background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seen live. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seen live. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 grudnia 2015

WROsound relacja 2/2: Koncertowe adaptacje



Dead Snow Monster
Bezbłędnie rasowy koncert gitarowego power trio, wyciągnięty z podręcznika rock 'n' rollowych zagrywek. Niespożyta energia charakterystyczna dla wszystkich młodych śmiałków popchnęła ich nawet do zabawy Beatlesami w bezpretensjonalnej i całkiem cool wersji Tell me why. Borys Dejnarowicz ta opisywał geometryczną sprawność The Strokes w sile wieku: "mają gitarzystów tak sprawnych, że są w stanie obijać się o siebie, o kolumny, o Casablancasa w trakcie występu". I tak samo było w załodze Dead Snow Monster na scenie Impartu, która aż kipiała energią prostych, ale zaraźliwie chwytliwych zagrywek - przesunęli szybkość piosenek do kresu skali i utrzymali tempo do samego końca. Wydawało się, że ostatnimi dźwiękami koncertu będzie mała śmierć ostrej destrukcji wzmacniaczy gdy Śniegowy Potwór raz jeszcze odrodził się w niesamowitym chorale a'capella. Przypominało to ludowe obrzędy starych kowbojów z merkuriańskiej prerii wysuszonej czerwonym światłem zachodzącego Słońca.

Enchanted Hunters 
Nieodparcie urocza adaptacja baśni do XXI wieku. Małgorzata Penkalla i Magdalena Gajdzic zaczynały swoją karierę w lesie - nie dosłownie, nie że mało umiejętnie, ale skromne klimatem i zwiewne akustycznym instrumentarium. Teraz ich historia nie toczy się w bezczasie "za siedmioma górami" ale dorastając dopuściły do siebie rzeczywistość z jej nowoczesnością. Melodie prowadzone były na koncercie elektronicznym bitem i elektrycznym basem tego gościa z Kristen. Enchanted Hunters roztoczyli czar opowieści nad całą salą teatralną Impartu, ale każda pouczająca baśń musi zawierać w sobie element mroku. Tak jak można zdziwić się brutalnością u braci Grimm, tak samo nieswojo poczuliśmy się słuchając nie spodziewanych żartów, ale tragicznych wieści Michała Bieli. Po których na parkiet wszedł najbardziej frapujący i kruchy taneczny bit przyklejający się minimalizmem techno rytmu. DISCOmfort.

Ukryte Zalety Systemu
To nie był koncert w rozrywkowym znaczeniu tego słowa. Nazwałbym go bardziej wystąpieniem mającym przedstawić racje i poglądy punkowej kapeli wkurwionej na rzeczywistość. UZS mają bardzo stanowczy i zdecydowany przekaz poparty równie mocną warstwą muzyczną. Trochę jak Cool Kids of Death, ale wrocławski zespół nie odpuszcza surowej drogi do celu na rzecz dyskotekowych eksperymentów. Bas Huberta Kostkiewicza ustawiona na równi z gitarą i perkusją ogłusza niezdecydowanych skandowanymi sloganami ujawniającymi drobne przyjemności kapitalizmu, a despotyczny elektrowerbel uderza mechaniczną, niemal industrialną zimną powinnością - etosem Anteny Krzyku.

Stary Malenka 
Występowali na trzeciej, mniejszej scenie w Galerii Impart i sprawiali wrażenie jakby zatrzymanych w pół drogi pomiędzy muzealną kameralnością i areną koncertową. Niezwykle ciekawy występ właśnie artystycznie; skupiony na tekstowych niedopowiedzeniach i brzmieniowych wieloznacznościach. Z dwiema gitarami, skrzypcami i - najbardziej znaczącym - plastycznym wokalem Agi Podolan. Interesująco frapującym; zresztą druga połowa duetu, Kamil Dysiewicz także rozumie zasadę "mniej niż więcej" - urywając refren intymnego coveru Wonderful life ("no need to run"). Warto czekać na ich debiutancką EPkę, którą (brejking!) właśnie nagrywają - ciągle szukają swojego głosu i poziomu głośności.

Moire Pop
Najlepiej zapowiadający się wykonawca WROsoundu. Wyciągnięci gdzieś z piwnicy zagrali swój pierwszy koncert w historii, niektóre piosenki absolutnie prezentując wrocławskiej publiczności. Wszystkie były świetne - wysmakowane brzmieniowo i przebojowo chwytliwe, bez zbędnych wstępów dziejące się tu i teraz. Maksymalnie satysfakcjonujący występ elektroniczny - z taką perkusją i modyfikacjami śladów w czasie rzeczywistym. Nie przypominam sobie w Polsce podobnie kunsztownego brzmienia przywołującego echa przestrzennego french touch'u z Air France na czele. Oczywiście wszyscy kojarzą Kamp! czy We Draw A, ale ich formuła chyba powoli się wyczerpuje. Czas na Moire Pop.

