Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Shakespeare. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Shakespeare. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 26 kwietnia 2016
ENL: Wieczór dziesięciu Szekspirów
Europejską Noc Literatury rozpocząłem od fragmentu mojego ulubionego dramatu Szkspira - Makbeta. Jeśli chodzi o czytania, trudno znaleźć bardziej charakterystyczny głos niż ten Janusza Chabiora. W swojej interpretacji aktor poszedł jednak trochę w poprzek swojego fizys; jego Makbet
poniedziałek, 13 lipca 2015
Reading your red lips
Po co kobiety się malują?
Przecież wszystkie są piękne z natury, zawsze i wszędzie. A my faceci i tak zupełnie nie ogarniamy tego tematu. Co to jest maskara; mam się jej bać? Czy ta fryzura jest akurat naturalna? Czy wypada powiedzieć dziewczynie, że rozmazał jej się tusz pod okiem?
Mogę tylko przypuszczać, ale wydaje mi się że makijaż jest pewnego rodzaju formą dla kobiecości. Ustalonym konturem, którego nałożenie podkreśla nie tylko urodę, ale bardziej te damskie cechy wizerunku. Akurat tego elementu nie przejęli jeszcze metroseksualiści, jakoś nie lubią się mazać (przynajmniej dosłownie). Annie Clark z całą pewnością nie potrzebuje podobnych atrybutów, ale ją też spina gorset, tyle że innego rodzaju - gorset formy muzycznej.W artykule dla New Yorkera zdradziła, że wstydziła się swojej muzycznej edukacji, bała się że wyuczone gamy i pasaże trzymają w ryzach temperament blokując jej spontaniczność. Ustalona przez profesjonalizm teoretyków forma utworu muzycznego staje się dla piosenki tym samym co makijaż dla zaznaczenia kobiecości. Annie Clark jako St. Vincent wykorzystuje oba ograniczenia i walczy z ich stereotypami.
Kiedy przed wielu, wielu laty obdarowywałem ją taśmą z kawałkiem Solomona Burke'a, nałożyła z tej okazji tony makijażu, znacznie więcej, niż zwykła nakładać na co dzień, i o wiele więcej, niż miała na sobie tydzień wcześniej, i wiedziałem - a przynajmniej miałem taką nadzieję - że to dla mnie.
Nick Hornby, Wierność w stereo
Z powodu jej olśniewającej urody nie jest łatwo zauważyć, że Annie jest zdecydowanie czymś więcej niż kolejną uroczą śpiewającą laską, którą można się jarać. Bynajmniej nie pokazuje się nam dla naszej przyjemności, ale jest przy tym doskonale świadoma naszych - dość powierzchownych trzeba (się) przyznać - oczekiwań. Spokojem miarowego rytmu już w pierwszej piosence debiutanckiej płyty cierpliwie wylicza, z których ról społecznych świadomie się wypisuje. Tłumaczy słodkim językiem, który możemy zrozumieć bez większego dysonansu poznawczego pomiędzy silnymi przekonaniami od tak ślicznej istoty.Jednak z biegiem czasu atmosfera się zagęszcza i po kolejnym refrenie melodyjka pozytywki ginie w chaosie gniewnych bębnów i wkurzonej solówki gitary. You don't mean that say you're sorry. Clark rzuca nam w twarz, że wcale nie jest głupio nam złapanym na gorącym uczynku delektowania się jej urodą. Odkrywa hipokryzję, że niby przejmiemy się podobnym zwrotem winy: I'll make you sorry ?
O ile nie potrzebuje przyciągać spojrzeń, to forma muzyczna pomaga jej utrzymać emocje. All my stars aligned to klasyczna ballada prowadzona za pomocą wykwintnych wariacji fortepianu. Podtrzymują one nieporadne, ciche zwierzenia panny Clark które mogłyby się rozsypać bez ram taktowych zbudowanych z klasycznych akordów. Romantycznie tradycyjna melodia cofa nas do czasów kiedy proste panie spędzały wieczory nie szykując się do wyjścia, ale szykowały songbooki do wspólnej gry na pianinie w salonie rozświetlonym dyskretnym blaskiem gwiazd.
Bóg dał wam jedną twarz
a wy dorabiacie sobie drugą.
