background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trójka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trójka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 stycznia 2016

KROPKI - KRESKI: Dance yrself clean

(fot. Marcin Oliva Soto)

Tydzień temu najfajniejszym wydarzeniem Weekendu Otwarcia Europejskiej Stolicy Kultury okazało się Silent Disco w cudownej Barbarze. 
Za konsoletą same gwiazdy Trójkowego Radiowego Domu Kultury - Michał Nogaś, Agnieszka Obrzańska i oczywiście Pani Szydłowska. 

Która totalnie zrobiła mi wieczór puszczając na swoim (niebieskim) kanale najlepszy zespół do tańczenia, czyli zmartwychwstały LCD Soundsystem.

Dziękuję < 3 

(nie to co Nogaś z jakimiś mainstreamem #tanipoklask #taniegranie #taniebity)


poniedziałek, 14 września 2015

Zwykła podróż metrem, ile tu jest wrażeń z tego



Taco Hemingway jest hip-hopową rewelacją ostatnich miesięcy, ale mój prawdziwy entuzjazm wzdbudził dopiero gdy dowiedziałem się, że to on stoi za legendarnym viralem Hitler w poszukiwaniu elektro. Sceny z filmu Upadek przedstawiające ostatnie godziny pokonanego i nadekspresyjnego wodza III Rzeszy stały się memem na całym świecie, a w polskiej wersji napisanej przez Filipa Szcześniaka główny bohater nie może pogodzić się z zamknięciem stołecznej Jadłodajni Filozoficznej i szuka epickiego melanżu. Nie wiedziałem wtedy jeszcze zbyt wiele o warszawskich hipsterach, ale charakterystyka ich środowiska przedstawiona w filmiku była tak bezbłędna jak stylówa Adolfa - mamy instytucję klubokawiarni, gierki wczesnego fejsbuka i dywagacje co teraz jest indie. Całość okraszona jest nie tylko nawiązaniami dla bywalców, ale przede wszystkim fantastycznymi punchline-nami; nawet dzisiaj obudzony w środku nocy na komendę "Bonkers, przywitaj się" odpowiem "no witam".



Omawiając okoliczności triumfalnego, jak się okazało, występu rapera na Openerze pisałem, że "jak z nieba spadł do line-upu Taco Hemingway - gdyby nie istniał Mikołaj Ziółkowski musiałby go wymyślić. Inteligencki, modny, przystojny i stylowy raper z Warszawy idealnie spełnia bardziej wyrafinowane oczekiwania openerowej publiczności". Właściwie to samo można by powiedzieć o radiowej Trójce, która trochę przegapiła wzrost pozycji hip-hopu i z otwartymi ramionami przyjęła teraz na antenie utwory Taco. Ale Program Alternatywny i wsparcie Pani Szydłowskiej dla debiutanta to jedna sprawa. O wiele ciekawszą i faktycznie bezprecedensową sytuacją jest fakt, że w chwili gdy piszę te słowa Następna Stacja trzeci tydzień z rzędu zajmuje pierwsze miejsce na Liście Przebojów Programu Trzeciego. Co tam robi kawałek hip-hopowy?-  zakrzykną tradycjonaliści wyrwani z lektury Teraz Rocka. Mówimy przecież o bastionie muzyki gitarowej, świątyni wielkich (i nieco zatęchłych) zespołów rockowych. Jak widać, tradycja potrzebuje czasem nowoczesności. Wydaje mi się, że Trójkowi słuchacze pozwolili na taką nie-piosenkową awangardę ze względu na jej temat - metro jako symbol rozwoju stolicy wreszcie doczekało się równie współczesnego artystycznego opisu. W tej szczególnej sytuacji tekst opowiadający o kolejnych Następnych Stacjach podziemnej kolejki pozwolił przemycić do szanownego eteru hip-hopowe dźwięki. Trudno sobie wyobrazić, że legendy pokroju Marka Niedźwieckiego czy Piotra Kaczkowskiego stały się nagle fanami ulicznej muzyki; utwór Taco Hemingwaya interesuje ich bardziej jako obraz dzisiejszej Warszawy widzianej z perspektywy młodych ludzi oraz ich muzyki. Trzeba liczyć się z tym, że specyficzne kryterium "warszawskości" pozwoliło na raczej jednorazowy wyskok rapu na szczyt Listy, wciąż jednak Trójka jest najbardziej prestiżowym muzycznym medium w kraju i z pewnością może wpłynąć na zmianę postrzegania całego hip-hopowego środowiska.





