background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WROsound. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WROsound. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 stycznia 2018

Środowisko EABS

(fot. Marek Wilczyński)

Można powiedzieć, że mamy we Wrocławiu nowe, prężnie działające środowisko muzyczne pod dowództwem Marka Pędziwiatra i Spisek Jednego. Panowie grają razem w EABS i Night Marks, a

sobota, 26 grudnia 2015

WROsound relacja 2/2: Koncertowe adaptacje



Dead Snow Monster
Bezbłędnie rasowy koncert gitarowego power trio, wyciągnięty z podręcznika rock 'n' rollowych zagrywek. Niespożyta energia charakterystyczna dla wszystkich młodych śmiałków popchnęła ich nawet do zabawy Beatlesami w bezpretensjonalnej i całkiem cool wersji Tell me why. Borys Dejnarowicz ta opisywał geometryczną sprawność The Strokes w sile wieku: "mają gitarzystów tak sprawnych, że są w stanie obijać się o siebie, o kolumny, o Casablancasa w trakcie występu". I tak samo było w załodze Dead Snow Monster na scenie Impartu, która aż kipiała energią prostych, ale zaraźliwie chwytliwych zagrywek - przesunęli szybkość piosenek do kresu skali i utrzymali tempo do samego końca. Wydawało się, że ostatnimi dźwiękami koncertu będzie mała śmierć ostrej destrukcji wzmacniaczy gdy Śniegowy Potwór raz jeszcze odrodził się w niesamowitym chorale a'capella. Przypominało to ludowe obrzędy starych kowbojów z merkuriańskiej prerii wysuszonej czerwonym światłem zachodzącego Słońca.

Enchanted Hunters 
Nieodparcie urocza adaptacja baśni do XXI wieku. Małgorzata Penkalla i Magdalena Gajdzic zaczynały swoją karierę w lesie - nie dosłownie, nie że mało umiejętnie, ale skromne klimatem i zwiewne akustycznym instrumentarium. Teraz ich historia nie toczy się w bezczasie "za siedmioma górami" ale dorastając dopuściły do siebie rzeczywistość z jej nowoczesnością. Melodie prowadzone były na koncercie elektronicznym bitem i elektrycznym basem tego gościa z Kristen. Enchanted Hunters roztoczyli czar opowieści nad całą salą teatralną Impartu, ale każda pouczająca baśń musi zawierać w sobie element mroku. Tak jak można zdziwić się brutalnością u braci Grimm, tak samo nieswojo poczuliśmy się słuchając nie spodziewanych żartów, ale tragicznych wieści Michała Bieli. Po których na parkiet wszedł najbardziej frapujący i kruchy taneczny bit przyklejający się minimalizmem techno rytmu. DISCOmfort.

Ukryte Zalety Systemu
To nie był koncert w rozrywkowym znaczeniu tego słowa. Nazwałbym go bardziej wystąpieniem mającym przedstawić racje i poglądy punkowej kapeli wkurwionej na rzeczywistość. UZS mają bardzo stanowczy i zdecydowany przekaz poparty równie mocną warstwą muzyczną. Trochę jak Cool Kids of Death, ale wrocławski zespół nie odpuszcza surowej drogi do celu na rzecz dyskotekowych eksperymentów. Bas Huberta Kostkiewicza ustawiona na równi z gitarą i perkusją ogłusza niezdecydowanych skandowanymi sloganami ujawniającymi drobne przyjemności kapitalizmu, a despotyczny elektrowerbel uderza mechaniczną, niemal industrialną zimną powinnością - etosem Anteny Krzyku.

Stary Malenka 
Występowali na trzeciej, mniejszej scenie w Galerii Impart i sprawiali wrażenie jakby zatrzymanych w pół drogi pomiędzy muzealną kameralnością i areną koncertową. Niezwykle ciekawy występ właśnie artystycznie; skupiony na tekstowych niedopowiedzeniach i brzmieniowych wieloznacznościach. Z dwiema gitarami, skrzypcami i - najbardziej znaczącym - plastycznym wokalem Agi Podolan. Interesująco frapującym; zresztą druga połowa duetu, Kamil Dysiewicz także rozumie zasadę "mniej niż więcej" - urywając refren intymnego coveru Wonderful life ("no need to run"). Warto czekać na ich debiutancką EPkę, którą (brejking!) właśnie nagrywają - ciągle szukają swojego głosu i poziomu głośności.

Moire Pop
Najlepiej zapowiadający się wykonawca WROsoundu. Wyciągnięci gdzieś z piwnicy zagrali swój pierwszy koncert w historii, niektóre piosenki absolutnie prezentując wrocławskiej publiczności. Wszystkie były świetne - wysmakowane brzmieniowo i przebojowo chwytliwe, bez zbędnych wstępów dziejące się tu i teraz. Maksymalnie satysfakcjonujący występ elektroniczny - z taką perkusją i modyfikacjami śladów w czasie rzeczywistym. Nie przypominam sobie w Polsce podobnie kunsztownego brzmienia przywołującego echa przestrzennego french touch'u z Air France na czele. Oczywiście wszyscy kojarzą Kamp! czy We Draw A, ale ich formuła chyba powoli się wyczerpuje. Czas na Moire Pop.

Ventolin
"My name is Ventolin and I don't use computer". Po takiej zapowiedzi można by się spodziewać akustycznego i wyciszonego songwritera - nic bardziej mylnego. Czeski akademik projektuje elektronikę na zagadkowych, na wskroś analogowych przyrządach i swoimi ekscentrycznymi zapowiedziami prowadzi niestrudzoną zabawę taneczną. Na ustawionym za sceną ekranie było widać wizualizacje i cień głowy Ventolina, która wśród kolorów animacji wyglądała jak kadr z kreskówki. I on sam właśnie tak się zachowywał - wyjęty z innej bajki szalony konstruktor podrygujący rytmem i kolejnymi niebanalnymi pomysłami na dźwięki. Niesamowita, odpowiednio odklejona od rzeczywistości impreza.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

WROsound relacja 1/2: Silence is what nobody wants

(fot. Karol Czapski) 


Relacja z pierwszego dnia WROsoundu - piątek 4 grudnia w Imparcie.

Ghosts of Breslau 
Festiwal otworzyły Duchy Wrocławia. Nie chodzi jednak o widowiskowe figury przygotowywane na uroczystość otwarcia Europejskiej Stolicy Kultury (Przebudzenie Mocy już 15 stycznia), ale projekt Patryka Balawendera. Był to jego pierwszy koncert w rodzimym mieście - trudno w to uwierzyć, gdy uświadomimy sobie jak istotną część jego twórczości stanowi sam Wrocław. Ambientowe dźwięki dosłownie przenoszą atmosferę dusznych osiedli zamkniętych poniemieckimi kamienicami, a warstwa niesamowitości przypomina field - recording zjawisk paranormalnych. Pomijając już warstwę muzyczną (w przypadku tego gatunku szczególnie rozproszoną w ogólnym klimacie), wyświetlana w tle panorama wrocławskich kamienic nie mogła być lepszym obrazkiem rozpoczynającym WROsound.








Endy Yden
Najbardziej staranny koncert festiwalu. Andrzej Strzemżalski wciąż czeka na premierę debiutanckiej płyty, ale na scenie Impartu zobaczyliśmy w pełni ukształtowanego artystę. Bardzo świadomego - swojego materiału, stylu muzycznego i kształtu w jakim chciałby zaprezentować się publiczności. Za mało jest wykonawców, którzy myślą o całości doświadczenia koncertowego, a Endy nie dość że podkreślał różnorodne elementy aranżacji i zachowywał równowagę pomiędzy mocniejszymi/lirycznymi akcentami, to jeszcze zadbał o wsparcie tria smyczkowego 7.1 Trio. Tour the force dowodzonej przez Ydena ekipy był cover legendarnego (dla geeków?) zespołu Talk Talk - prawie 5-minutowa wersja Live's what you make it pełna dynamiki, pasji, hałasów oraz improwizacji. Nie każdy ogarnąłby tak wielowątkowe dzieło piosenkowe, a Andy traktuje je z ożywczą swobodą - najlepszy przykład gdzie może zaprowadzić ambicja wsparta żelazną konsekwencją.



Kyklos Galaktikos 
Czeski zespół zaprezentował zupełnie nową muzykę - nie tylko dlatego, że pochodzą z innego kraju, czy władają odmiennym językiem. To był najbardziej intensywny występ, na wszystkich poziomach; także w dosłownie fizyczny sposób, gdy nasze zmysły zaatakowały jednocześnie ostre rytmy i ostre światła stroboskopowe. Oczywiście nie zrozumiałem ani słowa z tekstów czeskich poetów, ale dałem się porwać brzmieniom rymowanych głosek ze śmiesznym akcentem. Teoretycznie najbliżej było im do hip-hopu, ale wszyscy wskazywali na siłę wyrzucanych wyrazów, które w niepokojącym, uwierającym wizualnie świetle stawały się mantrami dziwnego widowiska. Warto też wspomnieć o zagadkowym instrumentarium skompletowanym na kompaktowych jeżdżących konsolach. Kyklos Galaktikos ustawił się ze swoimi przyrządami na samym środku sali czyniąc doświadczenie jeszcze bardziej dosłownym. I tylko trochę szkoda, że publiczność nie otoczyła korowodem wykonawców - podobnie chcieli im przeszkadzać, co może okazać się ciekawym przykładem różnic kulturowych w zachowaniach koncertowych.



New Rome
Show-niespodzianką okazał się występ Tomasza Bednarczyka, który zaczyna solową karierę pod szyldem New Rome. Znany z Venter artysta załagodził koncertowe zmęczenie egzotycznymi plamami dźwięku, które zadziałały jak najlepsze środki relaksacyjne. A kolory tła jego stanowiska wykonawczego jak żywo przypominały interaktywny i sprzężony z muzyką eksponat graficzny w galerii Impart.









