background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Justin Timberlake. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Justin Timberlake. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 sierpnia 2015

OFF Relacja 2/3: Space is the place



Dog Whistle
Te dwie uśmiechnięte dziewczyny trudno jest opisywać za pomocą poważnych kryteriów, bo one same nie potrafią powagi na scenie. W niezwykle uroczy i wydawałoby się, niemożliwy sposób udało mi się nawet spalić tradycyjnego suchara (co robi 9,50 w portfelu? Prawie dycha. To znaczy LEDWO dycha!). To nie profesjonalny koncert z zespołem i instrumentami, ale pyszna zabawa koleżanek podgywających sobie na gitarce i basie. Dziewczęce, bezpretensjonalne piosenki zrobiły sobie letni piknik w upalnym Namiocie Trójki, z koszykiem na trawce i uśmiechem na ustach. Od wakacji w Chorwacji bardziej nęci mnie orientalny klimat Iranu, którym inspirują się członkinie zespołu. Co prawda ten ciekawy kraj nie ma ostatnio najlepszej prasy, ale radosne utwory Dog Whistle i serdeczności rozsiewane na każdym kroku w jakiś sposób odczarowały szarą i niepewną rzeczywistość Bliskiego Wschodu.

[peru]
Nazwa tego zespołu nie kojarzy mi się geograficznie, ale łączę ją z aromatem jakiejś pikantnej korzennej przyprawy. Taka jest też ich muzyka - ostra, wyrazista i szczypiąca w język. Nieco egzotyczna żywiołową postawą wokalisty i szczyptą oryginalnego posmaku doda aromatu każdej gitarowej imprezie. Wątki kulinarne pojawiły się także w trakcie samego występu gdy zostaliśmy zachęceni do wegetarianizmu i zniechęceni do zabijania (zwierząt). Zapach delikatnego radykalizmu bardzo pasował do głośnego i pełnego zaangażowania koncertu.




King Khan and the Shrines
Nie ujmując nic z wdzięku Susanne Sundfor, można spokojnie powiedzieć, że koncert King Khana był jej występem odbitym w krzywym zwierciadle. Złota koszula Zuzanny mieniąca się refleksami kuli dyskotekowej zamieniła się w skrawek złotych majtek pod gołym - i ogromnym! - brzuchem Kinga. Szaleństwo tłustych dęciaków przelewa się kaskadami kolejnych tanecznych kroków, a dansingowe aranżacje sali balowej z profesorskim spokojem nie zwracają uwagi na balet obłąkanego proroka. Który z wąsa przypominał zresztą Krzysztofa Krawczyka na tureckich wakacjach gdzie naszprycował się afgańską sziszą. Była to bowiem skala zabawy o największym, ludycznym zasięgu - jak festiwal w Opolu, jak majestatyczne wodowanie parostatkiem w piękny rejs. Żar lejący się z nieba paradoksalnie nie mógł być lepszą okolicznością takiej imprezy - w 30stopniowej temperaturze można tylko wtopić się w oślepiający gorąc i naturalnie spalić się we wspólnym tańcu.

Ten Typ Mes
Po koncercie poprowadzonego z rozmachem live bandu Mesa (skrzykniętego, przypomnijmy przez Michała "Foxa" Króla) jestem w stanie postawić tezę, że Ten Typ Mes to polski Justin Timberlake. Że jest raperem, a nie tańczącym szołmenem? Nic nie szkodzi, wydaje mi się że hip-hop ze swoimi genezami i tradycjami osiągnął w Polsce tak znaczący status jak popowe disco w USA. Najważniejsza pozostaje tu staranność i wyczucie stylu, o czym zapomina cała gitarowa scena alternatywna - Michał Biela gra w zielonych krótkich spodenkach, bo eksperymentowanie zajmuje mu już cały horyzont życiowy poza pracą, nie ma czasu na nic innego. Ten Typ Mes przykłada natomiast do swojego wizerunku tak dużą wagę, bo kreowanie figury inteligenckiego rapera, który nie chciał zostać dresiarzem jest integralną częścią jego twórczości i artystycznej tożsamości. Rozkręcając naprawdę świetną imprezę: równie ważny jak przekaz jest funkowy rytm i bogactwo gitarowych aranżacji gdzie wisienką na torcie są chórki żony Afrojaxa wyjęte właśnie z brzemienia Motown (hi, JT). Inna sprawa, że realizacyjny przepych nie bierze się znikąd - Mes ze Stasiakiem tak jak Timberlake obracają grubymi pieniędzmi w Alkopoligamii o czym przypominał rzecz jasna bezwstydny product placement markowej i nad wyraz eleganckiej odzieży warszawskich raperów.