Na Trójkową legitymizację Taco miał też niewątpliwie przydomek rapera zaczerpnięty od Ernesta Hemingwaya. Jak najbardziej zasłużony, bo Filip Szcześniak tworzy swoje teksty w jak najbardziej literacki sposób, czego najlepszym dowodem jest właśnie Następna Stacja. (Oczywiście pamiętam o Trójkącie Warszawskim, gdzie przedstawił kompletną fabularnie historię trójkąta miłosnego, ale to temat na inną, nomen omen opowieść, umówmy się, że teraz piszę tylko o singlu). Wyrafinowany koncept utworu słowno-muzycznego polega na opisaniu kolejnych przystanków metra, swoistej relacji z podróży po prawie całej Warszawie (spacer po Powiślu, anyone?). Nie są to dogrywki do bity, ani freestyle na dowolny temat - najważniejszy jest tekst, konkretna sytuacja którą trzeba opisać. Można powiedzieć, że Taco wykonał robotę czysto redaktorską, bo do każdej nazwy staji trzeba dopasować krótką charakterystykę i rymy, a nawet sylaby (o czym z nieukrywanym entuzjazmem mówi w wywiadzie sam autor). Narzucony sobie rygoryzm formalny czasami trzeszczy w szwach, ale sposób w jaki Taco wychodzi z językowych zawijasów jest równie ciekawy jak wysoko zawieszone poprzeczki. We fragmencie o zielarzu z Centrum Nauki Kopernik musi ratować się serią jednosylabowych wyrazów, jednak sam dobór słów nie jest przypadkowy, bo zarówno doń i skroń można nazwać archaizmami. Wykorzystanie nieoczywistych zwrotów jest o tyle znaczące, że może wskazywać na nieco ostentacyjne zaprezentowanie wyrafinowanego słownictwa; kiedy inni MC szpanują umiejętnościami technicznymi (nurt bragga) Taco Hemingway snobuje się językiem literackim. Nazwisko noblisty zobowiązuje, jednak Filip twierdzi, że za wskazaniem Ernesta chodziło mu o coś innego, mianowicie dzielony z Hemingwayem stosunek do kobiet: "być może łączy nas tylko rozpoznanie, że jedynie dobra kobieta jest w stanie sprawić, iż mężczyzna przynajmniej na chwilę zapomni o śmierci ". Dwie najwyższe motywacje, wobec których ja także nie mogę pozostać obojętnym; bardzo proszę. Zresztą całą sytuację przewidział jakiś czas temu pisarz Eustachy Rylski: bohater jego książki Obok Julii stara się przekazać nowemu warszawskiemu pokoleniu model męskości zaczerpnięty z opowiadań właśnie Ernesta Hemingwaya.

Sekretem sukcesu Taco Hemingwaya jest fakt, że choć Filip Szcześniak gra hip-hop to nie jest raperem, ale hipsterem. Jest tak daleko od stereotypu "dresiarza" jak tylko można - wychował się nie na biednych blokowiskach, ale w warszawskich klubach, a jego ambicją nie musi być przeżycie z ziomkami na dzielni, ale to jak zrobić "sześć zer". No i ta zblazowana elegancja, której nie można mu odmówić gdy 6 zer napędza szpiegowski sampel wyjęty z pierwszego Portishead, a teledysk obrazuje motyw otwartego sejfu zaczerpnięty ze stylowego heist moie typu Ocean's Eleven. Udało mu się przebić szklany sufit popularności hip-hopu, bo zmienił zasady gry całkowicie odklejając się od ulicznego środowiska; mimo tego nawet z zewnątrz jest w stanie bardzo pomóc w popularyzacji gatunku. Oczywiście Epki Taco nie są jakąś rewolucją muzyczną, hip-hop bardzo się zmienił od czasów Paktofoniki stając się coraz bardziej przystępny dla szerszego grona "normalnych" odbiorców. Hemingway trafił po prostu w idealny moment, gdy muzyczne pole przygotowali mu Pezet z Mesem, a zainteresowana nimi hipsterka może spokojnie posłuchać sobie koleżki takiego jak oni, na tyle młodego, że nie wywoła podejrzeń o powiązania z blokerską przeszłością. Niestety wszystko wciąż kręci się wokół stereotypu rapera-dresiarza, ale jest szansa, że dzięki Taco Hemingwayowi dzieciaki wreszcie przestaną przejmować się tak bardzo etykietkami gatunkowymi, a skupią się na samej muzyce.

PS. Za konsultację w sprawie środowiska hip-hopowego dziękuję Oli Pawłowi, który niestrudzenie stara się mnie przekonać do rapsów. 

wtorek, 7 lipca 2015

Je suis Scumbag



Dumną specyfiką mojego bloga jest to, że często do głosu dochodzą na nim emocje. Nigdy nie ukrywałem, że jestem zdeklarowanym szalikowcem OFF Festivalu, który przez następne dwa miesiące stanie się głównym tematem tutaj. Zanim to się jednak stanie, pośmieję się jeszcze z trochę z Opener Festival. Czy mam z nim jakiś problem? To nic takiego, ale chyba tak.
Chodzi tylko o to, że Opener nie umie się bawić.

Festiwale trwają tylko 3-4 dni, co mają więc robić ich uczestnicy przez pozostałe 362 dni roku? Fajnie byłoby powspominać, ale tak się składa, że w dzisiejszych internetach przyjemne myśli są uruchamiane najczęściej przez "prześmiewcze" memy i wesołe żarciki. Najbardziej zabawnym miejscem wymiany podobnych poglądów na temat gdyńskiej imprezy był fejsbukowy profil Scumbag Ziółkowski, którego tytułową gwiazdą - można powiedzieć nawet "headlinerem" - była postać dyrektora Openera Mikołaja Ziółkowskiego. Figura faktycznie przerysowana, ukazująca w krzywym zwierciadle mocarstwowe i ZAGRANICZNE ambicje stworzenia w Polsce dużego, poważnego festiwalu europejskiego, takiego jak np. Roskilde wspomniane ostatnio w wywiadzie dla Dziennik Bałtyckiego.  Co się oczywiście udało i nikt nie może kwestionować zasług pana Mikołaja na tym polu - wystarczy tylko wspomnieć kolejne powroty Jacka White'a, legendarny (dla mnie młodego) polski koncert LCD Soundsystem, czy wreszcie absolutnie cudowny, być może najpiękniejszy w całym moim życiu występ Blur. Opener stał się niemalże marką polskiej transformacji systemowej taką jak Euro 2012 czy dotacje z Unii Europejskiej. Ale czy nie wystarczy już tego mesjanistycznego tonu? Spójrzmy na wspomniany wywiad - myślę że dałoby się stworzyć go za pomocą jakiegoś Generatora Wypowiedzi Ziółka. To jego tour the force, obecne są wszystkie niezbędne elementy Jego wizerunku. Opener trwa i rośnie w siłę, jest potężną marką, prowadzimy rozmowy na następną edycję, akurat przed chwilą rozmawiałem z menagerem Gwiazdy, robimy europejski festiwal to musi być drogo, ceny takie europejskie, Roskilde, a złe ministerstwo złośliwie nie dotuje nam komercyjnej imprezy, widzimy się za rok, może być każda gwiazda, sky is the limit.

