup_v.1_color.pdf

Jeszcze nie ogarnąłem dokładnie, ale największym chamstwem Rojka wydaje się na ten moment zdublowanie największego headlinera - Ride - z mocarnym jazzem dziewczyn z Selvhenter. No ja nie wiem co zrobię. Ale to OFF, więc może być tylko super.

czwartek, 4 czerwca 2015

You'll never walk alone


Body/Ciało (2015). Reż. Małgorzata Szumowska

Truman Capote twierdził, że "jeśli posłucha się uważnie czyjegoś słownictwa, można odnotować występowanie pewnych wyrazów kluczowych dla jego charakteru". W przypadku obserwacji Małgorzaty Szumowskiej takimi leksykalnymi drogowskazami byłyby słowa mega i super. Ujawniają się one podczas wywiadu jakiego reżyserka udzieliła redakcji K Maga, gdzie podkreśla istotne dla niej wartości deklarując, że forma jest megaważna oraz potrzebują superdużo siły. Wykrzyknikowy styl zdaje się pasować do wizerunku artystki, która bryluje na międzynarodowych festiwalach (ostatnio zdobyła Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię na Berlinale), z młodzieńczo rozwianą urodą biega w ramonesce i zawadiacko podpisuje się pod kolejnymi tytułami imieniem "Małgośka". Jest teraz pewnie najważniejszą kobietą polskiego kina, ale ciągle gdzies ucieka, nie chce jej się celebrować statusu rodzinnego w kolorowych magazynach, czy też artykułować feministyczne manifesty z pozycji silnej płci.



Przy Body/Ciało trudno użyć zwyczajowej frazy, że "twórca najlepiej wyraża się przez swoje filmy", bo funkcjonują one w zupełnie innym tempie niż sama Szumowska. Wolniejszym, wycofanym. Trochę jak spektakularne Pendolino na polskich torach. Bo przecież Małgośka mogłaby zrobić to szybciej i głośniej, konsekwentnie jednak wystrzega się kontrowersji. Jak w poprzedniej produkcji z iście tabloidowym potencjałem - W imię poruszało temat księdza homoseksualisty, ale reżyserka wolała zastygnąć nad chłopakami z mazurskiej wsi. Krytycy pisali o "wzorcowym kinie środka" a odpowiedzią na rozważania Szumowskiej był szacunek ze wszystkich (nie)zainteresowanych dyskusją stron. Być może "slow is the new loud" i jest to tylko kolejny format kina festiwalowego. Wciąż jednak warto zauważyć mało inwazyjną różnicę w świetle Słońca na blokowisku czy zdjęcia przy windzie.

Wiadomo, że rola Janusza Gajosa z pewnością. To jest klasa sama w sobie, no zjadł zęby na aktorstwie. Kolejny po Andrzeju Chyrze ważny aktor, który dzięki Szumowskiej miał wreszcie coś zagrać w filmie. Ale klasa pana Gajosa jest aż nadto oczywista, a on sam gra w Body/Ciało takiego "typowego Janusza" właśnie. Nie musi nawet grać - wystarcza zmęczony wyraz twarzy, nieco ociężały krok i cała charakterystyka staje się zbędna: oto statystyczny Polak po 60-tce (cóż, u Smarzowskiego byłoby pewnie jeszcze gorzej). Niemniej jednak w nim tkwi istota świata przedstawionego obrazu, bo pośród kolejnych scen z życia trzeba zauważyć wazniejsze momenty, wydłubać je po trochu, jak rodzynki z ciasta. Miałem wątpliwości co do tej roli, ale nie chodzi przecież o to, że Janusz Gajos nie wie jak zagrać bohatera filmowego. To jego postać nie potrafi zachować się jak bohater filmowy - targany uczuciami, zmagający się z absolutem i zmuszony do nagłej bliskości.

Body/Ciało wygrywa zdecydowanie najwięcej ogrywaniem kontrastów; niekoniecznie tych językowych, ale na polu sacrum/profanum. Pytania graniczne zyskują nagle bardzo śmieszne, niemal komediowe oblicze. Celuje w tym zwłaszcza postać przegiętej medium-starej panny granej przez Maję Ostaszewską. Trudno mówić o powiewie świeżego powietrza, ale w (samochodowej) scenie starcia z prokuratorem Gajosa pomiędzy postaciami dosłownie iskrzy. Inna sprawa, że w filmie Szumowskiej metafizyczne znaczenia otaczają tak powszednie i zwyczaje rzeczy jak piosenki (oczywiście dla piszącego tego bloga nie jest to nic dziwnego). Co prawda nie przeżyłem katharsis w scenie z Republiką, ale podobna perspektywa zawsze cieszy. W filmie Małgorzaty Szumowskiej najwięcej radości daje optyka małych rzeczy - chwalebna kotwica w sklepie osiedlowym, zalanie ciepłym światłem mieszkania z wielkiej płyty, ironiczne przekleństwo do kotleta wygłupy z "wydobyciem wewnętrznego krzyku" czy śmiech ojca i córki.


PS. Dziękuję Karolinie, że mnie jednak wyciągnęła na to do kina. A w ogóle to jakbyście czytali wspomniany na początku wywiad Szumowskiej z K Maga, to znajdziecie tam też zdjęcia zrobione przez Karolinę, how cool is that? 

PS2. Truman Capote użył swojej metody do opisu Humphreya Bogarta w tomie fotografii Richarda Avedona "Obserwacje". Teksty z tego albumu są wydane po polsku w zbiorze "Portrety i obserwacje. Eseje" wydawnictwa Albatros (bardzo polecam, bo da się znaleźć w Internecie za jakieś 14 złotych).