Sun Kil Moon
W przypadku songwriterów najważniejszą wartością zazwyczaj jest szczerość. Mniej przejmujemy się melodią i często zaledwie akustycznym instrumentarium, bo ważniejszą kwestią jest to, czy zdołamy przejąć się historiami wykonawcy. Jak łatwo nas przekona i kiedy wczujemy się w jego emocje. Problem w tym, że Mark Kozelek przekonuje krzykiem i groźbami, no i na pewno nie chciałbym dzielić jego tak negatywnych emocji, którymi emanuje ze sceny. Co tu dużo kryć - wszyscy wiedzą, że jest raczej bucem; nie opuszcza go samcza wyższość nawet gdy śpiewa o swojej mamie (featuring z Gangiem Albanii? LOL). Wyszedłem po kilkunastu minutach zwyczajnie zmęczony pomrukiwaniami samca alfa Ameryki. Nie chcę stawiać pochopnej oceny, bo druga połowa koncertu była ponoć o niebo lepsza, jak relacjonował Bartek Chaciński. Dziennikarz Polityki wysunął także bardzo interesującą hipotezę (którą powtórzył później Grzegorz Hoffmann), że Mark Kozelek jest... raperem.
Takie postawienie sprawy diametralnie zmienia postać rzeczy, a przynajmniej moje postrzeganie tej postaci. Zrozumiałe stają się wycieczki osobiste, tradycjonalizm ujęcia życiowych  tematów (za pysk), wkurwienie na świat, a nawet trudny charakter przejawiający się w chronicznym niedopasowaniu społecznym (czyt. byciu bucem). Raper nie musi być liryczny, nie powinien być nawet w kategorii likeable. Hip-hop łączy się z alternatywą, nic dziwnego że działa też w drugą stronę. To wszystko bardzo ciekawe, być może nawet usprawiedliwiające Marka Kozelka, ale tamtego popołudnia nie chodziło już o to czy uwierzę w jego historię. Pytanie brzmiało: czy jestem w stanie wytrzymać dla niego w dusznym namiocie.




Sun Ra Arkestra
Właśnie dla takich koncertów jeździ się na OFF Festival. Zamarzyłem sobie nawet, że tak mógłby brzmieć Jazz nad Odrą gdyby miał jaja wyjść poza klasykę i nowojorską poważkę. Pewnie w obrębie swojego gatunku nie są to jakieś wielkie rzeczy, ale dla mnie mieszczą się w definicji jazzowego muzykowania idealnego - radość improwizacji, inwencja, kompletne rozbudowane brzmienie, a przede wszystkim wspólna zabawa. I nawet te złote kosmiczne przebrania były zbędne do obrazu "muzyki afrykańskiej" bo energia czarnego lądu tętniła nieprzerwanie ze Sceny Leśnej. Oraz równie nieziemskimi niespodziankami, bo jak nazwać nagłe pojawienie się kosmity fikającego koziołki na scenie i wprowadzający w czyn swój niezwykły dens. Letni wieczór, zgiełk trąbek, kojące wokale, nieskończone dywagacje gwiazdowe i smak mandarynek w ustach. Nie mogłem czuć się bardziej idealnie i ten stan mógłbym rozciągnąć do wielu lat świetlnych.

Xiu Xiu gra muzykę z Twin Peaks
Ten koncert był dla mnie wielką niewiadomą. Nie znałem wcześniej samego zespołu, nie oglądałem żadnego odcinka serialu Davida Lyncha i nie słuchałem nic z muzyki Angelo Badalamentiego. Przewidywałem, że na samym występie nie znajdę nawet kawałka melodii i zamieni się on w jeden wielki eksperyment niezrozumiały dla zwykłego śmiertelnika. Takie przestawienie się na "klimat" było bardzo dobrym pomysłem, bo dzięki temu łatwiej było mi dostrzec to co dzieje się wokół wspomnianego soundtracku. Pojedyncze dźwięki łączyły się w spójny trans, z którego przyjęciem nigdzie się nie spieszyłem. Gitary rezonowały zimną energią, a niesamowicie czyste cymbałki wprowadziły odrealnione czyściutkie wysokości dźwięków. W pewnym sensie była to doskonalsza wersja koncertu The Residents - pozbawiona niepotrzebnych ozdobników i teatralności, a skupiająca się wyłącznie na niesamowitym, odrealnionym, czasem złowieszczym klimacie. Znowu zagrała tu Scena Leśna: światła padające na otaczające nas korony drzew były doskonałym przedłużeniem kadrów z Miasteczka Twin Peaks.





Ride
Artur Rojek jest osoba, która ma zdecydowanie największy wpływ na kształt OFF Festivalu, zrozumiałe więc że jako dyrektor artystyczny kieruje się głównie swoim gustem muzycznym. Nie trzeba było czytać wywiadów prasowych, by zorientować się jak wielki wpływ na młodego Rojka miała muzyka brytyjskiej legendy (oczywiście) shoegaze'u - na koncercie co chwila łapałem się na zabawnej w sumie myśli "o, wczesne Myslovitz". Do mnie brzmienie Ride za bardzo nie trafiło - monotonne zapętlanie tych samych akordów (basista nie miał zbyt wiele do roboty) z oczywiście mocną perkusją. Jeśli ktoś jest fanem to okej, udało się wznieść ścianę dźwięku, a gitary brzmiały fantastycznie, tak jak "powinny grzać". Ja się trochę zmęczyłem jednowymiarowością widowiska i markowaniem melodyjności przeciętnymi, jednoznacznie chciałoby się powiedzieć "anglosaskimi" wokalami.


PS. Byłem jeszcze na kilku koncertach, ale krócej i jutro takie wzmianki też dopiszę.

wtorek, 26 sierpnia 2014

KROPKI - KRESKI : I'm bringing sexy back


2002

Obrazek zdobiący pierwszą płytę Justina Timberlake'a Justify mogłaby być wzorem okładki albumu popowego chłopca, model "Typowy Justin". Młody mężczyzna z boysbandową przeszłością patrzy tęsknym wzrokiem wprost w obiektyw. Na brodzie zwisa pierwsza bródka, pod którą błyszczy archetypiczny element niepokornego badgaja - skórzana kurtka. Najlepiej oświetlona jest oczywiście blond fryzura, a piaszczysty pejzaż na drugim planie symbolizuje... Nie mam pojęcia co symbolizuje, wystarczy że jest malowniczy. I szorstki; tak jak sam Justin wyczekujący z utęsknieniem na życiodajny deszcz łez. Cry me a river.