Może nie powinienem pisać takich rzeczy, bo jeszcze Ziółek zamknie mnie tak jak zamknął profil Scumbag Ziółkowski. Przesadzam? Być może, ale dość słabe i wkurzające są takie nie-dyskusje. Ale po kolei, fochy Mikołaja w porządku chronologicznym:


  1. Facebook usuwa fanpage SZ z powodu doniesienia - najprawdopodobniej z samego Alter Artu - o naruszeniu praw autorskich.
  2. Powstaje opozycyjna, alternatywna inicjatywa drugiego obiegu Je suis Scumbag zbierająca głosy protestu przeciw cenzurze nadmorskiego giganta. 
  3. ASZ Dziennik, jeden z najbardziej prestiżowych portali satyrycznych, na co dzień zajmujący się raczej polityką bierze na warsztat plakat tegorocznego Openera. Wykorzystując czcionkę wypisuje domniemanych i wymyślonych headlinerów Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości. Dzieje się to zaraz przed rozpoczęciem imprezy, więc moją pierwszą reakcją było "czy ASZ się sprzedał?". Nie zrozumcie mnie źle - kto jak kto, ale ASZ umie w product placement jak mało kto.
  4. Nie, Opener na pewno nie wykupił tego tekstu, nawet przez myśl mu to nie przeszło. Wręcz przeciwnie. Alter Art prezentuje oburzenie żartobliwym potraktowaniem i wysyła żądanie usunięcia - przypominam - satyrycznego wpisu. Twórca ASZ Dziennika publikuje bardzo ciekawy tekst na temat tego, że nie warto się wcale oburzać, bo to przecież świetna reklama, co ilustruje przykładem parodii reklamy Lincolna z Satuday Night Live.  I faktycznie - od siebie dodam, że bardzo często o najnowszych Openerowych ogłoszeniach dowiadywałem się właśnie ze Scumbaga.
  5. Opener ogarnia, że ASZ to nie jakiś kwejk i czytając słuszne głosy WTFu na twitterze wspaniałomyślnie wrzuca na swój profil sporne grafiki ASZa. No cudownie. Brawo. Social media ninja. ASZ też dał się udobruchać, bo nawet zmienił swój tekst na temat wcześniejszego potraktowania. Ale spokojnie, nic się nie zmieniło - skomentowałem Openerowi jedynym słusznym hasztagiem #JesuisScumbag i za chwilę skasowali ten komentarz :)
Kimże ja jednak jestem, żeby hejtować wielkie festiwale? Byłem tam tylko dwa razy (w tym raz ironicznie). Oddajmy więc głos Legendzie. Mistrzowi krytyki, cesarzowi ironii, generałowi trollingu młodych panien (pozdrawiamy panią redaktor Gacek) i niekwestionowanemu autorytetowi w dziedzinie jedynej słusznej muzyki gitarowej. Ja sam miałem szczęście przebywać w pobliżu radioodbiornika podczas wygłaszania tej niezrównanej tyrady. Panie i panowie, hipsterzy i hipsterki - Wojciech Mann wypowiadający się na temat zespołu KAZABJAN. 




Koniec już tych złośliwości. Jeszcze rok temu celebrowałem Openera na bogato - serią czterech tekstów z najciekawszymi występami kolejnych dni. Teraz nie podjąłem takiego wyzwania nie z lenistwa czy uprzedzeń, a zwyczajnie z braku pomysłu na line-up. No okej, akurat na Modest Mouse mam focha, bo jak ja byłem to oni se odwołali występ żeby kończyć płytę, która jakoś nie zmieniła świata. Ale reszta dni? Nuda. Co osiągnęli The Libertines, Mumford and Sons, Hozier czy Chet Faker? Ani klasyki ani ważnych tu i teraz płyt.

Chyba, że mówimy o hip-hopie. Dość nieoczekiwanie w Gdyni miały pojawić się wszystkie trzy najciekawsze i najważniejsze (Kanye jest bogiem) obecnie gwiazdy czarnej muzyki - flirtujący z młodzieżą Drake, uznawany przez Questlove'a mesjasz D'Angelo i Król Midas Kendrick Lamar (chociaż przeniesienie go na krakowski Live Festival od początku było raczej chwytem marketingowym). W tej nowej sytuacji gatunków muzycznych jak z nieba spadł do line-upu Taco Hemingway - gdyby nie istniał Mikołaj Ziółkowski musiałby go wymyślić. Inteligencki, modny, przystojny i stylowy raper z Warszawy idealnie spełnia bardziej wyrafinowane oczekiwania openerowej publiczności; a nawet dzisiaj słyszałem w Trójce jak Michał Nogaś przekazywał mu Listowne propsy od samego Marka Niedźwieckiego (!).