Breslaux
Zaledwie rok temu występowali w dwie osoby na przestrzeni 2x2 metry w galerii Impart, a teraz dali najbardziej spektakularne show jakie widział WROsound. Na pewno z największą scenografią, której głównym punktem było ogromne białe płótno rozwieszone na całej szerokości sceny - jednocześnie ekran dla projekcji wideo oraz arena teatru cieni. Schowany za kurtyną zespół był oświetlony całym zestawem różnokolorowych świateł, a uzyskany efekt przypominał konturowy zabieg z Demon Days live Gorillaz (trudno mi znaleźć większy komplement). Choć nie było widać twarzy zespołu, to wszyscy instynktownie poczuli siłę muzyki Breslaux i połączyli się w dobrej zabawie. Na szczęście zespół nie skupił się wyłącznie na warstwie wizualnej; aż 5-osobowy zespół zaprezentował przede wszystkim bardzo mocne brzmienie. Obawiałem się nieco, czy w feworze imprezy nie zagubią się kompozycje, ale refreny niosły się iście przebojowo, a gitarowe riffy podbite elektronicznymi rytmami mógłbym porównać nawet do szalonej trasy U2 POPmart (i znowu - największy komplement jaki usłyszycie z mojej strony). Przedstawienie wyjątkowo wysokoenergetyczne.



Electro - Acoustic Beat Sessions + 71 Legends
Trochę z konieczności EABS chyba po raz pierwszy występowali jako samodzielny headliner, gwiazda wieczoru festiwalowego - do ostatniej chwili nie było wiadomo kto wystąpi z zespołem. Przewidując reakcję moich znajomych na powtórkę zeszłorocznych rapów z KASTĄ zachęciłem ich do zostania n a EABS przekonując, że to tylko "takie fajne jazzy". I faktycznie - zostali na pierwsze dwa utwory, ale wyszli po występie pierwszego hip-hopowego gościa. "Jak był jazz to było fajnie, ale z rapsami nie powinno się tego łączyć w ogóle" - powiedziała koleżanka i jestem w stanie zrozumieć to tłumaczenie, bo paradoksalnie to bardzo trafna analiza występu. EABS balansuje na granicy tych dwóch gatunków i wystarczyło odjąć element słowno-wokalny żeby usłyszeć tam klasyczne improwizacyjne granie. Weszli raperzy - i nagle przeskakujemy do rasowego hip-hopu. Tak swobodne przeskakiwanie pomiędzy gatunkami jest chyba najwyższą wartością w ciekawej muzyce i dowodem na wielką klasę grania na żywo - nie ma wątpliwości, że zasłużyli sobie na ten gwiazdorski występ przewodząc programowi WROsoundu.



Ale były też inne gwiazdy - z miasta 71. Legendarni raperzy, którzy tworzyli sound tego miasta kilka-kilkanaście lat temu triumfalnie wrócili do czasów młodości. Wielu z nich całkowicie odłożyło mikrofon na półkę i wystawieni na widok publiczności Impartu mogli czuć się nieco nieswojo po tak znacznej przewie. Ale nie ma co filozofować nad czasami - wszyscy zaprezentowali się fantastycznie. Jot przywrócił ducha staroszkolnego hip-hopu, Kościej zabawił się wibracjami, które dosłownie roznosiły go po scenie, a Natalia Lubrano wyrosła z nastoletniej fanki wrocławskich zawodników i już jako prawdziwa dama pokazała wielką klasę. Pojawił się też sam Waldemar Kasta i tak jak rok temu zarządził sceną - gdy wchodzi na majka od razu wiesz, że dzieje się coś specjalnego, bo oto boss wrócił do gry. Na koniec, już na bisy Electro-Acoustic Beat Sessions pokazali ostateczne stadium ambitnego eksperymentu połączenia jazzu z hip-hopem kiedy zaprosili na scenę W.E.N.Ę. Przygotowują razem album długogrający i we wspólnym kawałku zawarli cały sens międzygatunkowych relacji - profesjonalizm wykonawczy, swobodę zabawy formą, a przede wszystkim rozmach świetnej muzyki, bo siła całej spektakularnej załogi EABS przeniosła rapowane teksty na wyższy poziom. Wrocławski towar eksportowy godny Europejskiej Stolicy Kultury.


czwartek, 3 grudnia 2015

WROsound: 7 wyjątkowych rzeczy



Już 4 i 5 grudnia w salach Impartu odbędzie się 7. edycja festiwalu WROsound. 12 artystów z 2 krajów na 3 scenach i ponad 10 godzin najciekawszej muzyki.

Jeszcze się zastanawiacie? Oto 7 powodów, dla których siódma edycja WROsoundu będzie tak wyjątkowa:

1. Wrocławskie dźwięki - festiwal WROsound to swego rodzaju showcase, czyli przegląd najciekawszych artystów i zjawisk muzycznych w regionie. Skład jaki dla Was przygotowaliśmy to prawdziwe the best of Dolnego Śląska; być może nie pod względem popularności, ale na pewno z powodu różnorodności i wyjątkowości twórczej.

2. Premiery - absolutnymi debiutantami będzie elektroniczny duet Moiré Pop, logiczny następca takich zapatrzonych w taneczne lata 80te zespołów jak KAMP! czy We Draw A. To będzie ich pierwszy koncert w historii! Pierwszy koncert we Wrocławiu zagra też Patryk Balawander ukrywający się pod pseudonimem Ghosts of Breslau. Ambientowy twórca nie lęka się już problemów technicznych i w sali kameralnej zaprezentuje swoją muzykę z wyjątkową wizualizacją w tle.

3. Specjalne projekty - przygotowane tylko na WROsound, powtórek nie będzie. Tajemniczych gości zapowiada min. Endy Yden, ale mowa tu przede wszystkim o kolejnej kolaboracji Electro-Acoustic Beat Sessions, tym razem z Legendami Miasta 71. Nie zdradzimy kto tam wystąpi do samego końca, aby nie psuć niespodzianki, ale możecie się spodziewać nadzwyczajnego zderzenia muzycznych osobowości. Koncert EABS i Waldemara Kasty na poprzedniej edycji WROsoundu już przeszedł do historii - triumfalny powrót rapera zachwycił publiczność i zdefiniował na nowo pojęcie “wrocławskiego brzmienia”. Spodziewajcie się wielkich rzeczy, bo samo...

4. Electro-Acoustic Beat Sessions to bez wątpienia najlepszy zespół we Wrocławiu.Skład kompletny, jazzowy big band nowej generacji - z dęciakami, gitarami, perkusją i skreczami autorstwa mózgu całej operacji, czyli didżeja Spisek Jednego. Cudowny rozmach dźwiękowy. Grali rapsy z Raashanem Ahmadem i W.E.N.Ą , grali z Pauliną Przybysz, a ostatnio zreinterpretowali dorobek wielkiego Milesa Davisa. Za 50 lat to o nich będą krążyć legendy - cała wrocławska scena muzyczna na jednym zdjęciu.

5. Różnorodność brzmieniowa - mamy dwa składy gitarowe i może dwóch lapotopowców w programie, ale cała reszta z dwunastki wykonawców to całkowity misz-masz dźwiękowy. Sami jesteśmy ciekawi co też może pojawić się na scenie, jakie instrumenty i w jakich konfiguracjach. A jakby było mało gatunków, to załoga Kyklos Galaktikos z Czech zaprezentuje w sali kameralnej coś na kształt teatralnego performansu z udziałem publiczności i z użyciem wszystkich najbardziej innowacyjnych kierunków muzycznych. Będzie się działo.

6. Impart - być może na co dzień jest areną bardziej konwencjojnalnych wydarzeń, ale WROsound kombinuje także z przestrzenią. Koncerty na dwóch scenach PLUS w Galerii Imp.art - tam właśnie odbędzie się show niespodzianka, który na pewno sprawi, że już nigdy nie spojrzycie na to miejsce w ten sam sposób. A już większe, spektakularne show z grą świateł i cieni (wystąpią ukryci za ogromną kotarą) zaprezentuje wybuchowy skład Breslaux. To nie jest jakiś ciasny klub z dziwną akustyką; zapewniamy najwyższą jakość dźwięku - a także obrazu. 

7. Świetna zabawa - umieściliśmy ją na ostatnim miejscu w spisie rzeczy, ale to właśnie ją odczujecie w pierwszej kolejności najbardziej fizycznego doznania. Rozpisywaliśmy się o premierach, innowacjach i alternatywach, podczas gdy właśnie jakość występu na żywo jest dla nas najważniejszą wartością. Będą też tańca - największą imprezę rozkręci na pewno Ventolin. Ten Czech jest szalony, co udowodnił w swoich odjechanych teledyskach, ekscentrycznych utworach i na katowickim festiwalu Tauron Nowa Muzyka gdzie porwał całą publiczność. Gwarantujemy - na WROsoundzie nie można się nudzić.

środa, 2 grudnia 2015

WROsound: Antena Krzyku



Antena Krzyku już od ponad trzech dekad jest najlepszym przykładem stosowania złotej reguły alternatywy, aby cały czas być w kontrze - robić te rzeczy, których by się po tobie nie spodziewano. Ja sam wpadłem w pułapkę oczekiwań już na samym początku, bo hasło Antena Krzyku kojarzyłem tylko z wytwórnią płytową, podczas gdy wszystko zaczęło się od fanowskiej gazetki o tej samej nazwie. Jak napiszą w encyklopediach "wrocławski fanzin jest jednym z najważniejszych wydawnictw obiegu alternatywnego lat 80 i 90." Myślałem, że to hasło większego ruchu społecznego, ale za wydanie legendarnego (papierowego) wydawnictwa odpowiedzialny był jeden człowiek - Arek Marczyński. spiritus movens całego przedsięwzięcia i sporej części historii wrocławskiej sceny muzycznej.




