background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OFF 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OFF 2015. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

OFF Relacja 3/3: Rattle and Hum



Sonia Pisze Piosenki
Choć pogoda na OFFie nas nie rozpieszczała (a rozpuszczała) i przez wszystkie trzy dni w Katowicach panowały egipskie upały, to najwięcej Słońca i tak dała mi Sonia, która Pisze Piosenki. To był nie tyle najradośniejszy moment Festiwalu, co najradośniejszy moment w całym życiu tej dziewczyny. A raczej w trzech życiach, bo takiej ilości uśmiechów i dwóch ton serdeczności nie pomieściłaby jedna osóbka. Jej delikatne piosenki zalały nas światłem, a włosy opadające niesfornie na podniesione do mikrofonu usta jakoś niemodnie i zupełnie niepraktycznie stanowiły sobie atrybut młodziutkiej songwriterki. Nie w pozie i nie w byciu cool - Sonia była na szczęście sobą i znowu zrobiła nawet swoją "thing" z odczarowywaniem ejtisowych przebojów - nam zaprezentowała Cheri Cheri Lady z zakurzonego i wyśmianego repertuaru Modern Talking, ze słodkimi górkami i wzdychaniem w refrenie. Nie to, że rzuciła na mnie jakiś czar (taaak...), byłem nawet w stanie ocenić występ muzycznie i rozszerzenie brzmienia przenosi te balladki na wyższy, żwawszy piosenkowo poziom znany przebojowo chociażby z nowego Lilly Hates Roses. A to, że ich wokalistka Kasia Gołomska była w składzie Sonii spełniło już wszystkie marzenia redakcji strony Jaram się śpiewającymi laskami (czyli moje i mojego kolegi).





Małe Miasta
Chyba nie łapię tego żartu. Bo to żart, prawda? Ufam w gust Mateusza Holaka, który po kolejnych świetnych plakatach i nagradzanych okładkach płyt stworzył wizerunek dwóch typów bawiących się w hipsterski hip-hop (#hhh). Graficzna identyfikacja wydaje się być zbyt staranna żeby była prawdziwa, zbyt nieskazitelna na niemrawe prośby o "zrobienie jakiegoś hałasu". To nie jest tak, że się z nich śmieję, bo pochodzą z Małych Miast - sam jest jeszcze większym słoikiem ze wsi. To są bardzo ciekawe i potrzebne socjologicznie zjawiska, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w poszukiwaniu swojego głosu na tle wielkiego miasta MM zapędziły się trochę za daleko. Pogrubiające modulacje i kawałki o wyciąganiu Mateusza sprzed komputera wydają się raczej niepotrzebne i cokolwiek groteskowe. Ale w Poznaniu i Warszawie lubią to, więc może to ja się nie znam; raz dwa trzy, słoikiem jesteś ty.

Coals 
To prawda, że przez pewną część ich występu zabawiałem się w zgadywania do czyjego sławnego wokalu podobny jest głos Kasi Kowalczyk. Alanis Morissette, Lykke Li, Florence Welch, wreszcie Lorde. Ten ostatni trop pasuje chyba najbardziej, ale takie niegodne porównywania okazały się bez sensu gdy dotarło do mnie że delikatny mrok dwójki ze Śląska nie jest obliczony na bycie kolejnym fajnym duetem, ale wyraża ich prawdziwe uczucia. Jakoś łatwiej uwierzyć w taki niełatwy przekaz niż w tańce The Dumplings; może dlatego że szybciej zaczęli grać na prawdziwych gitarach i od razu postawili na ciepłe, a nie kanciaste brzmienie. Naprawdę zaciekawili dopiero co utkanymi w komputerze piosenkami i rację ma poważny Quietus pisząc o Coals jako "band to watch". Pomiędzy szczerością można dopatrywać się młodzieńczego nieogaru, nie da się jednak ukryć szacunku dla łatwości z jaką nagle zmienili całą atmosferę w namiocie. Prosto z rozmytych ballad obudzili wszystkich do, eghm, pewnego tańca w Techno.

Gdy wyszedłem z koncertu 3Fonii (nic osobistego, po prostu deski Sceny Eksperymentalnej nie są najwygodniejsze do leżenia) wydarzył się mały cud, gdy po trzech dniach morderczych upałów spadł na nas drobny deszczyk (i nie była to nawet kurtyna wodna nadpobudliwego pana strażaka).

Steve Gunn
Bardzo swobodny występ. To co dzień wcześniej drażniło mnie na koncercie Ride, czyli potężne monotonne akordy, Steve Gunn rozplątał czystymi pojedynczymi partiami gitary solowej. Ale pewnie jestem nieobiektywny i zadziałały tu osobiste preferencje gatunkowe, bo kolejne spokojnie kręcone zawijasy riffowe zupełnie mnie nie nudziły. Zawsze łatwiej odprężyć się przy sympatycznej osobie, gdy solista okazał się typem swojego chłopa "sprawia wrażenie kolesia, który pomógłby ci odmalować kuchnię, wnieść wersalkę na siódme piętro i jeszcze przyniósłby dla wszystkich po zimnym specu" (Make Life Harder o Kukizie). Dla mnie to był kolejny niebanalny występ dotknięty czarem OFF Festivalu - popołudniowy w Namiocie Trójki jak energetyczny Mikal Cronin dwa lata temu i ujmująco skromny jak Frank Fairfield spod wąsa na poprzedniej edycji. To jest coś co zazwyczaj się gubi, od czego zaczyna się "przygodę z gitarą" a co zostało zagarnięte i niesłusznie przypisane do Teraz Rocka i Wychowanych na Trójce: felling, odprężający i chyba najważniejszy dla całej instytucji gitary elektrycznej. To zabawne jeśli pomyśleć, że na festiwalu muzycznej ekstremy trzeba robić miejsce i troszczyć się akurat o tak tradycyjne i wytarte wątki rocka.



Son Lux
Bardzo staranny występ. Usiany znaczą ilością sampli i laserów, a jakby jeszcze tego było mało, uwznioślony (prostymi) chwytami dramatycznymi i (zbyt) teatralnymi wcieleniami głosu wokalisty. Egzaltacja Son Luxa może mnie lekko drażnić, ale szoł faktycznie dorósł do swojego dużego poziomu. Trójka muzyków z zapałem nadążająca za nagranymi ścieżkami przypomniała mi fantastyczny występ Battles (OFF 2011) i tu też były spektakularne momenty, takie jak You don't know me czy Lost is to trying. Wreszcie ja też zaangażowałem się w występ - zachęcony szczerym entuzjazmem Son Luxa klaskałem razem z tłumem przed Sceną Główną stając się częścią żywego sampla. Widać było, że Kanadyjczykowi bardzo zależy na ominięciu podstawowego komputera i zburzeniu "trzeciej ściany" z publicznością, Mimo kosmicznych odlotów na pierwszym miejscu konsekwentnie pozostawał przekaz.

Algiers
Za chwilę zaczną nazywać ich nowym U2, ale to nie jest ich wina, że oprócz stadionowego brzmienia mają na uwadze głęboki, ważny społecznie przekaz. Tak jak doktor King, Algiers walczą o równouprawnienie rasowe wracając do historycznych batalii o prawa czarnych, których echa pobrzmiewają nie tylko w muzyce, ale także w samych utworach formacji. Mało kto już pamięta o tym, że młode U2 wybiło się dzięki punkowej, a później religijnej żarliwości; podobne zaangażowanie wyróżnia teraz Algiers, w muzyce których głośne trzaski i masowe chórki tworzą niezwykle silną konstrukcję dla niemal plemiennych zaśpiewów. Tak jak The Edge gitarzysta amerykańskiego zespołu jednym sprzężeniem jest w stanie zwalić niebo na głowę jakby było to Until the end of the world. I podobnie jak wizytówką irlandzkiego zespołu jest głos charyzmatycznego wokalisty, Franklin James Fisher z Algiers również elektryzuje głęboką barwą i zdecydowaną prezencją sceniczną. Posępnie akustyczne Games obok zjawy bluesa z delty Missisipi przywołuje też elegancką frustrację będącą udziałem zwykłych historii matrymonialnych. Na szczęście zamiast natchnionych przemów Bono wybrali formę przekazu bardziej angażującego odbiorcę - ich występ przypomina bardziej spektakl grozy, thriller trzymający widza u szczytu natężonej uwagi. Dlatego nie mam im za złe rozciągniętego zakończenia dającego niespełnioną nadzieję na bis - światła jeszcze się nie zapaliły gdy na scenie pozostała kręcąca się płyta z fragmentem słuchowiska - przemowy głoszącej dumę czarnoskórych bojowników o wolność. Powracające porównania do U2 są naturalnie największym komplementem, do czego upoważnił mnie świetny poziom ich występu, najlepszy tego (bardzo mocnego) dnia i ustępujący tylko laserom Susanne Sundfor. Są gwałtowni i bezkompromisowi jak letnia burza, nie szczędzą bowiem sonicznych trzesków i rozbłysków rzucających całkiem nowe światło na wciąż istotne kwestie rasy, dumy i tożsamości.