2006

Na okładce przełomowego muzycznie FutureSex/LoveSounds Justin ma pod noga cały świat tanecznej kuli dyskotekowej. Ale nie jest to triumfalna, napuszona poza zdobywcy z jaką obnosi się obecnie Kanye West. Na moje europejskie oko przypomina to bardziej futbolowe sztuczki, żonglerkę piłką, czy też gatunkami muzycznymi takimi jak R&B, funk, trance, a nawet krautrock (JT w inspiracjach wymieniał nawet Radiohead, a interludia podpatrzył u Mesjasza Coolerstwa Davida Bowiego). Gdy jednak przyjrzeć się bliżej okazuje się, że obcas błyszczącego pantofla Justina rozbija szklaną kulę na drobne kawałeczki z bezpośredniością rozsadzenia typowego popu eksperymentami producenckimi na samej płycie. Mimo tego zamachu, symbol szalonych lat 80tych cały czas błyszczy triumfem refleksów ozdabiając sterylnie białą podłogę. Marynarka jest jeszcze swobodnie rozpięta, bo chodzi tu głównie o nightlife-ową zabawę. To nowoczesny playboy jakiego grał w Social Network, ale te elektroniczne sztuczki są mu potrzebne tylko do podrywu, bo umie przecież powiedzieć ayo, I'm tired using technology. Uwagę zwraca również pieczołowicie dobrana kolorystyka napisu. Zdjęcie wykonał Terry Richardson, słynny fotograf modowy, sam Timberlake przyznał zresztą, że chciał, aby jego album przypominał "fashion editorial, YSL and Gucci suits, which goes with the sonics".



2013

Z okładki 20/20 Experience spogląda na nas zblazowany multimilioner. To oczywiste - kogo innego byłoby stać na taką bajerancko specjalistyczną, drobiazgowo skalibrowaną i najwyraźniej bezużyteczną aparaturę? Kolejna zachcianka ekscentrycznego bogacza, który przygląda się maluczkim z niestosowną ciekawością Howarda Hughesa. I ten smoking. Muszka leżąca tak naturalnie, że łatwo sobie wyobrazić jej właściciela jedzącego w takim stroju śniadanie. Chodzi tylko o bogactwo, ni mniej ni więcej. To ono jest kluczem do wizerunku autora, inicjały którego są wybite szczerym Oscarowym złotem.
Pop jako gatunek muzyczny ma to do siebie, że w przeciwieństwie do np. rocka nie musi nieść ze sobą jakiegoś wielkiego, istotnego dla świata przekazu. Dobry pop omija zaangażowania i zajmuje się stylem samym w sobie. Wielkość Justina Timberlake'a polega na tym, że doskonale to rozumie i nie wstydzi się bogactwa, tych wszystkich milionów dollarów jakie rozdaje mainstream. Nie owija w bawełnę i szpanuje bezwstydnie drogim blichtrem. "To understand what that weak is like. This weak is crazy!" - opowiadając swojemu oczywiście nie mniej gwiazdorskiemu kumplowi Jimmiemu Fallonowi o Saturday Night Live Justin oddał esencjonalną definicję całego show-businessu. Jak już wspomniałem, on wcale nie musiał nagrywać tej płyty, ale zachciało mu się pokazać całemu światu jak perfekcyjnie tańczy i jak doskonale leży na nim smoking. Taka już kolej rzeczy - zwykli śmiertelnicy muszą zajmować się naprawdę istotnymi kwestiami jak sens życia i utrzymanie rodziny, podczas gdy Możni i Wielcy mogą sobie pozwolić na zabawę w gwiazdorstwo.

piątek, 22 sierpnia 2014

SNL: Not gonna do that think that my voice goes high



Saturday Night Live to bez wątpienia najlepszy program rozrywkowy. Nie jest mi łatwo przetranslatować jego formułę i znaczenie na polską kulturę telewizyjną, musiałbym bowiem dokonać niewyobrażalnej niestosowności i porównać go do naszych rodzinnych przaśnych i żenujących "kabaretów".
Wyobraźmy sobie na chwilę, że żyjemy w jakiejś zabawniejszej rzeczywistości niż III RP (co istotne - po 89' roku, bo nie można zapomnieć o cesarzach polskiego słowa - Kabarecie Starszych Panów czy Wojciechu Młynarskim). Chcąc zaznać weekendowego odprężenia, włączamy telewizor i zamiast Mazurskiej Nocy Kabaretowej (ciężko pisać to z wielkiej litery, ale to nazwa własna...) oglądamy premierowe skecze odgrywane przez wybitnych Aktorów Komediowych (dość powiedzieć, że z SNL wywodzą się min. Eddie Murphy, Chevy Chase czy Kristen Wiig). Skecze puszczające oko do aktualnych i uwzględniające inteligencję odbiorcy. Ten wielki komediowy projekt stworzony przez Lorne Michelsa będący już ważną częścią amerykańskiej popkultury będzie obchodzić w tym roku 40-lecie istnienia. Chcąc choć symbolicznie uświetnić nadchodzący jubileuszowy sezon, postanowiłem napisać serię tekstów o moich ulubionych postaciach Saturday Night Live.