Pierwszy numer Anteny Krzyku został wybrany w czasach głębokiej komuny, łatwo więc zaliczyć go do szeregów kontrkultury czy Pomarańczowej Alternatywy. Marczyński oczywiście z sympatią promował zespoły, które ryzykowały tekstami trafienie do więzienia, ale przyznaje jednak, że "nie do końca chcieliśmy wikłać się w dużą politykę". Można powiedzieć, że "zamiast bić się z ZOMO promował muzykę" jednak to też nie będzie całą prawdą. Komuna łączyła ludzi i dla Marczyńskiego była szansą stworzenia wspólnoty mającej w swoim centrum sztuki wyzwolone. "Nas interesowało bardziej budowanie ruchu alternatywnego, który zaczynał się od warsztatów naprawy rowerów, a kończył na wydawaniu płyt". Arek Marczyński patronem jak najbardziej współczesnych aktywistów miejskich? Paradoksalnie jego pomysły miały być może łatwiejsze drogi do zaistnienia, bo całkowicie omijały komunistyczną politykę. Liczyło się tu i teraz nawet nie w ogólnym pojęciu lokalności co na konkretnym terytorium; pewnie dlatego mieszkanie i aktywności we Wrocławiu nie sprawiły, żeby czuł się specjalnie związany z tutejszą sceną punkową. Zapatrzony w zachodnie wspólnoty żyjące w - nomen omen - komunach alternatywnych autor Anteny Krzyku poruszał tematy sztuk wizualnych, teatru czy filmu. Wydaje się, że działalność Marczyńskiego najlepiej zrozumieli... wrocławscy franciszkanie, u których drukowane były jego pierwsze fanziny. "Starali się pomagać wszystkim, którzy coś robili. Nie ważne było, czy to był ruch oazowy czy nasze działania - one także wydawały im się jakoś interesujące".



Antena Krzyku w kształcie takim jaki ją znamy dzisiaj rozpoczęła działalność wydawniczą dopiero po 1989 roku. Wciąż jeszcze nie można było jej nazwać wytwórnią płytą, bo pierwsze albumy były nagrywane jeszcze na kasetach. Wszystko dalej opierało się na współpracy w małych społecznościach - tym razem międzynarodowych, bo podczas zagranicznych wojaży Marczyński poznał i Nirvanę i Red Hot Chilli Peppers, a chłopaki z Fugazi i NoMeansNo do tej pory są jego dobrymi kumplami. Jak sam mówi "trafił z licencjami" bo przyjaciele ze skłotów Amsterdamu stali się wielkimi gwiazdami alternatywy. I gdy wszyscy w rodzinnym mieście oczekiwali kontynuowania prowizorycznej przygody wydawniczej (kupowanie kaset w PEWEXie, czy nagrywanie materiału na kasety z bajkami było jak najbardziej w nostalgicznym repertuarze), Arek Marczyński postanowił uruchomić poważne wydawnictwo. Nowa rzeczywistość zaliczyła zderzenie z pięknymi ideałami:
"moi koledzy w dalszym ciągu żyli na garnuszku rodziców i łatwo było im negować to, że działalność wydawnicza jest działalnością komercyjną, czyli, że musi zarabiać pieniądze, żeby wydać następną płytę i móc się utrzymać". Na szczęście po krótkiej przygodzie z artykułami gospodarstwa domowego Antena Krzyku powróciła na rynek nie tracąc zapału i orientacji na pokazywanie rzeczy najbardziej wartościowych. "Swoją funkcję jako wydawcy widzę przede wszystkim w dokumentowaniu tego, co się w muzyce dzieje. "

Udało się utrzymać na powierzchni, a nawet (razem z Rafałem Księżykiem) reaktywować papierową Antenę Krzyku. Co jednak najważniejsze - mimo poważnego wieku wydawnictwo cały czas promuje ciekawe zespoły z Wrocławia mając w swoim katalogu min. płyty Indigo Tree czy Małych Instrumentów. Wyjątkową inicjatywą jest Klub Subglowy Anteny celebrujący tradycyjne sposoby dystrybucji pojedynczych kawałków - tylko na 7-calowej płycie winylowej. To akurat spełnienie marzeń Marczyńskiego, bo oprócz tego, że zawsze był najdroższy, to winyl  "jest ładniejszy i przyjemniejszy w dotyku niż płyta CD. I przetrwa najdłużej – do dziś można słuchać winyli, które mają sto lat, a stuletniej płyty kompaktowej już nie odsłuchasz, bo się utleni". Wśród wyboru najważniejszych artystów znaleźli się min. artyści poprzedniej edycji WROsoundu: We Draw A i Peter J. Birch, a szatę graficzną zaprojektował Dawid Ryski.




Wrocławska wytwórnia od 30 lat wysyła w świat najróżniejsze formy sztuki, ciekawe inicjatywy oraz wizje całej ideologii alternatywnej. Mimo przemijania nośników, mediów i gatunków Arek Marczyński gra dalej - bo przecież "muzyka była podstawą, za nią szły wszystkie treści". Co prawda prognozy nie są najbardziej optymistyczne - czasopisma branżowe w ogóle znikły z powierzchni Ziemi, a dźwięki tracą na znaczeniu usuwając się w tło. Na szczęście "nie będzie tak, że za 75 lat Mick Jagger wciąż nie będzie mógł osiągnąć satysfakcji. Pojawi się jakiś młody Jagger, który pewnie też nie będzie mógł satysfakcji osiągnąć, ale to nie będzie ten sam dziadek". I ci kolejni artyści znowu wychodzą z Anteny Krzyku - mówię tu o Ukrytych Zaletach Systemu, którzy są nabuzowani, ale z jak najbardziej współczesnych i namacalnych powodów. Rzeczywistość uwiera ich niemal fizycznie, jak kamyk w bucie; oni sami mają chyba "butelki z benzyną i kamienie wymierzone w ciebie" gdy tak samo gniewnie grożą, że "twoja ulica już niedługo będzie". Jak pisze Paweł Starzec formują brzmienie zwane "falą z betonu", a "postpunk to dla UZS nie tylko źródło inspiracji muzycznych, ale także ideowy korzeń. Na płycie, wydanej nakładem Anteny Krzyku, pojawia się kilka typowych dla tej sceny nawiązań do lokalnego kolorytu: w „Czasie wypłaty” fragment z Zygmunta Baumana, z nałożonym nagraniem z awantury na jego wykładzie na Uniwersytecie Wrocławskim". Nie są obojętni na to co dzieje się wokół nich, ich brzmienie tym bardziej (tym głośniej!) o tym przypomina i łamią przyzwyczajenia tak zdecydowanie jak Arek Marczyński 30 lat temu. Godni synowie Anteny Krzyku.





PS. Wypowiedzi pana Markczyńskiego pochodzą z tego wywiadu dla Dwutygodnika, ale czytałem też ten tekst Pawła Starca stamtąd. 

wtorek, 1 grudnia 2015

MIXTAPE: WROsound 2015





WROsound w Imparcie już 4 i 5 grudnia, więc z tej okazji okolicznościowy mixtejp ze WSZYSTKIMI artystami festiwalu.

Polecam liryczne (damskie) wyciszenia Stary Malenka i Enchanted Hunters po wybuchowym wstępie Breslaux. A już szczególnie rozbudowane Are you a wizard? będące prawdziwą osią składanki. Potem gitarowe uderzenie z Dead Snow Monster, które w tym wydaniu brzmią jak bardziej zadziorny L.stadt. A na zaszczytnym, finałowym miejscu oczywiście Moire Pop, czyli prawdziwy czarny koń festiwalu z napisami końcowymi Patryka Balawandera.


1. Ventolin - Supersonik
2. Breslaux - Catch The Noise
3. Stary Malenka - Bona
4. Enchanted Hunters - Twin
5. Endy Yden - Are you a wizard?
6. Kyklos Galaktikos - Nemehlo
7. EABS feat. Natalia Lubrano - (Untitled) Live!
8. Ukryte Zalety Systemu - Twoja ulica już niedługo
9. Dead Snow Monster - Friedns
10. Moire Pop - Goodbyes
11. Ghosts of Breslau - Sunken Lights

Super promo na deser, pozdro, widzimy się. 


niedziela, 29 listopada 2015

Guide to WROsound 3/3: Densy




Festiwal WROsound prezentuje niezwykle ciekawy i różnorodny zestaw artystów cały czas poszukujących nowych, innowacyjnych rozwiązań muzycznych.
Ale nie po to przychodzimy na koncerty, prawda? Rzeczą, która w piątkowy wieczór interesuje nas najbardziej jest po prostu dobra zabawa. Muzyka tych zespołów na pewno porwie Was do tańca i nie pozwoli ustać nogom w jednym miejscu.

Dead Snow Monster to klasyczne gitarowe power trio grające tradycyjnego rock' n' rolla. Z tego ustalonego w amerykańskim Detroit brzmienia falami dźwiękowymi wypływają ekscytujące riffy, które zawładną Waszym tańcem w najbardziej naturalnym Twist and Shout. To prawda, że mogliby być zespołem Jacka White'a z liceum. To prawda, że będzie głośno. Zresztą samo się przekonacie - i popłyniecie z dzikim rytmem.





Postać Ventolina jest marzeniem każdego psychoanalityka. Za dnia kompetentny nauczyciel akademicki, a w nocy - szalony wodzirej najbardziej zakręconych setów didżejskich. Absolutnie fascynująca osobowość nieobliczalnego charakteru Czecha nosi w sobie jasność wypowiedzi artystycznej, bo Ventolin nie kryje się ze swoim programem "Live PA" co jest szczególnym kryptonimem dla performansu muzyki elektronicznej granej całkowicie na żywo. Jak on to robi, że przy całej swojej ekscentrycznej zabawie ogarnia te wszystkie przyrządy elektroakustyczne? Szczerze mówiąc, zapomnicie o tym w chwili, gdy wybije pierwszy bit i ujawni się TOTEM.



Pamiętacie jeszcze radochę jaką mieliście w dzieciństwie z gry na automatach? Arkadowe ścigałki, strzelanki i symulatory lotów kosmicznych były przepustką do dosłownie innego świata. W tak samo zabierającą dech w piersiach podróż wyruszymy z Moire Pop. Futurystyczne rytmy kłaniają się szlachetnym densflorom lat 80tych, a z drugiej strony przywołują echa przebojowych kawałków innych znajomych WROsoundu - Kamp! czy We Draw A. Koncert w imparcie będzie pierwszym koncertem w karierze tego zespołu. Absolutni debiutanci, odkrycie tego festiwalu - to trzeba zobaczyć.





