background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OFF Festiwal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OFF Festiwal. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 sierpnia 2014

OFF: 1/3 Sweet dreams sweet cheeks


(fot. Dawid Charlimoniuk, ukradłem stąd)

Godnie żegnając się z OFF Festivalem 2014 przedstawiam dokładną relacją z pierwszego dnia imprezy.
Oto co działo się w piątek, 1 sierpnia.
Dzisiejszą relację sponsoruje zwrot "starać się", bo faktycznie piątkowi artyści bardzo mocno chcieli zagrać dobrze dla katowickiej publiczności. Wydaje mi się to tylko jednym z dowodów na dojrzałość i wysoki poziom festiwalu, który okrzepł i stał się naprawdę poważnym wydarzeniem o zasięgu międzynarodowym.

OFF szczęśliwie pozostaje najbardziej szalenie zróżnicowanym festiwalem w Polsce, ale jego rdzeń zawsze stanowić będą gitary. Kolejną głośną kapelą ze stajni legendarnej wytwórni Sub Pop która rozpoczęła dla mnie katowicką imprezę jest jest Lee Bains III. Widać było, że tych czterech chłopaków ze wszystkich sił stara się zrobić hałas i było tak fajnie, że nawet ja doceniłem ciekawe podcięcia rytmu przez perkusję. Chociaż to nie moja muzyka i mogę tylko powiedzieć, że było "spoko".

W wywiadach nad modnego Openera wyżej stawiają OFFa i porównują się do AlunaGeorge mimo, że nie są jeszcze tak znani w Polsce. Widać, że The Dumplings kierują się w jak najbardziej słuszną stronę mocno starając się czerpać z jak najlepszych wzorców. Niestety jest to wciąż nieco bezrefleksyjne naśladownictwo. Wokalistka jest już urodziwa dziewczyną swobodnie osiągającą wysokie wokalizy (miło skojarzyła mi się głosowo z Izą Lach), ale jej zachowanie na scenie nazwałbym monotematycznym. Podobnie beatmaker - ten też podpatrzył ze trzy pozy na jutubie stylowo prezentując je na scenie. Muzyka duetu jest całkiem przyjemna mimo widocznych szwów łączących tylko najpotrzebniejsze elementy. Powodem tego wszystkiego jest oczywiście młody wiek wykonawców, ale trudno oczekiwać, żeby mieli już tak rozwiniętą osobowość. Wymarzone doświadczenia na głównej scenie OFF Festivalu na pewno jednak zostawią w nich slad, który z czasem pomoże zrobić z nich ciekawszych artystów.

Jeśli chodzi o Los Campesinos!, mógłbym zacząć pisać o kwestiach muzycznych czy innych bardziej lub mniej profesjonalnych aspektach, ale w przypadku indie Power popu jego prawidłowe działanie musi skutkować tylko jednym - świetną zabawą. A tej na pewno nie brakowało. Pani obsługująca klawisze ze słodko zmartwioną miną próbowała naprawić syntezator, a charyzmatyczny wokalista starał się dokończyć pointę swojego sit-downu. Jej starania zostały nagrodzone, bo oprócz działającego instrumentu zdobyła także (ode mnie) tytuł najfajniejszej dziewczyny OFFa 2014 portalu "Jaram się śpiewającymi laskami". Jej zmęczony uśmiech był dla mnie najlepszą nagrodą w tym skaczącym szaleństwie przebojów nie tylko z pierwszej płyty. Na koniec podążając tropem mojej interpretacji Hold on now, youngster... wszyscy członkowie zespołu bohatersko wspięli się na stojące odsłuchy spektakularnie dyrygując hymnem młodości każdej serii: One blink for yes, two blinks for no. Sweet dreams sweet cheeks we leave alone.



Lyla Foy wyglądała jak jedna z zagubionych sióstr Lisbon dotkniętych Przekleństwem niewinności. najmniejsza ze scen jeszcze bardziej potęgowała intymne zamknięcie się w sobie, dla którego ucieczką znowu okazały się piękne piosenki. Także te z wcześniejszcy, bardziej przydomowych EPek wprowadzały duszny nastrój - nie tylko - dziewczęcego bycia samemu. Miałem szczęście stać akurat w takim mijescu, że twarz nachylającej się do mikrofonu Lyli zasłaniała wiązkę jednego ze scenicznych reflektorów tworząc swego rodzaju aureolę wokół jej głowy. Zbliżająca się do śpiewu Lyla zasłaniała zimne światło rozświetlając nastrój kolejnymi i kolejnymi tkaniami strun gitary. (jeden z najpiękniejszych koncertowych obrazków).

Pewnie to seksistowskie, ale Kobiet nie ocenia się zazwyczaj zbyt surowo, zbyt dokładnie. Przecież pomiary z linijką i odważnikiem w ręku są jak największym faus pax jakie można sobie wyobrazić. W podobnym tonie do pójścia na ich koncert zanęcił mnie klimat muzyki tego zespołu, o którym nie będę się może powtarzać, bo legendarny Marcello oczywiście znowu zabrzmiał tego wieczora. Świętowano bowiem 10 rocznicę wydania debiutanckiego albumu nadmorskiego kolektywu, do którego okazyjnie dołączył jego pierwszy producent Maciej Cieślak. Wszyscy sumiennie starali się oddać klimat falującego wyluzowania - z wyjątkiem Ciślaka własnie. On zwyczajnie tego nie musiał, bo uosabiał to uczucie; zbyt fajne, aby dało się je tak łatwo uchwycić. Ćmiąc długiego peta zwisającego z ust nad psychodelicznymi solówkami klawiszy.





Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou dali chyba najfajniejszy koncert OFFa! Nie kumam niestety tak dobrze afrykańskiej muzyki, ale pokuszę się o stwierdzenie, że żadna inna nacja nie potrafi tak bawić się rytmem, trąbkami, basem, obrotami, zaśpiewami Afrika Africa i muzyką w ogóle. Jak śpiewa bardziej znana wokalistka hips don't lie i faktycznie - nie dało się ustać w miejscu (czego dowodem był spontaniczny pociąg kursujący pod sceną). Powinienem poznać Afrobeat tym bardziej, że odkrywając rąbek jego czarnej tajemnicy zupełnie przepadłem w rozumieniu nawet podstawowych rytmów. W pewnym momencie jeden z frontmenów zaintonował jakiś zaśpiew zupełnie nie pasujący (mi) do bicia bębnów. Gdy w słowo wszedł cały zespół, gitara basowa (pewnie najlepsza na festiwalu) tak poprzestawiała interwały taktowe, że wszystko znalazło się oczywiście na swoim miejscu. Za takie rzeczy kocham ten festiwal - nigdzie indziej nie zaproszonoby takiej ekipy, bo jest tylko "ciekawa". Ja jednak o wiele bardziej wolę posuwiste pląsy od mechanicznego skakania do modnych bangerów.