Ventolin
"My name is Ventolin and I don't use computer". Po takiej zapowiedzi można by się spodziewać akustycznego i wyciszonego songwritera - nic bardziej mylnego. Czeski akademik projektuje elektronikę na zagadkowych, na wskroś analogowych przyrządach i swoimi ekscentrycznymi zapowiedziami prowadzi niestrudzoną zabawę taneczną. Na ustawionym za sceną ekranie było widać wizualizacje i cień głowy Ventolina, która wśród kolorów animacji wyglądała jak kadr z kreskówki. I on sam właśnie tak się zachowywał - wyjęty z innej bajki szalony konstruktor podrygujący rytmem i kolejnymi niebanalnymi pomysłami na dźwięki. Niesamowita, odpowiednio odklejona od rzeczywistości impreza.

sobota, 21 listopada 2015

Keep it to a silence, take it to a whisper


Sister Wood
Moico Enjoy Music
19.11.2015
Szklarnia

Internacjonalna historia Sister Wood przypomina trochę metryczki zespołu Tres B. Tam też mieliśmy polskiego muzyka, który ściągnął do środka Europy swoich zagranicznych przyjaciół. Dla sióstr Wood takim kimś był perkusista Łukasz Moskal (grający też z Nosowską). Czynnik piękna basistki Tres B. Misi Furtak zostaje analogicznie zachowany nawet w dwóch osobach - pochodzących z Anglii Sarah i Rachel. Śpiewające rodzeństwo jest teraz "rising star in Poland" z entuzjazmem koncertując i zapoznając się z polską publicznością. Muzyczna aklimatyzacja zakończyła się chyba sukcesem, skoro porównania do innych wykonawców biegną u mnie tylko rodzimym torem.

Przede wszystkim do Julii Marcell - miałem wrażenie, że na środku sceny ustawiono lustro, w którym przeglądały się oba wizerunki z lirycznych początków kariery polsko - berlińskiej artystki. Po jednej stronie skromne pianino wybijające cząstki akordów, a po drugiej ornamenty skrzypiec dodające kolejną warstwę urokliwej mgiełki (no szkoda, że Julia nie ma siostry). Dodatek bębnów już wyraźnie odnosił się do nowej Marcell z Sentiments - narastające chórki These words do złudzenia przywoływały Halflife. To w ogóle bardzo ciekawe autorskie połączenie Sister Wood - eteryczne damskie głosy i głośna, garażowa perkusja; trochę z konieczności małej sali Szklarni. Bębniąca jak u muzycznej siostry wspomnianej Julii Marcell,  Izoldy Sorenson (Cosovel). Grały przecież kiedyś ze sobą i tak mogły rozgrywać się na scenie ich charaktery.

Ze względów technicznych sali i technicznych umiejętności pałkera, bębny były faktycznie najbardziej znaczącym instrumentem Sister Wood, narzucając kształt utworów i głębokość brzmienia. Równowaga rytmów jest zasługą Rachel bawiącej się lżejszymi wstawkami (more cowbell!). To dzięki entuzjazmowi dziewczyn przyciężka być może perkusja zyskiwała takiej swobody, że miejscami mogłaby zagrać w tanecznym singlu Kylie Minogue. Debiutancka płyta sióstr Wood nosi nazwę Language Barriers, ale nie zauważyłem większych różnic w zabawie. A nawet te kulturowe różnice zadziałały w stronę inną niż można by się spodziewać, bo Polacy nie chcieli... śpiewać. Co prawda, klaskali (oczywiście na raz i trzy), ale gorzej z melodią. Może zawstydzeni bezpośredniością prośby od tak ładnych dziewcząt, ale ja na przykład za nic nie chciałem burzyć idealnej harmonii załamujących i wznoszących się głosów panien Wood.



poniedziałek, 12 października 2015

Powoli wypuszczać powietrze

Król
11.10.2015 
Wrocław, Neon Side


Król to the xx z wąsami
Kto wie, być może właśnie typowo polskie (trójkowe) przywiązanie do cięższej muzyki gitarowej skłoniło go do porzucenia Macbooka Maurycego Kiebzak-Górskiego z Ul/Kr i kontynuowania solowej kariery w szerszym składzie koncertowym. Bez złośliwości trzeba jednak przyznać, że ze zrozumieniem panował nad głośnością obu gitar i oszczędził nam bluesowych zagrywek. Więcej było tam posępnego industrialu, a zwarta motoryka ostatnich utworów dała szansę sprawdzić jak brzmiałby Zoo Station gdyby U2 wylądowało po wschodniej stronie Muru Berlińskiego. Najbardziej znaczący dla zachowania klimatu był niewątpliwie udział perkusisty Mateusza Rychlickiego, znanego oczywiście z zespołu Kristen. Jego malutkie improwizacje rytmiczne i dynamika ciepłych uderzeń w analogowy talerz odpowiednio przekonująco niwelowały sztuczność elektronicznej poświaty.

Surowe zagrywki Króla mogły mogły przypominać gitarowy temat do Jamesa Bonda, ale równie dobrze zilustrowałyby polską klasykę (pop)kultury. Świetnym pomysłem na Narodowe Czytanie Lalki okazało się połączenie aktorskiej recytacji z podkładem muzycznym wykonywanym na żywo przez polskich artystów alternatywnych (Bajzel! Bobby the unicorn!!). Liczę na rozwinięcie podobnych inicjatyw, bo piosenki Króla wprost idealnie pasowałyby do poezji romantycznej. On sam dawał przykłady nastrojów narodowych nie tylko iście sarmackim wąsem, jak również kluczowymi frazami wieszczów. W tekstach angielskich hipsterów próżno szukać "Zaklęć" "Legend" czy "trzech zdrowasiek" a starannie dobrany sweter z angory na pewno nie gryzie jak ten z Powoli. Różnica pomiędzy oryginalnym, a polskim the xx najwyraźniej ukazała się w tekście o piesku. Angielskie słowo "puppy" jest uosobieniem sielanki i łagodności, podczas gdy "Szczenię" niewygodnie kąsa i szeleści swoim metalicznym odgłosem.