Jest jeden wykonawca, a raczej jedna piosenka, którą mógłbym opisać klimat tego całego nowego Openera. Z tonu fejsbukowych relacji Pani Agnieszki Szydłowskiej przebijało się poczucie, że to nie jest już "jej" festiwal, znalazła jednak kilka ciepłych słów dla projektu Major Lazer. 

perfekcyjnie skrojone pod festiwal i wielką scenę show z mocnym światłem, reżyseria publiczności i moc atrakcji jarmarcznych - ludzie szaleli. Kupuję to jako "chcemy aby ludzie bawili się zapominając o Grecji i tonie kłopotów jakie mają w życiu" jak mówili w wywiadzie [swoją drogą nie są to feminiści]. Kupuję ale i odsuwam na półkę - balanga.



Jessica jest tylko i aż imprezową zajawką. Tylko - bo szybko o niej zapomnimy i aż - bo przez te trzy dni duszności i zauroczenia pozostajemy we władaniu jej leniwej ponętności.  Nienaturalnie zwolnione tempo wykrzywia percepcję wprowadzając nowe strefy czasowe. Do mnie nie doszedł ciężki zapach jej ciała, ale gdybym mógł tylko zobaczyć je na żywo, wpadłbym pewnie po uszy razem z festiwalowymi towarzyszami w tańcu. Perfekcyjny relaks z morskimi refleksami Słońca. Nic nie szkodzi, że jej podkład jest sztuczny, bo w pewnym momencie imprezy nikt już nie zauważa domalowań i technicznych ustępstw. Nie da się jednak zlekceważyć Ezry Koeniga, syna dyplomaty wijącego tęsknym głosem swoje południowe, egzotyczne opowieści. I kolejny raz - wielkiego nieobecnego festiwalu Opener.



PS. Dwa DOSKONAŁE artykuły. Prawdziwe mistrzostwo lolcontentu.
http://natemat.pl/147745,lemingrad-zdobyty-przez-pis-czyli-jak-na-open-erze-nasluchalem-sie-wiecej-o-dudzie-i-kaczynskim-niz-o-muzyce
Na Temat o tym, że prawica przejmuje - uwaga, cytat - "Lemingrad" Openera

http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,18291125,Open_er_Festival__Szef_imprezy_ostro_o_Ministerstwie.html
Oburzonko Mikołaja Ziółkowskiego na Ministerstwo Kultury XDDDD

PS2. Jakbym miał jechać na Openera to tylko dla Damona Albarna (tak było) lub dla niezwykłej kobiety. Dlatego na dniach opiszę jeszcze pewną fascynującą artystkę, która wystąpiła na Tegorocznej Edycji.

wtorek, 16 października 2012

Tutaj zawsze debiutujesz, starasz się być na bieżąco

Więc Wrocław. Nareszcie. Udało mi się spełnić programowe marzenie i zamieszkać oraz uczyć się w tym pięknym mieście. Chociaż nigdy w to tak naprawdę nie wątpiłem, to jednak nie musiało być tak oczywiste dla takiego chłopaka ze wsi jak ja. Nie ukrywam, że to dla mnie duża zmiana w moim życiu, jeszcze trochę nie ogarniam bez jakdojade.pl i jestem nieco overwhelmed przez to wszystko, o czym może świadczyć chociażby data ostatniego wpisu na blogasku, za co serdecznie przepraszam.

W tak znacznym dla mnie momencie pojawia się znowu zespół Muchy. Ten sam, który cementował klasowe przyjaźnie w liceum na koncertach w Carpe Diem, wita mnie w nowym miejscu zamieszkania koncertem z nową płytą. Jak już wielokrotnie wspominałem, jest to grupa dla mnie ogromnie znacząca, najważniejsza nie tyle muzycznie, co subiektywnie wspomnieniowo. Poznałem ich zaraz, zaraz przy premierze pierwszego, pół-amatorskiego klipu do Najważniejszego Dnia i nie wiedząc o tych wszystkich kultowych EPkach i OFFensywach, zawsze czułem, że jestem z nimi od samego początku. Przynależę do owej całej "pokoleniowości" i jestem z tego dumny. Ja też mówiłem słowa słodkie jak delicje, zakochiwałem się w tramwaju i na mieście, flirtowałem linijkami Terroromansu i poznawałem się z kimś ustami i palcami. Przyjmowałem zbyt entuzjastyczne epitety Stelmacha i brałem Trójkę na moje muzyczne sztandary. W Ameryce zapoczątkowali to The Strokes, w Zjednoczonym Królestwie Anna Gacek relacjonowała w kontekście 1:04 Take Me Out, a dla mnie indie rock zaczął się od Much.



W dzień koncertu teraz wrocławskiego jadąc (już) na uczelnię czytałem recenzję Ambrożewskiego ( o tej trudnej do wysłuchania na trzeźwo piosence. - Screenagers/Porcys także mają ogromną rolę w tej historii) i zainspirowany przeżyciami autora sam włączyłem po jakimś dłuższym czasie Terroromans LP. Wrażenie było faktycznie znaczące, nagle wszystko dosłownie wróciło. Wyświechtam starą metaforę, ale tak jak rzuca się kamień i po odgłosie uderzenia o dno można poznać głębokość, podobnie liczba wspomnień Powracającą Falą (od K. Vargi)  nagle postawiła mnie przed bolesnym pytaniem: czy my naprawdę jesteśmy już tacy starzy? Podążając tym porywem dawnej chwili postanowiłem eksperymentalnie słuchać w piątek tylko i wyłącznie debiutanckich Much, aby jeszcze bardziej zauważyć różnicę jaka zaszła przez te 5 lat.
Bo tak w ogóle, to moim ulubionym zajęciem przez te pół roku było hejtowanie ekipy Wiraszki. Po dramatycznym odejściu Piotra Maciejewskiego straciłem wszelkie złudzenia i nadzieję na to, że tak idealnie uzupełniający się duet kompozytorski nagra wielką płytę za mojego życia, na miarę dokonań Republiki czy Janerki. Byli jak Marr i Morrisey, The Edge i Bono, Cieślak i Lachowicz, Muniek i Sidney... Dobrze, dobrze, zgrywam się nieco, ale na pewno już nigdy nie będzie takiego lata...


