background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Bowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Bowie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lutego 2016

Ashes to ashes



Miesiąc temu dowiedzieliśmy się o śmierci Davida Bowiego.
Oprócz smutku z tragicznej wiadomości, dobrze było oglądać wspomnienia i kondolencje płynące z całego świata kultury. Wszyscy czekaliśmy jak artyści zareagują swoim językiem - muzyką. Jeden z pierwszych coverów pojawił się w The Late Show with Stephen Colbert, gdzie zespół szefa muzycznego Jona Batiste Stay Human połączył siły z EL VY, najnowszym projektem Matta Berningera z The National i Brenda Knopfa z zespołu Meonomena. 




Let's dance z programu Stephena Colberta eksploruje wszystkie paradoksy brzmieniowe największego przeboju Davida Bowiego (i ulubionej piosenki prezydenta RP Andrzeja Dudy). Zaczyna się grupowym zaśpiewem dodanym nie z inspiracji chóralnymi zwyczajami Briana Eno, ale w toku niemal naukowej analizy kawałków z list przebojów - okazało się, że to tendencja wspólna dla numerów jeden. W programie na żywo wiodący riff piosenki grany jest sekcją dętą, która nie ma jednak tej lekkości co funkująca gitara z wyciszonymi trąbkami wersji studyjnej. Wreszcie wokal - Matt Berninger znany jest bardziej z niskiego mruczenia piosenek The National i wyraźną trudność sprawia mu wyrzucanie z siebie skocznych fraz. To nic nie szkodzi, bo nagle uświadamiamy sobie jak mało jest tam rzeczy do śpiewania - większość linii melodycznej zajmują wahnięcia gitary i potężny bas. To jakby metafora całego wokalu Bowiego, bo dalej będę się upierał, że nie miał on potężnego głosu, wszystkie umiejętności aktorskie wkładając w niezrównaną interpretację. Nieważne ile śpiewasz, ludzie nie mają słuchać słów, ale tańczyć. I ma być stylowo. 
W wersji Late Show fantastyczne są solówki zespołu Jon Batiste - popis jego samego na klawiszach jest nawet lepszy od wersji studyjnej, saksofon rozdziera linijki, a "tambourine solo was unexpected, but excellent". Rytm jest faktycznie kluczowy w takim rodzaju muzyki, jednak ujawnia mój największy problem z Let's dance - paradoksalnie nie jest to dla mnie muzyka do tańca. Bardziej jako bujający odpoczynek po najbardziej porywającym Modern Love, a w na odpowiednim mixtejpie Let's Dance umieściłbym na samym początku jako dopiero zaproszenie do wspólnej zabawy.




Dziedzictwo Davida Bowiego pomogło wypracować swój styl bardziej znanym teraz zespołom. Na swoich debiutanckich singlach (dokładniej: na b-sajdach) cover In the heat of the morning The Last Shadow Of Puppets zaakcentował ich brytyjską elegancję, a wersja Ashes to ashes girlsbandu Warpaint pomogła dziewczynom odnaleźć własne brzmienie oparte na subtelnych i eterycznych zwrotach sekcji rytmicznej (bas Jenny Lee Lindberg ♥). Z kolei The Flaming Lips wykonując u Johna Peela Life on Mars podkreślili własne szaleństwo z katalogu osobliwości "Scary Monsters and Super Creeps", tak jak Anna Calvi mocną charyzmę w Lady Griding Soul. Wstęp do All I Want LCD Soundsystem to tylko potwierdzenie instytucji "gitary z Heroes" i być może otworzyła Jamesowi Murphy drogę do gry na perkusji na Blackstar. Na playliście nie mogło zabraknąć oczywiście klasycznego coveru Nirvany jak również pięknego wokalu Misi Furtak do muzyki Davida Bowiego w Lust for life.