Neutral Milk Hotel starali się, aby ich przekaz filozofii życiowej pozostał jak najbardziej zgodny z prezentowaną muzyką nawet w dość niesprzyjającej temu scenerii letniego festiwalu (średniej wielkości) . Żadnych zdjęć, żadnych nagrań, żadnych komórek. Żadnych kamer - także tych na scenie, więc telebimy pozostały zaciemnione. Dla niektórych odbiorców te zabiegi mogły się wydać zbyt radykalny, bo na scenie zabrakło także jakiegokolwiek wzmacniaczy do instrumentów. Nawet solówki grali na pile, na wskroś akustyczny koncert. Mozża na nich narzekać, że bez elektrycznego kopa było zbyt spokojnie, ale nie da się nie przyznać im racji. Ten wizerunek nie jest hipsterską modą, ale wyrazem prawdziwego zaangażowania, które przebijało się ze sceny. Opłacało się przypomnieć tak archaiczną formę muzykującej trupy balladujących wędrowców. W pewnym momencie po prawej stronie sceny doszło bowiem do przedziwnego, niemal mistycznego zjawiska, gdy grupa ludzi połączyła się w dziwnym tańcu. Wszyscy powtarzali te same ruchy swojego guru, który upodabniał swe dłonie to do miecza, czy do falujących konarów drzew. Razem z rytualną żarliwą muzyką zbierali pierwotną energię gdzieś z kosmosu.

PS. Nagrania ukradłem od Bloody Bootlegs

czwartek, 31 lipca 2014

OFF: In The Aeroplane Over The Sea



Artur Rojek jest pewnie ze mnie bardzo dumny. Uwielbiam cały OFF festival - idealnie pasuje mi atmosfera, format, wielkość, umiejscowienie zarówno geograficzne jak i przyrodnicze, a przede wszystkim jakość i styl prezentowanej tam muzyki. Szczęśliwie to już moja trzecia edycja, więc trochę w podziękowaniu tu na tym blogu postanowiłem się trochę mocniej do niej przygotować. Cały czas nie wierzę w moje nowe tempo pisania, ale i tak pominąłem koncerty, które na pewno trzeba zobaczyć. W ostatniej chwili spieszę więc ze stosownym uzupełnieniem:





Slowdive - Mogę uspokoić tych, którzy rok temu uciekali spod sceny na MBV - ta legenda shoegazu jest bardziej przyjazna na żywo. Ich bardziej oniryczny klimat zainspirował min. Sigur Ros, więc spodziewam się rzeczy pięknych.

Fuck Buttons - pewnie najmodniejsza gwiazda OFFa, który trochę zbyt łatwo zadowala się klasycznymi reunionami (przydałby się jakiś hipsterski headliner jak wcześniej Metronomy czy Solange). Jeśli szukacie chorego, transowego sztosa to na londyńczyków na pewno możecie liczyć.

Neutral Milk Hotel - nie miałem śmiałości zbliżyć się z piórem do otoczonego kultem In the Aeroplane over the Sea. Istnieje możliwość, że ich naturalistyczne folkowe granie o tej porze może nieco przynudzić, ale swojej żarliwości te staroświeckie songi nie stracą na pewno tak łatwo.

Mister D - jeśli jest w Polsce jakiś artysta, który swoim przekazem może zmienić myślenie całego narodu, to jest to Dorota Masłowska. Może idealizuję, ale jej zasięg jest nieprawdopodobny - od prawa do lewa, przez virale na prestiżowe sceny teatralne. "Społeczeństwo jest niemiłe" to zdumiewające, wielowątkowe zjawisko.

Noon - nie znam się na hip-hopach, więc trudno mi ogarnąć renomę tego człowieka, ale z pewnością wykracza ona poza rapowane środowisko. W tym samym miejscu zeszłorocznego line-upu ze swoją elektroniką wystąpił Skalpel i zagrał zdecydowanie najbardziej klimatyczny koncert festiwalu.

Perfume Genius - on w swoich preferencjach wybiera chłopców, a ja wybiorę w piątek wybiorę Kobiety. Niemniej jednak musi robić wrażenie fakt, że jego łzawą balladkę na pianino zcoverowali sami The National.


Pewnie to #nikogo nie obchodzi, ale podam też mój osobisty stół czasowy, tablicę wyników w bitwach zespołów o moją festiwalową uwagę. Oczywiście nie ma fizycznej możliwości, żebym zobaczył to wszystko, bo to, że akurat na OFFa faktycznie jedzie się słuchać muzyki, to wciąż jest to "letni festiwal". Powiedzmy, że te mniej prawdopodobne sloty wezmę w kursywę, a priorytetami będą zespoły opisane przeze mnie na tych łamach.

Piątek

15:35 - 16:05 Anthony Chorale
16:10 - 16:55 Lee Bains III
17:00 - 17:45 Kaseciarz 
17:50 - 18:40 Los Campesinos!
18:45 - 19:35 Lyla Foy
19:40 - 20:40 Kobiety / Perfume Genius
20:45 - 21:45 The Black Lips
21:50 - 23:00 Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou
23:05 - 00:05 Michael Rother (NEU! and Harmonia)
00:10 - 01:30 Neutral Milk Hotel
01:35 - 02:35 Holden (live)

Sobota
15:00 - 15:30 Bobby the Unicorn
15:35 - 16:05 L.A.S.
16:10 - 16:55 Jerz Igor
17:00 - 17:45 Xenia Rubinos
17:50 - 18:40 Hookworms
18:45 - 19:35 Grolsch Stage
19:40 - 20:40 Mister D
20:45 - 21:45 Frank Fairfield
21:50 - 23:00 The Notwist
23:05 - 0:05   Noon
0:10   - 01:30 The Jesus and Mary Chain
01:35 - 02:35 Pional (live) / Karpaty Magiczne

Niedziela
15:00 - 15:30 Die Flote / Patrick the Pan
15:35 - 16:05 Ebola Ape + Ja Miron
16:10 - 16:55 Eric Shoves Them In His Pockets
17:00 - 17:45 Perfect Pussy
17:50 - 18:40 Jonathan Wilson
18:45 - 19:35 Andrew W.K. / Składanie Namiotu
19:40 - 20:40 Warszawska Orkiestra Rozrywkowa gra Song Reader Becka / Król
20:45 - 21:45 Artur Rojek 
21:45 - 22:55 Slowdive
23:00 - 00:10 Fuck Buttons
00:15 - 01:30 Belle & Sebastian
01:35 - 02:35 The Range

OFF: Pięć, cztery, trzy i dwa...

Jerz Igor wystąpi na OFF Festivalu drugiego dnia na Scenie Trójki o godz. 16:10. Cała impreza odbędzie się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia.
W line-upie są także min. Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos!, The Notwist, Artur Rojek, Lyla Foy i Xenia Rubinos oraz The Jesus and Mary Chain, The Black Lips i Jonathan Wilson.




Jerz Igor - Mała płyta (2014)




Jerz Igor to projekt, który można najłatwiej nazwać Mitch & Mitch-em dla młodszych odbiorców. Jego członkowie to podobnie jak ekipa Macia Morettiego erudyci muzyczni bawiący się łączeniem jak najróżniejszych i najbardziej egzotycznych gatunków. Z tym, że w przypadku Jerza Igora ta zabawa została potraktowana w jak najbardziej dosłowny sposób, tworzą oni bowiem kołysanki, muzykę dla dzieci.