Wszystkie te wątki i chwyty taneczne w jeden hipnotyzujący set zmiksuje kolektyw Breslaux. Eksperci od muzycznej pirotechniki - wysadzają scenę gigantycznymi dawkami elektryzujących dźwięków. Rozświetlą arenę jak najbardziej dosłownie, bo oprócz porywających aranżacji przywiozą ze sobą spektakularne animacje jak również innowacyjne rozwiązania wizualno-scenograficzne. Wreszcie zagrają na WROsoundzie w pełnym składzie - z  hot redhead wokalistką, bejsmanem, drummerem, guitarmanem i oczywiście saxmanem. Będzie mocniej, szybciej i - w co trudno uwierzyć - jeszcze bardziej intensywnie.


czwartek, 26 listopada 2015

Guide to WROsound 2/3: Czary

Festiwal WROsound przedstawiające najciekawsze dźwięki z Dolnego Śląska i dalej znad Odry odbędzie się we wrocławskim Imparcie 4 i 5 grudnia. Więcej info na stronie http://wrosound.com/




Jeśli koncerty pozwalają przenieść się do artystycznego świata wykonawcy, to festiwale są muzyczną podróżą dookoła świata. Na tym polega magia muzyki - dzięki niej możemy odczuć róznorodoność emocji i nastroju, a być może nawet coś zmieni się w naszym życiu.

Związany z wrocławską sceną muzyczną Michał Biela korzysta z całego wachlarza sztuczek instrumentalnych. Podczas ubiegłorocznej edycji WROsoundu jego zespół Kristen głośno i zdecydowanie w niemal fizyczny sposób poprzestawiał eksperymenty gitarowe, ale sam Biela udowodnił też, że jest w stanie zaczarować publiczność ciepłą, akustyczną balladą. Teraz wraca do Impartu z zespołem Enchanted Hunters; czyli po polsku: "Czarowni Łowcy". Baśniowa nazwa pasuje do muzyki - ulotne dziewczęce chórki, zwiewne klawisze, migoczące skrzypce i miękkie wyściółki basu. Nie bójcie się czarownic i ciemnego lasu; ta przygoda na pewno będzie miała szczęśliwe zakończenie.



Enchanted Hunters czarują brzmieniem, a duet Stary Malenka stawia na jak najbardziej werbalne zaklęcia. Ich prawdziwe znaczeni kryje się w wieloznaczności słów uzyte w różnej formie i sytuacji mogą znaczyć zupełnie coś innego. W zależności od zwrotów frazeologicznych jak również kierunku głosu czarującej wokalistki. Jaką formę przybierze postać rzeczy i obrót spraw - wróżby i błogosławieństwa czy klątwy i uroki?




Muzyka Patryka Balawandera ukrywającego się za pseudonimem Ghosts of Breslau w całości opiera się na roztaczaniu magicznego klimatu. Ambient unosi się gdzieś ponad melodią i pozbawiony tradycyjnych zasad piosenki jest samą przestrzenią. Co najbardziej istotne - przestrzenią Wrocławia. W projekcie Ghosts of Breslau nie spotkamy raczej wesołych historii, ale na szczęście ta inna, dobra magia cały czas krąży po mieście. Wciąż można ją usłyszeć - na przykład podczas trwania festiwalu WROsound.

wtorek, 24 listopada 2015

WROsound: Dźwięki z porcelany

WROsound zagra w Imparcie 4 i 5 grudnia. Więcej informacji na stronie wrosound.com




Największe festiwale muzyczne to nie tylko okazja do obejrzenia w Polsce zagranicznych artystów; stały się one również szansą dla rodzimych wykonawców na zaprezentowanie się zagranicznej publiczności. Podczas ostatniej edycji katowickiego OFF Festivalu jego dyrektor artystyczny Artur Rojek (z pomocą Instytutu Adama Mickiewicza) wykorzystał swoje znajomości w wytwórni Sub Pop (label min. Nirvany i Pearl Jam) w najlepszy możliwy sposób ściągając z Seattle wysłanników kultowego dla alternatywy radia KEXP. Dzięki tej współpracy w różnych ciekawych przestrzeniach Katowic zarejestrowano sesje z udziałem aż 10 polskich artystów. Strategia godna XXI wieku – po co wysyłać muzyków na drugi koniec świata, gdzie zobaczy ich garstka słuchaczy jeśli można nagrać ich na miejscu i wrzucić do Internetu na popularny i uznany kanał youtubowy.

Wśród zarejestrowanych artystów znalazła się aż trójka wykonawców występujących na festiwalu WROsound – gitarowe gwiazdy zeszłorocznej edycji Kristen, a także Enchanted Hunters oraz Ukryte Zalety Systemu, których będzie można zobaczyć w Imparcie już 5 grudnia.

Wysłannicy KEXP tak opisywali swoje spotkania z polskimi artystami:

„Dzień po zagraniu swojego setu na OFF Festivalu, zobaczyliśmy się z Kristen w historycznej Fabryce Porcelany Śląskiej. Zakurzona podłoga, zburzone ściany i rozwalone belki okazały się idealnym tłem dla graczy avant-indie , którzy w towarzystwie projektanta dźwięku Macieja Bączyka (wrocławskiego muzyka znanego min. z formacji Małe Instrumenty) zagrali niezwykle angażującą 20-minutową sesję złożoną z 3 piosenek (yay, post-rock!).

Michał Biela, wokalista I basista jest wyjątkowo wysoki, ale prezentuje anty-egoistyczne podejście do muzyki skupiając się nie na wizerunku, ale na samej muzyce. Gra także w Echanced Hunters i był członkiem niezwykle wpływowego dla polskiej sceny zespołu Ścianka. Jego kapela Kristen podczas realizacji wideo pokazała swoją prawdziwą siłę!”




Następnie przyszła kolej na zarejestrowanie występu Enchanted Hunters. Ich muzyka została opisana jako „owoc spotkania Sufjana Stevensa, Bon Ivera i Dirty Projectors zagubionych w głębi polskich lasów i razem komponujących dźwięki podczas swobodnego jam session z kubkiem grzanego wina.” Ta sesja odbyła się w historycznym klubie jazzowym Fantom.





Swoją szansę otrzymała też załoga wrocławskiej Anteny Krzyku, czyli Ukryte Zalety Systemu. „W muzyce UZS łatwo rozpoznać nawiązania do zespołów takich jak Gang of Four, które potępiają erotyczny urok indywidualizmu w obliczu politycznego oszustwa, wszechobecnej komercji i narastającej kultury rozproszenia. Muzycy wprost przyznają się do bycia ofiarami rozłamu systemu i wykrzykują swoje teksty ponad tanecznie napędzane beaty – pełniącą rozrywkową, jak również uświadamiającą rolę. Fani późnego punk rocka lat 70tych nie potrzebują tłumaczeń tekstów, aby wychwycić te nawiązania i właściwie wszyscy mogą cieszyć się Ukrytymi Zaletami Systemu, których nagraliśmy w historycznej fabryce porcelany w Katowicach.”


poniedziałek, 23 listopada 2015

Guide to WROsound 1/3: Doznania

Festiwal WROsound przedstawiające najciekawsze dźwięki z Dolnego Śląska i dalej znad Odry odbędzie się we wrocławskim Imparcie 4 i 5 grudnia. Więcej info na stronie http://wrosound.com/




WROsound jest "wydarzeniem koncertowym" i właśnie w ten sposób wybraliśmy artystów tego festiwalu. Nie liczy się popularność, zasługi, czy chwilowa moda - jedynym i najważniejszym kryterium jest klasa artystyczna, którą wykonawca może przedstawić na żywo.
Pierwsza kategoria artystów line-upu to Doznania.

Kyklos Galaktikos zagra w piątek, 4 grudnia.


Doznanie Kyklos Galaktikos trudno ogarnąć chłodnym rozumowaniem, czy skalsyfikować ramami ustalonych porządków muzycznych. Ich bronią jest zaskoczenie - narzucają swoją dźwiękową perspektywę w obłędnym tempie napadu na bank. Kilku dziennikarzy faktycznie może poczuć się obrabowanych - z pomysłów jak też opisać to zjawisko. Nic dziwnego, bo czeski zespół koniecznie trzeba zobaczyć na żywo.


Electro-Acoustic Beat Sessions są headlinerem pierwszego dnia i razem z legendami Miasta 71 zagrają 4 grudnia.


Podobnie niejednoznaczne gatunkowo są występy Electro-Acoustic Beat Session. Spróbujcie za nimi nadążyć - od hip-hopu (właśnie na WROsoundzie towarzyszył im KASTA!), przez r'n'n (grali z Natalią Przybysz), elektronikę (side-project Night Marks Electric Trio), czy wreszcie jazz (ostatni projekt Tribute to Miles Davis). To właśnie ten ostatni, najbardziej nobliwy i złożony trop wskazuje na istotę ich doznania - grę na żywo. Jeśli Kyklos Galaktikos to hip-hop XXI wieku, to EABS przenoszą czar, kreatywność i czystą radość grania jazzu do naszych czasów.
Na scenie Impartu towarzyszyć im będzie gość specjalny - jeszcze nie zdradzimy kto nim będzie, ale na pewno jest to postać zapewniająca świetną zabawę. Warto przyjść i sprawdzić samemu!


Endy Yden zagra ze swoim live bandem w piątek 4 grudnia. 


Równie ważnym doznaniem żywego grania będzie występ live bandu Endy'ego Ydena. Niektórzy (dosłownie!) widzą w nim młodego Agima Dżejlili i faktycznie, obu panów charakteryzuje iście zegarmistrzowska prezycja brzmieniowa skonstruowana w świecie elektroniki i dźwięków syntezatora. Liderowi zespołu Nervy absolutnie nie przeszkodziło to w spektakularnym występie z huraganową mocą żywych instrumentów dętych na poprzedniej edycji WROsoundu - i tej samej intensywności można się spodziewać także po Endym.


Ukryte Zalety Systemu zagrają w Imparcie w sobotę 5 grudnia.



Najbardziej bezpośrednim, wręcz fizycznym doznaniem koncertowym będzie występ Ukrytych Zalet Systemu. "Fala z betonu" jak to ujął autor Dwutygodnika uderza w nas tu i teraz - tematy uwierające każdego z nas i zapał, który nie pozostawia obojętnym. Czysta siła punkowych wzmacniaczy, której nie zastąpi żadna transmisja - poczuj wściekłość i wrzask weteranów gitarowej partyzantki z Anteny Krzyku.