 

środa, 17 czerwca 2015

ENL: Wyobraź sobie, że zawsze masz czas


Lech Janerka
12.06.2015, BARBARA, Wrocław, Parapetówka Barbary.

Wrocław zaczyna świętować.
Europejską Stolicą Kultury zostanie dopiero z początkiem 2016 roku, ale już teraz całe miasto żyje nadchodzącymi wydarzeniami. Następny weekend przyniesie prezentację programu ESK (podczas wielkiego widowiska, na stadionie), a miniony sprezentował Wrocławianom dwa darmowe koncerty. W piątek na parapetówce Barbary (infopunkt/kawiarnia/kultura) zagrał Lech Janerka, a sobotnią Europejską Noc Literatury przedłużył zespół Świetliki. Legenda wrocławskiej alternatywy i krakowski bard/pijus Marcin Świetlicki to artyście zaprawdę ponadczasowi. Nie chodzi tylko o miejsce w Historii jakie sobie zapewnili, ale przede wszystkim o ich własny sposób postrzegania czasu. Jednostkę którą mierzą upływ wydarzeń i perspektywę oddalania się od trwających momentów.



Lech Janerka już od dawna nigdzie się nie spieszy. Ostatnią płytę (Plagiaty) wydał 10 lat temu, a nowy materiał ponoć istnieje - z tym że muzyk nie znalazł jeszcze czasu na spisanie słów piosenek. Nie wiadomo więc jak ze spełnieniem artystycznym, ale zdaje się, że Janerka osiągnął życiową harmonię. Dokładnie taką jaką wymarzył sobie w piosence Wyobraź sobie o kołysaniu się na malachitowym tle. Gra punka i reggae, a nawet jeśli śpiewa coś od rzeczy, pozostaje uosobieniem terminu "stoicki spokój". Wysunięty berecik przypomina łebek żółwia, choć zupełnie odrębna specyfika sylwetki Lecha odsyła do figury nieruchomego derwisza wspartego na lasce kilkanaście centymetrów nad ziemią.

Barbara miała swoją parapetówkę, więc można byłoby wybaczyć jej ewentualne niedoskonałości, ale wszystko jest dobrze i wszystko w sam raz. Retrospektywny charakter setlisty i doświadczenia wypisane na twarzy samego Janerki pozwoliły mu przywołać dawną, legendarną odsłonę Baru Barbara z lat 80-tych. Bardzo dobrze, że upomniał się o obecność w menu kremu sułtańskiego, a koordynatorzy (Joanna Męczyńska i Marek Gluziński) zadbali o jego obecność po latach w tym samym miejscu.

Świetliki
13.06.2015, Arsenał Miejski, Wrocław, Europejska Noc Literatury.



O ile Lech Janerka wybrał duchową emigrację poza czas, to zespół (brutalnych doświadczeń) Świetliki ucieka z rzeczywistości w zgoła inny sposób. Za pomocą alkoholu. Tkwią w tym samym miejscu, boleśnie kręcąc się w kółko. Jak w szyldzie ekipy - bywa nieprzyjemnie. Zdarza się tępe odbijanie od ściany do ściany, a a nawet pełen rezygnacji bluzg rzucany na odpierdol się (Gotham). To wszystko jednak groźnie wyglądające rekwizyty, plastikowe kubeczki z whisky kupione w Żabce za rogiem. Pod całym tym brudem, przesterem (pozerem?) i ogorzałą gębą kryją się ogromne złoża melancholii. Bo przecież nigdy papieros nie będzie tak smaczny, a wódka taka zimna i pożywna; już nigdy nikt nie bedzie mówił o używkach z taką tkliwością i umiłowaniem. Spod rozrzuconych gratów wyziera się światełko iście barokowo harmonijnych aranżacji. Tak jak przestrzeń instrumentalium jest wyraźnie inspirowana wczesnym U2 (z czasów The Unforgettable Fire), tak samo słynne Zrób mi nieporządek w chaosie okazuje się być trawestacją... Belle and Sebastian piszczących Colour my life with a chaos of trouble.
Niechlujne pijaństwo? Nic z tych rzeczy. Szeroki gest, krakowski spleen i pogodny letarg w półkroku do gwiazd.