William Shakespeare, Hamlet
Książę Danii był bardziej bezwzględny jeśli chodzi o nakładanie sobie masek. St. Vincent na pewno zna ten fragment o makijażu, bo w Paris is burning nawiązuje do tego dramatu wlewając truciznę do ucha. Ona też dorobiła sobie drugą twarz; tworząc kompletną kreację artystyczną. Mógłby ktoś pomyśleć, że tytuł jej najnowszej płyty "St. Vincent" jest wreszcie przyznaniem się do osobistej perspektywy, coś jak solowy album Damona Albarna. Jest jednak zupełnie inaczej - nie wypowiada się w swoim prawdziwym imieniu Annie Clark, ale ostatecznie zamienia się w artystyczną postać St. Vincent. Odklejoną od prywatnego życia i niepokojąco zdehumanizowaną, czego dowodem jest Digital Witness. To już nie forma kompozycyjna, ale zaprogramowany preset, rwący rytm zapętlony suchymi miechami trąbek. Generowanego obrazu dopełnia stylizacja sceniczna St. Vincent - nasrożone włosy, szeroko otwarte oczy i trupia bladość skóry upudrowanej w zimnych kolorach. Paradoksalnie, tym razem makijaż nie dodaje powabu, a zabiera naturalny rys. Podkręca urodę tak bardzo, że urokliwy popęd zamienia się w niepewność nowoczesności: mamy przed sobą pełną życia dziewczynę, czy wypranego z emocji terminatora? Tam gdzie iOS Samantha dawała złudzenie człowieczeństwa samym głosem, St. Vincent odcina się od gatunku ludzkiego kolejnymi modulacjami, programami i warstwami elektroniki. Nic dziwnego - nigdy jeszcze zmiana cyfrowego obrazu siebie i profilu osobowości nie była taka prosta.
Annie Clark przeszła transformację w St. Vincent, ale ja już jej trochę nie poznaję. Mam wrażenie, że funkcjonuje mniej jako osoba, a bardziej jako figura retoryczna. Oddająca swój głos na rzecz dyskusji o rynku muzycznym, roli sztuki, czy płci kulturowej - polecam kompletny artykuł na temat tego motywu w jej twórczości. Nieprzypadkowo nagrała płytę z innym muzycznym filozofem, Davidem Byrnem (bardzo polecam jego książkę Dzienniki rowerowe), który pewnie popchnął ją do tak znaczącej przemiany.
Ale pewnie to ja jestem niesprawiedliwy i marudzę, że nie moge tak po prostu pozachwycać się jej urodą. Ten artystyczny manifest udał się jej wyśmienicie - sama powiedziała przecież, że marzy o świecie, w którym płeć nie będzie grała żadnej roli. Nowe wcielenie Davida Bowiego? Bardzo proszę, przecież nikogo już nie dziwią jego transpłciowe metamorfozy, jakież mam więc więc robić awanturę o niedobór najbardziej prostackich, wizualnych wrażeń? Bo chyba sam nie jestem jeszcze taki płytki - owszem, jaram się śpiewającymi, ale przede wszystkim myślącymi laskami.
wtorek, 10 marca 2015
Good woman
(realizacja video HD - Dream by Memories)
Otello - William Shakespeare
Grupa Pod Wiszącym Kotem
reż. Beata Gendek-Barhoumi
Tematem lublińskiego Ogólnopolskiego Przeglądu Szekspirowskiego w Języku Angielskim był w tym roku Król Lear. Zawsze myślę o tej sztuce jako o majstersztyku narracyjnym Williama Shakespeare'a - rodzinna kłótnia prowadzi do wojny miedzy narodami na pół Europy. Drobna wydawałoby się sprzeczka w której kluczowe jest milczenie; nawet nie wykrzyczane, a niewypowiedziane słowa.
Otello pozostaje natomiast w alkowie - dosłownie i w przenośni. Jego tematem jest zazdrość - chyba najbardziej podstawowe doznanie. Zazwyczaj wypieramy je, wolimy stawiać na piedestale miłość, a przecież każde uczucie jest gwałtowne swoją niespokojnością i bierze się z porywu serca. To największy, najbardziej pierwotny motor naszych działań. Widzimy coś i ogarnia nas prosta złość jak dziecko w sklepie z zabawkami, które chce dostać już teraz, w tej chwili, dlaczego nie jest to moje.