Kariera filmowa Davida to temat na zupełnie odmienną opowieść (żeby wspomnieć tylkowcielenie się w Nikole Tesla w Prestiżu Christophera Nolana), ale jego piosenki odgrywały istotną rolę w innych obrazach. Moim ulubionym przykładem takiego filmowego coveru jest scena z Sekretnego Życia Waltera Mitty. Space Oddity zostało potraktowane trochę w poprzek swojego pierwotnego znaczenia, bo pozbawione drugiej (tragicznej) części historii Majora Toma ilustruje heroiczny i triumfalny skok głównego bohatera. Mówimy jednak o najbardziej #uplifting filmie jaki widziałem, ale nawet gdyby cały Walter Mitty nie opierał się na tej radosnej metodzie, ważne jest tylko jedno - urocza, uśmiechnięta Kristen Wiig śpiewająca pierwszą wielką piosenkę Davida Bowiego.
Osobnym przykładem cytatu z Bowiego jest scena biegu przez ulicę do dźwięków Modern Love we francuskim Mauvais Sang. Film Leosa Caraxa obrósł takim kultem, że ten sam motyw powtarza się w Nowej Fali naszych czasów, gdy Greta Gerwig jako Frances Ha ucieka przed odpowiedzialnością. To już hołd na poziomie meta - sceny Bowiego żyją własnym życiem rezonując na następne pokolenia.




Ostatnim przykładem coverów Bowiego jest ostatnie przedsięwzięcie Amandy Palmer i Jhereka Bischoffa, którzy błyskawicznie opracowali piosenki Mistrza na kwartet smyczkowy i głosy przyjaciół, min. wspomnianej wcześniej Anny Calvi. (Płytę można kupić na Bandcampie za symbolicznego dolara, a dochód zostanie przeznaczony na cele charytatywne) Ostatnim, a może pierwszym - Bartek Chaciński zauważył kilka godzin temu, że to dopiero początek "Sezonu na Bowiego" i już za chwilę zaleją nas kolejne covery Davida. Nie mogę się już doczekać - w końcu reinterpretacja twórczości jest najwyższym rodzajem hołdu dla artysty.

PS. Pisałem już o tym jak David Bowie stworzył Arcade Fire, a także dzisiaj opublikowano dokument z realizacji ich wielkiej parady w Nowym Orleanie.


niedziela, 24 stycznia 2016

KROPKI - KRESKI: Dance yrself clean

(fot. Marcin Oliva Soto)

Tydzień temu najfajniejszym wydarzeniem Weekendu Otwarcia Europejskiej Stolicy Kultury okazało się Silent Disco w cudownej Barbarze. 
Za konsoletą same gwiazdy Trójkowego Radiowego Domu Kultury - Michał Nogaś, Agnieszka Obrzańska i oczywiście Pani Szydłowska. 

Która totalnie zrobiła mi wieczór puszczając na swoim (niebieskim) kanale najlepszy zespół do tańczenia, czyli zmartwychwstały LCD Soundsystem.

Dziękuję < 3 

(nie to co Nogaś z jakimiś mainstreamem #tanipoklask #taniegranie #taniebity)


poniedziałek, 18 stycznia 2016

Absolute beginners, czyli jak David Bowie stworzył Arcade Fire


Amerykańska pisarka Molly Knight opublikowała wczoraj na twitterze opowieść o tym jak David Bowie stworzył zespół Arcade Fire:



ok I have a David Bowie story
Right after the Arcade Fire released Funeral they played a gig at Webster Hall that was so DIY they were selling their own merch
at a little table in the front and Win Butler was giving his number out to every blogger and aspiring blogger who said they liked the music
(I called the number the next day and it went to voicemail and it was Win's voice saying "Hi! You've reached Arcade Fire and hung up)
Anyway that's how early it was in that band's history. And I felt pretty #smug for seeing one of their first NYC gigs and knowing
they were going to blow up even tho I didn't really know any of their songs.
I was by myself. There were a lot of tall dudes on the floor so I went to the balcony for a better view.
Concert gets going. There was this older dude, also by himself, standing five feet away signing every word to every song.
I realize it is David Fucking Bowie,
I spend the next two hours watching him sing Arcade Fire songs and Talking Heads covers.
He was just standing there singing in jeans and a t-shirt. Looking like your cool uncle but way more handsome.
I think maybe only one or two people noticed him. Someone creeped a blurry pic that wound up on Brooklyn Vegan, but that was it.
Anyway, I spent two hours running through what I would say to him when the show was over. And I had my chance but I wussed out.
The next day I went to Tower Records on Lafayette to buy the CD. The guy told me they were sold out. "Bowie bought them all."
I didn't know that he lived a block away on Lafayette below Houston, I read later in Rolling Stone that he gifted copies to all his friends.
Bowie was just like, OK, I am going to make this weird little Canadian band happen. And he did.
I see so many established writers and artists behave like selfish brats to kids coming up. Like there isn't enough space for all of us.
When the opposite is true. The more artists you help champion the more space you help create.
I love you David Bowie. ok that's all. carry on.


Przytoczyłem historię w całości i w oryginale, bo jest naprawdę uroczo napisana. Właściwie to nie do końca wiadomo, czy wydarzała się naprawdę - magiczny numer na automatyczną sekretarkę Wina Butlera, czy minięcie się w drzwiach z Davidem Bowie wychodzącym ze sklepu z naręczem płyt. Nic nie szkodzi, to tylko dodaje uroku nowojorskiej baśni o dobrym muzycznym dziadku pomagającym utalentowanemu rodzeństwu (i kuzynostwu).



Prawdą jest, że Bowie był pierwszym wielkim fanem rodzinnego kanadyjskiego  zespołu i trudno przecenić jego faktyczny wkład w pokazanie ich światu. Jednym z ostatnich występów na żywo Davida okazała się gala Fashion Rocks gdzie razem z Arcade Fire wykonał ich Wake up i własne Five years. Spójrzcie tylko na nich, trudno o szczęśliwszych muzykantów.

Po śmierci Bowiego Win Butler napisał, że nie tylko stworzył świat, w którym jego zespół mógł istnieć, ale również zaprosił ich do niego z grace and warmth. Cały czas nad nimi czuwał - także twórczo, bo dorzucił swoje trzy grosze do powstania ostatniego albumu Kanadyjczyków.Usłyszawszy piosenkę Reflektor zagroził, że jak szybko jej nie wydadzą, ukradnie ją dla siebie - po czym dograł chórki do tego utworu. Tak jak 40 lat wcześniej John Lennon podrzucił mu Fame, pierwszy singiel Bowiego na amerykańskiej liście przebojów, tak teraz David włączył się do najlepszej (okej, na pewno najdojrzalszej) płyty Arcade Fire.
  





Kanadyjscy wychowankowie uczcili pamięć mentora w najlepszy możliwy sposób - organizując wielką paradę "Pretty things" pod hasłem "Dress in your best Bowie outfit or something more strange". Uliczne parady z towarzystwem orkiestry dętej to tradycja w Nowym Orleanie, gdzie odbyła się cała impreza. "Bowie chciałby, żebyśmy świętowali w ten sposób. Z teatrem, tradycją i muzyką. Chciałby wyrwać ludzi do tańczenia na ulicy".





Jest coś bardzo ciepłego w myśli, że David Bowie zrobił wszystkie nasze ulubione płyty, tylko dopiero musimy to ogarnąć. 