PS. Pewnej Osobie chciałbym zadedykować wers niekoniecznie od Świetlickiego, ale z Janerki: "Nie musisz jeść i nie trzeba też spać"

piątek, 17 kwietnia 2015

JnO: The right stuff

(fot. Sławek Przerwa)


Seamus Blake Quartet
15.04.2015, sala teatralna Impartu
51. Jazz nad Odrą


Zespół Seamusa Blake'a nieustannie gonił dźwięki. Lider swoją grą na elektronicznym klarnecie (a przynajmniej czymś co przypominało taki instrument) starał się upodobnić do brzmienia keybordu. Robił to tak skutecznie, że trudno było rozróżnić który z panów gra określoną partię. Wykonanie niewątpliwie efektywne technicznie, ale mam wątpliwości, jak bardzo efektywne okazało się dla słuchaczy jazzowych. Dla mnie, który kojarzy "klasyczny jazz" tej elektroniki było trochę za dużo, a dźwięk elektronicznych klawiszy był raczej kanciasty; dźwięki Blake'a kołatały się jak w kartonowym pudełku. Uwolnienie przyszło razem ze zmianą instrumentu artysty. Kiedy brał do ust saksofon jego gra od razu stawała się szybsza, bardziej swobodna i pływająca pomiędzy klasycznymi ramami taktowymi.

Seamus i spółka gonili też za rytmem. Kotłujące się metrum mają chyba w standardzie, a na koncercie dokładali sobie jeszcze kolejne warstwy niespokojnego automatu perkusyjnego. Oczywiście nie znam się na pod-gatunkach jazzowych, ale takie zabawy taktem oznaczają chyba coś w rodzaju awangardy. Na szczęście Quartet ma świetnego perkusistę - Jordan Perlson samodzielnie wytyczał ścieżki gdy nagle wystrzeliwał przed kolegów dynamiką i głośnością solówek. W sytuacji, gdy większość tonów stawała się rozmyta i nie gubiła genezę podstawowego instrumentu, jego wybuchy stawały się najbardziej wyrazistą częścią koncertu.

Patrząc na sylwetkę kanadyjskiej gwiazdy, można nawet pomyśleć, że ciało uciekało z samego Seamusa Blake'a. Postawny korpus umieszczony na chudych (lol) nogach może oznaczać gonitwę za coraz to nowymi gatunkami. Jak już wspomniałem, bardzo dużo było tam elektroniki, ale znając współczesną alternatywę nie były one aż takim zaskoczeniem. Kosmosu szukał i chillout z początków lat dwutysięcznych, a wcześniej sam David Bowie z Brianem Eno. Swój występ na scenie impartu Seamus Blake zakończył utworem Send in the Clones, którego pulsujące intro zwracało prosto do równie mieszających w elektronice występów The Notwist.


(fot. Sławek Przerwa)


Lars Danielsson 5tet - Liberetto II
15.04.2015, sala teatralna Impartu
51. Jazz nad Odrą


Zdaje sobie sprawę, ze moja relacja z Jazzu nad Odrą może być niedoskonała, nieznająca się i w ogóle taka sobie. Na szczęście występ Larsa Danielssona zawierał akurat to, na czym się znam - gitary. Oczywiście duński przyjaciel Leszka Możdzera jest wirtuozem kontrabasu, ale sposób w jaki traktuje ten instrument pozwala mi odnieść się do moich "doświadczeń" z gitarą klasyczną. Delikatne muśnięcia samych strun jak również traktowanie ich w sposób bardziej perkusyjny pokazywały wszechstronność jego użycia. Każde przesunięcie po gryfie stanowiło oddzielną frazę tak wyrazistą, że solowe nuty Larsa nie potrzebowały jakiegokolwiek innego tła.

Był to koncert na wskroś akustyczny. Chodziło w nim nie tyle o pieczołowite dobranie instrumentów, ale oddanie klimatu każdego wydobywanego dźwięku. Rozchodził się on później w przestrzeni tak swobodnie i przejrzyście, że w jeszcze w trakcie wędrówki łączył się z innymi ścieżkami. Wysoka trąbka była naturalnym przedłużeniem fortepianu, a niższe tony kontrabasu uzupełniały uderzenia perkusji. Oczywiście bardzo spokojnie i zawsze harmonijne. To bardziej melodia dyktowała fakturę rytmu niż sam perkusista. Struny drgały w obrębie samych akordów - jeśli już muszę porównać to do jakiegoś bardziej przystępnego britpopu, to bardzo umiejętnie gra takim klimatem Noel Gallagher na swojej najnowszej płycie (szczególnie The Right Stuff).  

Takie podejście do brzmienia jest tym, czego ja - indie dziecko Trójki - szukam w jazzie najchętniej. Staranność wykonania, oparcie się dyktatowi słów i melodii, a przede wszystkim rozumienie najważniejszej roli każdego dźwięku. Żadnego nie można opuścić, czy przemilczeć w złym odsłuchu, bo samo przesunięcie się strun ustawia całą kompozycję. Przejrzystość i czystość wyrazu każdego instrumentu - na wrocławskim festiwalu oba te elementy są gwarantowane. Nie chodzi przecież tylko o parametry techniczne, a przede wszystkim o wybitnych wykonawców, którzy potrafią pokazać dźwięki z ich najlepszej strony.




niedziela, 5 kwietnia 2015

Daj siebie unieść


Domowe Melodie
30.03.2015 
Wrocław, Klub Eter

Miód z cukrem - tak słodkie są Domowe Melodie. Zgrabne określenie autorstwa mojej koleżanki Kasi jak ulał pasuje do natężenia miłych rzeczy lepiących się do słuchacza koncertu sympatycznego zespołu. Muszę przyznać, że nie byłem fanem tak upstrzonej cukierkami estetyki; troszkę mnie mdli, ale znowu nie tak bardzo. Uwiera mnie bardziej nieufność - figle Domowych Melodii jaskrawo jawiły mi się jako zabawa dla zabawy, a kreacja sceniczna przypominała bardziej kabaretow; żarty były zbyt oczywiste - czy to wtrącenie brzydkiego słowa, czy mało odkrywcza skłonność do ciekawych Brzydali.