środa, 4 listopada 2015

WROsound: Nowa idea


4-5 grudnia 2015
Wrocław, Impart

Line-up 7. edycji:  
BRESLAUX
DEAD SNOW MONSTERELECTRO ACOUSTIC BEAT SESSIONS
ENCHANTED HUNTERS
ENDY YDEN
GHOSTS OF BRESLAU
KYKLOS GALAKTIKOS (Czechy)
MOIRE POP
STARY MALENKA
UKRYTE ZALETY SYSTEMU
VENTOLIN (Czechy)

WROsound od 6 edycji przedstawia najciekawszą muzykę Dolnego Śląska. Impreza znana wcześniej pod nazwą „Wrocławski Sound” rozwija swoje artystyczne ambicje daleko poza granice miasta. Nie ogranicza nas już przymiotnik oznaczający to miejsce, bo kierujemy się bardziej dźwiękowymi inspiracjami i regionalnymi skojarzeniami. Nowymi nurtami muzycznymi, a także naturalnym nurtem rzeki Odry, która może pochwalić się międzynarodowym, iście europejskim zasięgiem. Tak jak Wrocław – ciągle pamiętający międzykulturowe spotkania i zasłużony w historii wielu narodów.

Warto wspomnieć, że Wrocław znajduje się w środku trójkąta wyznaczonego przez trzy stolice – Warszawę, Berlin i Pragę. Chcielibyśmy utrzymać ten kontakt nowych idei, będzie więc zagranicznie i europejsko. Już teraz gościmy artystów z Czech; bardzo oryginalnych i wyróżniających się świeżym, często odmiennym spojrzeniem na muzykę.

Naszym największym skarbem są jednak artyści made in Wrocław. Środowisko artystyczne tego miasta jest prężnie rozwijającym się, kreatywnym środowiskiem, którego potencjał tętni mnogością gatunków. We Wrocławiu każdy znajdzie coś dla siebie – miłośnicy przyjemnych melodii, pasjonaci komputerowych dźwięków, jak i poszukiwacze śmiałych eksperymentów. Nowatorskie zdarzenia chcielibyśmy też sami inspirować. Nie zabraknie więc niespodzianek, tajemniczych gości, czy niepowtarzalnych – bo przygotowanych specjalnie na WROsound – projektów muzycznych.

WROsound jest miejscem debiutu młodych zespołów, premier nowych albumów, czy retrospektywy najbardziej zasłużonych dla gatunków artystów. Bardzo różnych gatunków muzycznych – zmienność i zaskoczenie jest naszą główną doktryną. Od cichego ambientu przez nastrojowe ballady po wybuchowy punk rock, fajerwerki elektroniki i fizyczną siłę orkiestry instrumentów dętych.

Jedna rzecz się nie zmienia – najwyższa koncertowa jakość występów festiwalowych. Naszym założeniem nie jest przedstawienie kolejny raz tych samych przebojów i usłyszenie znajomych dźwięków. WROsound przedstawia najciekawsze, najnowsze brzmienia muzyczne. Nie musisz kojarzyć nazw zespołów, czy sprawdzać ich biografii, aby być pewnym porywających, często premierowych wykonań. Promowane przez nas zespoły, to często muzyczna bomba z opóźnionym zapalnikiem – wchodzą na scenę zupełnie nieznani, aby wydać swoje utwory, przebić się i podbić szeroką publiczność. U nas wystrzeliwują po raz pierwszy.

Impart to szacowna instytucja z tradycjami, ciągle drzemią w niej jednak niezwykłe pokłady energii. Podczas koncertów WROsoundu sala teatralna staje się areną poruszających historii zawartych w utworach muzycznych, a sala kameralna, nazwą kojarząca się z akustycznymi wyznaniami na mniejszą skalę zamienia się w pulsującą rytmem arenę taneczną. Mamy jeszcze coś specjalnego – tylko podczas festiwalu galeria IMPart jest kolejną sceną muzyczną. Oddajemy to miejsce artystom, którzy mogą dostosować ją do swoich potrzeb i dowolnie zaaranżować na czas występu.

Już niedługo, bo w 2016 roku, Wrocław będzie Europejską Stolicą Kultury. Chcielibyśmy przygotować się do tego wydarzenia, prezentując naturalność inspiracji przepływających z Odrą przez niemal pół Europy. Dzięki energii muzyki i żywiołowi koncertowego przeżyci WROsound ma szansę stać się jednym z najważniejszych instrumentów w wielkiej symfonii święta europejskiej kultury.









poniedziałek, 26 października 2015

WROsound: Fajnie było



4 i 5 grudnia odbędzie się siódma edycja festiwalu WROsound przedstawiającego najciekawsze projekty muzyczne z Dolnego Śląska oraz europejskich miast położonych nad brzegiem rzeki Odry. Kolejna odsłona tej uznanej imprezy powraca z ekscytującym zestawem całkowicie nowych muzycznych doznań, zanim jednak odkryjemy karty tegorocznego programu, sprawdźmy co słychać u artystów, którzy zaprezentowali się na scenach Impartu w 2014 roku.

Nervy - czyli Agim Dżejlili, Igor Boxx i Jan Młynarski – wydały długo oczekiwaną debiutancką płytę , która zebrała świetne recenzje, a Jarek Szubrycht uznał ją za najlepszą płytę 2014 roku. „Środki wyrazu natomiast mamy zupełnie nowe – elektroniczny galimatias wychodzący spod rąk Agima i Igora zderza się z rozbuchaną sekcją dętą, a cały ten chaos porządkuje żelazną ręką Janek Młynarski. Znakomity album z naprawdę nową muzyką”. Po WROsoundzie odwiedzili największe polskie festiwale, min. Audioriver w Płocku i gdyński Opener.

Kristen kontynuowało promocję równie dobrze przyjętego albumu The Secret Map. Razem z Maciejem Bączykiem, wrocławskim muzykiem znanym między innymi z Małych Instrumentów zespół wystąpił jako jedna z największych polskich gwiazd OFF Festivalu w Katowicach. Po zagraniu bardzo dobrego koncertu na Scenie Eksperymentalnej zarejestrowali sesję live dla KEXP, kultowej rozgłośni radiowej z Seattle. Ponadto wokalista Kristen Michał Biela otrzymał nominację do prestiżowego Paszportu Polityki w kategorii „muzyka popularna”.

Notopop pracuje nad nowymi utworami, a jedną z premier jest remix do utworu If you would autorstwa duetu producenckiego HAZE. Jest to także jeden z muzycznych owoców WROsoundu, gdyż pomysł współpracy artystów narodził się właśnie na naszym festiwalu.



Peter J. Birch kontynuuje wędrówkę po scenach nie tylko Polski, ale również Europy. Songwriter ma za sobą trasę koncertową po Ukrainie i w Niemczech. Twórczo również nie zwalnia tempa WROsound był miejscem premiery „Yearn” a za chwilę wydana zostanie kolejna płyta Petera „The Shore Up In The Sky”.

Premierą ostatniego WROsoundu była też płyta Moments tajemniczego duetu elektronicznego We Draw A. Wydawnictwo chwalił min. Bartek Chaciński: "Moim zdaniem to jedna z najbardziej obiecujących wizji nowej muzyki pop, jakie się u nas pojawiły w ostatnim czasie, swobodnie konkurująca z chwalonymi historiami pokroju Caribou, więc jeśli już naprawdę wam się nie podoba, to kupcie chociaż komuś w prezencie."

Babu Król wydał obszernie zapowiadane na WROsoundzie Kurosawosyny. Po szalonej trasie koncertowej muzycy pracują nad swoimi innymi, nie mniej zakręconymi projektami: Bajzel jako "Bajzel", a Budyń wraca do Pogodna.

Breslaux rozwija swoją działalność na coraz większą skalę. W przenośni i jak najbardziej dosłownie – wiosną występowali na wielkich przestrzeniach budynków z projektem Breslaux Light Show, spektakularnym widowiskiem światła i muzyki.

Milo Mailo dalej wysyła w świat pozytywny przekaz w towarzysząc takim artystom jak Mesajah i Paxton, a Pure Cityzen wciąż poszukują „pszczół zen”.

Zdecydowanie najgłośniejszym wydarzeniem szóstej edycji WROsoundu był triumfalny powrót do świata hip-hopu legendarnego Waldemara KASTY. A raczej do świata muzyki, bo w towarzystwie ekipy Electro-Acoustic Beat Sessions gatunki muzyczne przestają mieć znaczenie. Wyjątkowy koncert i gorące przyjęcie publiczności zachęciły Kastę do kontynuowania występów na żywo po długiej przerwie od muzyki.

Mamy nadzieję, że kolejna edycja WROsoundu będzie okazją do kolejnych ekscytujących muzycznych spotkań, zaskakujących powrotów, najciekawszych premier i inspirujących odkryć brzmieniowych. Na kolejną edycję festiwalu zapraszamy 4 i 5 grudnia, oczywiście do Impartu.

piątek, 25 września 2015

Live: Oszukać okrutny marazm


Idzie jesień i pewnie będą z nią problemy. Zimno, śpiąco i z nauką w tle. Pogoda pod psem i jeszcze szybkie zmroki do tego. Tytuł jest fragmentem piosenki Janka Samołyka Wrocław o tym, że "jesień wychodzę częściej na miasto / oszukać okrutny marazm". Jest to całkiem dobry plan, szczególnie jeśli na mieście dzieje się tak dużo fajnych koncertów. Zebrałem najciekawsze z nich zaplanowane na jesień we Wrocławiu. 