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Starman



Podczas mojego pierwszego Openera w... (rzut oka na starannie obciętą opaskę)   2011 roku byłem zajęty głównie wyśmiewaniem morza hipsterów i przekonywaniem wszystkich wokoło, że przyjechałem na koncert The National, a nie Coldplay. Fajnie byłoby też poderwać jakąś alternatywną niewiastę na wakacyjny tekst Damona Albarna "du bist sehr schon, but we haven't been entroduced". I właśnie wtedy Mikołaj zauważył w tłumie dziewczynę, która miała na ramieniu torbę z Davidem Bowie. Nie mogłem zobaczyć dokładnie jej twarzy, ale to w zupełności wystarczyło, aby się zakochać się w niej na całe pół minuty. Cool dziewczyna lubiąca Davida Bowiego - to było wszystko czego mogliśmy sobie wtedy życzyć.

Jakiś czas potem Bowie obchodził jakiś jubileusz i widząc Jego twarz na okładce Wyborczej kupiłem gazetę w Kolporterze zasypanego śniegiem Lublina. Właśnie przyjechaliśmy na Przegląd Inscenizacji Williama Shakespeare'a w języku angielskim, aby spotkać się z członkami Grupy Pod Wiszącym Kotem. Kocham ich wszystkich, ale czekało mnie srogie rozczarowanie, gdy Dorota nie rozpoznała Jego twarzy w artykule. Zdążyłem już się na niej poznać jako na ciekawej oraz inteligentnej osbóce, ale nieznajomość Bowiego to jest dealbraker. Jakoś to jednak przeżyłem i w końcu - nauczyłem nieświadome dziecko kto jest największą postacią całej popkultury.

Muszę przyznać, że nie słuchałem muzki Bowiego bardzo często, nie znam nawet połowy Jego dyskografii. Oczywiście Hunky Dory, Ziggy Stardust (and the spiders from Mars), Always crushing in the same car z onieśmielającego Low i moja ulubiona piosneka taneczna, czyli Young Americans (dzięki Paulina). Miałem nawet okazję usłyszeć na żywo autora tamtej legendarnej solówki na saksofonie, Davida Sanborna podczas jego koncertu na Jazzie nad Odrą. Ale to wciąż za mało jeśli pamiętamy jak wielu rzeczy dokonał i zdamy sobie sprawę, że zainspirował w zasadzie wszystkich artystów muzyki rozrywkowej. Słuchałem za mało Jego muzyki, ale zawsze pamiętałem, że David Bowie invented cool, marzyłem, żeby być tak fajny jak on. Przecież mój inny bohater fajności Damon Albarn jest jego naturalnym następcą, angielskim synem Thin White Duka. Nawet jeśli stracimy słuch, zapomnimy biegu melodii, styl Bowiego przebijać się będzie z każdej ładnej okładki i każdego pokazu mody. Ale chyba o to chodzi - żeby pozostał nieodgadnioną Legendą i żeby zawsze nas ciekawił.

Panuje przekonanie, żenajwiększe legendy powienny umierać młodo, aby świat zapamiętał ich w sile młodości - jak Elvis, Marilyn Monroe, Jim Morrison, cały Klub 27, czy Zbyszek Cybulski. David Bowie w wieku 69 lat przeżył jednak wiele żywotów, przybierał wiele twarzy, odradzał się w wielu postaciach i odchodził - z powrotem w kosmos jak Ziggy Stardust. Powiedzieć, że nie ma jednego Davida Bowiego to banał, ale jak trudno wyobrazić go sobie jako zwykłego człowieka! Nawet teraz.
Przeglądając dzisiaj rano Twittera natknąłem się na link do konta @RealDavidBowie z opisem "PILNE". Pomyślałem sobie, co to możebyć tak nagłego, może rusza w trasę promującą najnowszy Blackstar, może wreszcie zagra w Polsce? Gdy po chwili załadował mi się feed, zobaczyłem info o Jego śmierci i mimowolnie uśmiechnąłem się. Tragiczna wiadomość z trudem do mnie docierała, bo nagle ogarnęła mnie dziwna ekscytacja, jakby ogłosił nowy projekt artystyczny. Przecież wiedział o chorobie i zdążył nagrać jeszcze dwie świetne płyty.Rację ma Jacek Cieślak mówiący, że wyreżyserował nawet własną śmierć.
Ostanie dzieło Davida Bowiego.


piątek, 24 kwietnia 2015

JnO: Ain't that close to love?