Zapytacie pewnie czym różni się muzyka dla juniorów od odbiorców w kategorii open? W kwestii kompozycji wszystko zostaje takie samo, oczywiście nie odnotowano żadnych uproszczeń czy skróceń pięciolinii. Natomiast ciekawsza jest ewolucja samych gatunków muzycznych. Przez cale dorosłe życie myśleliśmy, że miarowy rytm walca czy bossa novy niesie ze sobą dostojność i powściągliwość godną Tańca z gwiazdami. Tymczasem ten miarowy rytm okazuje się być idealnym podkładem kołysania się do snu. A już takie konkretne przygotowanie utworów do dziecięcych uszu odbyło się głównie w fazie miksowania, gdzie instrumenty stępiły nieco swą dętą moc, a trąbki grzeją naprawdę mięciutko. Właśnie, zapomniałbym o najważniejszym - wszystkie partie orkiestrowe korzystają z prawdziwych instrumentów. Sama naturalność wolna od nowoczesności i techniki; zarówno w warstwie muzycznej jak i tekstowej, co może stać się świetną pomocą do podstawowej nauki instrumentów.

Mała płyta to wydawnictwo jak najbardziej zasługujące na określenie "album muzyczny", bo strona wizualna stanowi jego integralną, bardzo ważną część. Ta dbałość o odpowiednie zaprezentowanie wszystkich obrazków w zabawnym opakowaniu sprawiła, że autorzy zbierali fundusze na należyte wydanie w serwisie polakpotrafi.pl. Jak to zwykle bywa z takimi dobrowolnymi składkami, budżet dopiął się w ostatniej chwili, ale ku zaskoczeniu wszystkich gotowy produkt błyskawicznie zszedł ze sklepowych półek.
W tym momencie nie sposób uciec od pewnej socjologicznej refleksji. Rzecz dzieje się bowiem w Warszawie, autorzy są jak to ładnie ujął dwutygodnik "kojarzeni ze środowiskiem stołecznego wydawnictwa Lado ABC." (nawiasem mówiąc, bardzo fajnym i obecnie chyba najbardziej trzęsącym miastem). Co by nie mówić, stolica od zawsze była inkubatorem najnowszych trendów lajfstajlowych. Młoda klasa kreatywna tworząca kulturalną piaskownicę/plac zabaw miasta siłą rzeczy poważnieje i... rodzą im się dzieci. Dowodem na taką zmianę wektora zainteresowań jest tacieżyńska blogosfera, Matka Polka Feministka czy gwałtowne walki o miejsca przedszkolne. Dynamiczni, "postępowi" konsumenci przenoszą swoje spełnione wielkomiejskie aspiracje na dzieci, co jest oczywiste, ale może być szkodliwe dla najmłodszych. Skrajny przypadek opisuje na łamach Kontaktu Rafał Milewski w swojej krytyce marki odzieżowej Czesiociuch, która biorąc przykład ze swojego imiennika na siłę wciska się ze swoją fajnością do małych ludzi, którym nie powinna ona być w ogóle potrzebna.


Pewnie nie powinienem wszystkiego oceniać tak surowo, nie sprzedaliśmy chyba jeszcze naszych dzieci. To bardzo dobrze, że rodzice już od małego dbają o to, aby ich pociecha słuchała muzyki dobrej jakości.
Jerzemu Rogiewiczowi i Igorowi Nikiforowowi przyświecało przecież założenie, że milusiński nie mogą słuchać nagrań już z założenia gorszych: "Przypominało to jakiś generator MIDI. Bardzo zła muzyka, ubogie brzmienie. Coś w rodzaju: „Aha, jak dla dzieci, to może być kiepskie”. Dla nas to niezrozumiałe. Dlaczego dzieci miałyby słuchać czegoś kompletnie niezrozumiałego dla dorosłych?". Bezwzględnie trzeba uczyć dzieci, pomagać w ich rozwoju intelektualnym. O ile w szkole można z tym przesadzić lądując zbyt dużo zajęć do plecaka, to akurat dobrą muzyką nie da się zrobić niczego złego. Dobrej muzyki nigdy za wiele i jest to piękna zasada aktualna dla słuchaczy w każdym wieku.


Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z wywiadu jakiego kompozytorzy Jerza Igora udzielili Mariuszowi Hermie na łamach dwutygodnika.com.

środa, 30 lipca 2014

OFF: One for the cuts and two for the scars

Jonathan Wilson wystąpi na OFF Festivalu trzeciego dnia na Scenie mBanku o godz. 17:50. Cała impreza odbędzie się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia.
W line-upie są także min. Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos!, The Notwist, Artur Rojek, Lyla Foy i Xenia Rubinos oraz The Jesus and Mary Chain i The Black Lips.




Jeśli miałbym wybrać najbardziej wakacyjny gatunek muzyczny, postawiłbym pewnie na folk. Zaczynając od gitary, która jest nieodłącznym atrybutem każdego letniego wędrownika - wystarczy przypomnieć słowa piosenki "już za parę dni za dni parę / weźmiesz plecak swój i gitarę". Warto zauważyć, że w tym wydaniu jest to instrument głównie rytmiczny; kto z ogniskowego towarzystwa martwiłby się o tonacje czy czyste dźwięki - wszystko to synchronizacja. Owszem, są pewne zagrożenia: wszyscy wiemy przecież, że Polak+gitara=Whisky moja żono. Ale cóż, akurat ten moment imprezy sygnalizuje zazwyczaj stan upojenia alkoholowego, więc who cares? (czy też w wydaniu szantowym: " oj tam, oj tam").

Tak czy inaczej najcudowniejszą cechą folku jest to, że naturalnie dostosowuje się on do miejsca, w którym przebywasz. Gdziekolwiek się znajdziesz, on już tam jest - zawsze inny i będący częścią tego konkretnego kawałka Ziemi. Jego kształt zależy od lokalnych zwyczajów, gwary, pochodzenia mieszkańców, od tego skąd stryj przywiózł taki, a nie inny akordeon i jak dziad zrobił akurat takie dziwne skrzypeczki. Może to być fascynujący sposób na poznanie danej społeczności, bo ludzie mają bezpośredni wpływ na kulturę, której używają - w naukach społecznych nazywamy to "obserwacją uczestniczącą". Mówię o tym, bo takimi opisami zajmował się Oskar Kolberg - wybitny polski antropolog, którego rok obchodzimy teraz w Polsce i z tej okazji patronuje on patronuje scenie folkowej na OFF Festivalu.

Pocztówkę Dźwiękową z gitarowych wędrówek wysyła nam Jonathan Wilson. Love to love przywołuje historię chłopaka.,który zdołał wyrwać się ze swojego old furniture town, ale nie zapomniał wziąć ze sobą swojej muzyki (So I brought with me these here three guitars). Bardzo chwytliwy numer - wydawałoby się, że wszedł na ścieżkę wygładzoną już przez zdobywających szeroką popularność Fleet Foxes, ale przecież początkowa aranżacja składa się tylko z akustycznych akordów i prostego nabicia rytmu. Wjeżdża z przekomarzaniem na przedmieścia refrenu wykazując się charyzmą wokalu jak u monumentalnego Wilco. Nie zapomnijmy o jakże istotnym przesłaniu w refrenie o dzieleniu się miłością (tyle z życia masz ile dasz?). Poszedłbym tropem długiej brody Jonathana (nie, nie hispterskiej, zbyt na to postrzępionej), która może być znakiem duchowego pokrewieństwa z klasycznym ruchem hipisów; nie wiem jak bardzo reprezentowali folk, ale zew natury również był im bliski. Love to love to kapitalna piosenka, jedna z tych na tyle lekkich, że nie przeszkadzają w plecaku, ale pozostawiają wiele przestrzeni na słoneczne powietrze pachnące miękką trawą. Jonathan Wilson wszedł na ścieżkę przebojowych headlinerów letnich festiwali (średniej wielkości), ale zachował świadomość długiej i ciężkiej drogi, którą przeszedł.