Patti Smith
Koncert jest tylko jednym z elementów kuratorskiego pakietu "Patti Smith: życie i twórczość". Książka, płyta, zdjęcia Roberta Mapplehorne'a, kolaże samej Patti, Nowy York, pokój w Chelsea Hotel, klub Andy'ego Warhola, kilka feministek i plik nekrologów gwiazd rocka. Własnoręcznie zerwane struny gitarowe gratis. Wszyscy wiedzą jak wielką postacią jest Patti, że nie mieści się w ramach gatunkowych i powyższej filiżance. Wśród tych pomników zapomina się jednak, że pani Smith jest fantastyczną... tancerką! Bezbłędnie chwyta rytm (swoich) rock'n'rollowych szlagierów. Obawy o muzyczną stronę jej koncertów wydają się teraz niestosowne, bo Horses zabrzmiało genialnie, być może lepiej niż w Electric Lady Studios Jimmiego Hendrixa 40 lat temu. Utwory nieco zwolnione, ale zwrócone do kluczowych akcentów, które jeszcze nigdy nie wydawały się tak kompletnie stylowe. Przyjaciółmi Patti kierowało to, czego brakuje wielu debiutantom - ciekawość. Po pierwsze, ciekawość muzyków sprawdzających trwałość swoich horyzontów twórczych z minionej epoki - i uszlachetnienie legendarnych dźwięków wyszło im wyśmienicie. Po drugie, ciekawość artystki poszukującej, która sprawdza aktualność swojego przekazu konfrontując jego przydatność w dzisiejszym świecie, o czym świadczy cierliwe odpowiadanie na pytania uczestników spotkania z Poetką w Kawiarni Literackiej. Wreszcie ciekawość spotkania - najbardziej bezpośrednia i przynosząca najwięcej emocji. Obu stronom! Patti świetnie się bawiła zawsze bliskim kontaktem z młodą publicznością. Zakończyła spełnieniem artystycznej powinności wobec zmarłych przyjaciół przywołując legendy, które odeszły. Oklaskiwano oczywiście Janis Joplin i Jima Morrisona, ale w tak wzruszający sposób ostatecznie spotkały się dwa pokolenia połączone muzyką, poezją, pamięcią i pacyfistycznym apelem, że gitara elektryczna pozostaje jedyną bronią jakiej potrzebujemy.

Iceage
Nie będę ukrywać, że zapamiętałem tak bardzo dużo z tego koncertu. Pewnie dlatego, że pierwszą część przeczekałem przed bramkami strefy gastro (z piwem, które trzeba było dopić), a drugą gapiłem się w przestrzeń zmęczony festiwalowymi zmaganiami. Nigdy nie byłem też into that band, więc muzyka zespołu też przeszła mi obok. Ale to siedzenie w jednym miejscu nabiera swojego znaczenia, gdy mówimy o Scenie Leśnej, która tradycyjnie sama w sobie jest najwyższą malowniczą wartością. Razem z kłującymi dźwiękami chłodnym ostrzem wbijały się zimnymi kolorami na tle zaciemnionej sceny. Przebitki przypominały legendarne zdjęcia tytanów cold wavu, czasem przypominało to nawet Joy Division.  Zwarte, chłodne, mocne, chłodne.

Run The Jewels
Oto czego Artur Rojek zdołał nas nauczyć w ciągu 10 lat. Od kiedy pamiętam na mapie headinerów obowiązkowym elementem była gitara elektryczna, zawsze coś powiązane z rockiem. Jakie były więc reakcje na fakt, że imprezę zakończy na Głównej Scenie duet hip-hopowy? Spoko, fajnie, coś nowego, ciekawe. Szukamy nie kolejnych bohaterów alternatywy, ale nowych brzmień i nowoczesnych gatunków. Na OFF Festival jedzie się przecież, żeby odkrywać. A może ten strumień edukacji muzycznej popłynie tez w drugą stronę - bardzo łatwo jest mi sobie wyobrazić fanów prawdziwego amerykańskiego rapu przejętych występem Patti Smith czy pobudzonych wzmacniaczami Iceage. Czar eklektyzmu i jeszcze jeden dowód na to, że po OFF Festivalu można spodziewać się absolutnie wszystkiego.


wtorek, 25 sierpnia 2015

OFF Relacja 2/3: Space is the place



Dog Whistle
Te dwie uśmiechnięte dziewczyny trudno jest opisywać za pomocą poważnych kryteriów, bo one same nie potrafią powagi na scenie. W niezwykle uroczy i wydawałoby się, niemożliwy sposób udało mi się nawet spalić tradycyjnego suchara (co robi 9,50 w portfelu? Prawie dycha. To znaczy LEDWO dycha!). To nie profesjonalny koncert z zespołem i instrumentami, ale pyszna zabawa koleżanek podgywających sobie na gitarce i basie. Dziewczęce, bezpretensjonalne piosenki zrobiły sobie letni piknik w upalnym Namiocie Trójki, z koszykiem na trawce i uśmiechem na ustach. Od wakacji w Chorwacji bardziej nęci mnie orientalny klimat Iranu, którym inspirują się członkinie zespołu. Co prawda ten ciekawy kraj nie ma ostatnio najlepszej prasy, ale radosne utwory Dog Whistle i serdeczności rozsiewane na każdym kroku w jakiś sposób odczarowały szarą i niepewną rzeczywistość Bliskiego Wschodu.

[peru]
Nazwa tego zespołu nie kojarzy mi się geograficznie, ale łączę ją z aromatem jakiejś pikantnej korzennej przyprawy. Taka jest też ich muzyka - ostra, wyrazista i szczypiąca w język. Nieco egzotyczna żywiołową postawą wokalisty i szczyptą oryginalnego posmaku doda aromatu każdej gitarowej imprezie. Wątki kulinarne pojawiły się także w trakcie samego występu gdy zostaliśmy zachęceni do wegetarianizmu i zniechęceni do zabijania (zwierząt). Zapach delikatnego radykalizmu bardzo pasował do głośnego i pełnego zaangażowania koncertu.




King Khan and the Shrines
Nie ujmując nic z wdzięku Susanne Sundfor, można spokojnie powiedzieć, że koncert King Khana był jej występem odbitym w krzywym zwierciadle. Złota koszula Zuzanny mieniąca się refleksami kuli dyskotekowej zamieniła się w skrawek złotych majtek pod gołym - i ogromnym! - brzuchem Kinga. Szaleństwo tłustych dęciaków przelewa się kaskadami kolejnych tanecznych kroków, a dansingowe aranżacje sali balowej z profesorskim spokojem nie zwracają uwagi na balet obłąkanego proroka. Który z wąsa przypominał zresztą Krzysztofa Krawczyka na tureckich wakacjach gdzie naszprycował się afgańską sziszą. Była to bowiem skala zabawy o największym, ludycznym zasięgu - jak festiwal w Opolu, jak majestatyczne wodowanie parostatkiem w piękny rejs. Żar lejący się z nieba paradoksalnie nie mógł być lepszą okolicznością takiej imprezy - w 30stopniowej temperaturze można tylko wtopić się w oślepiający gorąc i naturalnie spalić się we wspólnym tańcu.

Ten Typ Mes
Po koncercie poprowadzonego z rozmachem live bandu Mesa (skrzykniętego, przypomnijmy przez Michała "Foxa" Króla) jestem w stanie postawić tezę, że Ten Typ Mes to polski Justin Timberlake. Że jest raperem, a nie tańczącym szołmenem? Nic nie szkodzi, wydaje mi się że hip-hop ze swoimi genezami i tradycjami osiągnął w Polsce tak znaczący status jak popowe disco w USA. Najważniejsza pozostaje tu staranność i wyczucie stylu, o czym zapomina cała gitarowa scena alternatywna - Michał Biela gra w zielonych krótkich spodenkach, bo eksperymentowanie zajmuje mu już cały horyzont życiowy poza pracą, nie ma czasu na nic innego. Ten Typ Mes przykłada natomiast do swojego wizerunku tak dużą wagę, bo kreowanie figury inteligenckiego rapera, który nie chciał zostać dresiarzem jest integralną częścią jego twórczości i artystycznej tożsamości. Rozkręcając naprawdę świetną imprezę: równie ważny jak przekaz jest funkowy rytm i bogactwo gitarowych aranżacji gdzie wisienką na torcie są chórki żony Afrojaxa wyjęte właśnie z brzemienia Motown (hi, JT). Inna sprawa, że realizacyjny przepych nie bierze się znikąd - Mes ze Stasiakiem tak jak Timberlake obracają grubymi pieniędzmi w Alkopoligamii o czym przypominał rzecz jasna bezwstydny product placement markowej i nad wyraz eleganckiej odzieży warszawskich raperów.

Sun Kil Moon
W przypadku songwriterów najważniejszą wartością zazwyczaj jest szczerość. Mniej przejmujemy się melodią i często zaledwie akustycznym instrumentarium, bo ważniejszą kwestią jest to, czy zdołamy przejąć się historiami wykonawcy. Jak łatwo nas przekona i kiedy wczujemy się w jego emocje. Problem w tym, że Mark Kozelek przekonuje krzykiem i groźbami, no i na pewno nie chciałbym dzielić jego tak negatywnych emocji, którymi emanuje ze sceny. Co tu dużo kryć - wszyscy wiedzą, że jest raczej bucem; nie opuszcza go samcza wyższość nawet gdy śpiewa o swojej mamie (featuring z Gangiem Albanii? LOL). Wyszedłem po kilkunastu minutach zwyczajnie zmęczony pomrukiwaniami samca alfa Ameryki. Nie chcę stawiać pochopnej oceny, bo druga połowa koncertu była ponoć o niebo lepsza, jak relacjonował Bartek Chaciński. Dziennikarz Polityki wysunął także bardzo interesującą hipotezę (którą powtórzył później Grzegorz Hoffmann), że Mark Kozelek jest... raperem.
Takie postawienie sprawy diametralnie zmienia postać rzeczy, a przynajmniej moje postrzeganie tej postaci. Zrozumiałe stają się wycieczki osobiste, tradycjonalizm ujęcia życiowych  tematów (za pysk), wkurwienie na świat, a nawet trudny charakter przejawiający się w chronicznym niedopasowaniu społecznym (czyt. byciu bucem). Raper nie musi być liryczny, nie powinien być nawet w kategorii likeable. Hip-hop łączy się z alternatywą, nic dziwnego że działa też w drugą stronę. To wszystko bardzo ciekawe, być może nawet usprawiedliwiające Marka Kozelka, ale tamtego popołudnia nie chodziło już o to czy uwierzę w jego historię. Pytanie brzmiało: czy jestem w stanie wytrzymać dla niego w dusznym namiocie.