Jeśli miałbym wybrać moją ulubioną piosenkę taneczną, byłoby to pewnie Young American Davida Bowiego. Początkowymi uderzeniami bębnów od razu zostajemy wrzuceni w środek pulsującej imprezy totalnej. Z determinacją godną dziwnego Anglika Bowie stara się wbić na party z nie swoją muzyką soul. Można sobie wyobrazić jak śpiewa Michealowi Jacksonowi "Karl jest czarnuchem, który zbielał, a ja białasem, który zczerniał". Dejwidowi wyszło to na pewno o wiele lepiej niż naszemu Afrojaxowi, przecież bariery kontynentalne były najbardziej konwencjonalne z tych, które regularnie przełamywał.

Give me one dance/damn song that can make me break down and cry?
Soulowe zanczenia i multikulturowe porządki wprawia w wir saksofon Davida Sanborna. "Duch robi co chce" - rozkosznie rozpycha się po całym densfloerze zalewając tłumek instrumentów falą przyjemnego zgiełku. W mgnieniu oka i z machnięciem bioder antywojenne przesłanie zmienia się w aformację życia, wyciągnięty palec wuja Sama dwuznacznie wskazuje na obiekt swojego pożądania, a biedni i bogaci mieszczą się w jednym Chryslerze. Czarna muzyka miesza się z białą podobnie jak dziewczyna ubrana w elegancką czerń igra z zasadami ramy tanecznej uciekając z niej niesfornym kosmkiem włosów. Kiedy na sam szczyt szaleństwa triumfalnie wdziera się cytat z Day in a life Beatlesów uniesienie jest kompletne i zapominamy o całym świecie z Wietnamem włącznie.

(fot. Sławek Przerwa)

David Sanborn
17.04.2015, sala teatralna Impartu
51. Jazz nad Odrą

Jeśli miałbym wybrać moją ulubioną piosenkę z saksofonem w sekcji, byłoby to również Young American. Album Davida Bowiego z 1975 roku obfitował w gwiazdorskie featuringi - dość powiedzieć, że Fame współtworzył (i dośpiewał) sam John Lennon, a w tytułowym kawałku na saksofonie zagrał oczywiście David Sanborn. Ten sam, który 17 kwietnia występował jako headliner podczas 51. Jazzu Nad Odrą. Jak podaje WikiMiki (to znaczy Mikołaj huehue), jest "jednym z prekursorów rockowego brzmienia w saksofonach, takiego na otwartym gardle". Tak przedstawiał się też układ instrumentów na scenie Impartu - bas, perkusja i Hammond z gitarą. Sekcja rytmiczna była wyraźnie schowana; bas wchodził w takty z nonszalanckim opóźnieniem, a organy operowały tylko na głębszych rejestrach. Słuchając gry perkusisty przyszedł mi na myśl Carter Beauford, bębniarz Dave Matthews Band równie dokładnie wypełniający przestrzeń i stroniący od efektownych wyskoków na plan pierwszy. Najbardziej pewnym elementem zespołu był oczywiście pan Samborn - snujący wątki z pewnością i czystą wirtuozerią tak, ze jego dźwięczna, zawsze melodyjna fraza była na zewnątrz nie tylko podkładu instrumentów, ale zdawała się wychodzić również poza grany utwór. Harmonia i wyważenie w ułożeniu side-manów pozwoliło na zróżnicowanie brzmienia, które nie leciało z głośnością, ale wzmacniało się akurat na tyle, aby zaakceptować swoją obecność.

