Fot: Radek Polak Machina październik/2010 fragmenty wywiadu przeprowadzonego przez Marcina Staniszewskiego i Jacka Skolimowskiego również z tego numeru
Dziady to konkretny odjazd. To część mojego dzieciństwa, o której przypomniałam sobie całkiem niedawno. Na płycie jest tekst odwołujący się do plemiennych rytuałów, voodooo itd. Przy tej okazji przypomniałam sobie o godach żywiekich - corocznym święcie obchodzonym wyłącznie w moich stronach na przełomie stycznia i lutego. W Zakopanym już tego nie znajdziecie. To bardziej pogański obrządek, który nie ma nic wspólnego z religią katolicką. Rzecz polega na tym, że banda przebierańców w drewnianych maskach i szytych przez siebie strojach idzie ulicą i prezentuje pewien obrządek. To taki polski odpowiednik karnawału w Rio. Każdy z tych dziadów ma swoją rolę. Są dziady przebrane za konie, z ogromnymi łbami z bibuły. Jest również postać Cygana tresujące konie i Macidule, Diabeł, Śmierć, Cyganka i wiele innych. To ciekawe zjawisko, bo z jednej strony górale są bardzo religijnymi ludźmi, a z drugiej - nie widzą nic złego w pogańskich obrządkach.
Dziady mają się do Halloween trochę tak jak żywiecki folk do zachodniego indie. Świetny przykład tego na czym polega regionalny urok Grandy Brodki.
Moim celem była zabawa językiem, a nie prowokacja. W studiu często trafiał mnie szlag, kiedy trzeba było nagrywać teksty po polsku, bo z reguły to gwóźdź do trumny. Wszyscy mówią - zajebisty numer, ale moglibyście go jednak zrobić po angielsku. A przecież w naszym języku jest tyle dwuznacznych słów, metafor i można się nimi bawić do woli. (...) Przede wszystkim chciałam używać jak najwięcej słów, które wyszły z obiegu i bawić się archaizmami. "Porachuję kości", "cni mi się do niego", "granda" - dziś nikt już ich nie używa. A ja je lubię, mają dla mnie podwójnie ciepłe znaczenie.
Nie podejmę się takiego sądu o muzyce, ale w słowach Granda jest moją ulubioną płytą w języku polskim. W ogóle, wszech czasów. Więcej pisałem o tym już dawno temu, ale właśnie z powodów, o których powiedziała sama Autorka. A w pisaniu tych kongenialnych liryków pomagali jej dwaj najciekawsi tekściarze młodego pokolenia - Radek Łukasiewicz z Pustek i Jacek Szymkiewicz, czyli Budyń z legendarnego Pogodna.
Na początku miałam ambicję, żeby wszystkie teksty napisać sama. Wydawało mi się to bardzo proste. Miałam notatki, ale one bardziej przypominały rymowanki niż coś, co można zaśpiewać. Potrzebowałam ludzi, którzy mogliby mi pomóc włożyć je w piosenki i osiągnąć pewien rodzaj absurdu i zabawy słowem, więc zwróciłam się do Radka i Budynia. Długie godziny dyskutowałam z nimi na temat tego, o czym mają być poszczególne utwory, co będzie w zwrotce, a co wyjaźni się w refrenie. Miałam niesamowite szczęście, że się zgodzili. Obawiałam się, że jak się zwrócę do osób, które działają w alternatywie, to mnie wyśmieją albo powiedzą "weź, spadaj, mała".
Z tej okazji moje osobiste, ulubione, TOP 10 cytatów z Grandy(kolejność losowa)
"Cni mi się do niego"
"Wstążki, czaszki, proszki / szarfy, chusty, broszki"
"Zbliżysz się o krok / porachuję kości"
"Wodzisz za mną wzrokiem / czterogłowym smokiem"
"Nie polubię cię / Twej koszuli pstrości"
"Permanentnym tuszem bądź / w czerwieni do twarzy mi"
"Dotknij uszczyp ugryź pośliń / mus z twoich ust"
"Gdzieś za rzeką drugi, trzeci most / Rzędy skaryszewskich drzew"
"Znów burzą we mnie krew / wygodnickie lęki"
"jak dziką zwierzynę / co kruszeje Żywcem"
Gdy piszę te słowa tegoroczna trasa Męskiego Grania dobiega końca i raczej nikt nie będzie za nią płakać. Oczywiście z wyjątkiem Piotra Stelmacha, który z uporem i ekscytacją (nie)godną pracownika Radia Zet wymyślał coraz to nowe i coraz to bardziej kwieciste frazesy o "muzycznych spotkaniach prawdziwych charakterów". Trzeba przyznać, że w przeszłości Męskiemu Graniu faktycznie udawało się doprowadzać do sytuacji nie do pomyślenia, rzeczywiście interesujących jak cover Lecha Janerki na instrumenty dęte czy uśmiech na twarzy Marka Dyjaka. Stworzyła się też nowa klasyfikacja popularności muzyków polskich, kolejno występujących w: mainstreamie i eReMeFach, Męskim Graniu i Trójce, namiotach Openerowych, OFF Festivalu i stoiskach niezależnych wytwórni. W tym roku akcję promocyjną Żywca firmuje najbardziej oczywista para młodych wykonawców - Monika Brodka i Dawid Podsiadło. Jakby nie patrzeć, selekcjonerzy nie wysilili się z muzyczną ideą. Używając konwencji mojej nauczycielki fizyki z VII LO: "Idź do piaskownicy, zgwałć gimnazjalistę i zapytaj go jacy sa najbardziej rozpoznawalni muzycy w Polsce". O ile styl i egzaltacja O.S.T.R.ego może nieco irytować, to jego duet z Michałem Urbaniakiem (bezsprzecznie uznaną legendą jazzową) w zeszłym roku był naprawdę frapujący i odkrywczo ciekawy. Teraz z jazzu został tylko po raz kolejny Mazolewski, który zaraz wyskoczy nam z lodówki (oczywiście z zimnym piwkiem w dłoni).