Sun Ra Arkestra
Właśnie dla takich koncertów jeździ się na OFF Festival. Zamarzyłem sobie nawet, że tak mógłby brzmieć Jazz nad Odrą gdyby miał jaja wyjść poza klasykę i nowojorską poważkę. Pewnie w obrębie swojego gatunku nie są to jakieś wielkie rzeczy, ale dla mnie mieszczą się w definicji jazzowego muzykowania idealnego - radość improwizacji, inwencja, kompletne rozbudowane brzmienie, a przede wszystkim wspólna zabawa. I nawet te złote kosmiczne przebrania były zbędne do obrazu "muzyki afrykańskiej" bo energia czarnego lądu tętniła nieprzerwanie ze Sceny Leśnej. Oraz równie nieziemskimi niespodziankami, bo jak nazwać nagłe pojawienie się kosmity fikającego koziołki na scenie i wprowadzający w czyn swój niezwykły dens. Letni wieczór, zgiełk trąbek, kojące wokale, nieskończone dywagacje gwiazdowe i smak mandarynek w ustach. Nie mogłem czuć się bardziej idealnie i ten stan mógłbym rozciągnąć do wielu lat świetlnych.

Xiu Xiu gra muzykę z Twin Peaks
Ten koncert był dla mnie wielką niewiadomą. Nie znałem wcześniej samego zespołu, nie oglądałem żadnego odcinka serialu Davida Lyncha i nie słuchałem nic z muzyki Angelo Badalamentiego. Przewidywałem, że na samym występie nie znajdę nawet kawałka melodii i zamieni się on w jeden wielki eksperyment niezrozumiały dla zwykłego śmiertelnika. Takie przestawienie się na "klimat" było bardzo dobrym pomysłem, bo dzięki temu łatwiej było mi dostrzec to co dzieje się wokół wspomnianego soundtracku. Pojedyncze dźwięki łączyły się w spójny trans, z którego przyjęciem nigdzie się nie spieszyłem. Gitary rezonowały zimną energią, a niesamowicie czyste cymbałki wprowadziły odrealnione czyściutkie wysokości dźwięków. W pewnym sensie była to doskonalsza wersja koncertu The Residents - pozbawiona niepotrzebnych ozdobników i teatralności, a skupiająca się wyłącznie na niesamowitym, odrealnionym, czasem złowieszczym klimacie. Znowu zagrała tu Scena Leśna: światła padające na otaczające nas korony drzew były doskonałym przedłużeniem kadrów z Miasteczka Twin Peaks.





Ride
Artur Rojek jest osoba, która ma zdecydowanie największy wpływ na kształt OFF Festivalu, zrozumiałe więc że jako dyrektor artystyczny kieruje się głównie swoim gustem muzycznym. Nie trzeba było czytać wywiadów prasowych, by zorientować się jak wielki wpływ na młodego Rojka miała muzyka brytyjskiej legendy (oczywiście) shoegaze'u - na koncercie co chwila łapałem się na zabawnej w sumie myśli "o, wczesne Myslovitz". Do mnie brzmienie Ride za bardzo nie trafiło - monotonne zapętlanie tych samych akordów (basista nie miał zbyt wiele do roboty) z oczywiście mocną perkusją. Jeśli ktoś jest fanem to okej, udało się wznieść ścianę dźwięku, a gitary brzmiały fantastycznie, tak jak "powinny grzać". Ja się trochę zmęczyłem jednowymiarowością widowiska i markowaniem melodyjności przeciętnymi, jednoznacznie chciałoby się powiedzieć "anglosaskimi" wokalami.


PS. Byłem jeszcze na kilku koncertach, ale krócej i jutro takie wzmianki też dopiszę.

czwartek, 20 sierpnia 2015

OFF Relacja 1/3: The way you hold me



The Stubs 
Festiwal rozpocząłem tak jak rok temu, w najlepszy możliwy sposób - szybkimi, rześko rock' n' rollowymi gitarami. Z tym że wtedy Lee Bains III grali Sub Pop, a teraz The Stubs grało Antenę Krzyku. Obie wytwórnie specjalizują się w klasycznych hałasach opartych na kolektywnej pracy gitar i perkusji. Tylko na rozgrzanie, raczej nie puszczę tego w domu, ale mają coś co wybija ich z tabunu kolejnych garażowych kapel - fantastyczny bas rozprowadzający riffy z ogromnym znawstwem i zbyt dużą inteligencją i zbyt dużą inteligencją, żeby miała się marnować w zwykłym zespole. Tutaj robi im tak potrzebną różnicę, obowiązkowo wymaganą na OFF Festivalu.


Pablopavo i Ludziki
Halo, tu Pablopavo dzwoni do ciebie ze snu. Wers ten powracał jeszcze do nas później w najmniej oczekiwanych momentach odbijając się głuchym echem od festiwalowego życia. Jest to pewnie dowód wyrazistości i charakterystycznej tubalności warszawskiego barda, niemniej jednak cały czas fraza ta funkcjonowała jako suche hasło, a nie śpiewna melodia. O wiele ciekawsze niż barwa głosu było za to instrumentarium zespołu Ludziki, z początku opierające się na klawiszu syntezatora zamiast gitary basowej, a obok elektroniki mieszczące bardziej analogową harmonię. Podobnie nieoczywiście przedstawiało się tempo mieszające gatunki - nie tyle muzyczne, co przede wszystkim taneczne. Oczywiście OFF Festival jest ostatnim miejscem, w którym powinno się oczekiwać określonych konwencji utworów, ale warszawski artysta wydał pod tym szyldem takie rzeczy jak 10 piosenek czy Dansingową piosenkę miłosną, tymczasem w setliscie pojawił się i rap i reggae. Wydaje mi się jednak że nie jest to tylko moja wątpliwość, bo ograniczenia głosowe Pablopavo niestety utrudniają typowo piosenkową bogatą melodyjność. Trochę w rozkroku, ale na tak początek fajny odpowiednio spokojny, luzacki, swobodny koncert.




Kristen
Pierwszy naprawdę świetny koncert tegorocznej edycji festiwalu. Widziałem ich już we Wrocławiu, więc jedyną niespodzianką było dla mnie to, że zagrali w przybliżeniu aż dwa razy lepiej niż na WROsoundzie. Oczywiście nie zagrali tam źle, różnica wynika z innej skali wydarzeń, bo OFF pozostaje wyżej dokładnie w stosunku 2:1. A sam zespół Kristen potrzebował właśnie takiego postawienia sprawy - zdecydowanego postawienia na nich jako na gwiazdy Sceny Eksperymentalnej. Swoboda w strukturze utworu jest ich znakiem rozpoznawczym, ale z takim letnim luzem nie byli raczej kojarzeni. Nowo otrzymana pewność siebie biła z każdego przesteru i z każdego przystanku na wciągnięcie transowego motywu. Nawet Music will soothe me, anonsowane w mojej głowie jako największy "przebój" przemknęło przez set nieprzerwalnym nurtem gitarowego groove'u małpując w jakiś sposób Jigsaw falling into place Radiohead. A na sam koniec na Sekretnej Mapie zrobiło się tak miło i czarownie, że wolałem patrzeć na Michała Bielę śpiewającego najzwyczajniej poza zasięgiem mikrofonu niż na Misię Furtak, która stała tuż obok mnie. 

Songhoy Blues 
Na tegoroczną edycję OFF Festivalu jechałem trochę w ciemno, a przynajmniej nie mając większych oczekiwań; wyszło mi to tylko na dobre, bo miłe niespodzianki są przecież esencją takich imprez. Akurat na Songhoy Blues czekałem najbardziej i lekko się rozczarowałem - był to tylko ciekawy, a nie porywający występ. Nie zagrało to co rok temu u Xeni Rubinos, czyli rytm, który okazał się bardzo monotonny. Perkusista nie korzystał z bogactwa i lekkości bongosów, ale cały czas nabijał to samo tempo. Sytuację ratował gitarzysta przyjmując postawę legendarnego The Edge'a i wygrywając kolejne taneczne dźwięki na wysokich delayach w stylu mistrza U2. Członkom grupy nie można też odmówić zaangażowania, które w niezwykle wyrazisty sposób objawiało się szalonymi pląsami wokalisty. Żywiołowe tańce okazały się bardzo zaraźliwe i radośnie dołączyła do nich cała publiczność. Choć warstwa muzyczna niepokojąco przypominała kolejny europejski zespół, taką dawkę energii można znaleźć tylko w gorącej Afryce. 

Mick Harvey gra utwory Serge'a Gainsbourga
Słynny Australijczyk wyszedł ze starcia z twórczością Serga Gainsbourga tak jak śpiewał jego piosenki - po angielsku. Muzycznie był to tylko poprawny występ, nie zaprezentował jakiegoś nowego spojrzenia na nieco znoszoną już elegancję Francuza. Ale kto by się przejmował w taką noc! Gorący letni wieczór idealnie współgra z chłodnymi smyczkami i pięknymi kobietami śpiewającymi piosenki wprost stworzone do uwodzenia. I w tym delikatnym kołysaniu bioder upłynął uroczy niewątpliwie występ. Elegancją gitary akustycznej pana Harveya, który powściągnął muzyczne szaleństwo i rewolucje słusznie kierując się hasłem Pablopavo: ale powieszę gitarę tak jak on na ramieniu, kolejny tani chwyt szepnie coś sumieniu