Byłem już przygotowany na wszystko, nie było rzeczy o którą bym się nie mógł nie przyczepić (np. plagiat Sparklehorse w Zamarzam), ale niestety, stety - nowa płyta daje jednak radę. Oczywiście kompozycyjnie chcecicospowiedziec odstaje od reszty dyskografii, to ilościowa zmiana składu (+2 gitarzystów) zaowocowała realną zmianą brzmienia. Muchy są teraz głośniejsze, brudniejsze, bardziej niestabilne i soczyste. Wyrosły z gimbusiarnianych softowych klimatów czy ostrożnych Galanterii i grają już bardziej jak 30-letni faceci. Symbolem tej przemiany jest dla mnie koncertowe Half of that, które z nerwowej impresji o gówniarskich zauroczeniach stało się rozdzierającym songiem zimnym jak wtorkowy wieczór i rozedganym kaskadą bębnów; już mającym pełną świadomość straty połowy z czegoś. Po tym właśnie wykonie, tak bardzo pozornie wyważonym, męsko maskującym i wystudiowanym zrozumiałem jak najbardziej naturalne posunięcie w zespołowej metryce. Strasznie głupio to zabrzmi, przepraszam, ale przechodząc w dorosłość każdy z nas coś traci dla wzmocnienia i w tym kontekście odejście Maciejewskiego jako ofiary dwójki wpadającej z przodu zyskuje głęboki, mityczno-pokoleniowy sens. [Dzisiejszą audycję sponsoruje to idealistyczne słowo na "p"].

Paradoksalnie teraz jestem jeszcze bardziej tym rocznikiem '93 z liryków Wiraszki kiedy z entuzjazmem wykrzykuję w minucie czterdzieści siedem  odpowiednią nazwę miasta i mam tylko dla siebie to miasto ważnych spraw. Kiedyś byli Niewinni Czarodzieje, teraz mamy Notorycznych Debiutantów?
 Teraz wszystko jeszcze bardziej opiera się na charyzmie Wiraszki, który może niepotrzebnie krzyczy przez telefon, ale z większą nawet swobodą obracając słowa kręci letką i wróży z kart. Przykładem tej niechlujnej biegłości jest moja ulubiona polska zbitka ostatniego czasu zabytki stoją jak stały i pewnie będą tak stać/tlenione Niemki z wycieczek pękają w szwach. Chociaż targetem bardziej niż gimbuski celuje raczej w "facetów" to przy takich linijkach jak: nikt nie napisał o szesnastej/z niecierpliwości drżą mi palce bezsprzecznie utrzymuje rząd przedmaturalnych dusz. Ale to też coś więcej, hartowanie zanadto roztańczonych wyścigów w Wyjątkowo Zwyczajnie czy znów nieoceniona zabawa polską klasyką filmową w Łu. Pierwsza płyta zapewniała materiału na opisy GG na wiele tygodni, później Wiraszko schodził szerzej: od pełnej ekspozycji historii na których opiera się filmy '93 do przykazań zsyłanych przez trybuna ludowego w Ani słowa.




Ciekawe, że piosenka, która ostrzega mnie we Wrocławiu najbardziej, r o z p o c z y n a  płytę. Oprócz oczywistego adresowania jej w kierunku adeptów socjologii (każdej wiosny trenujesz soboty przypadkowych społeczeństw hehe) Rekwizyty niosą ze sobą podskórną obawę i przesadną nie-wiarę w życiowe mądrości. Jednocześnie przez tak dużą ilość ciepła znowu kogoś obchodzą nasze dziwne problemy i problemy z wiernością (by Janek Samołyk). Podobno używamy jednego języka, jestem po swojej stronie





PS. Wpis dedykuję z pozdrowieniami do Kanki, z którą nie byłem sam na opisywanym koncercie i która przypomniała mi wszystkie powody dla których wybrałem właśnie Wrocław.

czwartek, 12 lipca 2012

SP 7'' : Sun dancing through the sky



Grupa L.Stadt pięknie wyrasta na jednego z najważniejszych bandów w tym kraju. A właściwie już wyrosła, bo mamy do czynienia z chyba najlepiej prowadzonych karier w polskim światku muzycznym. Począwszy od momentu kiedy pierwszy raz o nich usłyszałem - trasa dyskretnie wspomagana przez firmę odzieżową razem ze spektakularnymi D4D, gdzie grali niewydaną jeszcze wtedy drugą płytę. Płytę, którą nagrali aż w Stanach Zjednoczonych ze świetnym producentem, co zawocowało bardzo mocnym El.P. Od tamtej pory - czyli właściwie już od półtora roku -zespół niemalże non stop gra koncerty objeżdżając Polskę nie jednokrotnie (w moich okolicach Częstochowy byli już 4 razy). Symbolem tej niestrudzonej strategii są największe festiwale w Polsce - rok temu grali fajnie na Scenie Leśnej OFFa, aby w miniony piątek wskoczyć na Main Stejdża Ołpenera. Nie zważając na brak większego zainteresowania ze strony opiniotwórczej blogosfery przekonują do siebie niedowiarków, a co wydaje mi się najbardziej wartościowym skutkiem - pokochała ich radiowa Trójka. Zajęli miejsce tak arogancko odrzucone przez Muchy stając się naczelnymi pieszczochami Stelmacha i spółki (zasłużona Szczota na OFFensywie Daluxe).