1.10   Avant Art Festival - Rimbaud / Felix Kubin / Syny - 25 zł 
4.10   John Porter Band - Stary Klasztor - 40 zł
6.10  Gus Gus - Eter - 
6/7.10  Taco Hemingway - Bezsenność / Stary Klasztor - HEHEHE żartowałem, oba wyprzedane XD
7.10   Katedra / Blue Horizon - Od Zmierzchu do Świtu - 10 zł
11.10 Król - Neon Side - 20 zł
10.10 Muchy Koncert urodzinowy - Stary Klasztor - 30 zł
16.10 Lilly Hates Roses / Rubber Dots / Eric Shoves Them In His Pocket - Firlej - 20 zł
21.10 Natalia Nykiel - Eter - 35 zł
23.10. Kamp! / Oxford Drama - Impart - 40 zł
25.10 Apparat - Eter - 110 zł
28.10 Natalia Przybysz - Eter - 35 zł
29.10 Pogodno - Stary Klasztor - 33 zł
9.11  Rykarda Parasol - Stary Klasztor - 35 zł
10.11 Nervy - Stary Klasztor 
13.11 Biedopad Festival - Kolega Doriana / Złota Jesień / Stara Rzeka / Kristen - Neon Side - 30 zł
14.11 Skubas - Stary Klasztor - 
20.11 Rita Pax - Impart - 

Na pewno będę na Lilly Hates Roses i na pewno - pomimo moich szczerych chęci - nie będzie mnie na Natalii Nykiel i Oxford Drama. Po fantastycznym występie na WROsoundzie nie odpuszczę też Nervów.
A, właśnie, najważniejsza data :D

4/5.12 WROsound - Impart

sobota, 25 kwietnia 2015

Not a word and dive into the night



Prawie rok temu byłem na bardzo przyjemnym koncercie.
8 maja 2014 roku, podczas gdy Juwenalia Politechniki Wrocławskiej zbierały swoje głośne żniwo piwem i hip-hopem, po drugiej stronie miasta Michał Biela grał swoje pierwsze solowe piosenki.
Właściwie powinienem powiedzieć "na drugim końcu miasta" bo zamiast zatłoczonych tramwajów jadących na Teki wybrałem opustoszały 146 na ul. Działkową, do Ośrodka Postaw Twórczych. Trudno pewnie o większy kontrast sytuacyjny - ledwo znalazłem maleńki dom kultury z niskimi ogrodzeniami placu zabaw. Garstka gości czekała na schodkach w cieple wieczoru, w spokoju ciszy otaczającej to malutkie zgromadzenie.

Tak skromna i alternatywna do centrum miasta lokalizacja została wybrana ze względów jak najbardziej praktycznych - placówka była (najprawdopodobniej) prowadzona przez znajomych pana Michała, który mieszkał kiedyś we Wrocławiu. Pomiędzy biurowymi krzesełkami latały sobie mniejsze dzieci, a koledzy-techniczni mówili z sobie po imieniu z Panem Gwiazdą ustawiając jasne światła pojedynczych reflektorów dających ciepłą atmosferę.




Na rozgrzewkę gości przywitały dziewczyny z Enchanted Hunters nadając przedstawieniu nieco ascetyczny kształt. Po nich na scenie zmieścił się Michał Biela z zespołem, aby odegrać swoją pierwszą płytę pt. "michał biela". Nie oznacza to bynajmniej wersji full-band; tylko akustyczne warstwy i smyczki (Karoliny Rec). Proste piosenki przeniesione w skali 1:1, bez pogłosów czy sampli - każda partia chórku była nakładana osobiście przez Bielę i wykonawczynie. Staranność, która kojarzy se bardziej z przygotowywaniem domowych ciasteczek, niż z tworzeniem muzyki do radia. Bo to nie jest przecież muzyka do puszczania w radiu, nawet Trzecim. Tak kruche utwory należy chronić, ogrzewać ciepłem kominka i zamykać w pokojach gościnnych przyjaciół, albo podczas wspólnej nocnej przejażdżki. One summer night jest taką ogniskową przyśpiewką: może nie tylko dla wtajemniczonych, bo każdy zachwyci się jej leniwą urokliwością. Ale tylko niewielkie grono odnajdzie w tym znajome żarciki i wspóln(otow)e wspomnienia. From there all its lights make sense now.

Chcąc niejako wkupić się w łaski Michała Bieli nabyłem jego płytkę. Oprócz tego, że była dobra i tania, okazało się, że nie chodzi w niej wcale o jakiś zysk, a bardziej o przysługę dla wykonawcy. Zdradził nam, że to siostra pomogła mu finansowo w wydaniu tekturowej broszury z narysowanym na czerwono (anatomicznym) sercem. Nie chcę powiedzieć, że był jakoś biedny, albo miał żerować na naszych ludzkich odruchach - stało się to po prostu kolejną stroną rodzinnej historii.

Później zadziały się też inne miłe rzeczy. Biela zawitał ponownie do Wrocławia wraz ze swoim zespołem Kristen, a okazją do spotkania stał się festiwal WROsound. W związku z długą nieobecnością w swym starym miejscu zamieszkania Michał zachęcał nawet publiczność o nadrobienie informacji przez zadawanie mu pytań. W grudniu dotarła zaskakująca wiadomość o nominacji - już artysty - do Paszportu Polityki w kategorii "Muzyka popularna" co pewnie zwiększyło jego rozpoznawalność kilkakrotnie. Prestiżowego dokumentu niestety nie otrzymał, ale był to promyczek pewnej sprawiedliwości. Trzecia sympatyczna niespodzianka pojawiła się dwa tygodnie temu, gdy do solowej trasy "Michał Biela" dopisał występ we Wrocławiu. Ponoć ktoś bardzo pomógł w tym, aby jednak zagrał na nas kilka ballad i ten miły ktoś znalazł Bieli miejsce w Księgarni Hiszpańskiej La Librería Española de Wrocław. 
Koncert odbędzie się dzisiaj, 25 kwietnia o godzinie 20:00. Bardziej w centrum - na ul. Szajnochy 5.
Serdecznie zapraszam.


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

KROPKI-KRESKI: Jazz nad Odrą


51. Jazz nad Odrą
Plakat autorstwa Rafała Olbińskiego.

Już jutro rozpocznie się 51. edycja wrocławskiego festiwalu Jazz nad Odrą, która odbędzie się w Imparcie. Dyrektorem artystycznym imprezy jest znany i lubiany Leszek Możdżer, który zagra u boku takich gwiazd światowego jazzu jak Gwilym Simcock, David Sanborn czy Dave Liebman.

Nie będę ukrywał, że czytając line-up czuję się trochę jak słuchając najnowszych ogłoszeń Artura Rojka na OFF Festival. Czyli cóż, nikogo nie znam. Tak czy inaczej bardziej ogarnięci ode mnie w tym temacie mówią, że jest spoko (cześć Aga), więc pozostaje mi wierzyć na słowo.
Na pewno będzie bardzo ciekawie, bo jazz sam w sobie polega na szukaniu całkowicie nowych połączeń. Prowadzone w czasie rzeczywistym improwizacje płyną po klimacie tej szczególnej, wyjątkowej chwili, a jej ulotność i niepowtarzalność jest piękna. Jak ta z Gothego; "chwilo trwaj, jesteś piękna!"


Po więcej informacji zapraszam na stronę festiwalu (coś tam wklejałem, mam nadzieję, że wszystko działa)
 http://jazznadodra.pl/pl/


czwartek, 11 grudnia 2014

KROPKI - KRESKI : Euforia - Waxwings


Nervy - Nervy (2014)

Anonsowany tu i ówdzie WROsound zbiera swoje owoce.
Swoją płytę wydały wreszcie Nervy, czyli Agim Dżejlili, Igor Boxx i Jan Młynarski. Można jej już posłuchać na Spotifi, do czego serdecznie zachęcam.







Michał Biela - michał biela (2014)


Poza tym miła niespodzianka dotarła do nas z Warszawy - Michał Biela, lider i wokalista zespołu Kristen - został nominowany do Paszportu Polityki w kategorii "Muzyka Popularna". Gratulacje, miły gest redaktora Chacińskiego, ale wciąż nurtuje mnie jedno pytanie - czy Wojewódzki będzie wiedział kto zacz?

Tej płyty nie ma w Spotifi, samego pana Michała nie ma nawet w ZAIKSie. Ale zawsze możecie kupić jego solówkę na bandcampie do czego zachęcam jeszcze mocniej.

niedziela, 23 listopada 2014

WROsound: This city's rhythm kills me (II dzień)



Drugie dzień WROsoundu naznaczony występami pełnych zespołów instrumentalnych rozpoczęło Kristen. W obrębie swojej gitarowej kategorii (choć może powinienem napisać "niszy") są to najbardziej utytułowani zawodnicy, co w doskonałym stylu udowodnili na scenie Impartu. Doświadczenie, zgranie, lub/i lata znajomości podblijały precyzję ich piosenek na iście profesorskie poziomy alternatywne. Jednocześnie to luz, swoboda i niewymuszona inteligencja pozwalały na głośnościowe ucieczki i sympatyczne numery jak zaskakująco przebojowe Music will soothe me. Gdzieś między gitarowymi efektami brykał sobie mały Tadzio (najmłodszy z Rychlickich), a Michał Biela odszedł od mikrofonu, aby a'capella zwrócić się do kameralnej sali pirackim zawołaniem o The Secret Map. Świetny, przyjemny koncert - tylko i aż tyle.



Bardzo fajne klimaty gościły na występie MiloMailo, chociaż była to impreza na której znalazłem się trochę przypadkiem. Melodyjne rapsy z regową pulsacją nie są moim gatunkiem, ale dałem się porwać dźwiękom ekipy Ridim Bandits. To prawdziwy kolektyw - czuć było pozytywne wibracje zachodzące pomiędzy członkami grupy i autentyczną radość ze spotkania zaproszonych przyjaciół - Asi Kwaśnik i GPD. Te wszystkie gatunkowe "przekazy" i "energię" zwykłem traktować nieco z góry jako frazesy wstawiane w miejsce pustych melodii, ale tego wieczoru i tak przyjęły mnie z otwartymi ramionami.



Peter J. Birch przyzwyczaił nas do tożsamościowych dylematów, ale akurat w muzyce niespójność ideologiczna nie powinna być dogmatem (inaczej niż w literaturze, za co dziękujemy Zadie Smith). Czym innym jest ciekawa różnorodność, a innym permamentna niepewność. Co więcej, sytuacja taka irytuje samego słuchacza, który spodziewa się folkowej melodyki, a dostaje grandżowe popisywanie się fajnym wzmacniaczek. Sympatycznie, że Piotr B. umie grać też na akustycznym zestawie Boba Dylana, ale nie widać w tym logicznego układu - także instrumentalnego, bo w sobotę The River Boat Band grali bez klawiszowca. Tego wieczora ładne ustępy i malownicze migawki nie zdołały niestety zaintrygować piosenkoopowiadaniem.