Susanne Sundfor
Koncert totalny. Z pewnością najlepszy popowy występ jaki widziałem, w życiu. Choć gitary występowały sporadycznie, gdzieś na drugim planie, brzmienie instrumentów klawiszowych było tak potężne jak na najgłośniejszych shoegaze'ach. Oldschoolowe syntezatory przecinały przestrzeń, a analogowe smugi podkreślała metodycznie podbijająca wychylenia rytmu perkusja. Było kilka sampli, ale wszystkie organiczne; zwielokrotniające skalę użytych środków - przede wszystkim głosu samej Susanne. Za pomocą prostych modyfikacji własnoręcznie, na żywo wznosiła katedry dźwięku wypełnione jej wokalizami. Spektakularne porównania są jak najbardziej na miejscu, bo mapy światła anonsowane przez stroboskopy przenosiły scenę wydarzeń w inny, kosmiczny wymiar; kilka razy musiałem powstrzymywać opad szczęki, dosłownie. A nad całym epickim widowiskiem panowała oczywiście Susanne Sundfor. Była wszędzie - wyginała się w generowanym tempie i napierała przez scenę jak gwałtowna wichura. Patti Smith imponuje siłą charakteru, a skandynawska diva pop wzbudza respekt fizyczną siłą zgniatającą całą publikę zagarniętą linią basu do wspólnego tańca. Odziana w złotą, błyszczącą koszulę i majestatycznie uderzająca w gitarę akustyczną jak żywo przypominała Davida Bowiego wprawiającego masy w szaleństwo muzyki disco tak pewnie i bezbłędnie jak panna Sundfor.
Czułem się wyjątkowo także dlatego, że stałem dokładnie na wprost Niej. Na podwyższeniu wyznaczającym środek sceny i w pewnym oddaleniu, kilkanaście metrów od mikrofonu; taki dystans pozwolił na zrównanie poziomów wzroku i ukrycie się twarzy w cieniach świateł. I naprawdę, nie mogłem oderwać od Niej wzroku, miałem nieustające poczucie, że Ona także nie spuszcza ze mnie oka i w tym połączeniu przeżyłem wszystkie utwory uginając się pod tanecznym rytmem. Tak powinna działać charyzma Wielkiego Artysty - zwraca się bezpośrednio do każdej osoby z publiczności, a gdy wyciąga rękę w bohaterskim geście to wiemy dokładnie, że to właśnie nas ma ocalić, to do nas skierowany jest każdy dźwięk i każde słowo piosenki poruszającej nie tylko niebo i ziemię,ale przede wszystkim - nasze serca. 




Colleen Green
Wiadomo, że jaram się śpiewającymi laskami, nie ma co więc ukrywać, że nie zawsze chodziło mi o piosenki, a o samą Colleen Green. To wrażenie odklejenia rzeczywistej postaci od zarejestrowanego na albumie artysty tylko spotęgowało się na Scenie Trójki. Na realności zyskał przede wszystkim dźwięk gitary - w studyjnym nagraniu schowany wśród plastikowych automatów perkusyjnych, uwolniony podczas koncertu nareszcie głośno wybrzmiał w całym namiocie. Najważniejszy jednak był fakt, że realnych kształtów nabrała wreszcie Colleen Green. Dwuwymiarowy cover art z albumu zyskał nie tylko ładną buzię, ale przede wszystkim gesty, słowa i decyzje. Te wszystkie odzywki w stylu niedbałego przywitania "by the way, I'm Colleen Green" czy zblazowana poza ukryta w ciemnych okularach. Szybkie rytmy i szumiące przesuwania akordów gitary. Przełączania efektów i poprawianie grzywki. Wszystko razem zanurzone w warstwie przekornej muzyki dawało kompletną, niemal archetypiczną figurę tej najbardziej cool dziewczyny z gitarą. Jak młoda bogini, jak młoda Alison Mosshart. A żeby było jeszcze fajniej, zdejmowała tą maskę, aby słodko zdziwić się ciepłemu przyjęciu ze strony OFFowej publiczności. Cała przyjemność po naszej stronie. 

The Residents
Trudno zastanawiać się, czy grali z playbacku jeśli nie wiadomo nawet czy występujący na scenie zamaskowani ludzie byli faktycznie członkami zespołu. Tym bardziej kiedy nad wszystkim unosi się duch kontrkultury i performansu. Awangarda wytłumaczy wszystko, nie jestem jednak pewny czy usprawiedliwiłaby pewne znużenie koncertem The Residents. Najważniejszy element widowiska został na szczęście zachowany - upiorny, niepokojący klimat wyzierający z każdego kąta odjechanej scenografii i niepojących filmików umarlaków. Truposzy w dziwnych maskach-czaszkach opowiadających o swojej śmierci i co jest dalej. Element charakterystyczny, osobny dla tego kolektywu artystycznego, który napędzał całą otoczkę dziwności oraz igrania z niesamowitościami. Co z tego przerażenia, skoro można było dojrzeć gumowe zetnięcia masek i teatralne deski na podłodze sceny. Sztuka dla sztuki, pewnie; fajnie było jednak dać się wciągnąć w dokładnie zaplanowaną i artystycznie uzasadnioną performatywną wypowiedź całości północnego widowiska weteranów sztuk najmroczniejszych.


środa, 12 sierpnia 2015

OFF relacja: Bogactwo dźwięków

Szczegółowe relacje z występów festiwalowych: dzień pierwszy, drugi i trzeci


Ja robiący serduszko dla Susanne Sundfor

Patrząc na line-up tegorocznego OFFa można było odnieść wrażenie, że ten festiwal robi się coraz słabszy. Brak oczywistych gwiazd wynika oczywiście z braku kasy - pieniędzy, których nie dał w tym roku mBank pozostawiając katowicką imprezę bez głównego "mecenasa". Artur Rojek nie mógł pozwolić sobie na takie ekstrawagancje jak powszechnie lubiane Metronomy, siostrę słynnej Beyonce czy umieszczenie bohaterów pokroju Stephena Malkmusa czy The Antlers zaledwie na mniejszej scenie.

Stąd też w tegorocznym programie mniej jest uznanych nazwisk, a więcej debiutantów, umieszczonych dodatkowo na bardzo prestiżowych pozycjach. Algiers, Son Lux czy Girls Band nie zdążyli zdobyć jeszcze uznania, bo dopiero zaczynają karierę - ci ostatni nie zdążyli nawet wydać pierwszej płyty, co nie przeszkodziło im zbierać opinii o "odkryciu festiwalu". Zresztą na koncertach nie chodzi o to ile masz płyt, świetnych recenzji czy zagranych występów - liczy się tylko to co pokażesz w ciągu godziny na scenie. Miejsce dla rutyniarzy jest na innych festiwalach - siłę niewygaszonego, rozpalającego się dopiero ognia można było poczuć szczególnie na fantastycznym koncercie Algiers, a Susanne Sandfor, która dała jeszcze lepszy (najlepszy!) występ też dopiero zaczyna podbój zachodniego rynku muzycznego.

Jeśli patrzeć na headlinerów w sensie openerowym, tj. największe gwiazdy kończące dzień na Scenie Głównej, to na OFFie było z tym bardzo średnio - z 6 takich zespołów naprawdę podobały mi się tylko dwie panie (Susanne i Patti). Najbardziej cieszy jednak fakty, że festiwal nie musi już sporwadzać przebrzmiałych legend takich jak Thoorston Moore czy Smushing Pumpkins aby zapewnić popularność w mediach. A jeśli już zaprasza Patti Smith, staje się to wydarzeniem nie tylko celebryckim, ale również literackim (niestety nie ogarnąłem spotkania z Poetką w Kawiarni Literackiej), a przede wszystkim muzycznym, bo Horses zabrzmiało nawet lepiej niż na wydanej 40 lat temu płycie.

Zresztą, OFF po raz kolejny udowadnia jak ważne jest wykorzystanie wszystkich scen festiwalowych, nie tylko tej największej. Największym sekretem Doliny Trzech Stawów jest Scena Leśna malowniczo umiejscowiona dokładnie pośród drzew. Szczególnie upodobałem sobie tamtejszy set o 20:50 - orkiestrowy, chciałoby się nawet powiedzieć "akustyczny". Mick Harvey uwypuklił ciepłe brzmienie ballad Serge'a Gainsbourga polską sekcją smyczkową, a Sun Ra Archestra nie tylko zachwyciła jazzowymi akrobacjami big bandowych solistów; radość grania zaklęta w afrykańskich rytmach wywołała szeroki uśmiech nie tylko na mojej twarzy. (Dodatkowo trzeciego dnia miał tam zagrać The Budos Band z całą sekcją dętą, ale zastąpili ich Algiers). Co prawda Opener również flirtuje z muzyką współczesną, ale kolejne bombastyczne zaproszenia Johnny'ego Greenwooda (znanego jako "gitarzysta Radiohead") wydają mi się na festiwalu Mikołaja Ziółowskiego cokolwiek nieszczere, mające usprawiedliwić artystycznie zalew  najmniej poważnych zespołów indie.

Polacy stanowili najliczniejszą grupę narodowościową wśród zaproszonych artystów, ale nie da się ukryć że znakomita większość rodaków musiała grać najwcześniej i najkrócej. Specyficzną rolę polskiej muzyki na OFF Festivalu najlepiej oddaje sytuacja zespołu Lilly Hates Roses, na którego występ bardzo czekałem ja i mój kolega. Mają wszystko - świetne utwory, poruszają się w alternatywnej stylistyce i sami są fanami katowickiej imprezy, ale udało im się podpisać kontrakt z dużą wytwórnią, co wydało na nich wyrok w oczach Artura Rojka - są zbyt mainstreamowi (i grają za ładne piosenki!). Biedna Kasia Golomska, aby wystąpić na festiwalu musiała ukryć się w składzie koleżanki Sonii Piszącej Piosenki (okej, akurat na taki duet nie mamy prawa z kolegą narzekać). Mimo wciąż powracający wątpliwości co do promowania rodzimych artystów, w tym roku Artur Rojek (z pomocą Instytutu Adama Mickiewicza) wykorzystał swoje Subpopowe znajomości w najlepszy możliwy sposób ściągając z Seattle wysłanników kultowego dla alternatywy radia KEXP. Dzięki tej współpracy w różnych ciekawych przestrzeniach Katowic zarejestrowano sesje z udziałem aż 10 polskich artystów. Strategia godna XXI w. - po co wysyłać muzyków na drugi koniec świata, gdzie zobaczy ich garstka słuchaczy jeśli można nagrać ich na miejscu i wrzucić do Internetu na popularny i uznany kanał youtubowy.

