Największą gwiazdą pierwszego dnia święta muzyki improwizowanej był niewątpliwie występ Archie Shepp Quartet. Amerykański saksofonista to ulubiony jazzman Kim Gordon – liderka
The Bad Plus plays Ornette Coleman's Science Fiction 16.04.2015, sala teatralna Impartu
Ten właśnie koncert był najlepszym na 51. edycji festiwalu Jazz Nad Odrą we Wrocławiu.
Oczywiście tylko moim zdaniem (skądinąd wiem, że Panu Dyrektorowi Możdżerowi nie podobał się tak bardzo). Kompozycje pochodziły z wydanej w 1972 roku klasycznej płyty Ornette Colemana, a tego wieczoru błyszczały właśnie świeżością, a wykonania iskrzyły się pomysłami. Pozorny chaos był pełen fantastycznej energii, a współpraca między oryginalnym triem tworzącym zespół The Bad Plus, a sekcją dętą była wzorcowa; czy lepiej powiedzieć "kumpelska".
Tak pewnie brzmi "eklektyzm" i taki zespół mógłbym równie dobrze usłyszeć na OFF Festivalu.
TOP 10 Jazzu Nad Odrą
(tyle widziałem)
1. The Bad Plus plays Ornette Coleman's Science Fiction
2. David Sanborn - taneczność jak u Bowiego
3. Zohar Fresco Quartet - akustyka strun
4. Artur Dutkiewicz Trio - klimat jazzowego wieczorku
5. Piotr Wojtasik - Feel Free - charyzma pana Wojtasika (nic dziwnego, że ma swoje gruppies, true story)
6. Seamus Blake Quartet - poszukiwania zespołowe
7. Dave Douglas - dużo elektroniki, przez co koncert był trochę jednak nijaki, przezroczysty
8. Lee Konitz Trio - stateczny jazz prosto z Chicago
9. Quartado - nieco groteskowa odmiana rockizmu w jazzie
10. Expansions : Dave Liebman Band - hałasy pod batutą szacownego mistrza. I tyle.
specjalne wyróżnienie za świetną zabawę na afterze dla Lion Vibrations - nie mogło być fajniej :D
Jeśli miałbym wybrać moją ulubioną piosenkę taneczną, byłoby to pewnie Young American Davida Bowiego. Początkowymi uderzeniami bębnów od razu zostajemy wrzuceni w środek pulsującej imprezy totalnej. Z determinacją godną dziwnego Anglika Bowie stara się wbić na party z nie swoją muzyką soul. Można sobie wyobrazić jak śpiewa Michealowi Jacksonowi "Karl jest czarnuchem, który zbielał, a ja białasem, który zczerniał". Dejwidowi wyszło to na pewno o wiele lepiej niż naszemu Afrojaxowi, przecież bariery kontynentalne były najbardziej konwencjonalne z tych, które regularnie przełamywał.
Give me one dance/damn song that can make me break down and cry?
Soulowe zanczenia i multikulturowe porządki wprawia w wir saksofon Davida Sanborna. "Duch robi co chce" - rozkosznie rozpycha się po całym densfloerze zalewając tłumek instrumentów falą przyjemnego zgiełku. W mgnieniu oka i z machnięciem bioder antywojenne przesłanie zmienia się w aformację życia, wyciągnięty palec wuja Sama dwuznacznie wskazuje na obiekt swojego pożądania, a biedni i bogaci mieszczą się w jednym Chryslerze. Czarna muzyka miesza się z białą podobnie jak dziewczyna ubrana w elegancką czerń igra z zasadami ramy tanecznej uciekając z niej niesfornym kosmkiem włosów. Kiedy na sam szczyt szaleństwa triumfalnie wdziera się cytat z Day in a life Beatlesów uniesienie jest kompletne i zapominamy o całym świecie z Wietnamem włącznie.