Organizatorzy w ten sposób piszą o folkowej idei tegorocznej edycji festiwalu: "Obchodzimy rok Oskara Kolberga, upamiętniający dwusetną rocznicę urodzin tego wybitnego etnografa i kompozytora, który ocalił dla przyszłych pokoleń polską muzykę źródeł. Sobotni program Sceny Eksperymentalnej na OFFie to nasz hołd dla Kolberga i zarazem zachwyt nad tym, jak fascynująca, wielobarwna i awangardowa może być szeroko pojmowana muzyka folkowa." 
Jeszcze wczoraj miałem w planach zawarcie w powyższym tekście muzycznej sylwetki Franka Fairfielda, ale... nie chciałem. I nie chodzi tu nawet o czas, którego nie mam, aby chociaż singlowo dokonać selekcji jego twórczości, ale uznałem, że utwór Jonathana Wilsona zasługuje na to, żeby obronić się w pojedynkę. Oczywiście polecam tego wykonawcę, któremu wielką karierę wróży na swoim blogu Bartek Chaciński.

poniedziałek, 28 lipca 2014

OFF: There is no way I'm looking for a scene

Poniższe zespoły zagrają na OFF Festivalu, który odbędzie się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia.
W line-upie są także min. Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos!, The Notwist, Artur Rojek, Lyla Foy i Xenia Rubinos.

Zdradzę Wam pewien sekret - w ogóle nie jest łatwo zachęcić ludzi do OFF Festivalu. Staję na głowie, opowiadam o świetnej atmosferze, zmyśle organizacyjnym Artura Rojka i przytulności zielonej Doliny Pięciu Stawów. Wszystko to nagle się komplikuje, gdy dochodzi do najprostszego wydawałoby się pytania - a kto tam gra? O ile rok temu nazwisko Zbiga Wodeckiego wywoływało śmiechy-hihy, to można było użyć go jako furtki do wytłumaczenia wyrafinowanej koncepcji katowickiej imprezy. Teraz nawet Belle & Sebiastian jest dla wielu czarną magią. Dlatego zmieniłem nieco koncepcję i posługuję się innym nazewnictwem kojarzącym zespoły z filmami, w których występowała ich muzyka. Dzisiaj przedstawię najbardziej znane z nich - ten z Między Słowami, ten z 500 days of Summer i ten z Juno (a raczej z tego nowego filmu co wstawiałem na fejsa).

The Jesus and Mary Chain zagrają 2 sierpnia na Scenie Głównej o 0:10.



Lost in Translation można nazwać jednym z najbardziej shoegazowych filmów w historii. Nie tylko dlatego, że stał się okazją do przerwania impasu twórczego Kevina Shieldsa, który specjalnie dla Sophii Coppoli napisał swoje pierwsze utworu od czasu legendarnego Loveless. Powodem nie jest też centralna rola przejmującego Sometimes jego zespołu My Bloody Valentine, co dla wielu - także dla mnie - ukazało się pierwszym zetknięciem z shoegazem. To gatunek muzyczny szeleszczący bardzo głośnymi przesterowanymi gitarami, których futurystyczne efekty ustawia się w konsolecie patrząc na buty. Tak samo przedstawione jest w filmie Tokio - zbyt duże, niezrozumiałe i jaśniejące nocną elektrycznością neonów. Frapującą cechą piosenek shoegazowych jest jest to, że nie sposób zrozumieć w nich tekstów piosenek; są one po prostu zagłuszane przez kolejne ścieżki gitary tworzące ścianę dźwięku.  Agnieszka, która jest największą fanką filmu jaką znam powiedziała: "Najbardziej w filmie podoba mi się właśnie to, ze wszystko jest między słowami, w ich gestach i spojrzeniach. słowa są zupełnie niepotrzebne". W piosence grupy Jesus and Mary Chain znaczenia są ukryte w ten sam sposób jak w filmie - pomiędzy przesterami możemy dostrzec dziewczynę tak słodką, że trudno przedrzeć sie do niej przez ciągnące się plastry gitar. Listen to the girl jest jedyną rzeczą, którą można zrobić, bo to co najważniejsze jest między dźwiękami.

The Black Lips zagrają 1 sierpnia na Scenie Leśnej o 20:45.



500 days of Summer to dla moich rówieśników film niemalże kultowy. Fenomen tego obrazu o współczesnym rozumieniu historii typu "boy meets girl" wydaje mi sie tak istotny, że chciałbym popełnić osobny tekst na ten temat, a teraz zwrócę tylko uwagę na jego kluczową cechę - świeżość. Nie było wcześniej filmu, który tak lekko i oryginalnie wykorzystywałby stylistykę indie pełną kolorów i soczystych przerywników. Ożywczy powiew to jednak przede wszystkim zasługa uroku i zaraźliwego entuzjazmu Zoeey Deschanel, która kradnie każdą scenę tak łatwo jak serca fanów The Smiths. Tę radosną zabawę w bycie zakochanym świetnie dyktuje soundtrack z najmodniejszymi kawałkami muzycznej alternatywy. Paradoksalnie najmniej modni w tym filmie są jego bohaterowie - zazwyczaj wyglądają nieciekawie, zwyczajnie, bez żadnych scenograficzno-kostiumowych fajerwerków (jak  np. u Wesa Andersona). I wtedy cała energia wyzwala się z nich samych, chemii między nimi i z otaczających ich dźwięków. The Black Lips również nie dbają o fatałaszki; ich akordy są zachwycająco prostackie, co sprawia, że zabawa staje się jeszcze prostsza.

Belle & Sebastian zagrają 3 sierpnia kończąc festiwal na głównej scenie (mBanku) o 0:20.


Opisując ostatnio muzykę Belle & Sebastian użyłem określenia "jaśniejsza strona indie rocka". To pozytywne, ale dość enigmatyczne określenie można chyba nawet łatwiej wytłumaczyć odnosząc się do stylistyki nowej fali filmów z festiwalu Sundance. Impreza ta prezentująca dzieła niezależnych wytwórni okazała się tak dobrą odpowiedzią na oczekiwania młodych hipsterów ludzi, że wytworzyła swój odrębny gatunek. Charakteryzuje się on lekką formą, której fabuła obraca się wokół przyziemnych problemów takich  jak dojrzewanie, niedostosowanie czy nieakceptowanie będące udziałem sympatycznych acz nieco ekscentrycznych bohaterów. Wspomniane 500 days of Summer jest chyba najbardziej znanym dziełem tego nurtu i absolutnie nieprzypadkowo jego tytułowa bohaterka na swoje motto wybrała cytat z piosenki Belle & Sebastian (Colour my life with a chaos of trouble). Stuard Murdoch postanowił zaakcentować swój wkład do ruchu Sundance tworząc popowy musical na postawie własnego side-projectu z piosenkami dla dziewczyn. God help the girl opowiada historię "zmagającej się z problemami emocjonalnymi nastolatki, która odkrywa, że pisanie piosenek jest dla niej sposobem na wszelkie trudności". Przytoczony opis dystrybutora wydaje mi się być esencją całej filozofii Belle & Sebastian. Jesteśmy przecież niespełna rozumu słuchając tak dziwacznej, niepopularnej muzyki i szukając w niej życiowych rozwiązań. Przesadzamy stale używając nieuzasadnionych wyolbrzymień takich jak bluźniercze God help the girl, ale nie umniejsza to wcale strasznej udręki dojrzewania, bo w końcu she needs all the help she can get.