Może i patrzyłem na Domowe Melodie z przymrużeniem oka, ale cały czas musiałem się zgodzić z tym, że dają nam bardzo dobry koncert. Uratowało ich to co kiedyś Czesława Mozila - sprawność wykonania i ciekawie potraktowana instrumentalizacja (btw. "hipsterski Czesław Śpiewa" - kolejny zgryźliwy slogan o zespole). Tylko trzy osoby na scenie, ale znalazło się miejsce na mniej inwazyjny zestaw perkusyjny, nawet wiolonczelę i obowiązkowe pianino. Podszedłem bliżej aby stanąć na wprost pani wokalistki i dałem się uwieść urokliwym piosnkom. Balladom wreszcie o uczuciach, a nie o freakach, Zbyszkach i (pewnie sympatycznych) Świnkach. Marudzę; innym do szczęścia wystarcza czysty ubaw z dziwności, ale ja potrzebowałem czegoś poważnego do wzięcia w nawias. Ciemna niepewność taka jak Tu i teraz nie mogła znaleźć lepszego adresu do stępienia pazurów. Gubi mnie widoczność, a raczej jej brak - wstydliwe wyznania jak te potrzebują właśnie skromnej oprawki i delikatnego głosu.




Gdy już się tak utuliłem i zakołysałem, doszło do nieuchronnego rozbicia kameralnego klimatu - zabrzmiała wyczekiwana Grażka. Viralowy hit o... aborcji (?). Z całym nowo zdobytym szacunkiem do Domowych Melodii, przypuszczam że ciężko byłoby zdobyć im aż taką popularność piosenką o bardziej konwencjonalnym temacie; mamy tu pewnie do czynienia z jakimś socjologicznie istotnym obaleniem kolejnego tabu kulturowego. Być może kieruje mną poczucie abstrakcji faceta, ale chyba nie powinno się mówić o takich sprawach ot, tak prawda? Z drugiej jednak strony refren - i całą piosenkę - ratuje jeden z bardziej cudownych wersów w piosenkach po polsku - daj siebie unieść. Świeżość i prostolinijność tego stwierdzenia pięknie odrywa od przyciężkiego tematu i odlatuje gdzieś w okolice upliftingowych przesłań mojego ulubionego U2 (lift me upon your shoulder, the goal is soul, you elevate my soul, etc...).




Bawiłem się bardzo dobrze, same ładne piosenki no i uśmiech często gościł na mojej twarzy. Cały czas mam jednak problem z tym zespołem. Wzorzyste szlafroki i pluszaczki upodabniają ich do teatrzyku dla dzieci - pełnego hurraoptymizmu i zabawek na każdą okazję. Kolejne bisy mogły zmęczyć mniej czekających, a ostatnia piosenka do P. Prezydenta niepotrzebnie moim zdaniem odwraca się ogonem od jakiejkolwiek polityki. Można się zamknąć w mydlanej bańce, cieplutkiej i oderwanej od rzeczywistości - pytanie tylko na ile to ma sens we wszystkich dziedzinach życia. Koniec końców, dobrze jest wierzyć w cudowne miejsce poza czasem i poza trendami, gdzie trójka przemiłych człowieczków żyje w miłości do świata i gra sobie co dnia i do snu Domowe Melodie.


PS. Przy okazji gratuluję Twórcom jednej z najbardziej ironicznych i paradoksalnych piosenek jakie mógłbym sobie, ja osobiście wyobrazić. Jacósiu. Bardzo zabawne.

PS2. Szkoda, że nie było Krupy, mamo dziękuję za bilet <3 p="">

wtorek, 17 marca 2015

Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band


Olivier Heim, Stary Klasztor, Wrocław, 10.03.2015.


Gdyby Olivier Heim nie pochodził z Holandii, nazwałbym go "polskim Erlendem Oye".
Szybko zapominamy o sprawach narodowości i uprzedzeniach dotyczących przedstawicieli zuchwałego Zachodu gdy prezentująca się na scenie osoba przejawia tak wiele znajomych cech słowiańskiego sentymentalizmu. Dodajmy, z całą jasnością falowanej blond grzywki.

Olivier całym sobą mówi, że "jestem trochę shy" co spotyka się z całkowitym zrozumieniem przy pojedynczo zastawionych stolikach widowni. Nie wiadomo kto czuje się bardziej nieswojo, ale szybko tworzy się cicha nić porozumienia. Pan Haim nie jest może najlepszym konferansjerem, ale talent konwersacji po polsku opanował w stopniu bardzo zadowalającym - i wywołującym odruchowy uśmiech na twarzy.