Najmilszym przykładem docenienia polskiego wykonawcy na OFF Festivalu pozstanie dla mnie godne przyjęcie zespołu Kristen. W 2012 roku nie udało mi się ich zobaczyć, może dlatego, że grali o 15:35. Teraz objęli "gwiazdorski" wieczorny slot o 18:45, na który jak najbardziej sobie zasłużyli; wydawało się nawet, że to sami muzycy potrzebowali takiego potwierdzenia swojego statusu, bo zagrali bardzo pewny, głośny i fantastyczny koncert. I to jest być może ta najbardziej wyjątkowa cecha katowickiej imprezy - docenienie artystów. Wszystkie najlepsze koncerty OFFa - Susanne Sundfor, Algiers, Sun Ra Archestra i Kristen (w tej kolejności) mogły wydarzyć się w tak fantastycznym kształcie tylko w Katowicach. Na żadnym innym polskim festiwalu ci artyści nie otrzymaliby (też kolejno) tak spektakularnej scenografii, klimatycznej scenerii, możliwości występu w Polsce czy potrzebnej skali występu. A przede wszystkim tak gorącego przyjęcia publiczności, która doskonale rozumie, że najciekawsi i najważniejsi artyści to nie zawsze ci najbardziej znani.

PS. Bartek Chaciński i Pani Agnieszka Szydłowska zgodnie wskazali na to, że był to "festiwal słowa". Dla mnie był to zdecydowanie festiwal sucharów - najpierw uroczo śmieszkowała pani z Dog Whistle, później Mark Kozelek (Sun Kil Moon) zażartował sobie z jednego fotografa zabierając mu (siłą) aparat i wspominający coś o tym, że "takiej pamiątki z Polski jeszcze nie miałem" a na końcu tą formę żartu uroczyście usankcjonowała wielka Patti Smith mówiąc z przekorą "I could say that OFF is on".

środa, 5 sierpnia 2015

KROPKI - KRESKI: Zbig Wodecki




Zbigniew Wodecki by Tom Spray z Pitchforka.

Jeśli ze wszystkich moich trzech edycji OFF Festivalu miałbym wybrać tylko jeden moment, byłby to bez wątpienia koncert Zbigniewa Wodeckiego i Mitch and Mitch. Wykonali pierwszy album długowłosego artysty, wydany w 1976 pod tytułem Zbigniew Wodecki.

Publiczność przyjęła ich fantastycznie i - zawsze chciałem użyć tego zwrotu w stosunku do wydarzenia, w którym faktycznie uczestniczyłem - reszta jest historią. Najbardziej niesamowitą opowieścią polskiej muzyki rozrywkowej; przynajmniej za mojego życia (tutaj porównałem ją do tej z oscarowego filmu Sugar Man).

Najlepszym symbolem tego wydarzenia jest powyższe zdjęcie wykonane przez fotografa portalu Pitchfork. Kto by pomyślał - artysta starszego pokolenia, często będący obiektem drwin i żartów, kojarzony z przaśnymi przebojami i Pszczółkami, w ostatnich latach bardziej osobowość telewizyjna i jeden z symboli rozrywki PRLu odnalazł się na stronie najbardziej hipsterskiej strony internetowej.

wtorek, 4 sierpnia 2015

OFF: I wanna be a Taxi Driver



W tamtym roku zachęcałem do OFF Festivalu przedstawiając piosenki z soundtracków do filmów. Tym razem - z braku środków - sam muszę dopasować odpowiednich artystów do obrazów.






Sukces O polnocy w Paryżu Woody'ego Allena opiera się na przesadzie i banalizacji tematu. Zapisanie tych dwóch cech po stronie zalet może wydać się paradoksalne, bo każdy szanujący się recenzent od razu powinien skrytykować stereotypowe przedstawienia i jednowymiarowe postaci. Tutaj jednak jest inaczej, bo wszystko opiera się na niemal turystycznym, pocztówkowym obrazie Francji; zresztą zgodnie z tematem filmu - nostalgią za czasami Belle Epoque. W najzabawniejszej scenie filmu główny bohater (przenosząc się w czasie) trafia na przyjęcie legendarnej paryskiej bohemy lat 30tych - Ernest Hemingway opowiada o polowaniach na lwy, państwo Fitzgerald malowniczo się kłócą, a Salvador Dali (w tej roli rewelacyjny Adrien Brody) kręcąc wąsa cedzi z pasją "rhinnorsaurs". Doskonale wiemy, że nie są to prawdziwe postaci, a tylko parodie w stylu Saturday Night Live skupiające się na najbardziej charakterystycznych, przerysowanych cechach znanych odbiorcy. Narzekanie na uproszczenia byłoby hipokryzją, bo chcemy się przecież dobrze bawić i właśnie takich zachowań oczekujemy od wprowadzonych na scenę Symboli Epoki.

Z podobną bezpośredniością po oczywisty materiał sięga Mick Harvey coverujacy Serge'a Gainsbourga. Mówimy "francuska piosenka" - myślimy Gainsbourg, wydaje się, że to wybór nie muzyczny, a popkulturowy. Czy możemy tu mówić o wartości edukacyjnej? Jest to również problematyczne, bo w przetłumaczonych na język angielski tekstach erotyczne napięcie będące esencją magnetyzmu Francuza mocno traci na dwuznaczności. Zyskują natomiast najtisowe aranżacje z organami Hammonda w roli głównej i w to basowe tło świetnie wtapia się matowy głos pana Harveya. To rytm pobrzmiewa tajemnic ukrytą pośród niskich dźwięków i pomaga zanurzyć się w cichym tańcu. Zawsze to lepiej uwodzić przy flegmatycznym Australijczyku niż zawsze napalonym Francuziku.





Wyobraźcie sobie remake Taksówkarza będący połączeniem klasycznego filmu Martina Scorsese ze współczesnym Drive Nicolasa Refna. W głównej roli występuje kobieta o urodzie Ryana Gostlinga (w sensie: bardzo ładna na obiektywnej skali) i bezkompromisowym charakterze Roberta De Niro. Dziewczyna za kółkiem to jeszcze podobna osobliwość co dziewczyna z gitarą, ale w przypadku Coleen Green nie ma sie czego obawiać. Pewną ręką prowadzi przez miasto. Kadry nie są już tak hipstersko wysmakowane i starannie skomponowane jak w Drive, bo z narkotycznej przestrzeni ściągają na ziemię głuche uderzenia brudnej gitary. Nieskazitelną biel skóry ze skorpionem zastępuje mrok czarnych okularów, a obojętny rytm przywołuje introwertyczną postawę anty-bohatera De Niro. W kategorii śpiewania za kółkiem to odwrócenie przyjacielskiej przejażdżki "One summer Night", bardziej juz "There is a light that never goes out" z mroczną poświatą.







Inherent Vice to prawdopodobnie najlepszy film 2014 roku, którego nie grali w kinach. Adaptacja ksiazki Thomasa Pynchona z fantastycznym Joahinem Phoenixem, który nareszcie wykorzystał swoją dziwność w najlepszy możliwy sposób, muzyką Johnny'ego Greenwooda, łączącą napięcie z przebojami lat 70-tych i uwodzicielskim głosem Joanny Newsom prowadzącym narrację delikatnie oderwaną od realnego świata. Ale najlepsze w tym filmie jest tempo - narkotyczne, odpowiednio zwolnione i okręcające się wokół tarczy zegara rzeczywistości. Akcja snuje się jak dym z jointa a od rozwiązania zagadki ważniejsze jest złapanie za ogon odpływających bohaterów; na drugim planie min. Maya Rudolf, Martin Short, Owen Wilson i Josh Brolin (w najbardziej uroczystej scenie jedzenia zieleniny). I ma warstwy, kolejne poziomy obecności, które przenikają się i nachodzą na siebie jak punty widzenia zezowatego delikwenta na haju.

Kto wie, być może jedynym miastem w Europie w którym moglaby sie wydarzyć tak kolorowa afera jest Berlin, skąd przybywa King Khan i jego ekipa the Shrines. Mogę sobie wyobrazić, jego piosenkę jako theme song Inherent Vice; począwszy od muzycznej imprezy totalnej rozpalanej przez dęciaki i kotłującą perkusję aż po kres podróży z absurdem. . Tytułowym Luckiest Man-em mógłby się nazwać Doc Sportello z tym swoim stoickim zdziwieniem, bo w hippiesowskim Mieście Aniołów tacy jak oni sami decydują o swoim losie.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

MIXTAPE: The Lord's favourite

Specjalny mikstejp z najlepszymi kawałkami nadchodzącego OFF Festivalu. Same przeboje! Serio, serio. Okej, ja też nie znałem niczego wcześniej, ale to naprawdę nic nie szkodzi, bo nie chodzi o rozpoznawalność, ale tylko dobrą muzykę.



1. Songhoy Blues - Soubour
2. Patti Smith - Redondo Beach
3. Iceage - The Lord's Favourite
4. Mick Harvey - Intoxicated man
5. Ride - Vapour Trail 
6. Sun Kil Moon - I know it's pathetic but that was the best night of my life
7. Algiers - Claudette 
8. King Khan and the Shrines - Bite my tongue
9. Coleen Green - Pay attention
10. Steve Gunn - Water Wheel
11. Run The Jewels - Lie, cheat, steal
12. Susanne Sundfor - Kamikaze
13. Son Lux - Easy






sobota, 1 sierpnia 2015

OFF: Dansingowa piosenka warszawska



Były Wrocławianin i lider zespołu Hurt Michał Kurowicki tłumaczył swoją przeprowadzkę do Warszawy tym, że "w Polsce mamy tylko jedno Las Vegas". Chodziło mu zapewne o to, że stolica jest niepodważalnym centrum rodzimego szoł-biznesu: kręci się tam reklamy i seriale, są teatry, telewizje i redakcje największych mediów. Trzeba przyznać, że Warszawa jest centrum rozrywki nie od dziś - w przedwojennych operetkach fanatyczne wielbicielki zdobywał Eugeniusz Bodo, a klimat ostatnich eleganckich lokali w "Paryżu Wschodu" korzystając ze swojego umiłowania stylowości wiernie opisał w Morfinie Szczepan Twardoch. Po niedokończonych wojnach nastały dansingi: kolorowe wybiegi wolności w szarosmutnej codzienności socrealizmu. Trochę swojskie jak spolszczenie nazwy, a jednak tak wykwintne na ile pozwalały na to modowa kreatywność i dostęp do skarbów PEWEXu.