PS. Dziękuję Agnieszce za przypomnienie mi co naprawdę jest między słowami.

czwartek, 24 lipca 2014

OFF: Feather Tongue

OFF Festival, czyli najlepszy festiwal w Polsce odbywa się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia.
Lyla Foy wystąpi tam pierwszego dnia, w piątek na Scenie Eksperymentalnej o 18:45.
Xenia Rubinos zagra drugiego dnia, w sobotę na Scenie Leśnej o 17:00.

Gwiazdami festiwalu są także Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos!, The Notwist oraz Belle & Sebastian i Artur Rojek

OFF Festival jest świetną okazją do spotkania ze świetną, nieoczywistą muzyką, ale także z pięknymi i intrygującymi kobietami. Do dziś miło pamiętam zeszłoroczny upalny koncert dziewczyn z Drekotów, czy urocze chórzystki Zbiga Wodeckiego - Joannę Halszkę Sokoowską i Olę Bilińską, która potem oczarowała też Scenę Leśną pierwotnymi melodiami. Podobnie spełniły się moje koncertowe marzenia o zobaczeniu Misi Furtak i Natalii Fiedorczuk , której pretty sad project Natalie and the Loners znajduję pasującym do pojedynczych wieczorów. Na edycji 2014 katowickiej imprezy płeć piękną reprezentuje między innymi Lyla Foy, która pochodzi z Anglii i swoją debiutancką płytę Mirrors the Sky wydała w legendarnej wytwórni Sub Pop (tradycyjnie już licznie reprezentowanej na OFFie). Debiutancki zestaw piosenek nie zaskakuje wycieczkami poza gatunkowe pole przeznaczone dla damskiego singer-songwritingu, ale nie wpadają także w pułapkę gitarowych smętów odcinając się od strunowej genezy marki fonograficznej. Magic Trix zaś to (też) pierwsza płyta Xeni Rubinos; głośna, zabawna i taneczna egzotycznymi rytmami. W pokrewny sposób mogłaby figlować Monika Brodka, gdyby jako prawdziwa siostra Xeni miała jej peruwiańskie korzenie.





Czas
Muzyka Lyli Foy najlepiej towarzyszy mi wieczorem, już  po zmierzchu. Układa do snu w delikatnych poduszkach otaczających instrumenty pozostawiające przestrzeń, w której można się schować i wygodnie umościć. Natomiast Xenia Rubinos przemyca w swoich nagraniach tak duże stężenie energii, że najlepiej spożyć ją rano w miejsce szkodliwej kofeiny. Roznosi się z głośnikó z nieznoszącą sprzeciwu siłą promieni słońca w samo południe i z naporem godziny szczytu.
Ale gdybym mógł przenieść te platoniczne znajomości na bardziej konkretny, realny poziom, zmieniłbym porządek "odwiedzin" obu tych pań (za podmiotowe traktowanie przepraszam, spokojnie - to i tak nie ma szans się wydarzyć). Z Lylą chciałbym spotkać się za dnia na kawie czy wspólnym spacerze; jej spokój pięknie komponuje się z cieniem drzew w letni poranek. Xenia jest typem dziewczyny, która raczej nie uleży zbyt długo w jednym miejscu. Hałaśliwa i żywiołowa wydaje się świetną partnerką szalonych imprez i nocnego zamroczenia.

Miejsce
Naturalnym środowiskiem Lyli Foy wydaje się być las. Wyobrażam sobie, że jej zwiewne dźwięki są zawieszone w porannej mgle dobiegając zza konarów drzew. Tajemnicza polana, którą trzeba znaleźć samemu, bo taką delikatność należy chronić pozostawiając ją w ukryciu. Xenia Rubinos prezentuje muzykę typowo miejską - żywą, tętniącą i hałaśliwą. Bardzo fajną głównie z powodu swojej bezpośredniości i bezceremonialości. Łatwo sobie wyobrazić jak skończyłaby się jej wizyta w zielonej samotni Lyli - Xenia wyrąbałaby sobie drogę przez absurdalne przeszkody w drobne drzazgi. To pierwotna, dzika siła; perkusista tak metodycznie i mocno uderza w perkusję jakby zbijał deski gwoździami pałeczek. Wbrew pozorem Lyla także odnalazłaby się w miejskiej dżungli - jej płyta jest w końcu przyzwoicie nowocześnie wyprodukowana z nieinwazyjną pulsacją elektronicznych przyrządów. Powiedziałbym nawet, że miasto potrzebuje takich kobiet, aby choć na chwilę zwolnić i zobaczyć sens; ustawić się na odpowiednie tempo przeżyć.





Stan Pogody
Temperatura kompozycji jest dopasowana do zawartych w nich emocji dziewczyn. Lyla jest chłodna, bez wysiłku wznosi się na bardziej dostojny poziom. Wydaje się uodporniona na uczucia, z dystansem tworząc kunsztowne połączenia nut, gdzie wszystko jest spokojnie obliczone i pogodzone ze sobą. Ale za śniegową zadymką tej pani kryje się żarliwe piękno w prowadzone w wolnym tańcu melodię ciepła.
Xenia Rubinos nie ma czasu na takie chłodne rozumowanie, u niej wszystko dzieje się na gorąco. Piosenki składają się tylko z zaczątków zwrotek i tematów, które podlegają nieustannym rytmicznym wariacjom. Więcej dzieje się w tle, to przeszkadzajki przejmują rolę głównych rozgrywających. Panna Rubinos podskakuje z fragmentem tekstu przerzucając go jak gorącego ziemniaka. Gorączkowe powtórki i upalne zabawy sprawiają, że nawet poważne pytania wypadają jej z rąk.

Lyla & Xenia
Obie panie, które spróbowałem tu opisać są różne, korzystające z własnego klimatu, ale jeśli chodzi o wywoływanie określonych emocji potrafią zamieniać się miejscami. Mógłbym pojechać tu banałem w stylu "kobieta zmienną jest", gdyby od podobnych instrumentalnych opisów się tu nie roiło. Jestem admiratorem fanpejcza Jaram się śpiewającymi laskami, ale nigdy nie chodzi tylko o gapienie się na atrakcyjne wokalistki. Niemniej jest jednak coś niesamowitego w tym, że intrygujące panie otwierają się przede mną (i okej, setką innych słuchaczy) zdradzając swoje emocje. Złożoność uczuć i intelektu kobiet obleczonych jeszcze pięknymi ustami czy oczami, które przekazują te rzeczy jest jedną z największych zagadek wykraczających daleko poza pięciolinię. Nie zamierzam tego rozwiązywać, nie chcę zrozumieć, bo najmniejszy nawet kontakt z tą tajemnicą jest wielkim zaszczytem.

niedziela, 13 lipca 2014

OFF: You! Me! Dancing!