We Wrocławiu był sam, ale przestrzeń na scenie wokół Oliviera zajmują czasem jego nowi przyjaciele z zespołu - Michał Biela na basie, Małgorzata Penkalla z Enchanced Hunters i Igor Niforow ze perkusją. Zebrał ich po rozstaniu ze znanym-lubianym Tres B i po odejściu od wcześniejszego projektu solowego - Anthony Chorale. Teraz jest po prostu Olivierem Heimem, bo jak mi powiedział "chciałem się sfokusować na sobie". Nie znał akurat tego czasownika, ale w jego ustach "skupienie na sobie" nie oznaczałoby na pewno egocentrycznego gwiazdorstwa. Bardziej "skupienie się w sobie" jako cierpliwe odgrywanie uczuć w piosenkach; nadanie tonu organicznym połączeniem z gitarą obok automatu z podkładami.

W komunikacji międzyludzkiej życzylibyśmy sobie, aby nadawca był jasno określony i zechciał odczytać naszą wiadomość. Częściej jednak brzmi to jak piosenki Oliviera Heima - akordy rozchodzą się w przestrzeni jak wiadomość wysłana z bezludnej wyspy gdzieś na nostalgicznym oceanie.


 


PS. Ponoć "pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze". Podczas gdy serio męczyłem się nad tym jakże ambitnym tekstem, na samym końcu Dziennika zimowego Paula Austera znalazłem taki ładny fragment:
Pisanie zaczyna się w ciele, jest muzyką ciała i nawet jeśli csłowa coś znaczą, czasem mogą coś znaczyć, muzyka słów jest tam, gdzie zaczyna się ich znaczenie. (...)
Pisanie jako niższa forma tańca.

poniedziałek, 2 marca 2015

KROPKI - KRESKI: Motor motor motor


(Zdjęcie zrobiłem na koncercie grupy Jazzpospolita, który odbył się 1 marca w Vertigo Jazz Club & Restaurant)

Koncerty w poważnym klubie jazzowym rządzą się swoimi prawami.
Na przykład przerwą w środku występu. Na scenę wchodzi starszy pan racząc publiczność dawką konferansjerki i zapraszając do baru celem "uzupełnienia płynów". Kilka żarcików i zapowiedzi "szczególnie dla pań" nadchodzącego występu młodego wokalisty o "aksamitnym głosie". Przerwa trwa około 25 minut wprawiając w zakłopotanie samotnych studenciaków takich jak ja.

Właściwie powinienem dookreślić wspomnianą zbiorowość demograficzną. Pamiętając nauki doktora Igora Pietraszewskiego (jazzmana i autora książki Jazz w Polsce. Wolność improwizowana) spójrzmy na odbiorców wieczornego widowiska. Studentów właściwie tam nie uświadczysz - obecni młodzi byli wzięcie pewnie z jakiejś szkoły muzycznej, albo innej jazzu i muzyki rozrywkowej. Wśród audytorium dominowały poważniejsze osoby - wiekiem, a pewnie też majętnością. Nie było to dla mnie aż tak bardzo dotkliwe, ale szybko zauważyłem, że wszyscy skupieni byli w grupach; przy stolikach, nad szklaneczką drinków z serwetką. Spędzali niewątpliwie uroczy wieczór.

Wieczór spokojny, stateczny, drobiazgowo zaplanowany - proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie gdy koncert rozpoczął się o ustalonej dość wcześnie na 19.oo godzinie. (Beze mnie.)

A jak Jazzpospolita? Super, naprawdę ekstra. Ich indie-jazzowa gra była elektryzująca jak tytułowy neon świecący nad sceną widowiska. To tak jakby wziąć solidny zespół eksplorujący alternatywy i powoli, po kawałeczku rozkładać brzmienie na czynniki pierwsze. Pozdro dla niekumatych w jazzie.

(Jazzpo! to tytuł najnowszej płyty zespołu, również polecam)


 

wtorek, 9 grudnia 2014

Wanna crush and burn




12 listopada byłem na koncercie Jacka White'a i było całkiem spoko. Szalony pisk fanek, elitarność krakowskich hipsterów, sentyment rockowej starej gwardii i lans telewizyjnych celebrytów. Generalnie dla każdego coś miłego, a śpiewanie riffu Seven nation army stało się już tym samym elementem krajobrazu co krzyczenie "hip-HOP!" na koncertach z rapsami. Co z tego wszystkiego, skoro następnego dnia we Wrocławiu o w wiele lepszy koncert dała Julia Marcell. W Starym Klasztorze dostałem wszystko czego brakowało mi u chłopca z gitarą - żywą zabawę, taneczny nerw, wyzwalającą rytmikę, bezpośredni kontakt, utwory The Dead Weather, element improwizacji i to co najważniejsze - moje piosenki.




Od razu muszę się wyjaśnić - różnice koncertowych odczuć mogą subiektywnie wynikać także z tego, że należę do obozu "jaram się śpiewającymi laskami" a nie "jaram się Jackiem" (White-m, żeby nie była jasna sytuacja). Tego wieczoru to Julia Marcell była najważniejsza. Zaczęła może nieco chaotycznie, ale już minimalistyczne i surowe Piggy Blonde zahiopnotyzowało publiczność. Z tego wykonania przeszła do odgrywania roli - Maryanna stała się czymś na kształt szekspirowskiego monologu. Wstrząsającego i intymnego; scena zawierająca się w punktowym świetle przypominała teatralną, a każdy gest Julii wywierał wpływ niekoniecznie muzyczny, ale emocjonalny przede wszystkim. Jej charyzma jest obezwładniająca, trwamy unieruchomieni niby pod wzrokiem młodej Ofelii.