Warszawa pozostaje w moich oczach miastem pękniętym. Bardzo dynamicznie tworzącym swoją tożsamość przez budowanie kolejnych muzeów i zaczątków drapaczy chmur. To tempo jest może zbyt gwałtowne - stolica pędzi jak Mokotów Lilly Hates Roses i nie ma wyraźnego kierunku; nie ma nawet swojego centrum, bo serce miasta na Placu Defilad jest zbyt czerwone. Wśród hipsterskich klubokawiarni i słoików wciąż żywo obecny jest idiom warszawski, na który powołuje się nowe stołeczne pokolenie. Kolejne "grupy rekonstrukcyjne" troszczą się o przebogate i arcyciekawe dziedzictwo kulturalne Warszawy - tam gdzie inne miasta zachowały swoje zabytki, w zburzonej stolicy przetrwały piękne piosenki.





Z takim nazwiskiem nie trzeba udowadniać warszawskiego pochodzenia, nie przeszkodziło to jednak Jankowi Młynarskiemu powołać do życia Warszawskie Combo Taneczne. Ten cover band warszawskich szlagierów przepisuje nie tylko piosenki, ale stara się oddać bogate, choć akustyczne brzmienie wędrownych kapel grających na czerniakowskich podwórkach. Syn Wojciecha, wybitny przecież perkusista tutaj śpiewa z charakterystyczną frazą zaciągając po warszawsku i racząc się alkoholem w nie mniej wykwintnym zagranicznym towarzystwie. W przygotowaniu płyty nie chodziło o poprawianie piosenek, które od prawie stu lat nie straciły nic ze swojej chwytliwości, ale o przedstawienie tych evergreenow młodszej publiczności. Tradycyjne kapele odeszły, do warszawskiej młodzieży trzeba więc trafiać innymi ścieżkami.







Na dansingach najważniejsze są oczywiście dziewczęta. W teledysku Komet fetyszyzacji podlega warstwa wizualna utworu gdy czarno-biała kamera delektuje się przyprószonymi patyną drobiazgami jak buty na sloninie czy trzepak będący miejscem spotkań . Kadry z paniami przypominają polska szkołę filmową, ale równie dobrze mogłyby się znaleźć na okładce jednego z singli Belle and Sebastian. Nic dziwnego, ze w Mazowieckim na piękne dziewczyny mówi się "morowe panny" bo bohaterki tego obrazu idą przez Warszawę wraz ze swoim charakterem: modelując włosy lakierem, nosząc gustowną apaszkę czy marząc o podniebnych ucieczkach za morze. Po tanecznym kroku można rozpoznać skąd wracają i niepotrzebne nawet niezawodne dęciaki i podcinane akordy piosenki. Jej słowa mówią, że na tą imprezę wstęp ma każdy łaknący złudzeń, co zaprasza nas na klasycznie rozumiany dansing. Inaczej na przykład niż inne - "bale warszawskie" wspominane przez Agnieszkę Osiecką, która twierdziła, że "dobry bal poznaje się bowiem m. in. po tym, że ktoś, kto by bardzo chciał - nie jest nań zaproszony" (cytat z książki Szpetni czterdziestoletni).





Pablopavo to wzorcowy warszawiak nowej generacji. Jak na prawdziwego barda przystało, wywodzi się z nurtu piosenki podwórkowej, która w dzisiejszych czasach przyjęła postać hip-hopu. Poważny człowiek, który z odpowiedniego dystansu i znacząco zachrypniętym głosem przekonuje, że nie rzuca słów na wiatr. Inna sprawa, że uwodzenie Warszawianek wygląda inaczej niż kiedyś - nie wystarczy dobre wino i kwiat a butonierce, trzeba się jeszcze orientować w repertuarze ckliwych ballad. Mimo demonstracyjnej niechęci do kolejnych tanich chwytów garnitur amanta leży na nim jak ulał, a chłodno cedzone przez zęby słowa elegancko odnajdują się w tanecznej konwencji. Ostatecznie chodzi tu przecież o dwa tematy, które mają w końcu jakieś znaczenie: muzyka i kobieta; opiewane może nie z największą galanterią jak inni songwriterzy tacy delikatni i tacy anglosascy, ale ze starym, warszawskim charakterem.

Na OFF Festivalu zagra oczywiście Pablopavo (piątek, Scena Główna, 17:45), ale trzeba powiedzieć, że w Katowicach odbędzie też najprawdziwszy dansing. Jak piszą organizatorzy:


zaprosiliśmy do współpracy seniorów, aby razem z nimi przetańczyć całą noc na dancingu międzypokoleniowym. Pod opiekuńczymi skrzydłami Pauliny Braun, która jest pomysłodawczynią projektu, będzie okazja, by zatańczyć tak… jak zagra m.in. DJ Wika, DJ Janeczka, DJ Roman, DJ Andrzej, czy DJ Darek.
Dancingi mają na celu zniesienie barier dzielących pokolenia. Dzięki nim osoby starsze odwiedzają miejsca, których na co dzień nie mają szans poznać. Rezydentką projektu jest DJ Wika, 76-letnia, najstarsza i najpopularniejsza polska DJ-ka. W jej ślad idą inni seniorzy, którzy w ramach Senior DJs Academy uczą się sztuki didżejskiej.

czwartek, 30 lipca 2015

OFF: Desert Melodie


Songhoy Blues - Music in exile (2015) 


Zdobywanie nowej muzyki nie powinno być zbyt proste. Poważnego miłośnika muzyki poznajemy nie po wysublimowanym guście i unikalnych opiniach; te rzeczy posiada każdy. U prawdziwego znawcy podziwia się obszerność kolekcji nagrań - w szczególności tych unikatowych i nie znanych zwykłemu śmiertelnikowi. Douglas Adams, autor serii Autostopem przez galaktykę, w wieku dziecięcym nie słuchał Penny Lane, ale relacji przyjaciela, który miał okazję usłyszeć gdzieś najnowszy wtedy singiel The Beatles. W czasach komunizmu słuchacze Trójki, z kasetami magnetofonowymi gotowymi do nagrywania, czekali na nowe płyty przywiezione zza Żelaznej Kurtyny przez Piotra Kaczkowskiego. Trochę później zaś Nick Hornby i James Murphy polowali na unikatowe pierwsze wydania winylowych singli, aby móc szpanować kolekcją w ksiazkach i piosenkach. Teraz poznawanie muzyki stało się tak wygodne jak tylko się da; proces ten zyskał nawet okropnie użytkową nazwę "ściągania". Nie trzeba nigdzie się ruszać, wystarczy Internet - tam jest wszystko. Zalewem dostępu rządzi demokratyzacja - w domku na wsi mam takie same możliwości dotarcia do perełek co nowojorski didżej. Wszystko super, ale doszło do tego, że romantyczne wyprawy do sklepu muzycznego muszą być zorganizowanym przez wytwórnię wydarzeniem (Record Store Day). Dlatego też w poszukiwaniu nowych inspiracji Damon Albarn podjął iście antropologiczną wyprawę do Afryki. W ramach projektu Africa Express zabrał ze sobą min. Briana Eno i Fleę, którzy odbyli serię sesji nagraniowych z lokalnymi artystami. Owocem współpracy była min. płyta, trasa koncertowa i wreszcie - odkrycie grupy Songhoy Blues.




Afrykańska muzyka kojarzy mi się głównie z rytmiką. Kontynentalna Europa miała salony i fortepiany, a Czarny Ląd bongosy z instrumentami perkusyjnymi. Oczywiście jest to ogromne (być może nawet rasistowskie) uproszczenie, ale wg. wiarygodnych teorii muzykologicznych muzyka narodziła się własnie z rytmu i własnie w Afryce. Dlaczego więc "nasi" artyści inspirują się nią dopiero teraz? Być może po stroposkopowych szaleństwach lat osiemdziesiąt- i dziewięćdziesiątych elektronicznie generowane rytmy już nas zmęczyły i znudziły nieuchronną mechanicznością. Moim ulubionym przykładem udanego zwrócenia się w stronę Afryki jest Reflektor Arcade Fire, ma stosunkowo dużo elektroniki, której zupełnie ise nie zauważa, bo wszystko otoczone jest naturalną rytmiką bębniarzy z Haiti. Rytm jest też charakterystyczną cechą grupy Songhoy Blues - bardzo intuicyjny i bardzo prosty. Większość piosenek puszczonych jest w ruch wahadełkiem raz-dwa, raz dwa. Pod naszą szerokością geograficzną tak banalne tempo może budzić nieciekawe skojarzenia z "muzyką chodnikową" ale u swego źródła odzyskuje ona swoją ożywczą intuicyjność. Piosenki, nazwijmy je "zachodnie" oparte są raczej na szerszych ramach taktowych - rytm na cztery, jakiś wal, te wszystkie snujące się podkłady. Taka Irganda jest z kolei bardzo zwartą piosenką - nie ma miejsca na solówki czy wybrzmiewanie poszczególnych akordów, bo bas jest również przyklejony do linii melodycznej i skacze razem z nią. Dzięki błyskawicznej, tanecznej repetycji motyw przewodni jest niesłychanie chwytliwy - po prostu: nogi same wytupują zaraźliwy rytm. Trudno mi powiedzieć co dały im gitary i europejskie (a może indie hehe) instrumentalium), ale wygrywają melodyjki jak na skrzypeczkach czy tradycyjnych przyrządach strunowych; fantastyczna prosta energia tylko nagłośniona przez wzmacniacze.