(fot. Sławek Przerwa)
David Sanborn 17.04.2015, sala teatralna Impartu 51. Jazz nad Odrą
Jeśli miałbym wybrać moją ulubioną piosenkę z saksofonem w sekcji, byłoby to również Young American. Album Davida Bowiego z 1975 roku obfitował w gwiazdorskie featuringi - dość powiedzieć, że Fame współtworzył (i dośpiewał) sam John Lennon, a w tytułowym kawałku na saksofonie zagrał oczywiście David Sanborn. Ten sam, który 17 kwietnia występował jako headliner podczas 51. Jazzu Nad Odrą. Jak podaje WikiMiki (to znaczy Mikołaj huehue), jest "jednym z prekursorów rockowego brzmienia w saksofonach, takiego na otwartym gardle". Tak przedstawiał się też układ instrumentów na scenie Impartu - bas, perkusja i Hammond z gitarą. Sekcja rytmiczna była wyraźnie schowana; bas wchodził w takty z nonszalanckim opóźnieniem, a organy operowały tylko na głębszych rejestrach. Słuchając gry perkusisty przyszedł mi na myśl Carter Beauford, bębniarz Dave Matthews Band równie dokładnie wypełniający przestrzeń i stroniący od efektownych wyskoków na plan pierwszy. Najbardziej pewnym elementem zespołu był oczywiście pan Samborn - snujący wątki z pewnością i czystą wirtuozerią tak, ze jego dźwięczna, zawsze melodyjna fraza była na zewnątrz nie tylko podkładu instrumentów, ale zdawała się wychodzić również poza grany utwór. Harmonia i wyważenie w ułożeniu side-manów pozwoliło na zróżnicowanie brzmienia, które nie leciało z głośnością, ale wzmacniało się akurat na tyle, aby zaakceptować swoją obecność.
Szybko okazało się co drzemie w zespole Davida Sanborna - a był to oczywiście taniec. Sekcja rytmiczna zatopiona w podkładzie bulgotała i pulsowała nieustającym rytmem. Cały czas grała równo i zwarcie, aby wystrzelić niesamowitym pokazem tak efektownym jak (ta lepsza) muzyczna połowa filmu Whiplash. Perkusista zaserwował niesamowity pokaz umiejętności - wolno się rozkręcając, niemrawo z początku aby zarzucić wszystko kaskadą rytmów; był to chyba najbardziej spektakularny moment 51. Jazzu nad Odrą. Być może po raz kolejny jestem profanem stawiając obok siebie słowa "jazz" i "efektowny" ale mądrość Sanborna polega na umiejętnej ekspozycji właśnie. Inne koncerty przypominały czasem walkę instrumentalistów, przerzucanie się solówkami nad głowami (posłusznie nagradzającej brawami) publiczności. Chris Coleman nadużywał jedynie uśmiechu przez cały występ konwencjonalnie utrzymując tempo. Gwiazdeczką był także basista bandu gdy jeździł klangiem po krawędziach sceny i wędrował z instrumentem po całej widowni.
Z jednej strony akademickie pościelówy szczelnie okrywające koneserów jazzu, a z drugiej niemal popowy entuzjazm wszczynany najbardziej intuicyjnymi środkami. Elektryzujący kompromis dał nam chyba najlepszy koncert całego festiwalu - przynajmniej moim skromnym, uczącym się dopiero jazzu uchem.
Seamus Blake Quartet 15.04.2015, sala teatralna Impartu 51. Jazz nad Odrą
Zespół Seamusa Blake'a nieustannie gonił dźwięki. Lider swoją grą na elektronicznym klarnecie (a przynajmniej czymś co przypominało taki instrument) starał się upodobnić do brzmienia keybordu. Robił to tak skutecznie, że trudno było rozróżnić który z panów gra określoną partię. Wykonanie niewątpliwie efektywne technicznie, ale mam wątpliwości, jak bardzo efektywne okazało się dla słuchaczy jazzowych. Dla mnie, który kojarzy "klasyczny jazz" tej elektroniki było trochę za dużo, a dźwięk elektronicznych klawiszy był raczej kanciasty; dźwięki Blake'a kołatały się jak w kartonowym pudełku. Uwolnienie przyszło razem ze zmianą instrumentu artysty. Kiedy brał do ust saksofon jego gra od razu stawała się szybsza, bardziej swobodna i pływająca pomiędzy klasycznymi ramami taktowymi.
Seamus i spółka gonili też za rytmem. Kotłujące się metrum mają chyba w standardzie, a na koncercie dokładali sobie jeszcze kolejne warstwy niespokojnego automatu perkusyjnego. Oczywiście nie znam się na pod-gatunkach jazzowych, ale takie zabawy taktem oznaczają chyba coś w rodzaju awangardy. Na szczęście Quartet ma świetnego perkusistę - Jordan Perlson samodzielnie wytyczał ścieżki gdy nagle wystrzeliwał przed kolegów dynamiką i głośnością solówek. W sytuacji, gdy większość tonów stawała się rozmyta i nie gubiła genezę podstawowego instrumentu, jego wybuchy stawały się najbardziej wyrazistą częścią koncertu.