Szybko okazało się co drzemie w zespole Davida Sanborna - a był to oczywiście taniec. Sekcja rytmiczna zatopiona w podkładzie bulgotała i pulsowała nieustającym rytmem. Cały czas grała równo i zwarcie, aby wystrzelić niesamowitym pokazem tak efektownym jak (ta lepsza) muzyczna połowa filmu Whiplash. Perkusista zaserwował niesamowity pokaz umiejętności - wolno się rozkręcając, niemrawo z początku aby zarzucić wszystko kaskadą rytmów; był to chyba najbardziej spektakularny moment 51. Jazzu nad Odrą. Być może po raz kolejny jestem profanem stawiając obok siebie słowa "jazz" i "efektowny" ale mądrość Sanborna polega na umiejętnej ekspozycji właśnie. Inne koncerty przypominały czasem walkę instrumentalistów, przerzucanie się solówkami nad głowami (posłusznie nagradzającej brawami) publiczności. Chris Coleman nadużywał jedynie uśmiechu przez cały występ konwencjonalnie utrzymując tempo. Gwiazdeczką był także basista bandu gdy jeździł klangiem po krawędziach sceny i wędrował z instrumentem po całej widowni.
Z jednej strony akademickie pościelówy szczelnie okrywające koneserów jazzu, a z drugiej niemal popowy entuzjazm wszczynany najbardziej intuicyjnymi środkami. Elektryzujący kompromis dał nam chyba najlepszy koncert całego festiwalu - przynajmniej moim skromnym, uczącym się dopiero jazzu uchem.

poniedziałek, 17 lutego 2014

11/13' : It was just a reflektor


Arcade Fire - Reflektor (2013)

"Here comes the night time" - podczas gwiazdorskiego występu po Saturday Night Live Win Butler wyrzuca ze sceny gościa w masce Wina Butlera na głowie. Intruzem okazuje się być zirytowany Bono. Beka z dinozaurów? Ukoronowanie absolutnie genialnej akcji promocyjnej nowego albumu? Jak najbardziej, ale dla mnie jest to symboliczne zrównanie statusów dwóch wielkich zespołów - U2 i Arcade Fire. Ten Panteon Rocka (popu, jak kto woli) jak najbardziej im się należy. Wydanie dziś epickiej płyty z dwiema częściami odrębnymi klimatem, nawiązującej nawet do mitologii i filozofii jest dziś wyrazem wielkiego szacunku dla słuchacza. Nad Reflektorem czuwał James Murphy - najbardziej cool człowiek w NY - który tradycyjną stadionowość kanadyjczyków zamienił w taneczne wielowątkowe, blisko 7-minutowe ścieżki z tłustym basem (It's never over!). Ale to nie elektronika odgrywa tu największą rolę, ale najbardziej podstawowa, naturalna część muzyki - rytm. Hipnotyzujące bębny z Haiti mogłoby być owocem poszukiwań Radiohead czy Damona Albarna. W niezwykle ważnych kulturowo tekstach Butler opowiada o uczuciach w świecie internetowych społeczności - Reflektor z chórkami samego Davida Bowiego - i zalewającej nas seksualności jak w najbardziej czułej piosence jaką słyszałem - Porno.



3/13' : Here I am, not quite dying



W wielkości Davida Bowiego nigdy nie chodziło tylko o muzykę, ale o jego osobowość - chyba nie muszę pisać jak bardzo ważna i magnetyzująca jest to postać dla całej popkultury. Nic więc dziwnego, że w dniu jego Powrotu czułem dumę, że mimo swojego młodego wieku udało mi się poczuć atmosferę tego wielkiego święta jakim jest nowe dzieło Dejwida. Tradycyjnie już o wiele bardziej spektakularne niż dźwięki okazały się obrazy. Najprostszy biały kwadrat na okładce The Next Day stał się wyrazem głębokiego sensu nowego - po 10 latach - albumu. Dwa kolejne teledyski też okazały się być oddzielnymi dziełami sztuki potwierdzającymi tylko gigantyczną pozycję Bowiego jako Symbolu. W The Stars (are out tonight) - najlepszej piosence na płycie - zagrała sama Tilda Swilton, a reżyserka Floria Sigismondi okrasiła tą posągową parę dwiema supermodelkami. Natomiast The Next Day tworzą Gary Oldman i Marion Cotillard. W tych dwóch filmach jest wszystko - krew i seks, religia i obłuda, zwyczajność i artyzm, podglądanie i kreowanie. Wreszcie David Bowie jako zwykły szary człowiek i David Bowie jako bóg. 