W spektaklu Grupy Pod Wiszącym Kotem pychę reprezentuje Otello grany przez Piotra Kulisia. Piękna żona jest cudnym dodatkiem do utytułowanego męża - w pierwszej migawce niesie ją na rękach z weselną miłością, ale równie dobrze mogłaby być jego kolejną zdobyczą wojenną. Jest zapatrzony w siebie, bo przecież gdy przychodzi co do czego, nie chodzi o samą winę Desdemony, ale jak to wygląda że jego żona jest dziwką?! Co innego gdy śpi już uduszona u jego stóp - wreszcie może ją swobodnie przytulić, wziąć piękno w ramiona. Wszystko wraca do zasłużonej normy
Przeciwieństwem wielkiego wodza jest Iago Michała Nawrota. Różnicę widać od razu, gdy w pierwszej migawce zachodzi między nimi kontrast fizyczny - Otello stoi wyprostowany, a Iago czai się w półmroku masywny, przykurczony, gotowy do ataku. Jego pewność siebie jest diaboliczna; mamy niepokojące przeświadczenie, że będzie realizował swój mroczny plan powoli, cierpliwie i z zimną krwią. Posługuje się zazwyczaj monosylabami i krótkimi odzywkami jakby szkoda mu było czasu na czcze gadanie podczas gdy trzeba wziąć się do konkretnej brudnej roboty. Smoliste oczy uporczywie wbite w cel przygniatają go z obezwładniającym spokojem.
Chan Marshall śpiewa w swojej najpiękniejszej piosence o tym, że chciałaby być dobrą kobietą, którą weźmie odpowiedzialność za nas oboje. Tym co wzrusza jest prostota jej celu i skromność w tak mało feministycznym pragnieniu. Wiemy przecież, że na co dzień jest niezwykle silną kobietą, z charakterem połykającym większość słabeuszy. Mimo to zrobi wszystko to love this love forever.
Ten przekorny nerw pulsuje także w Dorocie Krakowskiej. Najlepszą sceną spektaklu jest kłótnia jej postaci - Emilii - z mężem. Z pasją wypomina mu wszystkie słabości i niegodziwość gdy ten stoi niewzruszony. Iago próbuje wejść jej w słowo, ale od niechcenia, tylko dla zachowania rytuału. Nie musi krzyczeć, bo przecież jego siła i dominującą pozycja jest tak oczywista, po co więc tracić głos na jakieś drobnostki. A Emilię tylko to nakręca. Mówi coraz szybciej i raz po raz trafia w punkt, nabiera pewności, że jednak ma rację. Na samym końcu zawaha się z ostatnim słowem, jakby było częścią wyuczonej roli, ale właściwie nie jest jej już potrzebne.
Desdemona, w którą wciela się Klaudia Knopik i Emilia to przyjaciółki, które łączy wspólny problem i są to oczywiście mężczyźni. Złość Otella mimo, że w części zawiniona przez Emilię jest irracjonalna i bezpodstawna. Co więc (znowu) zrobić ze złością męża ? Obie są Good Women, z tym że Emilia ma na to zbyt wiele charakteru i przyzwoitości żeby siedzieć cicho.
Żona Iago z jednej strony pyskuje mężczyznom, ale gdy Desdemona wymawia jej służbę nie odzywa się słowem skargi - jak gdyby nigdy nic, pokornie kończy przygotowanie małżeńskiego łoża dla swojej pani. Bo może to Emilia postępuje źle, może nie warto sprzeciwiać się mężowi i jeśli uległość ma być sposobem na spokój w związku to pościel musi być pieknie wykrochmalona i zawsze elegancka.
Właśnie dlatego zakończenie dramatu jest tragiczne szczególnie dla Emilii, która z przerażającą jasnością widzi że mężczyźni ją zwyczajnie oszukali. Popełniła błąd, bo odpuściła w walce tylko na chwilę żeby raz jeszcze dać im szansę. Niepotrzebnie stępiła naturalną kobiecą siłę; dając się zagłuszyć znowu stała się tylko jedną z wielu kobiet od wieków padających ofiarą tradycyjnej, tak banalnej dominacji mężczyzn.
PS. Jestem absolutnie pewny, ze gdzieś nad tym tekstem unosi się duch Tiny Fey, która jest moim ulubionym symbolem inteligentnej i niezależnej kobiety. Pisałem te słowa w nocy z poniedziałku na wtorek, ale za dnia cały czas prześladowała mnie theme song jej nowego serialu Unbrekable Kimmy Schmidt. "White dudes hold the record for creepy crimes, but females are strong as hell",
Otello - William Shakespeare
Grupa Pod Wiszącym Kotem
reż. Beata Gendek-Barhoumi
Tematem lublińskiego Ogólnopolskiego Przeglądu Szekspirowskiego w Języku Angielskim był w tym roku Król Lear. Zawsze myślę o tej sztuce jako o majstersztyku narracyjnym Williama Shakespeare'a - rodzinna kłótnia prowadzi do wojny miedzy narodami na pół Europy. Drobna wydawałoby się sprzeczka w której kluczowe jest milczenie; nawet nie wykrzyczane, a niewypowiedziane słowa.