Zgodnie z formułą programu gościem, czy też "gospodarzem" każdego odcinka jest znana osoba, która razem z cast members występuje w skeczach i pomaga w ich napisaniu. Zazwyczaj zaproszona gwiazda ma zwiększyć oglądalność, ale w przypadku Justina Timberlake'a zysk był po obu stronach. Wszyscy wiedzieli, że jako typowy chłopiec z boysbandu potrafi on świetnie tańczyć i śpiewać, ale dopiero występy w SNL sprawiły, że jego nazwisko stało się synonimem scenicznego perfekcjonizmu. Hostując program aż pięć razy stał się członkiem Five-Timers Club, "najbardziej ekskluzywnego klubu w Nowym Yorku" oraz jednym z symboli SNL ostatnich lat.

Szoł rozpoczyna się wygłoszeniem przez gwiazdorskiego gospodarza zabawnego monologu, podczas którego nie wchodzi jeszcze w rolę, ale pozostaje "sobą". Mimo zdobytego doświadczenia aktorskiego Justin w swoim 4 monologu (2011 r.) skarży się na wciąż prześladującą go muzyczną przeszłość. Tak bardzo chce udowodnić, że tym razem nie będzie już niczego śpiewać, że nagle prezentuje publiczności cały wachlarz swoich chwytów scenicznych. Wszystko opiera się oczywiście na dystansie do własnego wizerunku, ale musi zachwycać swoboda z jaką Timberlake żongluje sztandarowymi elementami "gwiazdora pop" rozłożonymi na czynniki pierwsze.



Mówiąc o obopólnych korzyściach nie można zapomnieć, że to od występów w SNL zaczęła się filmowa kariera Justina która odciągnęła go od tworzenia muzyki na dobrych kilka lat. Można sobie wyobrazić udrękę fanów pragnących nowych tanecznych rytmów z jednej i pobłażanie dla kolejnego aktorzącego piosenkarza z drugiej strony. Wszystko to zostało zawarte w ledwie 5 linijkach scenariusza poniższego skeczu, w którym Andy Samberg stara się być poważny.




Justin i Andy także na polu muzycznym okazali się świetnie dobranym duetem, gdy stworzyli klasyczne już Dick in a Box. Prosty sposób na gwiazdkową niespodziankę rozwinęli do genialnego pastiżu obciachowej ballady R&B. A także parodii samego Timberlake'a, który w alternatywnej rzeczywistości, z klasyczną bródką naprawdę mógł święcić najtisowe triumfy na dyskotekowych densflorach. Bo to po prostu świetna piosenka wychodząca z głowy z taką samą trudnością co "normalne single" Justina.


The Lonely Island & Justin Timberlake - Dick In A Box (Subtitulado Español) from JulianaThe319 on Vimeo.

Choć Samberg to faktycznie zdolny i pomocny chłopak, to nie znajdziecie w historii SNL dwóch większych kumpli niż Justin Timberlake i Jimmy Fallon. Poznali się, gdy ten drugi był jeszcze członkiem obsady Saturday Night Live i zaprosił śpiewającego kolegę do swojego chyba najbardziej znanego motywu - The Barry Gibb Talk Show. Grają tam braci Gibb z legendarnego zespołu disco The Bee Gees, którzy swoimi firmowymi falsetami zapraszają do politycznej dyskusji. Uzupełniają się idealnie, zarówno wyglądem (klaty!) i temperamentem. Skeczem trzęsie - dosłownie i w przenośni - Fallon, ale Timberlake udowadnia, że dobry aktor skradnie dla siebie scenę jednym gestem czy nawet epizodyczną rólką.



Ten subiektywny przegląd niech zakończy opowieść Justina o jego własnej karierze. Snuje ją z pozycji swojego pradziadka marzącego dla swojego grand-grand-sona o wielkiej, acz wtedy niewyobrażalnej karierze śpiewaka pop. Przodek księcia popu zamiast garnituru nosi swatygowaną marynarkę, ale pewne rzeczy okazują się być niezmienne - urok i czar roztaczany przez Timberlake'a. A także to, że mimo upływu lat w jedną czy drugą stronę najbardziej rozpalają ludzi perypetie i niedomówienia nastoletniego związku Justina z Britney Spears.

wtorek, 18 lutego 2014

4/13' : Wearing my sky blue Lacoste





  Justin Timberlake - złote dziecko amerykańskiej popkultury, mające na koncie kilkanaście milionów $, występy w Klubie Myszki Miki, N'sync, epizody w Saturday Night Live i oklaski za aktorstwo w The Social Network chyba w ogóle nie musiał nagrywać tej płyty. I ten niedostępny dla zwykłych śmiertelników styl, niemal zblazowany luz gra na The 20/20 Experience kluczową rolę. Każdy utwór rozciągnięty do 7-8 minut ocieka tu luksusem, ale niewielu mężczyzn na świecie potrafi tak swobodnie nosić smoking. Pawet Sajewicz widzi w JT Franka Siniatrę naszych czasów; ja pokusiłbym się o stwierdzenie, że produkcje Timbalanda są kunsztownie dopieszczone nawet jeszcze bardziej.