Można wreszcie mówić o czymś więcej niż zdobycie Polskiego Radia - L.Stadt odnosi naprawdę realne sukcesy za granicą. Zagrali kilkanaście koncertów na festiwalach indie, a po Tym Bardzo Ważnym - South by Southwest - bardzo pochlebnie wyraził się o nich sam lider Duran Duran. Zupełnie niepozorni i małymi kroczkami zagraniczne wojaże łodzian przynoszą wreszcie efekty - jak smutno jest teraz przypomnieć sobie o rozpaczliwych próbach Myslovitz czy niedomaganiach Pustek (cały czas trzymamy kciuki).

Trzeci album jest zwykle tym najważniejszym, bo decyduje o klasie i znaczeniu zespołu. Powinien być już najlepszy - po ogarnięciu brzmienia ma pokazać najpełniej umiejętności delikwentów. L.stadt natomiast szykuje się obecnie do wydania EPki z coverami country, za co trzeba ich bardzo pochwalić, bo jest to decyzja najlepsza z możliwych. Cały czas jest o nich głośno, spokojnie pracują nad własnym stylem i - co najważniejsze - oddają hołd swoim największym inspiracjom. You gotta move będzie bowiem zawierać nowe wersje klasyków rdzennie amerykańskiego rock'n'rolla, a L.stadt wszak nie kieruje się elektro songami, tylko hasłem "This record should be playing louder".

U.F.O. ,prezentowana tutaj "siódemka" jest utworem autorstwa Jima Sullivana. Nie będę się rozpisywać o samej kompozycji, bo jeśli łodzianie odebrali nauki prosto ze źródła amerykańskiej, musieli wybrać utwory co najmniej świetne. Bardziej istotny jest tu styl, który mieli sobie wyrobić, Gitara Łukasza Lacha jak zawsze ogranicza się do stylowego bicia akordów. W przeciwieństwie do 93% zespołów rockowych, to ona jest tutaj tłem muzycznym pozostawiając wolne pole dla sekcji rytmicznej. Adam Lewartowski po tym jak współprodukował płytę Izy Lach (<3) udowadnia swoje nieprzeciętne umiejętności obalając teorie o jednostrunowcach. To właśnie jego bas jest odpowiedzialny za niuanse melodyczne na przestrzeni całego singla. Nie poprzestaje na zwykłej wspinaczce do akordów, ale zdarza mu się przemykać do wyższych i cieńszych strun na wiele różnych sposobów z satysfakcją urozmaicając te dwa akordy na krzyż.

Dwie perkusje, itepe itede, ale L.Stadt jest chyba pierwszym zespołem, w którym przed odsłuchem ciekawiło mnie to jak i co zagrają perkusje. Także ta moja fanaberia została spełniona i bębny błyszczą w najbardziej wyeksponowanym miejscu, czyli w refrenie. Wściekła kanonada kotłów przetacza się po jednozdaniowym chorusie. Mało tego, w wersji koncertowej praca pałkerów prezentuje się jeszcze lepiej - Andrzej Sieczkowski, tj. Człowiek Od Stojącej Perkusji gra w każdej zwrotce zupełnie inaczej i ta różnorodność przeszkadzajek zasługuje na uznanie.

Nie może być przypadkiem, że zapętlałem maniakalnie U.F.O. akurat w czasie strasznej burzy, gdy cały świat stał się niesamowicie pomarańczowy. Pustynny klimat miałem zarejestrowane nie tylko na słupkach rtęci termometrów, ale także na moim playerze. Organiczne smugi syntezatorów, prześwisty powietrza, dziwne odgłosy zjawisk atmosferycznych i ich pochodnych tworzą niesamowitą całość z bębnami typu 'pustynna burza". I znowu - ciągle można wyczytać całe polaczkowe wywiady rozpływające się nad tym jak to Marcin Bors nagrywa wokale, w jaki sposób lol. W Texasie wszystko wydaje się oo wiele prostsze, niejako od ręki, przy okazji - wystarczyło dać dyskretny efekt wokalny, aby poprawić akcent Łukasza Lacha (czyt. zrobić go bardziej niezrozumiałym). Nagrywano podobno "na setkę"; muzyce mają szczęście, że znaleźli kogoś, kto potrafił zrealizować ich sekcję rytmiczną, która jak zwykle jest najważniejsza.