Bo faktycznie, miało się wrażenie, że oglądamy artystkę w najlepszym momencie swojej kariery. Dowodem tego poczucia siły może być zagranie najnowszego albumu Sentiments w całości - setlistowy ruch, którego odwagi próżno szukać u uznanych nie-debiutantów. Trzecia płyta jest naturalnym rozwinięciem autorki - zaczynała jako pianistka-songwriterka, a do rejestracji i tak skromnego instrumentalium musiała zbierać pieniądze przez croudsurfing. Drugim wydawnictwem June, śmiało skierowała się w stronę elektroniki, a na koncertach już akcentowała rosnące znaczenie sekcji rytmicznej. Teraz sięgnęła po gitarę elektryczną, która nie jest nosicielem hałaśliwych solówek, a naturalnego rytmu. Klasyczny zestaw perkusyjny zaskakuje piosenkowym wkładem, tak konkretnym jak na Safari Pustek. Brzmienie jest proste, ale dzięki temu tym łatwiej trafiające do środka słuchacza. Bez nowoczesnych udziwnień, zbędnych do zwyczajnych historii. Wśród środków także znanych nam doskonale - gitara, bas, bębny i klawisz - bo to przelot jest tu najważniejszy.



Najpiękniejsza prostota kryje się jednak w samych piosenkach. Jak w mojej ulubionej North Pole, klasycznie prowadzonej przez melodykę prostego bicia akordów. Zwyczajna historia, której niepewność podbija rześki zwrot w refrenie i łagodzący klawisz Hammonda. Jedna z tych życiowych spraw, która nie poruszy instytucji Jacka White'a, bo co miałoby go obchodzić polskie dziewczę dying in the living room to the music from America so proudly universal, that they like to call it soul? Są w moim świecie ważniejsze rzeczy niż zbawianie gitarowego soundu i potrzebuję do tego wyciągniętej znajomej dłoni. Zanim Julia Marcell zawojuje pół świata i zabierze się za Sprawy Muzyki, miło że pamięta o smutnych-nudnych fanach pisząc piosenki, które wciąż jeszcze możemy przyjąć jako własne.



(takie tam, rodzinne)


PS. Dwa pierwsze zdjęcia zrobiła margo, którą serdecznie pozdrawiam podobnie jak Szczotka i Julię (nie, nie tą Marcell), z którymi miałem przyjemność partycypować w koncercie.

wtorek, 7 października 2014

Dziś mam pełniutką ciebie kieszeń



Po co chodzimy na koncerty?
Nie chodzi przecież o samo słuchanie muzyki - tłum ludzi napiera oddechami ze wszystkich stron, trzeba stać-czekać na wykonawcę, jest za głośno i ciężko rozróżnić poszczególne instrumenty. Jeśli naprawdę chcemy się delektować dźwiękiem, sięgamy raczej po płytę; dokładnie zagraną w studio i starannie ułożoną w produkcji. Więc może chodzi o chęć uczestnictwa w emocjach, przeżycia ich na własnej skórze, dorzucenia się do melodii chórem głosów lub chociażby klaskaniem.

Dla mnie koncert jest rodzajem spotkania. Sprawdzenia, czy artysta jest taki sam jak w swoich piosenkach. To jest tak tak, że nic o sobie nie wiemy, wręcz przeciwnie - znając uczucia zawarte w melodii i słowach utworu mam wgląd w tą najbardziej intymną część jego wykonawcy. Zawsze podziwiam takich ludzi, bo śpiewanie o sobie, na scenie jest rodzajem chyba największej szczerości. Sam czuję pewne zawstydzenie, niestosowność gapienia się na wrażliwość kogoś innego. Okej, aktorzy też występują przed publicznością, ale tylko przekazują słowa i pomysły autora. Piosenkarze zostają sami, odkrywając przed wszystkimi całych siebie; nadzy, bo pozbawieni okrycia teatralnej konwencji.

21 września, w dniu, który zapisze się w Historii jako dzień zwycięstwa polskich siatkarzy w mistrzostwach świata zdarzyło się inne, mniejsze wydarzenie. W Pajęcznie (które leży nieopodal mojej rodzinnej maleńkiej miejscowości) zagrała Zuzanna Moczek i Czesław Śpiewa (ze swoim Kameralnym Aktem Solowym). Wieczór songwriterów w małym kinie z akordeonem w tle (wisiał na ekranie).




Zuzanna Moczek jest niezwykle utalentowaną i nieprzeciętnie uroczą pieśniarką. Występowała już w różnych odsłonach muzycznych (także na tym blogu), a teraz pod swoim imieniem pisze proste piosenki z emocjami. Gra ja na akordeonie - instrumencie szczególnym; dźwięk z niego wydobywa się fizyczną siłą ściskając miechy stron. I takie są też utwory Zuzanny - może nie brutalne, ale gwałtowne. Nie głośne, ale stanowcze. Bardzo organiczne, zdecydowanie podążające za rytmem fali akordów harmonii. Surowa barwa głosu Zuzy między szeleszczącym akcentem polskich głosek znajduje na szczęście miękkie i miłe w użyciu słówka.