Inną charakterystyczną cechą muzyki afrykańskiej jest znaczenie piosenek, a raczej jego brak. Przynajmniej dla osoby rozumiejącej w językach europejskich - nic, ni w ząb nie rozumiem o czym to mogą śpiewać Songhoy Blues. Mogę tylko domyślać się tematów ich utworów: najchętniej łączą mi się one z zabawą i ogólnie pojętą afirmacją życia - funkcją jaką powinna na początku spełniać sama muzyka. No i wkraczamy w następne uproszczenie: jeśli nie możemy czegoś zrozumieć, to odruchowo odmawiamy mu ważniejszych tematów. Takie tam "Afrika eeee, Afrika ooo". Ale z drugiej strony, dlaczego nie: czy muzyka zachodnia nie stała się zbyt przeintelektualizowana? Choć ja sam skupiam się tutaj na odczytywaniu kontekstów, to zdarzają się projekty gdzie muzyka jest mniej kompozycją, a bardziej tłem dla prowokacji artystycznych. (A tej miłości to też ileż  można znowu opowiadać). Afrykańskie spojrzenie na muzykę samo w sobie jest świetną odmianą, bo chociaż niezrozumiała, to wystarczy że jest nowa. Chyba nie wierzycie w to, że wszystkie najlepsze płyty świata pojawiają się tyko w Ameryce i na Zachodzie Europy - jesteśmy tak zaoferowani swoim podwórkiem, że zupełnie zapomnieliśmy o różnorodności reszty świata.
Różnorodność swojego rodzinnego Mali Songhoy Blues pokazują w teledysku do Soubour. Powolne przesuwanie się ulic nagle fascynuje swoją zwyczajną niecodziennością, nieprzystajnością do sterylności będącej ogólnie przyjętym standardem. Jednocześnie filtr światła oddaje ciepło ziemi przepalonej słońcem. Głupio tak być intruzem, widać to na pierwszy rzut oka przez gapienie się naszymi szeroko otwartymi oczami. Co nie przeszkadza dołączyć się do skandowania powtarzanych zwrotek i refrenów.





Songhoy Blues nie będzie jedynym zespołem z Afryki na OFF Festivalu, ale inaczej niż w przypadku Sun Ra Orchestra nie musimy wnikać w mitologię wierzeń Boga Słońca, w której to (coverowej) odsłonie akurat powraca. Music in Exile to teraz zdecydowanie najgorętszy towar z Czarnego Lądu - skrojony w produkcji przez gitarzystę Yeah Yeah Yeahs Nicka Zimmera i przez to przyjemnie świadomy swojej przystępności. Zespół z Mali unieważnia te wszystkie bariery kulturowe szerokim gestem gitar zapraszając do wspólnego tańca. Choć zdążyli juz podpisac kontrakt z gigantem wydawniczym Atlantic, wciąż napędza ich nieposkromiona, ktoś mógłby powiedzieć, że wciąż tajemnicza energia Czarnego Lądu. Nad wykonawcami z naszego kręgu kulturowego mają ta przewagę, że muzycy z Mali mogą pozwolić sobie na szczerość. Nikt nie oczekuje od nich brzmieniowych udziwnień czy ekscentrycznych zachowań scenicznych; to ten szczególny paradoksalny przypadek kiedy tradycja z jednego zakątka świata staje się nowością w innym. Na szczęście w poszukiwaniu całkiem nowych brzmień nie muszę podróżować na inne kontynenty, ani przeczesywać się przez zagraniczne serwery - nową muzykę znajduję zawsze na OFF Festivalu.

czwartek, 23 lipca 2015

OFF: And her name is Gloria




"Ja nie tworzę dzieł sztuki, sama jestem sztuką". Borz, brońcie się przed podobnymi Artystami, takie głodne kawałki o wyjątkowości i miłości są zdecydowanie najgorsze. Jeśli jednak potraktujemy to zdanie dosłownie, gdy zastosujemy je w praktyce, ma ono jakiś sens. Bywa przecież tak, że nie znamy dzieł danej osoby, ale wiemy że mamy do czynienia z postacią wielką, wyjątkową, której z pewnością należy się respekt. Jak dobrze znacie płyty Davida Bowiego? Ile filmów Marilyn Monroe obejrzeliście, ile dzieł Juliusza Słowackiego kojarzycie, jakie sztuki tworzył Jerzy Grotowski? To nic nie szkodzi - mówimy o tak wielkich symbolach, że nawet ich dwuwymiarowe portrety robią różnicę. Dla nietuzinkowych osobowości twórczość jest tylko środkiem do celu, bo spod wszystkich dzieł przebijają się wyjątkowość i wyraziste przekonania.

Doskonale rozumiała to Patti Smith, która postawiła sobie tylko jeden cel - być artystką. Spełniała się w różnych dziedzinach sztuki: w poezji, literaturze, aktorstwie, fotografii, sztuce wizualnej, a wreszcie w muzyce. Przez kolejne - zawsze udane - projekty artystyczne prowadziła ją niewzruszona pewność siebie i przekonanie o doniosłości własnego głosu. Historia Patti i jej przyjaciela Roberta Mapplehorpe'a balansuje pomiędzy kiczowatym mitem, że sztuka rodzi się w bólach, a wzruszającym oddaniem - wizji i sobie nawzajem. Kolejna dziewczyna z prowincji przyjeżdżająca do Nowego Jorku, aby stać się Kimś. Gdyby tylko na tym się skończyło, już początek był jak spełnienie marzeń - włóczenie się po Mieście, spotykanie inaczej myślących ludzi, chłonięcie hippiesowskiej atmosfery lat 60-tych i bezpośredni kontakt z literaturą; nawet jeśli polegał na przekładaniu tomów w nudnej pracy. Czekała na swoją szansę cierpliwie, aczkolwiek nie bezczynnie.

Moim celem nie było dobre zaprezentowanie się czy zmierzenie z presją. Chciałam odcisnąć piętno. Chciałam to zrobić dla Poezji. Dla Rimbauda. Dla Gregory'ego. Chciałam nasączyć słowo pisane bezpośredniością i frontalnym atakiem rock and rolla. 

Tak Patti Smith opisuje w swojej książce Poniedziałkowe dzieci przygotowania do swojego przełomowego występu otwierającego kolejną edycję Poetry Project. Miał on miejsce oczywiście w Nowym Jorku, w prestiżowym kościele Świętego Marka i polegał na wykonaniu poezji z akompaniamentem gitary Lenny'ego Kaya, który potrafił "zagrać kraksę samochodową". Patti jako frontmenka wykorzystała swoje najmocniejsze role: poetki, modelki, aktorki i wokalistki. Choć teraz wydaje się to oczywiste, panna Smith wcale nie chciała zostać gwiazdą rocka - tak się złożyło, że akurat w muzyce znalazła najpełniejszy sposób wyrażenia twórczej ekspresji i szalonej charyzmy. Inna sprawa, że rękami i nogami odżegnywała się od jakiegokolwiek szufladkowania, nawet jeśli miało oznaczać korzystną umowę wydawniczą.

Miałam swój wieczór i to było ekscytujące, ale uznałam, że lepiej się nie podniecać i jak najszybciej o tym zapomnieć. Nie wiedziałam, co zrobić z tym przeżyciem. (...) Musiałam wziąć pod uwagę, że mam całkiem inne oblicze. Czy miało to coś wspólnego ze sztuką, tego nie wiedziałam.

U Patti Smith najbardziej imponuje mi swego rodzaju hardość. Siła charakteru, która pozwala jej z jednej strony świadomie odrzucać łatwe rozwiązania, a z drugiej zupełnie swobodnie przyjmować męską przecież rolę lidera zespołu biorącego na siebie podbicie publiczności przede wszystkim pewnością siebie.





Charyzma jest wyjątkową cechą Patti Smith, ale trzeba przyznać, że była ona starannie pielęgnowana przez środowisko nowojorskie szukające nowych talentów. Świat potrzebował bohaterów, bo właśnie żegnał swoich bogów. Przed śmiercią Jimmiego Hendrixa Patti dosłownie minęła się z nim na schodach Electric Lady Studios, pielgrzymowała na grób Jima Morrisona i mieszkała tam gdzie zmarła Janis Joplin - w legendarnym Chelsea Hotel. Miejscu, w które w praktyce było organizacją pomocową dla artystów szukających schronienia, mogących zapłacić za pokój swoją sztuką. Patti od zawsze marzyła o tym adresie, ale gdy zawitała tam z chorym Mapplehorpe'm myślała bardziej o przetrwaniu. Inna sprawa, że były to już czasy, gdy Chelsea nie przypominała areny historycznych zbrodni, a... zwykły hotel. Podobnie jak słynny Klub 52 Andy'ego Warhola opisany przez Smith w klimacie schyłku; o czym miała świadczyć min. łatwość z jaką Patti i Robert dostali się do prestiżowego głównego stolika.
Różnice te wynikały przede wszystkim z tego, że Patti Smith była wzorcową przedstawicielką innej, nadchodzącej epoko. Błyskawicznie rozprawiła się z dwoma wiodącymi wartościami ery "dzieci kwiatów": duchowością i seksualnością. Jej debiutancki album Horses rozpoczyna słynne wyznanie (nie)wiary Chrystus umarł za cudze grzechy, ale nie za moje. Cały czas zwracała się do chrześcijaństwa, a teraz kumpluje się z papieżem, ale tak swobodne potraktowanie dogmatów spychało religię na jakiś dalszy plan; nie poszukiwanie nirvany, ale to co dzieje się tu i teraz. Po "lecie miłości" natomiast nawet seks jest banalny i nie kręci mnie, więc Patti wzbudziła ogromne zainteresowanie swoją andrygoniczną figurą, którą odważnie zaprezentowała na okładce pierwszej płyty. Była tym na kogo wszyscy czekali - wcieleniem nowych trentów i nowej sztuki.
Zaproszona na bal kostiumowy wybitnego hiszpańskiego projektanta Fernando Sancheza, na którym pojawiła się cała elita świata sztuki i mody ubrała się cała na czarno, z wyjątkiem śnieżnobiałych tenisówek.