niedziela, 5 lutego 2012

KROPKI - KRESKI : London Bye Ta Ta

David Bowie - At the Beeb (1968 - 1972)

God blees Bowie i plees, daj mi ogarnąć jego geniusz.
Muzyk, performer, aktor, kosmita, pre-hipster, wokalista, saksofonista, slalomista, biseksualista, anglista, skandalista, producent, uczeń Lennona.

piątek, 29 lipca 2011

SP 7'' : Festiwal piosenki festiwalowej



 Every Teardrop Is A Waterfall EP (2011)

Zimnograjkowie, wielokrotnie już ogłaszani "następcami U2" nie nagrali żadnej płyty od trzech lat aż i ta nowa płyta musi być naprawdę świetna, bo drugi raz nie zamydlą już oczu "zmianą stylu" i "rewolucją". Pracują nad nią znów z Brianem Eno, co jest kluczowe, bo to największy człowiek w muzyce, ale nie zdążyli z nowym longplayem na okres latowakacyjny. Co bardzo dużym już ryzykiem, bo wcześniej zawsze z nowymi nagraniami udanie wpisywali się  wt en okres roku. To jest jakoś fachowo udowodnione - w wakacje Coldplaya się słucha, trzeba. (Nawet teraz mnie się przypomniało o nich jakoś na początku czerwca. Nie wiem, ten radosny poprock zupełnie nie pasuje mi do jesiennej smuty np. i prawdopodobnie niedługo znów zacznę się z nich śmiać z nieżalowową wyższością.

Every teardrop is a waterfall 
Lato jest tak cudnym okresem,że można spokojnie przyjąć tę słodycz i cukierkowość w muzyce. Korzystając więc z lipca i ich nowej EPki mogę jeszcze w sobie przywołać do nich sympatię i ten popwy gust6 z gówniarskich początków tego bloga. Więc ta EPka została wydana z okazji mini-trasy Coldplaya po letnich festiwalach (buli wszędzie, nawet w Gdyni, ale o tym innym razem soon). To słychać! Wiem,że na porcysiu Every teardrop is a waterfall  dostał jakieś 0-1, ale ni ewolno o tym zapominać, że to piosenka na festiwal jest.
Prosty rytm, który można nawet skakać i jak ładnie mogą się do tego zsynchronizować lasery, prawda? Sam tekst w świetny sposów jest opisem stanu koncertowej ekstazy, gdy zmysły są wyostrzone, a każda łza to wodospad. Fraza I feel my heart start beating to my favourite song jest tak życiowa, że za przykładem Chrisa też chce się walić dłonią w klatkę piersiową. Bardzo ciekawym wątkiem biograficznym Martina jest to, że from underneath the rubble sing a rebel song , które w moich znających Sunday Bloody Sunday uszach wydaje się pragnieniem dorównania do U2 (znów...). A zdanie, że I'd rather be a coma than a full stop idealnie oddaje mój osobisty stosunek do Coldplay.
Muzycznie to ten sam Koldplej z Viva la vida or Death and all of his friends, te same fajne klawisze na początku np., pozdro Brian. Niestety, nie potrafię wyleczyć się z sentymentu do gry Krzyśka chwytami na gitarce akustycznej, która tutaj wchodzi fantastycznie i nadaje takie cherful tempo. Ten bęben Willa Championa kupiony w Afryce jest już legendarny i ten pre-refren z chóralnym zacięciem... Ja łykam to w całości więc, jaram się jakbym był z H&Mu. To jest idealnie koldplejowo-epickie i zgłaszam kandydaturę Every teardrop is a waterfall na oficjalny hymn hipsterskiego festynu Ołpenera. Chciałem hejterzyć, ale przyszły te chórki na końcu i to jak sobie Krzysiek podśpiewuje, to jest to, melodyjny pop w postaci czystej.