Bywa jednak jest bezlitosna i rozdzierająca skórę aż do krwi. Oddam ci moje papierosy i serce, nic nie mam więcej. Miejsce między płucami tradycyjnie ma zawierać miłość. Ale serce w podarce jest złamane nie tylko przez uczucie, ale zniszczone toksycznym nałogiem. Zuzanna ani przez chwilę nie zwalnia nas z przeżyć nieistotnymi ornamentami, ale trzyma przy ziemi, szorstkiej i w pewnym stopniu rześkiej. To pasja życia, jego szalona ciekawość każe z pijanym aniołem tańczyć pół nocy.




 Czesław Śpiewa. Spróbujcie tylko go nie lubić.
Tego samego dnia rano widziałem go w studio Dzień Dobry TVN, gdzie u boku The Dumblings opowiadał o "Festiwalu Gwiazd Internetu", którego jest selekcjonerem artystycznym, I właśnie ta sytuacja mówi niemal wszystko o jego pajęczańskim koncercie. Po pierwsze ciekawski Czesław niestrudzenie przemierza naturalny dystans między Warszawą, a Pajęcznem. Jego podróże po tzw. "Polsce B" pozwalają zachować autentyczność zwykłego grajka, którego romantycznej wizji nie sposób się oprzeć. Ale wspomniany dystans istnieje także między dwiema stronami ekranu telewizora. Nie da się zaprzeczyć, że wiele osób na widowni Kina Świteź nie przyszło posłuchać muzyki, ale zobaczyć tego Czesława Mozila - zabawnego jurora talent szoł, telewizyjną osobowość i celebrytę.

Najbardziej świadom tego jest on sam, no zamiast songwriterskiego występu wykonał coś w rodzaju muzycznego stand-upu. Co chwila porzucał ledwo co rozpoczęte melodie, aby raczyć publiczność opowieściami. To o alkoholu, kobietach czy (sic!) pijanych polonistkach. Jest to na swój sposób urocze i szczere wydają się wspomnienia z czasów emigracji czy Zabrza - rodzinnego miasta Czesława i The Dumblings. Niestety, mało w tym muzyki, bo jedyny fragment na akordeonie - wreszcie uroczy walczyk Caesia & Ruben trwał może półtorej minuty i kawałek zwrotki. Stał się tylko malowniczym przerywnikiem w niekończącym się monologu.

Czesław współtworzy festiwal internetowych virali nieprzypadkowo - sam stał się jednym z nich. Jego koncert przypominał właśnie taki filmik na youtube, zajawkę w stylu "the best of Czesław Śpiewa". Dynamiczny montaż, fragmenty utworów, kilka żartów i sam bohater skaczący jak na sprężynie po całej scenie. Swój "akt solowy" nazywa "kameralnym", całkowicie wypaczjąc znaczenie tego słowa. Nie ma intymności, brak refleksji z bliska, zero klimatu. Chodzi chyba o pojemność sali, gdy do małego miasteczka przyjeżdża cyrk i pokazuje fajne sztuczki. Zakończenie występu było wyjątkowo symboliczne - Mozil zupełnie odrzucił instrumenty i poruszał ustami do playbacku nowego singla. Mocny bit raz po raz podrywał go do góry jak kukiełkę, aby nagle wyłączyć tańce w samym środku imprezy. Jeśli koncert to emocjonalne porno, to Czesław jest bezczelną panienką z walorami na wierzchu.

Chociaż Zuzanna dostała o wiele mniej czasu scenicznego, tamtego wieczoru to ona zaprezentowała całą siebie. Bo oczywiście wielość masek i zabawek niekoniecznie musi być dowodem bogatej osobowości. Miała tylko 4 piosenki, ale każda z nich stała się osobną, żyjącą opowieścią podczas gdy Czesław nie skończył żadnego wątku. Emocje każdego z nich wylewały się na ziemię, ale do mnie trafiły te zdrowsze, ważniejsze melodie Zuzanny.


PS. Materiały wideo pochodzą ze strony TwojePajeczno.pl

poniedziałek, 17 lutego 2014

8/13' : Well, here's your lucky day





Koncert Blur na Heineken Opener Festiwalu był dla mnie tak ważnym wydarzeniem, że zdołałem pokonać lenistwo i zrelacjonowałem go dość obszernie w poprzednim wpisie. Nawet bez brytyjskiego zespołu Opener wciąż pozostaje największym polskim festiwalem i w edycji 2013 nareszcie przekonywująco to potwierdził. Każdy z 4 dni miał w Line-upie co najmniej dwóch bardzo poważnych headlinerów. Arctic Monkeys, Nick Cave and the Bad Seeds, The National, czy Queens of the Stone Age to przecież zespoły, które wiele znaczą i mogłyby grać na głównych scenach nawet Glastonbury (nnnno w przypadku Kings of Leon ludzie zagłosowali nogami). Tego właśnie oczekuję od tak drogiego eventu – używam tego słowa dość kąśliwie, bo muzyka nie jest w Gdyni taka najważniejsza. Oczywiście bardzo fajnie, że promuje się min. dobry teatr (rozchodzące się po polu namiotowym songi z Courtney Love Strzępki i Demirskiego pozostaną jednymi z moich najmilszych wspomnień), ale Opener stał się obowiązkowym nadmorskim punktem rozpoczęcia wakacji dla modnej młodzieży i snobistycznych 30-latków.  Opener < OFF Festiwal.