Breslaux zagrało najkrótszy, ale zarazem najbardziej intensywny koncert WROsoundu. Wcale nie przesadzali obiecując błyski i muzyczne fajerwerki, gdy w wybuchowej atmosferze (podświetlonej na czerwono) galerii ImpArt zdetonowali brzmieniową bombę. Nieprzerwany, nieugaszony set podejmował kolejne rytmy i style. Brawurowa operacja na żywym organizmie, bo komputer faktycznie był tylko podkładem do przeszywających dźwięków saksofonu Witolda Sikory i uderzeń perkusjonalnych padów Pawła Kawłaka. Czas prawie 1 morrisseya (20 minut) okazało się idealnym formatem dla ich występu - trudno byłoby dłużej utrzymać napięcie i zaparty dech w piersiach.



Krótką chwilę zaczarowała moin moin, songwriterka z Czech. Przez dwie piosenki przemyciła duszny klimat groźnych ballad PJ Harvey i niepewność głębokich tonów. Jej zimny spokój był ciszą przed burzą, która miała nadejść z jej bardziej elektrycznymi kolegami.



Na Pure Cityzen było głośno. Zresztą zgodnie z oczekiwaniami, bo dla czeskiej kapeli hałas nie jest środkiem, a celem. Na pewno nie chodziło o fetyszyzację wzmacniacza (jak u wspomnianego Piotrka); wręcz przeciwnie - cudowne gitary, Fendery i Gibsony rzucane były na podłogę z oburzającą złością. Ich piękne korpusy obijane były bez cienia lityości, a świętokradztwo kwitował jedynie głuchy zgrzyt. Brutalnym scenom muzyków towarzyszyły iście apokaliptyczne obrazy z projektora wyświetlane nad widownią i to do niech dążyły sprzężenia utworów. Występ był naprawdę ciężki - zarówno gatunkowo, ale też niełatwo było się zmierzyć z tak masywną ścianą dźwięku. Warto było podjąć to wyzwanie.



Największy hałas wzniesiono jednak na cześć Waldemara Kasty. Legenda wrocławskiego hip-hopu wróciła na scenę po latach nieobecności. Przyjęcie okazało się być więcej niż entuzjastyczne – wypełniona po brzegi Sala Teatralna Impartu bujała się w rytm rapowanych wersów. Cóż, ja także - zdradzę wam, że pół życia czekałem na chwilę kiedy mogłem razem z publiką krzyczeć Hip - HOP!!! Żadna tam beka z rapsów, tylko fantastyczna zabawa. Oraz wielki szacunek dla samego KASTY, który technicznym mistrzostwem i nienaganną dykcją zjada większość znanych osobowości scenicznych. Najwyższy poziom muzyczny zapewniła ekipa Electro-Acoustic Beat Sessions – równorzędnych gwiazd tego wieczoru i wspaniałych muzyków, których solówki zachwycały nawet tych, którym z hip-hopem nie jest po drodze. Robili co chcieli przerzucając się kwitami i samplami, a solówki występowały tak często i tak widowiskowo jak u jakiegoś Wojtka Mazolewskiego. Opowiadamy legendy o nadmorskich składach jazzowych, a dla mnie to EABS jest taką nową gwardią - najlepsi z muzyków Dolnego Śląska bawiący się dźwiękiem, konwencjami i jazzem, jazzem właśnie!




To właśnie koncert Kasty może stać się dumnym symbolem idei całego festiwalu – lokalna legenda łącząca swe siły z młodymi utalentowanymi muzykami. Nieoczekiwany powrót specjalnie dla publiczności WROsoundu. Zderzenie gatunkowe przywołujące uznane dokonania, ale przedstawiające je w zupełnie innym, świeżym świetle. Perfekcja brzmieniowa i wykonawcza muzyków. A przede wszystkim – świetna zabawa łącząca wszystkich miłośników dobrej muzyki i pokazanie czegoś zupełnie wyjątkowego, co mogło się wydarzyć tylko na tej scenie.

piątek, 14 listopada 2014

WROsound: Nie napinaj (I dzień)




WROsound rozpoczął taneczny rytm programowanych bitów i nie był to przypadek - cały pierwszy dzień należał bowiem do elektroniki. Notopop zaserwował basowy set, po którym uroczo ślizgał się głos Kasi Gruszki. Największą siłą tego zespołu jest precyzyjne, bezpośrednie brzmienie. Nawet jeśli pewne elementy (jak dublowanie wokali) nie były najbardziej potrzebne muzycznie, to okazały się niezbędne do dobrej zabawy na parkiecie.



Babu Król dorzucił jeszcze więcej zabawek. Sala teatralna Impartu jest jednym z nielicznych miejsc będących w stanie pomieścić osobowość Budynia. To człowiek-impreza, który nie potrafi spokojnie ustać w jednym miejscu, przy jednej piosence czy grając na jednym instrumencie. Ekwilibrystyka słowna i mieszanka brzmieniowa sprawiła, że Babu Król aż kipiał szaloną energią. Cały zespół - aż trzyosobowy, bo kontrapunktem spokoju dla Budynia i Bajzla (człowieka-orkiestry) była Zosi Chabiera grająca na skrzypcach i gdzieś z boku pilnująca chłopaków. Kulminacją występu był swoisty haracz jaki musiała spełnić publiczność w zamian za bisowany utwór. Tym razem Budyń postawił swój warunek wprost - zagrają jeśli wszyscy wstaną z krzeseł i będą tańczyć wszyscy razem.




Nazwa zespołu Poprzytula nie kłamała, bo koncert tego zespołu był faktycznie przytulny. Problem w tym, że było chyba zbyt przyjemnie. Zbyt komfortowa muzyka nie mąciła odczucia, które nie niepokojne przez nikogo ciągnęło się jak muzak. Najmilsze nawet okrycie rozleniwia swoją ciepłotą i ciężko wygrzebać się spod monotonnej pierzynki. Brzmienie jest, melodii brak. Kombinują z pomysłami, ale są one zbyt nieważkie by ruszyć emocją słuchacza. Symbolem tej bezsiły był zły werbel; w założeniu wybudzający z zadumki, a w rzeczywistości drażniący szorstkim wyskakiwaniem przed szereg.



Swój występ w Sali Kameralnej dało We Draw A. Było to dla niech miejsce idealne nie tylko z nazwy. Kruche procesory komputerowe i ślady klawiszy utrzymywały się na intymnej przestrzeni tej małej salki. Co z tego, że oni sami byli schowani za sprzętem i dystansem scenicznej scenografii skoro ich emocje spłynęły zza snopu świateł oślepiając nas równie mocno jak żarówki reflektorów. Odpłynąłem tu z pisania o muzyce, bo to nie ona była tam najważniejsza. Rozmyta klimatem całości, przechodząca od mechanicznego bujania do naturalnego tańca wyzwalającego z niepokojów.



Jeśli chodzi o Nervy, to ani przez chwilę nie musiałem się martwić o występ tego zespołu. Dali zdecydowanie najlepszy koncert całego WROsoundu, a ich brzmienie urwało mi głowę. Nie chcę się powtarzać, ale faktycznie jest ono sonicznie kompletne - fizyczne siły siedmioosobowej orkiestry dętej plus tytaniczna praca Jana Młynarskiego za perkusją. To już oficjalnie najlepszy bębniarz w Polsce, z łatwością prześcigający się z połamanymi komputerowymi rytmami. No i Agim Dżejlili jako mistrz ceremonii, szalony naukowiec, Nicolai Tesla fal elektroakustycznych. Miał kontrolę absolutnie nad wszystkim, z aptekarską precyzją odmierzając akcenty żywe i te bardziej wirtualne.



Na koniec opisu pierwszego dnia trzeba wspomnieć o nieoczywistych wyborach artystycznych WROsoundu. Choć Nervy są najlepsze, choć składają się z trzech absolutnych osobowości (na płycie dochodzi jeszcze połowa Skalpela - Igor Boxx), to prawie nikt jeszcze nie kojarzy. Grali tylko 3 koncerty, kiedyś anonsowała ich pani redaktor Szydłowska, ale wciąż nie mają nawet porządnego klipu na youtube. Wszystko to sprawia, że obsadzenie ich w roli headlinera Pierwszego dnia WROsoundu było niezwykle odważną decyzją - która jednocześnie okazała się najlepszą z możliwych. 25 listopada (najprawdopodobniej) ukaże się w sklepach płyta Nervów, a razem z nią w mediach entuzjastyczne recenzje ich debiutu. Pamiętajcie proszę wtedy, kto pierwszy o nich pamiętał.

czwartek, 23 października 2014

WROsound : Totalny początek

WROsound już jutro we wrocławskim Imparcie. Wrzucam jeszcze wywiady z bloga festiwalowego no raz jeszcze polecam to wyjątkowe wydarzenie.


Nervy zagrają w piątek o 24.00




1. Tworząc Nervy czujesz się choć trochę debiutantem, czy to po prostu kolejny z waszych rozlicznych projektów muzycznych?
Współtworząc Nervy czuje się nie tylko jak debiutant ,ale jak odkrywca nowej przestrzeni dla siebie. Przestrzeni w której próbuje się odnaleźć i wyrazić. Zredefiniować samego siebie na nowo. Jednak formula Nervy, która jest wypadkowa mnie Igora i Janka, nie jest moim jedynym środkiem. Mimo to, każde takie spotkanie z muzyka traktuje jako "totalny początek”. Czuje wiec w sobie wiecznego debiutanta.

2. Gracie rzadko, tylko na niektórych festiwalach. Dlaczego wybraliście akurat WROsound?
Dlatego, że nadarzyła się okazja by, przy dobrym audytorium, w atmosferze festiwalu i miasta, które jest nam bliskie, pokazać naszą muzykę.Wrocław, to moje artystyczne korzenie. Cieszymy się, ze będziemy mogli się podzielić naszą muzyką właśnie tutaj.


3. Mieszkasz na co dzień w Warszawie więc masz odpowiedni dystans. Czy faktycznie uważasz, że Wrocławska scena jest jakimkolwiek fenomenem na polskiej scenie muzycznej? Możemy o czymś takim w ogóle mówić? Czy to po prostu ładny zabieg PR-owy?
Obecnie kursuję miedzy Warszawa a Katowicami. We Wrocławiu bywam, mam przyjaciół, rodzinę i tak naprawdę, mentalnie nigdy się z tym miastem nie rozstałem.
Tutaj nawiązałem kluczowe dla mnie przyjaźnie, które zaowocowały powstaniem zespołu Őszibarack i w ogóle , jako tako mnie ukształtowały.