Okazuje się, że nie jestem jedynym gościem w Europie, który chce być jak Justin Timberlake. Podobną stylówę obrał także niejaki Alex Turner. Wyraźnie było to widać podczas koncertu jego Arctic Monkeys na Openerze. Dotychczas zwykłe brytyjskie chłopaki, a teraz? Nawet gitarzysta zapięty jest pod gustownym krawatem, ogromne AM ułożone z lamp zdjętych z jakiegoś rewiowego afisza i dopełniająca ten przesadny obraz kula dyskotekowa. Muszę przyznać, że dzięki odpowiedniej dawce ironii, z eleganckim wizerunkiem bardzo im do twarzy. AM to faktycznie ich najlepsze wydawnictwo od czasów debiutu, a w Knee Socks naturalnie podejmują dwuznaczne bieliźniane wątki Jarvisa Cockera, które spiżowy zaśpiew Josha Homme'a zamienia w najlepszy i najgorętszy moment 2013 roku. Trzeba tu zgodzić się z Anną Gacek - już dawno rock nie był tak seksowny.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Najważniejsze z Trzynastego

           

  Nie jestem wielkim entuzjastą Trzynastego w muzyce - jak widać, nie udało mi się nawet skomplikować miejsc rankingowych. Może to być dowodem słabości ubiegłorocznych wydawnictw, jak również zmiany mojego osobistego stosunku do muzyki. Inną tendencją, której nadejście przeczuwałem już wcześniej jest rozproszenie opinii, tak charakterystyczne dla czasów internetowych. Bardzo trudno zorientować się o nowościach, ocenić je gdy każde środowisko ma swoją odmienną optykę i wskazuje na coś zupełnie różnego. Mamy konserwatywnego Rolling Stone'a, gimbusiarskie NME czy "biblię hipsterów" (Przemysław G. hehe) pitchfork.com. Na polskim malutkim rynku należy wyróżnić przede wszystkim T-mobile Music, serwis kierowany przez Jarka Szubrychta. Może mniej recenzje, ale w ich dziale publicystycznym narodził się pomysł rozmowy o muzyce z kultowym już reżyserem teatralnym Janem Klatą - zdecydowanie mój ulubiony tekst roku łączący The White Stripes z Hamletem. Najlepszy polski magazyn o kulturze w ogóle - serwis NINY dwutygodnik.com niestety dość rzadko zajmuje się muzyką rozrywkową, ale zawsze są to poważne teksty pisane przez jak najbardziej profesjonalnych autorów - przykładem równie smakowite wspomnienie o Elliocie Smithcie.
Wszystkie te ośrodki opinii łączy chyba tylko Arcade Fire, ale nie tylko dlatego ich Reflektor był najważniejszym wydarzeniem muzycznym 2013 roku. To płyta wybitna, nie było nikogo kto by się zbliżył do jej doniosłości. Dzięki swej różnorodności słucham jej niemal codziennie i cały czas jestem pod ogromnym wrażeniem jak energetyczne i pełne sensów dzieło stworzyli ci rodzinni Kanadyjczycy.

Poniżej opisuję trzynaście najważniejszych według mnie wydarzeń minionego 2013 roku ułożonych w kolejności mniej więcej chronologicznej. Jest to tylko moja subiektywna lista, w której starałem się uchwycić najważniejsze tendencje jakie się pojawiły, mające znaczenie dla mnie, ale również dla Świata. 

1.
Oficjalne uruchomienie w naszym kraju Spotify - największego serwisu ze streamingową muzyką nie zmieniło mojego życia. Nie wpłynęło na sposób, w jaki korzystam z muzyki, nie sprawiło, że wyrzuciłem płyty za okno, nie męczą mnie w nocy apokaliptyczne wizje Życia w Chmurze, ani nie solidaryzuję się rewolucyjnie z poszkodowanymi artystami. Dla mnie Spotify oznacza wygodę. Płacąc co miesiąc równowartość Hepi Mila mam w zasięgu ręku większość wyobrażalnej mi muzyki, dostępnej bez większych formalności i kombinowania. Być może moja błogość wynika z tego, że słuchanie muzyki z YouTuba jest jakimś przykrym masochizmem - nigdy tego nie zrozumiem. Spotify to gadżet do okładania plejlist, ale dzięki niemu lubię myśleć, że rynek muzyczny w Polsce wreszcie dorósł do zachodniej normalności.
TUTAJ wklejam moje ulubione single 2013 roku na plejliście Spotify, żeby nie było tak w ogóle bez piosenek.

2. 
Wytwórnia Krajowa, mini-label firmowany przez Jacka Szabrańskiego zrobił w przeciągu całego zeszłego roku bardzo dużo dla promowania prostych piosenek śpiewanych po polsku. Tym bardziej nie można pozwolić, aby zupełnie bez echa przeszła wyjątkowa swoją szczerością płyta Nawyki/Kolizje. Jej autorzy, Milcz Serce odznaczają się najbardziej treściwą i pasująca nazwą zespołu jaką znam - zwrot jak z Szekspira wyrażający roztargnione upomnienie dla zbyt uzewnętrzniających się uczuć. Lubię myśleć o tej płycie jak o śląskiej epopei, operze codzienności - tylko  w odpowiedniej skali. Oczywiście nie mam tu równych chórów, symfonicznych smyczków, odpowiedniej długości czy jakiejkolwiek wzniosłości. Ale jak miałoby być inaczej, skoro mówimy o banalności życia, najzwyklejszych sprawach? Chcę zapalić papierosa by móc wciągnąć z dymem burzę twoich włosów. - moje ulubione Kawiarenki, które tak łatwo podbijają banalność. Takie rzeczy tylko u Damona Albarna.