Poniższe zespoły zagrają na OFF Festivalu, który odbędzie się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia. W line-upie są także min. Kobiety i Bobby the Unicorn.

Jedna z szkodliwych obiegowych opinii głosi, że OFF Festival jest za bardzo "rojkowy" - poważny, smutny i nudny. Faktycznie, w line-upie zawsze musi znaleźć się miejsce dla majestatycznych prog-rocków, czy klasyków shoegaze'u. Ale w Dolinie Trzech Stawów zostaje także dużo miejsca na zwykłą, nieskrępowaną zabawę. Jeśli nie udało Wam się być na poprzednich edycjach z koncertami min. Ariela Pinka, Metronomy, The Battles, Retro Stefson czy The Oh-sees przygotowałem moje ulubione i najbardziej taneczne piosenki, które będzie można usłyszeć w Katowicach na tegorocznej odsłonie najlepszego festiwalu w Polsce.

Los Campesinos! zagrają 1 sierpnia na Scenie mBanku o 17:45.



Zawołanie Hold on Now, Youngster... jest tytułem debiutanckiej płyty zespołu Los Campesinos!, ale także mottem komiksowej opowieści o superbohaterze. Z tym, że zamiast rysunkowych plansz mamy muzyczne slajdy, a rolę scen akcji i bijatyk spełniają nie mniej efektowne taneczne pląsy i gitarowe riffy. Jak zawsze w tego typu historiach głównym (jeszcze tylko narracyjnie) bohaterem jest młody pełen kompleksów i wątpliwości chłopak, more like a Spider-man. Oczywiście jest też dziewczyna o delikatnym głosie, która po wielu perypetiach wypełnionych hitowymi hookami pomaga chłopakowi obudzić jego głęboko skrywaną supermoc - taniec. Nie mógł tego odkryć będąc samotnym bedroom dancer-em; cudowna moc dziewczyn polega przecież właśnie na tym, że za pomocą swoich pięknych ciał wyciągają z nas to co najlepsze.

(Muzycznie: tak brzmiałoby Rebellion (Lies), gdyby dorastanie Arcade Fire nie było tak dramatycznogenne jak na Suburbs)

The Notwist wystąpią 2 sierpnia na Scenie mBanku o 21:50.



Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zaakcentował słodko-gorzkiego slow-dancingu. Do tej formy, niestety bardziej powszechnej życiowo niż te szalone towarzyskie historie idealnie pasują mistrzowie nastroju The Notwist z piosenką i nie mniej poetyckim tytule. Całościowe, metaforyczne porównania like all the cars in NY, like all the lights on New Year... mogą pokazać swoją sensowność tylko przy takim, jak najłagodniejszym rozwijaniu się delikatnej melodii. Drobne świecące punkciki składają się na szerszą perspektywę, to z nich buduje się błękitno-zielony punkcik zwany Ziemią. Ruchy planet były nazywane przez starożytnych muzyką sfer. Jest to taniec, który ustala porządek dni i nocy od początku do końca naszego świata.

(Anegdota: wybitny amerykański socjolog M. Eliade próbował zrozumieć szintoistyczną religię zwaracjąc się do jej kapłana: "nie chwytam tej waszej teologii" na co Japończyk zastanowił się, pokiwał głową i odparł: "Myślę, że my nie mamy ideologii. Ani teologii. My tańczymy")

Belle & Sebastian zagrają 3 sierpnia kończąc festiwal na głównej scenie (mBanku) o 0:20.



Właściwie to nie planowałem pisać o największej gwieździe OFF Festivalu, bo wszystko co o nich myślę da się zawrzeć w tej lekkiej, bezpretensjonalnej piosence. Słoneczny rytm, proste akordy, świetliste solówki cieniutkich gitar i emocjonalny ekshibicjonizm bezwstydnie zawarty już w tytule. O niezaprzeczalnej kulturowej doniosłości ojców chrzestnych indie-rocka i tak nie napisałbym lepiej i więcej niż Kuba Ambrożewski w dwutygodniku. Tę rodzicielską metaforę stosowałem już w odniesieniu do The Smiths, ale Belle & Sebastian zapoczątkowali jaśniejszą stronę tego gatunku. Oczywiście również śpiewali o niepowodzeniach i niepewnościach młodości, ale paradoksalnie pisali o nich wesołe pioseneczki, bo to w muzyce znaleźli taneczną osłodę.

(Mało Znany Fakt: polskim odpowiednikiem lidera Belle & Sebastian, Stuarta Murdocha jest Artur Rojek)


PS. Socjologiczna anegdotę przytaczam za książką Josepha Cambella Potęga Mitu i pozdrawiam dr. Igora. A co na to Durkheim?

czwartek, 10 lipca 2014

OFF: Jeszcze nie wybieram się na drugą stronę

OFF Festival, czyli najlepszy festiwal w Polsce odbywa się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia.
Bobby the Unicorn wystąpi tam drugiego dnia na Scenie Trójki o 15:00.


Bobby the Unicorn - Utopia (2014)


Zakończony niedawno Opener i nadchodzący OFF Festival przypomniały ogromne zasługi edukacyjne wakacyjnych imprez muzycznych. Pozwoliły one zaspokoić koncertowy głód zagranicznych gwiazd; Polacy mieli okazję zobaczyć już prawie wszystkich, dzięki czemu, aby ich zadowolić nie wystarczy już wykaleczone przez Wielkie Nazwisko „djękujie”. Pośrednio do tej sytuacji nawiązuje Jacek Świąder w swojej recenzji Utopii : „Kto przeszedł szkołę polskich festiwali w ich złotych latach, na płycie Bobby the Unicorn się nie pogubi”. Solowy projekt Dariusza Dąbrowskiego jest dla mnie świetnym przykładem jak polscy fani muzyki przyswoili sobie brzmienia zagranicznej alternatywy powszechnie wreszcie pokazywane na festiwalowych scenach.



Już na pierwszy „rzut ucha” można rozpoznać od których muzycznych native speakerów Bobby nauczył się najwięcej – bardzo dużo tu wycofanego, posępnego klimatu znanego i lubianego zespołu Interpol. Ale najciekawsze na Utopii nie są zachodnie podobieństwa, tylko autorskie różnice. Przede wszystkim Ona ma broń napędzane rozedrganą gitarą robi zamęt jak w najlepszych momentach Turn On the Bright Lights. Kryminalny motyw równoważy użycie efektu przetworzonego wokalu, co odebrałem jako pewien element ironiczny; te groteskowe szarżowania linii melodycznej i zawodzenie ponad miarę wprowadzają też potrzebny dystans. Następny numer Balance zdradza co nieco o sposobie nagrywania płyty; brzmienie jest ciasne, jakby cały zespół z apartamentowca NYC stłoczyć w blokowym M2 (gdzie płyta faktycznie została zarejestrowana). Nie ma zbyt wiele przestrzeni, dźwięk jest suchy, ale dzięki temu instrumenty są bardziej zwarte, słychać każde uderzenie w strunę. Wilk pędzi na złamanie karku stromymi, ciasnymi zakrętami, a winda w Półżywym domu zyskuje adekwatnie klaustrofobiczną scenerię. Taka swoboda realizacyjna pozwala na ożywcze przełamania zimnego podkładu, gdy w końcówce Heart & Stone niedbałe gitarowe solo odcina się od tradycyjnie mechanicznej sekcji rytmicznej.