Nie używałbym tak górnolotnych określeń. Po prostu, w pewnym momencie, w mieście Wrocław pojawiło się i skontaktowało ze sobą wielu wrażliwych i pomysłowych ludzi. To zaowocowało czymś co kiedyś nazywało się „wrocławska scena”. Byli to ludzie z poza tzw. meinstreamu, pozbawieni kompleksów. Osoby mające pomysł na własny język w szeroko rozumianej muzyce elektronicznej. Kiedy pojawiła się moda i boom na ten rodzaj ekspresji, nagle zaczęło ją uprawiać gro ludzi, którzy nie wyrośli z tej tradycji , ani nigdy wcześniej nie mieli z nią styczności. To naturalny proces. To co dziś jest tzw. „awangarda” jutro staje się kanonem. Nie wiem czy istnieje scena jako taka, na pewno Wrocław dał światu sporo ciekawych zjawisk muzycznych..choćby Skalpel, Kanał A., Husky, The Kurws, Mikrokolektyw, Monosylabik czy z nowych We draw A, ekipa z You Know Me, kolektyw SLAP etc. Dzięki pracy tych utalentowanych ludzi Wrocław na pewno zyskał i nadal zyskuje. Czego mu życzę z całego serca, Ja..Wrocławianin!
Breslaux zagra w sobotę o 22.15



1. Czy da się tańczyć do dźwięków saksofonu?

Oczywiście, że tak! Zamierzam to udowodnić 25 października.

2. Jakie fajerwerki przygotujecie na WROsound?
Przygotowujemy 20-minutowy, nieprzerywany i wręcz transowy pokaz naszych wyobraźni. Będą to nasze dotychczasowe kompozycje i zajawka czegoś co będzie miało swoją premierę pod koniec listopada.

3. Który z projektów w, których bierzesz udział najszybciej zdobędzie nagrodę Grammy i dlaczego? :)

Zdecydowanie Breslaux, mamy plan to osiągnąć w przyszłym roku J a jest to spowodowane faktem, że muzyka, którą wypuszczamy podoba i będzie się podobać każdemu bez względu na wiek czy preferencje muzyczne.


Notopop zagra w piątek o 19.oo



1. Jaka jest wasza ulubiona płyta pop i taka, która na pewno popowa nie jest?
Kasia: Popowa to SOHN „Tremors” a niepopowa to Bjork „Vespertine”

Mateusz: W moim przypadku nie ma jednej konkretnej płyty pop, która jest numerem jeden. Cały czas wyszukuję coś nowego, co jest dla mnie inspiracją i raczej rzadko jest to muzyka pop w dosłownym znaczeniu tego słowa. Jednak jedną z ostatnich, która zapadła mi głęboko w pamięć jest płyta Lorde - Pure Heroine. Tak dojrzała płyta w wieku niespełna 17 lat robi naprawdę spore wrażenie. Jeśli zaś chodzi o płytę z zupełnie innego gatunku to bardzo lubię wracać do RHCP i ich “Californication” i ta płyta chyba nigdy mi się nie znudzi.


2. Jak ważna jest dla was strona wizualna, wizerunek zespołu i dlaczego?
Kasia: dla mnie jest to ważna część i stanowić powinna całość z twórczością. Marzą mi się zwariowane kostiumy i światowa oprawa koncertów.

Mateusz: Bardzo ważna. Prezentując się w mediach chcielibyśmy tworzyć markę charakterystyczną i rozpoznawalną. Nie chcielibyśmy być kojarzeni z kolejnym zespołem, który kogoś naśladuje, dlatego staramy się obrać nowy kierunek zarówno od strony czysto muzycznej, jak i brandingowej.


3. Kto rządzi w zespole? Silna męska dłoń, czy subtelny damski wokal? :)
Kasia: jeśli chodzi o kwestie organizacyjne to chyba ja. Ale jeśli chodzi o ważne aspekty takie jak brzmienie utworów czy decyzje w sprawie spływającyh propozycji to panuje demokracja. Jak nie możemy dojść do porozumienia to głosujemy. Rzadko do tego dochodzi. Zwykle solidne argumenty potrafią przekonać oponenta danego pomysłu :-)


Mateusz: Każdy z nas ma swoje obowiązki, które podzieliliśmy wcześniej. Przez to każdy bywa czasami nieprzyjemny jeśli chodzi o dopinanie pewnych spraw dotyczących tych właśnie zadań. Jednak rzadko dochodzi do zgrzytów i nieporozumień. Jesteśmy już dorośli i potrafimy dogadać się jak dorośli ludzie (śmiech).

środa, 22 października 2014

WROsound: Nowe nurty



WROsound liczy sobie co prawda już 5. edycji, ale właśnie tegoroczna odsłona tego dolnośląskiego festiwalu jest zupełnie nowym otwarciem. Tak jak rzeka Odra wypłyta z Wrocławia na europejskie kraje tak zespoły festiwalu poszukują nowych nurtów i sposobów wypłynięcia na muzyczne szerokie wody.

Poprzytula zagra w piątek o 21.20




Wrocław jest bez wątpienia bardzo miłym miastem i być może dlatego powstaje tu tak dużo przyjemnej muzyki. Następcą weteranów WRO Soundu, zespołu Mikromusic ma szansę stać się inny męsko-damski zespół – Poprzytula. Ich szlachetny pop mógłby zostać ilustracją do niezależnej komedii romantycznej o niezwykłości przyziemnych problemów. Eksperymenty instrumentalne i ucieczki w stronę delikatnego trip-hopu nie mogą zburzyć tak harmonijnej atmosfery. Pełniutki koszyk pluszowej przytulności gwarantowany.

Poprzytula to zespół z najładniejszą nazwą na Dolnym Śląsku (na Górnym wciąż wygrywa Milcz Serce) uwodzącą miękkim szelestem polskiego połączenia "rz". Urzeka trwanie przy naszym języku i wierne skupienie się na jego cieplejszych akcentach - jak również te wszystkie pozytywne znaczki typu misie na zdjęciach czy uśmiechy na twarzach członków zespołu. Nie przywalę nieforemnym i odmiennym hasłem "chillout" bo niesie ze sobą pewną labę i bezmyślność. A takie Bath Song samym tytułem wyzwalające pachnące bąbelki jest starannie przemyślanym slajdem z jakiegoś Garden State. Harmonijnego miejsca emanującego ciepłem na te coraz chłodniejsze jesienne wieczory.

Peter J. Birch & The River Boat Band zagrają w sobotę o 21.10



Piotr Brzeziński przybrał pseudonim Peter J. Birch, aby upodobnić się do amerykańskich songwriterów grających alternatywny folk. Do jego zespołu o nie mniej malowniczej nazwie The River Boat Band zaciągnęli się muzycy znani z wielu alternatywnych kapel takich jak Happy Pills czy Let the boy decide. Szybko dostali zaproszeni min. na gdańskiego Openera i słowacki Poke Festival gdzie spotkali się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem. Kolejnym przystankiem ich podróży w stylu american country będzie WRO Sound, gdzie swoją premierę będzie miała druga płyta Petera J. Bircha – „Yearn” już teraz zbierające świetne recenzje.



Odmienną niż Poprzytula, bo importowaną strategię instrumentalnego relaksu proponuje Peter J. Birch. Praży słońcem prerii i smakiem whisky ocienionego saloonu. Niestety ta mitologizowana miejscówka jest nieco pusta, nie znajdziecie tam bynajmniej prawdziwego kowboja. Zamiast gorączki złota mamy rozsądne tupanie mokasynem. Może nie jest jest to atrapa tematycznego parku rozrywki w Mrągowie, ale wciąż ciężko mi dojrzeć głębsze powody narzucenia przez Piotra Brzezińskiego maski korzennego songwritera made in USA. Uroki nadwiślańskiego pieśniarstwa bez trudu wydobywa chociażby Zuzanna, której piosenki będąc bardziej naturalnie zrozumiałe podchodzą bliżej do polskiego słuchacza. Wciąż jednak jestem bardzo ciekaw zasadności stylówy Petera J. Bircha, bo w swoim składzie The River Boat Band ma faktycznie zacnych muzyków. Co prawda nie jeżdżą po Teksasie praktykując klasyki country (jak L.stadt), ale chętnie zabrałbym się z nimi na przejażdżkę Route 66.

Pure Cityzen zagra w sobotę o 22.40

Mamy przyjemność zaprezentować pierwszych zagranicznych gości festiwalu WRO Sound – Pure Cityzen z Czech. Na początku swojej kariery nawet Radiohead hołdowało starej punkowej zasadzie, według której „Anyone can play gitar”. Pure Cityzen także eksperymentują z formą utworów, ale wskaźniki wzmacniaczy swoich instrumentów pozostawili odkręcone na pełną głośność. Ten czeski zespół przeplata improwizacje żwawym surf-rockiem, a zgiełk i hałas wzbija się z każdego uderzanego przez nich riffu.



Pure Cityzen są akurat tym zespołem, który powinien postawić na gitarową uniwersalność - mało kto chyba ogarnia po czesku. 6 strun jest zrozumiałe absolutnie wszędzie, to system wyczuwalny tak podświadomie jak kształt kontynentów Ziemi. Podobnie psychodeliczne odjazdy łączą ludzi już od 1969 roku (oryginalny Woodstok) i bezpośrednia moc takich środków wciąż ani myśli się zużyć. Ale kto w ogóle zwraca uwagę na jakiekolwiek konstrukcje, gdy wszystko tonie w zgiełku przsterów i wrzasku wzmacniaczy. Noise and Shout. Nie ma miejsca na jakieś międzykulturowe elaboraty, bo czysty dźwięk rozchodzący się jak pszczoły zen jest doznaniem wspólnym dla nas wszystkich. Nie trzeba go rozumieć, bo mimowolnie wlewa się w nasze głowy czyniąc dźwiękowy zamęt odgarniający ustaloną rzeczywistość.