3. 
W wielkości Davida Bowiego nigdy nie chodziło tylko o muzykę, ale o jego osobowość - chyba nie muszę pisać jak bardzo ważna i magnetyzująca jest to postać dla całej popkultury. Nic więc dziwnego, że w dniu jego Powrotu czułem dumę, że mimo swojego młodego wieku udało mi się poczuć atmosferę tego wielkiego święta jakim jest nowe dzieło Dejwida. Tradycyjnie już o wiele bardziej spektakularne niż dźwięki okazały się obrazy. Najprostszy biały kwadrat na okładce The Next Day stał się wyrazem głębokiego sensu nowego - po 10 latach - albumu. Dwa kolejne teledyski też okazały się być oddzielnymi dziełami sztuki potwierdzającymi tylko gigantyczną pozycję Bowiego jako Symbolu. W The Stars (are out tonight) - najlepszej piosence na płycie - zagrała sama Tilda Swilton, a reżyserka Floria Sigismondi okrasiła tą posągową parę dwiema supermodelkami. Natomiast The Next Day tworzą Gary Oldman i Marion Cotillard. W tych dwóch filmach jest wszystko - krew i seks, religia i obłuda, zwyczajność i artyzm, podglądanie i kreowanie. Wreszcie David Bowie jako zwykły szary człowiek i David Bowie jako bóg. 

4.
Justin Timberlake - złote dziecko amerykańskiej popkultury, mające na koncie kilkanaście milionów $, występy w Klubie Myszki Miki, N'sync, epizody w Saturday Night Live i oklaski za aktorstwo w The Social Network chyba w ogóle nie musiał nagrywać tej płyty. I ten niedostępny dla zwykłych śmiertelników styl, niemal zblazowany luz gra na The 20/20 Experience kluczową rolę. Każdy utwór rozciągnięty do 7-8 minut ocieka tu luksusem, ale niewielu mężczyzn na świecie potrafi tak swobodnie nosić smoking. Pawet Sajewicz widzi w JT Franka Siniatrę naszych czasów; ja pokusiłbym się o stwierdzenie, że produkcje Timbalanda są kunsztownie dopieszczone nawet jeszcze bardziej.
Okazuje się, że nie jestem jedynym gościem w Europie, który chce być jak Justin Timberlake. Podobną stylówę obrał także niejaki Alex Turner. Wyraźnie było to widać podczas koncertu jego Arctic Monkeys na Openerze. Dotychczas zwykłe brytyjskie chłopaki, a teraz? Nawet gitarzysta zapięty jest pod gustownym krawatem, ogromne AM ułożone z lamp zdjętych z jakiegoś rewiowego afisza i dopełniająca ten przesadny obraz kula dyskotekowa. Muszę przyznać, że dzięki odpowiedniej dawce ironii, z eleganckim wizerunkiem bardzo im do twarzy. AM to faktycznie ich najlepsze wydawnictwo od czasów debiutu, a w Knee Socks naturalnie podejmują dwuznaczne bieliźniane wątki Jarvisa Cockera, które spiżowy zaśpiew Josha Homme'a zamienia w najlepszy i najgorętszy moment 2013 roku. Trzeba tu zgodzić się z Anną Gacek - już dawno rock nie był tak seksowny.

5.
Znakiem, że polska muzyka elektroniczna okrzepła mogło być dość chłodne przyjęcie przed-zeszłorocznego długogrającego debiutu Kamp! Recenzenci nie nabrali się już na doskonale znane z wcześniejszych epek piosenki, których główną cechą było brzmienie "tak jak zagranico". W 2013 roku ranking Gazety Wyborczej na polską płytę roku wygrał (związany zresztą z Kamp!) duet Rebeka grający dość konwencjonalne piosenki. Nie jest to nic odkrywczego klasy AlunaGeorge, ale na OFFowym koncercie sympatycznie skojarzyli mi się z tenecznymi The Ting Tings. W blogosferze natomiast furorę zrobił inny, mniej znany męsko-damski duet (bynajmniej nie chodzi mi tu o The Dumblings hehe). Sorja Morja to tajemniczy, nieco gotycki projekt, który w singlowym wydawnictwie Nowy utwór / Stany zachwyca zimnym brzmieniem, a teksty propsuje im sam Afrojax. (Wybitne rzeczy, wstyd nie znać, najbardziej polecam.) Wreszcie powrócił Tomek Makowiecki nagrywając bardzo dobry Moizm - płytę trochę niedokończoną, przypominającą mi nieco projekt Passangers (U2 + Brian Eno). Przebojowe Holidays in Rome od wyżej wymienionych młodziaków odróżnia właśnie ten celebrycki sznyt - niewymuszona elegancja, którą bardzo lubię w - z założenia bezdusznej - elektronice.
PS. Na świecie świetną drugą płytę wydał James Blake, nagrodzony słusznie Mercury Price.