Konwersji na polskie warunki wymagały także teksty, bo z oczywistych względów trudno sobie wyobrazić śpiewanie u nas takiego wersu jak Subway is a porno. W tym przypadku idealnie wpasował się najlepszy utwór z Utopii Duże drzewa godnie zastępują wysokie budynki wielkiego miasta. Bezpretensjonalna zabawa modulacją głosową udanie podkreśla niepoważność tekstu; napuszoną groźbę oświadczenie zaraz tobie wystosuję, aby w refrenie prostym rytmem wypuścić niezwykle intymnym zaproszeniem. Świetnie jest to, że mimo wypadałoby się, ograniczonego – a ponoć wiekowego – instrumentalium Bobby the Unicorn zmienia nastroje z taką łatwością. Potwierdzeniem tego jest zaskakująco ciepła ballada Modern Times o wysyłaniu ostatnich listów miłosnych. Lokalny, analogowy koloryt podtrzymuje także wspomniany wcześniej Wilk, który podobnie jak Poczta Polska nie występuje raczej w betonowych dżunglach za oceanem.

To bardzo ważne, że ktoś pisze tak fajne słowa piosenek po polsku, gdy większość narodowych (od)twórców zadowala się zachodnimi makietami w skali 1:1 (vide cała wytwórnia NextPop). Ale ja cały czas porównuję tutaj stylistykę Bobby’ego the Unicorna do zachodnich zespołów tak, że może Wam się wydać, że to także wtórne, ślepe naśladownictwo. Nic z tych rzeczy – chciałbym zauważyć, że istnieje bardzo duża różnica między „polskim Interpolem” a „Interpolem po polsku”. Utopia prezentuje to drugie, ciekawsze podejście, gdyż z wysokiej jakości wypróbowanych składników składa własną, być może niedoskonałą, ale „naszą” opowieść.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

KROPKI - KRESKI : Another Sunny Day


Metz - Hydrozagadka (2013)

Plakat autorstwa Dawida Ryskiego. 
To tylko jedno z wielu jego genialnych dzieł o tematyce muzycznej. 
Wrzuciłem akurat Metza, bo bardzo mi się podoba i jest to zespół, który miałem przyjemność zobaczyć na ostatnim OFF Festivalu.

A dzisiaj akurat Artur "Santo Subito" Rojek wrzucił pełny line-up następnej edycji tego najlepszego festiwalu w Polsce! O którym na pewno napiszę jeszcze nie raz. Widzimy się!!!



poniedziałek, 20 sierpnia 2012

I think they must be having fun, czyli OFF Festival 2012



OFF Festival 2012 przeszedł już niestety do historii razem z kilkoma naprawdę świetnymi koncertami. Oczekiwania spełnione, była to faktycznie moja największa muzyczna przygoda, za co dziękuję.
Oto relacja z tego wyjątkowego wydarzenia, czyli subiektywny ranking koncertów, które najbardziej mnie ucieszyły i najbardziej mi się podobały w Dolinie Trzech Stawów.

1. King Creosote and Jon Hopkins - koncert najpiękniejszy. Ballady akustyczne na gitarę i fortepian obdarte z innych nieistotności i przybrane rozbrajającą szczerością. Na tak sporym festiwalu jak OFF Namiot Trójki spełnił swoją rolę dając naturalny azyl dla intymnego i przytulnego klimatu. Powiedzieć, że "trafili do mojego serca to za mało, bo w jakiś sposób bezbłędnie przejrzeli na wylot moją wrażliwość emocjonalną. Dość powiedzieć, że po zapoznaniu z przejmującymi songami z Diamond Mine zagrali mi... Running to stand still. To jak bardzo U2 ukształtowało mnie przebija się na blogu tu i ówdzie, tak więc nagle poczułem, że to dla mnie, że ci dwaj kolesie na scenie słuchają tych samych płyt co ja i znają mnie lepiej niż mój last.fm. A później zabrzmiało The only living boy in New York podczas gdy dwa tygodnie wcześniej znów rozkminiałem Absolwenta przy jakiś koncertach Simona and Garfunkela. Gdy kończyli o tym, że Nothing compares to U, ludzie sobie płakali. Karnet kosztował z dwie stówy, byłem jużmokry, zziębły, wkurzony na Pigę, lodowatostopy, głodny, a wszyscy mówili później o równoległym koncercie Charlesa Bradleya. To wszystko nieważne, bo przeżyłem jedną z piękniejszych chwil swojego życia muzycznego i nie tylko.

2. Other Lives - koncert najlepszy. W pełni spełnili moje oczekiwania. Brzmieniowo i realizacyjnie poszli na całość - wiolonczela, drugi kotły, chórki itp. Od razu widać było, że nie jest to żadne indei pykanie, ale występ z muzyką istotną i naprawdę chwilami potężną. Utwory zagrały jeszcze lepiej niż na płycie rozwijając się w przestrzeni Sceny Leśnej dokładnie tam, gdzie miały urosnąć. O poziomie koncertu powie może to, że jakieś 3 razy miałem uczucie Epickiego Momentu Kulminacyjnego. Kawał doskonałej muzyki.

3. Retro Stefson - Koncert najfajniejszy, który najdoskonalej wyraża całą ideę Letniego Festiwalu. Nie znałem ich płyt, ale poszedłem tam zadręczony poczuciem winy, że zaniedbuję muzyczną stronę OFFa. I wpadłem w środek imprezy życia. Błyskawicznie zarazili entuzjazmem i fajnością przymuszając wręcz do wspólnej zabawy bo to właśnie ona, a nie odgrywanie muzyki była najważniejsza. Wokalista okazał się islandzkim wodzirejem, a cały namiot posłusznie skakał, ruszał biodrami, uderzał wyimaginowany bass drum, wykonywał ćwiczenia gimnastyczne, wpadał w piłkoszał i gonił kolesia uciekającego w biegu. Coś absolutnie fantastycznego, ultra-joyful. Kto nie tańczył, nie zrozumie.

4. The Antlers - jednak rozczarowanie. Spodziewałem się druzgocącego katharsis, po którym zapuchną mi oczy i nie będę wiedział gdzie mam chusteczki. Czegoś mi zabrakło i nawet wiem czego - piosenek. Ulotny klimat stworzyli gitarami jak najlepszy, nawet bardziej otulający niż w studyjnych wersjach, ale dopadła ich chyba choroba Coldplay - uwierzyli za bardzo w swoją moc sprawczą patosu i poszli w nią na całość. Ja rozumiem, że to wszystko dla tego klimatu, ale jeśli zabrakło czasu dla Kettering czy Corsicany mamy do czynienia ze zbrodnią śmiertelną. Strasznie szkoda, niedosyt, bo przecież Two kazało mi już mamrotać pod nosem własną historię. Do zobaczenia na oddzielnym koncercie, może Ars Cameralis?