Patrząc na sylwetkę kanadyjskiej gwiazdy, można nawet pomyśleć, że ciało uciekało z samego Seamusa Blake'a. Postawny korpus umieszczony na chudych (lol) nogach może oznaczać gonitwę za coraz to nowymi gatunkami. Jak już wspomniałem, bardzo dużo było tam elektroniki, ale znając współczesną alternatywę nie były one aż takim zaskoczeniem. Kosmosu szukał i chillout z początków lat dwutysięcznych, a wcześniej sam David Bowie z Brianem Eno. Swój występ na scenie impartu Seamus Blake zakończył utworem Send in the Clones, którego pulsujące intro zwracało prosto do równie mieszających w elektronice występów The Notwist.
(fot. Sławek Przerwa)
Lars Danielsson 5tet - Liberetto II 15.04.2015, sala teatralna Impartu 51. Jazz nad Odrą
Zdaje sobie sprawę, ze moja relacja z Jazzu nad Odrą może być niedoskonała, nieznająca się i w ogóle taka sobie. Na szczęście występ Larsa Danielssona zawierał akurat to, na czym się znam - gitary. Oczywiście duński przyjaciel Leszka Możdzera jest wirtuozem kontrabasu, ale sposób w jaki traktuje ten instrument pozwala mi odnieść się do moich "doświadczeń" z gitarą klasyczną. Delikatne muśnięcia samych strun jak również traktowanie ich w sposób bardziej perkusyjny pokazywały wszechstronność jego użycia. Każde przesunięcie po gryfie stanowiło oddzielną frazę tak wyrazistą, że solowe nuty Larsa nie potrzebowały jakiegokolwiek innego tła.
Był to koncert na wskroś akustyczny. Chodziło w nim nie tyle o pieczołowite dobranie instrumentów, ale oddanie klimatu każdego wydobywanego dźwięku. Rozchodził się on później w przestrzeni tak swobodnie i przejrzyście, że w jeszcze w trakcie wędrówki łączył się z innymi ścieżkami. Wysoka trąbka była naturalnym przedłużeniem fortepianu, a niższe tony kontrabasu uzupełniały uderzenia perkusji. Oczywiście bardzo spokojnie i zawsze harmonijne. To bardziej melodia dyktowała fakturę rytmu niż sam perkusista. Struny drgały w obrębie samych akordów - jeśli już muszę porównać to do jakiegoś bardziej przystępnego britpopu, to bardzo umiejętnie gra takim klimatem Noel Gallagher na swojej najnowszej płycie (szczególnie The Right Stuff).
Takie podejście do brzmienia jest tym, czego ja - indie dziecko Trójki - szukam w jazzie najchętniej. Staranność wykonania, oparcie się dyktatowi słów i melodii, a przede wszystkim rozumienie najważniejszej roli każdego dźwięku. Żadnego nie można opuścić, czy przemilczeć w złym odsłuchu, bo samo przesunięcie się strun ustawia całą kompozycję. Przejrzystość i czystość wyrazu każdego instrumentu - na wrocławskim festiwalu oba te elementy są gwarantowane. Nie chodzi przecież tylko o parametry techniczne, a przede wszystkim o wybitnych wykonawców, którzy potrafią pokazać dźwięki z ich najlepszej strony.
51. Jazz nad Odrą
Plakat autorstwa Rafała Olbińskiego.
Już jutro rozpocznie się 51. edycja wrocławskiego festiwalu Jazz nad Odrą, która odbędzie się w Imparcie. Dyrektorem artystycznym imprezy jest znany i lubiany Leszek Możdżer, który zagra u boku takich gwiazd światowego jazzu jak Gwilym Simcock, David Sanborn czy Dave Liebman.
Nie będę ukrywał, że czytając line-up czuję się trochę jak słuchając najnowszych ogłoszeń Artura Rojka na OFF Festival. Czyli cóż, nikogo nie znam. Tak czy inaczej bardziej ogarnięci ode mnie w tym temacie mówią, że jest spoko (cześć Aga), więc pozostaje mi wierzyć na słowo.
Na pewno będzie bardzo ciekawie, bo jazz sam w sobie polega na szukaniu całkowicie nowych połączeń. Prowadzone w czasie rzeczywistym improwizacje płyną po klimacie tej szczególnej, wyjątkowej chwili, a jej ulotność i niepowtarzalność jest piękna. Jak ta z Gothego; "chwilo trwaj, jesteś piękna!"
Po więcej informacji zapraszam na stronę festiwalu (coś tam wklejałem, mam nadzieję, że wszystko działa) http://jazznadodra.pl/pl/