Dwa słowa o teledysku, który jest uosobieniem stylu zimnograjków grających taką właśnie pastelowo-kolorową ciekawą jednak i efekciarską muzykę. Bo to dobry teledysk jest.

Major Minus czyli Krzysztof Marcin jedzie samochodem i śpiewa przez CB radio. Na początku też wydawało mi się to dziwne, ale drugą myślą było "Brian Eno wie najlepiej" i faktycznie. Przez to zepsute, zamglone brzmienie pan producent dokonał prawdziwego cudu, sprawił bowiem, że Chris Martin po raz pierwszy zabrzmiał naprawdę zuchwale i niepokojąco (!). Sam też w to dalej nie wierzę. Ale znów strunowce bezbłędne i w fantastycznie prosty sposób gitara wprowadza taki rwany, niespokojny klimat. Podskórne napięcie zabrane z jakiejś meksykańskiej speluny (?, wiem), łał. Refren dzięki surowej nieco gitarze trzyma nas z dala od tradycyjnej hymniczności, a krótka wiązanka słowna świetnie rozwiązuje melodię. To nie jest już przydługi i epicki chorus, tylko konkretne i błyskawiczne zejście melodii. A ten cytat z refrenu jest tak świetnym ultimatum, że chodziło za mną z 5 dni. I solówka gitary bardzo fajnie zagęszcza klimat, ale to przecież bardzo w stylu The Edge'a. Mając w pamięcie domniemaną mroczność Cementries of London w życiu bym nie pomyślał, że Coldplay kiedykolwiek nagra tak duszny utwór z charakterem.
Got one eye on the road and one on you!






Moving to Mars najlepszą piosenkę zostawili sobie na koniec. Najlepszą od bardzo dawna, lepszą niż te na ostatniej płycie, o X&Y litościwie nie wspominając. Nareszcie, w końcu udało im się połaćzyć klimat muzycznej prostoty Parachutes z rozbuchanym ostatnio stylem. A kolorowe pianinko Chrisa nigdy jeszcze nie brzmiało tak urokliwie. Zaprawdę, Brian Eno jest największym żyjącym producentem, rzekłem. Oczywiście, że Zimnograjkowie nie mogli wymyślić sami tak wybitnego utworu BOWIEm nawiązanie do Davida Bowiego jest celowym na pewno hołdem. Połączyli tutaj na swój sposób jego Space Oddity i Moving to Mars?. Cóż, wielkość Dejwida jest powszechnie znana i taki ukłon w stronę legendy można tylko pochwalić.
Trzeba przyznać, że tak na klawiszach potrafi przysmęcić tylko Coldplay i jest to tak oczekiwane przeze mnie   od dawna idealne rozwinięcie wrażliwości debiutu. Przejście, a raczej przelot na order (dla Eno) i już po chwili znajdujemy się w barokowym stylu "stadionowegorockanastępnychu2nowejgeneracjistadionów". Mogę z czystym sumieniem przyznać, że to rozwinięcie i cała przestrzenność drugiej połowy utworu to jeden z TYCH wielkich momentów muzyki 2011 roku. Kosmiczne.

Coldplay - Moving To Mars by dmrock


Coldplay udanie powrócili i bardo słusznie wydali "tylko" EPkę, bo widać jak dobrze oswoili się i nauczyli nowego brzmienia, które to Brian Eno wymyślił im perfekcyjne - zachowujące resztki dawnego emocjonajnie przebogatego stylu. Po wysłuchaniu TAKIEGO utworu jak Moving to Mars, znów zaczynam czekać na ich nową płytę z niecierpliwością.