6.
Dawid Podsiadło rozbił bank. Kto by się spodziewał, że ten skądinąd niepozorny chłopak zdobędzie szerokie uznanie, tysiące fanek i aż trzy platynowe płyty za swój debiut fonograficzny? Nie byłem zdziwiony, że Comfort and Happiness będzie ponadprzeciętnie dobrą płytą, produkował ją w końcu Bogdan Kondracki, a ciepło wypowiadał się na jej temat min. Piotr Metz. Ale kto czyta te branżowe doniesienia? Mam inny pomysł na wyjaśnienie tego fenomenu.
Jeśli spojrzeć z szerszej perspektywy na kariery  największych polskich zespołów, można zauważyć, że swoją pozycję opierali oni na popularności konkretnych zagranicznych nurtów czy bandów. I tak Republika była polskim Joy Division, Hey trafiło do fanów grandżu i Pearl Jam, Myslovitz inspirowało się britpopem Oasis (a później Radiohead), a u Brodki tylko W pięciu smakach znalazłem całe modne indie (co świadczy już lepiej o osłuchaniu jej fanów). Podsiadło wyraźnie przywołuje natomiast na swojej płycie klimat Parachutes. Nie ma co mówić o „moim pokoleniu” ale podobnie jak wiele obecnych 20-latków wychowałem się na pierwszych płytach Coldplay i mam do nich wciąż emocjonalny stosunek. (btw. To chyba najmłodszy zespół, który na koncercie zdołał zapełnić w Polsce cały stadion ). Oczywiście wizerunek „chłopaka takiego jak ja” jest podstawową mistyfikacją talent shows, ale dzięki wspólnemu gustowi muzycznemu jestem bardziej skłonny udzielić Dawidowi Podsiadle kredytu zaufania.
(No dobra, chodzi po prostu o to, że ja też kocham się w Kejti Melui <3>

7.
Podsumowanie 2013 roku w formie list rankingowych wydało mi się nie najlepszym pomysłem, bo znalazłyby się tam doskonale znane wszystkim nazwy - Queens of the Stone Age, The National, czy Atoms for Peace. Oczywiście wydali oni dobre płyty, ale jakoś nie mam do nich serca, aby anonsować je ekscytującymi nowościami. Podobny problem mam z Franz Ferdinand - ich "nowa rockowa rewolucja" celowo przedstawia stan z 2004 roku, co nie zmienia faktu, że Right Words, Right Words, Right Actions była najczęściej słuchaną przeze mnie płytą zeszłego roku. Chociaż w Right Actions coverują samych siebie nawet teledyskiem, to już ilustracją do Evil Eye - pysznym pastiżem filmów klasy B - pożerają  konkurencję. Jest to mój singiel roku; co może być lepszego na przebudzenie niż dobre gitarowe indie z beatem Michaela Jacksona? 
Po drugiej stronie oceanu Vampire Weekend, jak przystało na Młodych Wilków amerykańskiej Warszafki (ang. Modern Vampires of the city) "pociągają granice gatunku trochę wszerz". Hitowy Diane Young to już nie tylko proste indie do podskoków nastolatek - nie da się wyłonić pojedynczych ścieżek gitar, bo wszystko sprowadzone jest do wciąż bardzo organicznego rytmu. Jednocześnie wydaje mi się najlepszym hołdem złożonym Elvisowi Presleyowi, co potęguje tylko charakterystyczna modulacja głosu w refrenie. Wreszcie dzięki niemal barokowej ornamentyce Step zdali test trzeciej płyty i zyskali wreszcie poważną pozycję, czego dowodem jest pierwsze miejsce na liście rocznej Pitchforka. 

8.
Koncert Blur na Heineken Opener Festiwalu był dla mnie tak ważnym wydarzeniem, że zdołałem pokonać lenistwo i zrelacjonowałem go dość obszernie w poprzednim wpisie. Nawet bez brytyjskiego zespołu Opener wciąż pozostaje największym polskim festiwalem i w edycji 2013 nareszcie przekonywująco to potwierdził. Każdy z 4 dni miał w Line-upie co najmniej dwóch bardzo poważnych headlinerów. Arctic Monkeys, Nick Cave and the Bad Seeds, The National, czy Queens of the Stone Age to przecież zespoły, które wiele znaczą i mogłyby grać na głównych scenach nawet Glastonbury (nnnno w przypadku Kings of Leon ludzie zagłosowali nogami). Tego właśnie oczekuję od tak drogiego eventu – używam tego słowa dość kąśliwie, bo muzyka nie jest w Gdyni taka najważniejsza. Oczywiście bardzo fajnie, że promuje się min. dobry teatr (rozchodzące się po polu namiotowym songi z Courtney Love Strzępki i Demirskiego pozostaną jednymi z moich najmilszych wspomnień), ale Opener stał się obowiązkowym nadmorskim punktem rozpoczęcia wakacji dla modnej młodzieży i snobistycznych 30-latków.  Opener < OFF Festiwal.

9.
Pierwszy dzień OFF Festivalu z pewnością przejdzie do Historii Polskiej Muzyki Rozrywkowej. Spotkanie Zbigniewa Wodeckiego i ekipy Maccia Morettiego to piękny symbol uznania młodych dla klasyki polskiej piosenki. Koniec podziału na alternatywę i obciachowy pop - spełniło się założenie Topu Wszechczasów serwisu Screenagers. To był prawdziwie czarowny wieczór - piękne panie i eleganccy panowie przywołali klimat jakiegoś legendarnego występu Orkiestry Polskiego Radia ze wszystkimi manierami, smyczkami i dęciakami. Reklamowany jako :najbardziej optymistyczny film roku Sugar Man opowiadał właściwie o radości fanów, który odnajdują swojego idola i mogą wreszcie mu podziękować i docenić jego dzieła. Ja tak samo poczułem się w Katowicach.