Pozostaje mieć teraz tylko nadzieję, że gdy oczy całego kraju zwrócone są wreszcie na ten łódzki zespół, docenią ich wszyscy mniej lub bardziej wpływowi słuchacze muzyki. Docenią i zrozumieją jego klasę i brzmienie, bo nie ma zbyt wielu kapel tak świetnie reprezentujących nowoczesnego rocka. Doskonałe country nie musi pochodzić aż zza oceanu.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Guilty playlist pleasures

wpis nie-hipsterki. mainstreamowy

Niestety ostatnio narzucane jest mi słuchanie radia. Muszę od razu zaznaczyć, że używam tu teraz pogardliwego znaczenia tego słowa (z małej litery) dla określenia tych okropnych komercyjnych stacji nadających muzykę do większości polskich odbiorników. Które mają tak straszliwe urządzenie jak "playlista" w której znajdują się wygenerowane komputerowo utwory mające "polecieć" w eterze, czyli jak nie zapłaci za to ogromna wytwórnia, albo piosenka jest zbyt "trudna" to nie ma szans na emisję. I słyszymy po raz tysięczny te same piosenki, które każdy zna na pamięć. Nieszczęście polega na tym, że takie stacje są najbardziej dostępne dla takich ludzi jak mój starszy brat, który nie ma gustu żadnego. I musiałem tego słuchać i moja alternatywna natura płakała.
Miałem przy okazji dużo czasu do myślenia wtedy, więc jakoś wsłuchałem się jednak w ten cały szit i podjąłem próbę fachowej analizy.

Zacznijmy od zera. Cie szmy się z ma łych rze czy bo wzór na szczę ście w nich zapisa ny j est. I uczmy się sylabizować i klaszczmy jak w przedszkolu. Nie wiem też jak stoi cena piasku, ale obawiam się, że kryzys nie ominął także tej gałęzi gospodarki. Małe rzeczy - podobnie jak małe są zdolności Sylwii Grzeszczak.
Możnaby tłumaczyć ją błędną reformą edukacji, ale przypominają o sobie panowie z "legendarnego" Lady Pank w piosence Z dachu popisując się takimi rymami jak strachu-dachu. Jak to powiedział kiedyś Mikołaj : "To już nie są rymy częstochowskie, tylko jakieś parzymieskie". Obawiam się, że powinienem wkleić cały refren. Jest to istotne, bo panowie udowadniają, że naprawdę, ale tak naprawdę "mają jeszcze jaja". Aż po dwa w każdym refrenie.   Z dachu dla jaj oglądaj kraj/najlepiej gdy przychodzi maj/wesoły bądź na dachu siądź/całkiem bez jaj piękny to kraj.  (pozdro dla Sylwii i całe życie byłem przekonany, że tam śpiewają o jakimś Stachu).
Z zagranicznych wykonawców znienawidziłem Bruno Marsa, który NIE nagrał "przeboju lata", ale muszę słyszeć go jakieś 3 razy dziennie. A na początku lipca było jeszcze gorzej... Swoją drogą nie ogarniam jak tam, gdzie nie można się wyżygać we wszystkich godzinach przed 22 słyszymy jak jakiś koleś opowiada o tym, że uprawiałem całkiem fajny seks. Gra na bałałajce, fristajler 'ebany.

Rozczarowała Beyoncé, która w Best thing I never had nachalnie próbuje wcisnąć nam swoją "wielkość popu". Szkoda, bo przecież niegdyś umieszczała na plajlistach takie bangery jak Crazy in Love czy Halo - to drugie napisane przez frontmana One Republic; szkoda, że nie zatrudniła tym razem jakiegoś Chrisa Martina. Polska "królowa" - Edyta Górniak (lol) - też wreszcie powraca, a On the run nawet niezłe, a rytmicznie intro potrafi zaskoczyć nawet takiego obsluchanego z King of Limb mnie. Jeśli w tytułach królewskich jestem, to fajnie, że powrócił trochę do radia Michael Jackson, bo Hollywood Tonight jest całkiem na jego poziomie, a refren wzorcowo wjeżdża ze zwrotki. Wspomnę jeszcze, że tak się nasłuchałem w radio The Police, że nie chce mi się odsłuchać ich klasycznego podobno Synchronicity. Ok, Every breath you take jest świetne (szczególnie jak w końcówce pocina tam gitarką Summers, czysty The Edge), ale nie rozumiem, dlaczego ma być tak archetypiczne dla gatunku radio-friendly.

Teraz w tym miejscu muszę się przyznać, że kilka razy odczułem przyjemność z dźwięków w głośnikach.


Nic nie poradzę, że to mnie bierze i buja i generalnie jest super. Wakacyjnie, tanecznie, z wyraźnym latynoskim feelingiem. Radiohead czegoś takiego nigdy nie nagra, więc cieszmy się fajnym popem ;) +świetne "suche" trąbki.
 




(mam pewność siebie Dejnarowicza i nie wstydzę się tego!) 
Tak, to też lubię. Można się śmiać z Jej fanek, ale dobrego głosu nie można odmówić. I takich mocnych gitar normalnie w radiu się nie uświadczy. Nie wiem w czym to bardzo gorsze od takiej Pink. No i jest ładna :D Oczywiście do Alison nie ma startu, ale zachowując proporcje i pamiętając o plastikowym szicie w innych zetkach - dlaczego nie.




To już jest jakiś fenomen. Wszędzie to grają, wszyscy to lubią. Pierwsze miejsca na Popliście i na Liście Trójki też. Doznałem prawdziwego szoku jak nawet mój brat to podśpiewywał, a 3-bratanek to już w ogóle. W sumie całkiem dobry utwór, trochę toporna rytmika, gitarzyści się męczą, ale to brzmienie góralskie musi być. Ale prawdziwa zabawa zaczyna się od końcówki, jakoś 2:30 na teledysku, od mostka. Ostatni refren to kapitalna perkusja i ogólne szaleństwo. Szkoda, że nie pociągnęli tego bardziej, bo ostatnia minuta tego utworu to jedna z najlepszych w polskiej muzyce w ogóle w tym roku.
Nie sposób nie wspomnieć tutaj o wokaliście, którego góralskie geny zabijają masę kobiet. Jak mówi Jutub : "nie wiem w czym się bardziej zakochałam - w Bułecce czy piosence?". Ale nie rozumiem, ale jako frontmen radzi sobie całkiem widocznie nieźle. Nareszcie jakiś porządny "Przebój Lata". Też dobrze.