5. Metronomy - jest to przegląd subiektywny, więc od razu wyznam, ze The English Riviera mi się po prostu znudziła, szkoda więc, że zabrakło np. Radio Ladio z poprzedniego LP. Sam opiewałem nową płytę, więc nie dziwię się takiej jej obecności na koncertach. Nie zmienia to faktu, że jako szoł wyszło bardzo dobrze, drobne zmiany czy aranżacje jak najbardziej na plus (szczególnie kończące Loving Arm na 4 syntezatory) . Znów udało im się odtworzyć elektroniczną precyzję i połączyć z  żywym graniu, w czym niewątpliwie pomógł urok osobisty członków zespołu, którzy jak prawdziwi imprezowicze zachowywali nienaganną stylówę (angielski humor w pląsach i zachowaniach klawiszowca!). Indie dance światowej klasy.

6. Kobiety - Giby roku! Upalny środek lata, popołudnie, ja ubrany w czerwone hawajki, tiszert z żaglówką i klapki SPORT, urlop od pracy, bycie wypoczętym i napojonym dolewką z KFC. Nie można sobie wyobrazić lepszych okoliczności przyrody na koncert tego (słowo-klucz) nadmorskiego zespołu. Od legendarnego Włoskiego Disco wprowadzili wszystkich w rozkoszne kołysanie się. To już nie tylko słoneczna muzyka, to stan wakacyjnego odprężenia jaki rezerwuję tylko dla Kobiet.

7. Battles - Największe zaskoczenie festiwalu, jak najbardziej pozytywne. Okej, wiedziałem, że złożone syntezatory, sample wokalne, wysoki talerz, świetny perkusista, odkrywczości highly acclaimed albumów, pupile hipsterów NY i ogólna taneczność. Nie byłem jednak przygotowany na tak spektakularny szot miksowany w czasie rzeczywistym i odmierzany przez maszynową perkusję. Przypominało to DJ-ski ste z rozciągniętymi, przechodzącymi na siebie partiami; jeśli pałker przerywał grę to tylko po to, aby znaleźć nowy, jeszcze bardziej nieoczywisty rytm. Trudno wyobrazić sobie występ z bardziej misternymi i połamanymi dźwiękami przeznaczonymi do tańca oczywiście.

8. Stephen Malkmus and the Jicks - ten koncert ani mną nie wstrząsnął, anie nie wzruszył, nie zdruzgotał i nie oszołomił. Nie musiał, bo nie chodziło o kolorowe trzeszczące fajerwerki, ale o czystą radość z grania na gitarze elektrycznej. Wszyscy wiemy jak bardzo zajebistym gościem jest Stephen Malkmus, więc nie potrzebuje on tak głębokich analiz. Luzacki, rytmiczny i lekko staroświecki występ ojca chrzestnego indie rocka.

9. Savages + Atari Teenage Riot - Prawdziwe bomby energetyczne, niszczące wszystko kobiety fatalne. Savages to dziewczyński zespół o jakim marzy każdy z nas, facetów. Zimny, głośny, ostry, nieokiełznany i bardzo sexy z tego wszystkiego. Złoty strzał Artura Rojka, bo grają ze sobą dopiero od stycznia tego rokui dopiero będzie o nich słychać. ATR skojarzyło mi się z The Kills na techno dragach. Cyberpunkowa rozwałka pod hasłem LET MAKE SOME FUCKING NOISE. Dźwiękowy Pangalaktyczny Gardłogrzmot obijający nasze mózgi.

10. Chromatics + Baxter Dury - Nie mogę ich ocenić należycie wyżej, bo moje uczestnictwo w tych koncertach było niestety niepełne. Taka festiwalowa dola, ale na Chromatics nie mogłem się wbić do Namiotu Trójki, bo wszystkie gimby schroniły się tam przed deszczem. Był to intymny nadzwyczaj koncert, bo zaledwie 3-osobowy zespół snuł swoje programowane pościelówy trochę oderwane od rzeczywistości bębniącej wodą aury. Baxtera złapałem samą końcówkę, ale zdążyłem się zakolegować z wyspiarskim luzem i zakochać w pani przy klawiszach robiącej blond chórki.

Z innych polskich zespołów, które były wcześniej w line-upie trzeba na pewno odznaczyć radości i uśmiechy Pauli i Karola na dusznym początku, naturalnie jazzowe wkręty światowego Snowmana, potężną kolaborację Tides From Nebula z Blindead i oczywiście... Afro Kolektyw. Chociaż striptiz Afrojaxa był dosyć typowym dla niego chwytem scenicznym, to cover Hyc o podłogę idealnie oddaje przekorę i je*nięte poczucie humoru tego zespołu.

Do zobaczenia za rok w Katowicach.


czwartek, 9 sierpnia 2012

KROPKI - KRESKI: Brain gallop


fot: Nick Helderman, skradzione z fanpejdża OFFa.

Stephen Malmus, czyli najbardziej cool gościu na całym OFF Festivalu.

(poza tym całkowicie nie rozumiem tej podjarki całym Thursonem Moorem, musiał popisywać się długością gryfu gitary i pompatycznie dedykował utwory wszystkim poetom na widowni albo Yoko Ono)/

piątek, 3 sierpnia 2012

There must be a place

OFF Festiwal!
Nareszcie spełnia się moje muzyczne marzenie - jadę na ten wspaniały festiwal aż na 2 dni.
Jako, że siedzę teraz w Miasteczku OFFowym czekając na zakwareterowanie na polu, będzie bardzo krótka notka, ale tak bardzo ważna - koncerty na które czekam w tym roku najbardziej:

Zagraniczne:
1. The Antlers - last.fm od dwóch lat porównuje mi ich do National i słusznie, podobny ciężar emocjonalny.
2. Metronomy - moje ulubione ogłoszenie, skakałem z radości, że nie są na Openerze. Tysiące hipsterów nie mogło się mylić.
3. Other Lives - supporty, propsy i remiksy od Radiohead plus potężne, także koncertowe brzmienie.
4. Stephen Malkmus and the Jicks - już wielbiłem go tutaj kiedyś; najlepsze gitarowe granie, so cool.
5. King Creshoute & Jon Hopkins - DJ i songwriter; klejone bity i pisane piosenki.
6. Thurson Moore - bardzo ładne akustyczne songi grane przez Prawdziwą Legendę.
7. Battles - nie Jaram się zbytnio płytami, ale podobno impreza jakich mało #spectacular #funfunfun
8. Mazzy Star - śliczne pościelówy z uroczą panią.
9. Fanfarlo - takie tam Arcade Fire ze Zmierzchu, so indie.
10. The Wedding Present - niestety nie przesłuchałem dokładnie Seamonsters ale ufam, że wielka płyta, bo czytałem ładną recenzję.

Polskie:
1. Kobiety - Czuję się przy Tobie mocno tak jak młodzi chłopcy wiosną doskonale tracąc czas.
2. Paula i Karol - uśmiechy, tańce, hulanki, swawole.
3. Kristen - młoda Ścianka tak trochę szacun.
4. Afro Kolektyw - chłopaki muszą mi wybaczyć, że nie pójdę na Łonę i Webera, ale serce bije w rytm Piosenek po polsku.
5. Tides from Nebula - Adek poleca, ale ja się boję.