Stałam pod ścianą, czując się jak postać grana przez Bustera Keatona, gdy nagle podszedł Fernando. Przyjrzał mi się sceptycznie.
- Kochanie, dobrałaś to bajecznie - stwierdził, klepiąc mnie po dłoni, zerkając na czarną marynarkę, czarny krawat, czarną jedwabną koszulę i czarne atłasowe spodnie z grubymi mankietami. - Ale nie mam pewności co do białych tenisówek.
- To zasadnicza część mojego kostiumu.
- Kostiumu? A za kogo się przebrałaś?
- Za tenisistkę w żałobie.
Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i wybuchł śmiechem.
- Doskonałe - powiedział.
Chwycił mnie za rękę, odciągnął od ściany i poprowadził na parkiet. Pochodzę z południowego Jersey, więc znalazłam się w swoim żywiole. Parkiet był mój. 

Podobne podważanie opinii przychodziło jej zupełnie naturalnie, ale nie był to jakiś bunt czy odcinanie się od podziwianych twórców. Bardziej hołd: doskonale rozumiała na czym polega ta gra i stała się błyskotliwym uczniem popisującym się przed artystycznymi nauczycielami. Ten stosunek świetnie pokazuje też sytuacja z Allanem Ginsbergiem, który kupił jej kanapkę myśląc, że Patti jest chłopcem. Dumna powtarzała potem wszystkim, że poznała wodza bitników gdy ten ją nakarmił.

Patti Smith będzie największą gwiazdą katowickiego OFF Festiwalu. Wydaje się, że jej rola jest jasno zdefiniowana jako muzyczna, bo ma zagrać w całości swój legendarny, 40-letni album Horses. Ja jednak myślę o tym występie bardziej jako o uroczystej audiencji u Ambasadorki Kultury. Wściekłość zamieniła się w szlachetność, ale przekaz pozostaje ten sam. Niech nie zwiedzie was jej być może babciny wygląd, bo to wciąż jedna z najpotężniejszych i najsilniejszych kobiet w artystycznym świecie. Ciągle walczy, wciąż nie powiedziała ostatniego słowa. Nawet jeśli nie znacie piosenek, nawet jeśli nie lubicie Horses, warto zobaczyć to starcie, bo Patti Smith jest jedną z ostatnich artystek, którym naprawdę zależy na sztuce.


PS. Przytoczone cytaty pochodzą z książki Patti Smith Poniedziałkowe dzieci (org. Just Kids).




poniedziałek, 9 lutego 2015

KROPKI-KRESKI : Just Kids


Patti Smith - Horses (1975)

Legendarne zdjęcie zrobione przez Roberta Mapplethorpe, A (zagrany w całości) materiał z niemniej legendarnego wydawnictwa usłyszymy już w sierpniu na OFF Festiwalu w Katowicach.

To jedna z najważniejszych okładek płytowych w historii rocka. Prosta i surowa. Fotografia jest czarno-biała, co w czasach, kiedy straszyły glam-rock, disco lub symfoniczna elefantiaza, było gestem odwagi. Na zdjęciu smukła kobieta o androginicznej urodzie, przypominająca bohaterów rocka - Richardsa czy Jaggera. Jej niepokojąco ambiwalentną seksualność podkreśla czarny meszek na górnej wardze, którego wyretuszowania domagał się bezskutecznie producent. Kobieta stoi na tle białej ściany ubrana po męsku, w czarne spodnie, białą koszulę z wąskim krawatem a la Baudelaire, a na lewe ramię zarzuciła czarną marynarkę, jak robił to Sinatra. Krawat, rozwiązany, zwisa luźno, a koszula, lekko pognieciona, z rozpiętym niedbale kołnierzykiem, jest pospiesznie wciśnięta w obcisłe spodnie. Gęste włosy dawno nie były czesane. W lewe ramię wbija się klinem trójkąt światła, to snop słońca wpadającego przez niewielki świetlik. 

Bardziej niepokojące niż męska prezencja kobiety jest jej spojrzenie - dumne, wyniosłe i wyzywające, gotowe do konfrontacji. Długa naga szyja, twarz lekko uniesiona, broda wysunięta, oczy patrzą na nas z wysoka, bez śladu skrępowania obecnością obiektywu. Kobietę widzimy en face, choć gra świateł zacienia prawą stronę twarzy, a drugą zostawia w świetle, jakby przypominając o ambiwalentnej naturze modelki. Biodra są lekko obrócone w prawo, wygięte jak w swobodnej odmianie antycznego kontrapostu. Buńczuczność spotyka się tu z klasyczną elegancją, młodzieńcze wyzwanie ze spokojem, który świadczy o pewności siebie zarówno modelki, jak i fotografa. 


Ten wspaniały i kompletny opis okładki pochodzi z artykułu Dzieciaki z Chelsea Hotel autorstwa pana Jerzego Jarniewicza (tłumacz literatury anglojęzycznej, poeta, eseista). Cały artykuł traktujący o książce "Just Kids" autorstwa Patti Smith wydrukowano w "Książkach. Magazyn do czytania" (październik 2011).

środa, 1 października 2014

WROsound : Music will soothe me



Koniec lata nie musi wcale oznaczać końca sezonu festiwalowego. Przynajmniej we Wrocławiu, gdzie 24 i 25 października odbędzie się WRO Sound. Przez ostatnie 5 lat impreza ta pod nazwą "Wrocławski Sound" z powodzeniem funkcjonowała jako przedstawienie najciekawszych projektów muzycznych stolicy Dolnego Śląska. Tym razem wraca z nową formułą i nowym dyrektorem artystycznym, który (podobnie jak prawdziwy producent muzyczny) zwraca całość w stronę jeszcze ciekawszych brzmień.

Co też wynika z samej nazwy - WROsound ma stać się mocną marką, która obejmie inspiracje zarówno wielokulturowym charakterem samego Wrocławia jak i miejscami położonymi nad rzeką Odrą. Po co zamykać się rogatkami granic miasta, skoro wody tego najbardziej naturalnego szlaku komunikacyjnego łączą nas z resztą Polski i sporym kawałkiem Europy. Będzie na pewno ciekawie - świeży line-up można śmiało porównać do nieoczywistego OFF Festivalu, a taneczna elektronika przeplata się z poszukującymi gitarami. Co udowodnię za chwilę przedstawiając pierwszą dwójkę artystów festiwalu WROsound.





Kristen to ciepło strun Michała Bieli przyprószone surowością rytmów braci Mateusza i Łukasza Rychlickich. Po solowej, pół-akustycznej płycie tego pierwszego (cudowne michał biela) zespół triumfalnie wraca z nową płytą. Trzeba przywitać te dźwięki z otwartymi ramionami, bo jeśli teraz spojrzeć na "Polską Scenę Alternatywną" (spokojnie, rzut oka wystarczy), to ciężko znaleźć na niej klasycznie gitarowe bandy. Młodzi z poprzedniej dekady nie przeszli próby ognia "nowej rockowej rewolucji", nawet Cool Kids of Death swoim rozpadem wcieliło w życie zwątpienie własnego pokolenia, a z najbardziej bohaterskich starych Much zostały tylko (i aż!) teksty Michała Wiraszki. Symbolem tej stagnacji chłopaków z wzmacniaczami (a nie z laptopami) stała się wiecznie nieukończona płyta Ścianki, która za Dni Wiatru najdonioślej edukowała szumem i sprzężeniami. Ich naturalnymi następcami jest teraz Kristen, tym bardziej, że ich lider - wspomniany Biela - grał też ostatnio w zespole Macieja Cieślaka.

Ich najnowsza płyta The secret map jest już dostępna do odsłuchu na ich Bandcampie. Promowana przez nieco szalone Music will soothe me zadziwiające naturalnym groovem i lekkością Franz Ferdinand, którzy nie sililiby się na bycie modnym. Na wcześniejszych płytach zdarzało im się budować klimaty tak pieczołowicie, że zapomnieliśmy do czego są gitary. Otóż gitary są do tańczenia! I nie wstydzą się tego nawet doświadczeni, oczytani muzycznie weterani. Nareszcie.




Reprezentantem właściwej, elektronicznej sceny wrocławskiej jest kolejny wykonawca WROsoundu - We Draw A. Ich electro pop wymyka się łatwej identyfikacji i rozmywa falą elektroniki podobnie jak sami członkowie zespołu staranie ukrywając swoją tożsamość. Duet zdradza jednak powiązania z wytwórnią prowadzoną przez muzyków popularnego KAMP!, gdzie tej jesieni ma wydać debiutancką płytę. Możemy się więc spodziewać dźwięków wysmakowanych syntezatorów z domieszką nie mniej eleganckich tanecznych rytmów.

Tak, zgadza się, kolejne samplery i piętrowe syntezatory. Jednak ich wartość przejawia się nie w ślepych hookach nieprzytomnych podrygów, ale w niezwykle obrazowych pejzażach. Pastelowe smugi światła spadają razem ze Łzami Słońca, a miękkie przestrzenie wygładzają ostre cięcia klawiszy. Bardzo lubię takie ciepłe filtry, bo faktycznie ciężko je przełożyć na gitarę. Grzejniczki elektryczne są zawsze bardziej łagodne niż nieokiełznany żar zwykłego ognia. 


PS. Piszę w taki doładny i zaskakująco profesjonalny (czyt. zrozumiały) sposób o WROsoundzie, bo mam przyjemność no i zaszczyt uczestniczyć w jego organizacji. A raczej - promocji, socjal media i inne takie pragmatyczne rzeczy. Zapraszam więc mocno na naszego fanpejcza i konto na twitterze, gdzie można znaleźć super aktualności. I oczywiście ogłoszenia artystów, bo jest ich cała 11-stka, a wszyscy świetni. Bardzo polecam i zapraszam 24 i 25 października do wrocławskiego Impartu.