Otello pozostaje natomiast w alkowie - dosłownie i w przenośni. Jego tematem jest zazdrość - chyba najbardziej podstawowe doznanie. Zazwyczaj wypieramy je, wolimy stawiać na piedestale miłość, a przecież każde uczucie jest gwałtowne swoją niespokojnością i bierze się z porywu serca. To największy, najbardziej pierwotny motor naszych działań. Widzimy coś i ogarnia nas prosta złość jak dziecko w sklepie z zabawkami, które chce dostać już teraz, w tej chwili, dlaczego nie jest to moje.
W spektaklu Grupy Pod Wiszącym Kotem pychę reprezentuje Otello grany przez Piotra Kulisia. Piękna żona jest cudnym dodatkiem do utytułowanego męża - w pierwszej migawce niesie ją na rękach z weselną miłością, ale równie dobrze mogłaby być jego kolejną zdobyczą wojenną. Jest zapatrzony w siebie, bo przecież gdy przychodzi co do czego, nie chodzi o samą winę Desdemony, ale jak to wygląda że jego żona jest dziwką?! Co innego gdy śpi już uduszona u jego stóp - wreszcie może ją swobodnie przytulić, wziąć piękno w ramiona. Wszystko wraca do zasłużonej normy
Przeciwieństwem wielkiego wodza jest Iago Michała Nawrota. Różnicę widać od razu, gdy w pierwszej migawce zachodzi między nimi kontrast fizyczny - Otello stoi wyprostowany, a Iago czai się w półmroku masywny, przykurczony, gotowy do ataku. Jego pewność siebie jest diaboliczna; mamy niepokojące przeświadczenie, że będzie realizował swój mroczny plan powoli, cierpliwie i z zimną krwią. Posługuje się zazwyczaj monosylabami i krótkimi odzywkami jakby szkoda mu było czasu na czcze gadanie podczas gdy trzeba wziąć się do konkretnej brudnej roboty. Smoliste oczy uporczywie wbite w cel przygniatają go z obezwładniającym spokojem.
Chan Marshall śpiewa w swojej najpiękniejszej piosence o tym, że chciałaby być dobrą kobietą, którą weźmie odpowiedzialność za nas oboje. Tym co wzrusza jest prostota jej celu i skromność w tak mało feministycznym pragnieniu. Wiemy przecież, że na co dzień jest niezwykle silną kobietą, z charakterem połykającym większość słabeuszy. Mimo to zrobi wszystko to love this love forever.
Ten przekorny nerw pulsuje także w Dorocie Krakowskiej. Najlepszą sceną spektaklu jest kłótnia jej postaci - Emilii - z mężem. Z pasją wypomina mu wszystkie słabości i niegodziwość gdy ten stoi niewzruszony. Iago próbuje wejść jej w słowo, ale od niechcenia, tylko dla zachowania rytuału. Nie musi krzyczeć, bo przecież jego siła i dominującą pozycja jest tak oczywista, po co więc tracić głos na jakieś drobnostki. A Emilię tylko to nakręca. Mówi coraz szybciej i raz po raz trafia w punkt, nabiera pewności, że jednak ma rację. Na samym końcu zawaha się z ostatnim słowem, jakby było częścią wyuczonej roli, ale właściwie nie jest jej już potrzebne.
Żona Iago z jednej strony pyskuje mężczyznom, ale gdy Desdemona wymawia jej służbę nie odzywa się słowem skargi - jak gdyby nigdy nic, pokornie kończy przygotowanie małżeńskiego łoża dla swojej pani. Bo może to Emilia postępuje źle, może nie warto sprzeciwiać się mężowi i jeśli uległość ma być sposobem na spokój w związku to pościel musi być pieknie wykrochmalona i zawsze elegancka.
Właśnie dlatego zakończenie dramatu jest tragiczne szczególnie dla Emilii, która z przerażającą jasnością widzi że mężczyźni ją zwyczajnie oszukali. Popełniła błąd, bo odpuściła w walce tylko na chwilę żeby raz jeszcze dać im szansę. Niepotrzebnie stępiła naturalną kobiecą siłę; dając się zagłuszyć znowu stała się tylko jedną z wielu kobiet od wieków padających ofiarą tradycyjnej, tak banalnej dominacji mężczyzn.
PS. Jestem absolutnie pewny, ze gdzieś nad tym tekstem unosi się duch Tiny Fey, która jest moim ulubionym symbolem inteligentnej i niezależnej kobiety. Pisałem te słowa w nocy z poniedziałku na wtorek, ale za dnia cały czas prześladowała mnie theme song jej nowego serialu Unbrekable Kimmy Schmidt. "White dudes hold the record for creepy crimes, but females are strong as hell",