10.
Sugar Man faktycznie okazał się piękną historią, ale w Polsce nakręcony został inny świetny dokument muzyczny, aczkolwiek z mniej wesołym klimatem. Miłość to legendarna trójmiejska formacja yassowa, której członków znamy doskonale z innych, późniejszych działalności. Mowa tu o: szalonym i charyzmatycznym Tymonie Tymańskim, awangardowym Mikołaju Trzasce i gwiazdorze fortepianu Leszku Możdżerze. Tak jak w Niewinnych Czarodziejach jazz jest wszystkim, entuzjazm muzyczny wyraża energię młodości, przyjaźń, a także radość z odzyskanej właśnie wolności kraju. Ten idylliczny obrazek zaczyna się jednak psuć - (nie mniej utalentowany) perkusista Jacek Olter wpada w chorobę psychiczną, a wielka przyjaźń Tymańskiego i Trzaski nie wytrzymuje ambicji i różnicy charakterów. Głównym tematem tej jakże filmowej opowieści pozostaje muzyka, nie tylko samo funkcjonowanie organizmu zespołu, ale stosunek jaki mamy do niej w życiu, wierność jej ideałom.

11.
"Here comes the night time" - podczas gwiazdorskiego występu po Saturday Night Live Win Butler wyrzuca ze sceny gościa w masce Wina Butlera na głowie. Intruzem okazuje się być zirytowany Bono. Beka z dinozaurów? Ukoronowanie absolutnie genialnej akcji promocyjnej nowego albumu? Jak najbardziej, ale dla mnie jest to symboliczne zrównanie statusów dwóch wielkich zespołów - U2 i Arcade Fire. Ten Panteon Rocka (popu, jak kto woli) jak najbardziej im się należy. Wydanie dziś epickiej płyty z dwiema częściami odrębnymi klimatem, nawiązującej nawet do mitologii i filozofii jest dziś wyrazem wielkiego szacunku dla słuchacza. Nad Reflektorem czuwał James Murphy - najbardziej cool człowiek w NY - który tradycyjną stadionowość kanadyjczyków zamienił w taneczne wielowątkowe, blisko 7-minutowe ścieżki z tłustym basem (It's never over!). Ale to nie elektronika odgrywa tu największą rolę, ale najbardziej podstawowa, naturalna część muzyki - rytm. Hipnotyzujące bębny z Haiti mogłoby być owocem poszukiwań Radiohead czy Damona Albarna. W niezwykle ważnych kulturowo tekstach Butler opowiada o uczuciach w świecie internetowych społeczności - Reflektor z chórkami samego Davida Bowiego - i zalewającej nas seksualności jak w najbardziej czułej piosence jaką słyszałem - Porno.

12.
W tym miejscu w tym roku powinny być Pustki, które też zbierały pieniądze na pracę ze "znanym zagranicznym producentem", z którego wyszli aż trzej pochodzenia krajowego. Paula i Karol zamiast półsłówek posłużyli się podstawową cechą swojej muzyki - bezpretensjonalnością. Radochą inaczej. Ich program promocyjny okazał się bardziej zabawny i elastyczny, dzięki czemu nawet ja mogłem dorzucić się dyszką. Polscy artyści pracujący z zagranicznymi producentami nie są już zjawiskiem nowym (pisałem już jak pomogło to L.stadt), ale Ryan Hadlock jest teraz naprawdę na topie - nie tak dawno płyta The Lumineers, która wyszła spod jego ręki zdobyła nominację do nagrody Grammy. Ponadto, muzyka sympatycznego duetu zawsze odznaczała się chałupniczymi środkami, które owszem, miały ogromny urok, ale bardziej profesjonalne podejście do nagrań może faktycznie przynieść nową jakość. Trudno nie kochać Pauli i Karola, ogromnie się cieszę że im się udało i może mogłem nawet jakoś im w tym pomóc.

13. 
Spełnia się moje małe chłopięce marzenie - dziewczyny wreszcie zaczynają grać na gitarach. Kwintesencją dziewczyńskości jest dla mnie siostrzane Haim, które właśnie zewsząd słychać w reklamie wiosennej ramówki TVNu. Owszem, zaadaptowano je do mainstreamu stępiając rockerstwo elektronicznymi beatami, ale dzięki Days are gone zrozumiałem wreszcie co znaczyły zarzuty o niedojrzałość w stosunku do pierwszych płyt Arctic Monkeys - przykładem The Wire rozprawiające się z męską słabą płcią. Na moc swoich wzmacniaczy stawiają dziewczyny z Savages, które ogłuszyły mnie już na OFFie 2012. Mroczny noise pozwala na takie tytuły jak "Joy Division na obcasach". W 2013 roku wydano też nową płytę rytmicznych polskich i pięknych dziewczyn z zespołu Drekoty. Tą żeńską tendencję w gitarowej muzyce przypieczętowały delikatnym pocałunkiem moje ulubienice z Warpaint. sensualnym singlem Love is to die. Ta osnuta kobiecością cudna pościelówa zapowiada na 2014 rok ich self-titled album i bardzo życzyłbym sobie, by stała się dobrą zapowiedzią na równie niezwykły następny rok.