Mam nadzieję, że to ostatnia taka moja relacja i nie będę musiał się umierać przy tych komercyjnych stacjach.

APEL! W ramach zadośuczynienia Trójce proszę o taką małą inicjatywę z Waszej strony. Jeśli kiedyś coś wam gdzieś wyskoczy w czasie surfowania po necie jakaś ankieta "na temat muzyki w radiu" - proszę, nie zamykajcie tego. Zaznaczcie wszędzie Trójeczkę, aby zdobyła lepsze wyniki słuchalności i więcej kasy z reklam. Podobno to ważne.
Kochajmy i doceniajmy Trójkę.

niedziela, 24 lipca 2011

Back to black



Dowiedziałem się tego jadąc samochodem dokładnie o 21 z serwisu informacyjnego Trójki. I Anna Gacek chyba płakała. Słuchałem przez jakieś pół godziny wcześniej Listy Osobistej Metza i mówił coś o Amy, puszczał piosenki, czytał listy fanów, że wielka szkoda, ale myślałem, że chodzi o to, że dzisiaj jest ten festiwal w Bydgoszczy na którym miała dać koncert i dlatego ludziom jest szkoda. Fajnie grali. Słyszałem Where did you sleep last night Kurta i All along the watchtower Jimmiego, a wcześniej na Myśliwieckiej (3/5/7) włączyłem akurat na So real Jeffa Buckleya. I się cieszyłem, że przypominają legendę i nie zauważyłem związku tego wszystkiego.

Trochę byłem w szoku. O ile nie dziwiły mnie za bardzo Jej ostatnie popisy na scenie i odwołanie tego pierwszego polskiego koncertu (kiedyś Ziółkowski mówił, że nie zaprosił Jej na Ołpenera, bo nie było pewności co do formy Amy), bo były jakby częścią jej wizerunku to teraz... Właśnie, wizerunek. Nikt się tego chyba nie spodziewał, wszyscy byli przekonani, że taka właśnie Winehouse jest i pozostanie "sobą". Przecież chodziła na odwyki, a to nie są już czasy lat 70tych, kiedy wielcy muzycy masowo umierali przez narkotyki. I myśleliśmy, że wróci triumfalnie na jakieś Glastonbury i zrobi niezły interes na wywiadach o "powrocie do życia" i wyda nawet książkę o "wyjściu z nałogu". Ale udało jej się. Weszła do słynnego "Klubu 27" i jest teraz wymieniana obok Cobaina, Hendrixa, Morrisona. Ale okazała się bardziej tru.

Obecnie w muzyce nie było chyba ważniejszej wokalistki. Lady Gaga nie jest człowiekiem, Madonna to trochę już przeżytek, jakiejś Katy B nie znam w ogóle, z innych z UK też można się śmiać, a Adele to przecież podróbka Amy tylko i jedzie cały czas na stylistyce retro zaczętej przez Ronsona & Winehouse. (w tak podniosłym momencie można zapomnieć o PJ Harvey, czy Bjork...). Właściwie to w czasach, w których liderzy "największych zespołów rockowych" angażują się w każdą akcję charytatywną Amy była ostatnim prawdziwym rockmanem. Muzykiem, który całkowicie zatracił się w urokach życia w trasie i zgubił się w narkotykach i alkoholu. Mam na myśli ten archetyp "sex, drugs & rock and roll". Ogromny sukces muzyczny prowadzi dzisiaj do wegetarianizmu, sławnej żony i mecnastwa nad jakąś szczytną akcją.

To wszystko sprawia, że Amy Winehouse przejdzie niedługo do legendy. Prawdopodobnie. Nie mamy obecnie lepszych muzycznie straceńców, a Back to black jako wyznacznik nowego stylu retro dla takich wokalistek jak Duffy czy wspomniana Adele było jednym z najważniejszych wydarzeń w ostatniej dekadzie. Dlatego jej śmierć jest tak ważnym wydarzeniem. Wiem, że dużo ludzi płacze, ale jednak wydarzeniem bo nieczęsto na naszych oczach dzieje się historia. Wydarzeniem, bo odniosłem bardzo niemiłe wrażenie, że wiele ludzi bardziej płacze nad tą ćpunką niż nad prawie 100 osób zabitych w zamachach w Norwegii.
Pamiętajmy o tym.

Szkoda takiego talentu. Odszedł chyba najlepszy głos jaki mieliśmy obecnie w muzyce. Potężny głos. Wyrazisty i brudny. Głos mający w sobie prawdziwą bezczelność i charyzmę. Moc i klasę. Nie było lepszej "nowej Janis Joplin". A oczekiwania były przecież ogromne. Szkoda mi jej fanów, bo 2 płyty to trochę słabo. Była sama sobie trochę winna tym całym nałogiem, a trochę jest też winien przemysł muzyczny i to, że nikt nie potrafił jej pomóc. Ale szkoda, że jednak udało jej się z sobą skończyć.
Amy, ty dziwko.

Amy Winehouse - Valerie by dinopoli