Wtórność i banalność line-upu Męskiego Grania zaskakująco wiernie oddaje singiel promujący całe wydarzenie. Elektryczny numer napisał Andrzej Smolik, prawdziwy spiritus movens polskiej sceny muzycznej - jego macierzystą kapelą wciąż pozostają Wilki, a swoje trzy grosze dorzucił swego czasu nawet do Lenny'ego Valentino. Jak na profesjonalnego kompozytora przystało, Andrzej wiernie odtworzył popularne w naszym kraju The Black Keys. Niestety dosłownie - to samo brzmienie, rytm i riff ściągnięty z Howing for you czy Gold on the ceiling. Oczywiście nie omieszkałem wypominać tego na fejsbukowych udostępnieniach moich znajomych, ale obok kąśliwego komentarza musiałem zostawić podniesiony kciuk. Lubię to! Fajnie się tego słucha. Bardzo przyjemnie podbija podeszwę buta. Owa chwytliwość i niepodrabiana energia sprawiają, że spokojnie mogę ogłosić, że na przestrzeni lat Elektryczny to mój ulubiony singiel Męskiego Grania (wciąż nie przeszła mi awersja do Waglewskich).
A może to Monika Brodka wznosi moją sympatie do tego utworu na sercowy level? Wyposzczony brakiem jej nowego głosu rzucam się na każdą, krótką nawet autorską linijkę. Bo właściwie co ona robi w tym klipie - po prostu jest. Majestatycznie schodzi na scenę i roztacza aurę bycia cool wygrywając obrazek charyzmą mikrofonowego wybuchu. Mało kto to potrafi, a jeszcze mniej liczni mogą sobie na to pozwolić. Od wydania Grandy stuknie zaraz 5 lat; w międzyczasie kupiła sobie czas wydanie przebojowej Lax EP. Wiedziała, że branży to wystarczy, bo szanowna kapituła Fryderyków 2013 nominowała tą - powtórzę się wyraźniej - EPkę do "Albumu Roku" Najważniejsze, że Monika nie mami tak swoich fanów - jej występy znowu tworzą nowy standard Polski koncertowej i zmienia aranżacje średnio co pół roku. Miejmy tylko nadzieję, że z wydaniem płyty długogrającej będzie jej jednak łatwiej od Gaby Kulki (z takim pietyzmem wypracowującej nowe brzmienie na koncertach, że przemyciła je na "nową płytę" okazującą się być tylko koncertówką). Jest na pewno o co walczyć, bo Brodka dzierży największą szansę na ogólnoświatową karierę od czasów Myslovitz. Założę się, że chodzi teraz z demówkami po najpoważniejszych wytwórniach takich jak XL Recordings czy nie wiem, 4AD. Ok, Kamp! też chodzili, ale nie mieli tak kompletnej osobowości ogarniającej szeroko poza muzykę. Szukajcie jej na lookbookach i Voguach - nadejdzie wraz z najmodniejszymi trendami.
Czy podobny zagraniczny plan ma Dawid Podsiadło? Jeszcze nie wiadomo, na razie z łatwością rozgrywa rodzime etery muzyczne. Weszła ustawa premiująca polskie słowa piosenek? Do dwóch albumowych indeksów dopisujemy swojskie liryki. Reszta płyty gra po angielsku? Dorzucamy kolejne dwie polskie single niealbumowe (w tym jeden do filmu o Powstaniu, +44 do Szacunku Historii). Musimy wreszcie rzucić do radia anglojęzyczną piosenkę? Nic nie szkodzi w zostaniu drugi sezon z rzędu "przebojem lata". Właśnie No, ten ostatni (?) promocyjny oddech zwiastuje zmiany w wizerunku Dawida. Otóż w teledysku do tego utworu po raz pierwszy pojawia się seks! (ładna dziewczyna już była, pozdrawiam Kamilę). Rozczochrany wrażliwiec pokazuje obnażoną klatę i i areszcie szybszy rytm - No od początku było dla mnie najfajniejszym utworem z płyty. Męskie Granie - oprócz poważnego epitetu tytułowego - pomaga Podsiadłemu w medialnym dorastaniu jeszcze bardziej; w rasowych gitarach ma wreszcie szansę zedrzeć swoje mocniejsze rejestry głosu. Trzeba przyznać, że daje sobie radę całkiem nieźle i ta desperacja ucieczki od smutnego chłopca tylko podbija głośność Elektrycznego. Jego następna płyta będzie obarczona ogromnym ciężarem oczekiwań, zdobył przecież wszystkie "rozrywkowe" Fryderyki. Moim zdaniem trochę niesłusznie, bo Comfort and Happiness nie jest tak znaczącym tytułem jak chociażby Granda. Mimo oczywistych zapożyczeń i prostoty kompozycji, po tych wszystkich wyrywających się z ramek ruchach ja także jestem jednak w stanie zaczekać na nią z zainteresowaniem.
Hang the DJ (...) Because the music that they constantly play It says nothing to me about my life.
Te słowa Morriseya jak ulał pasują do mojego osobistego odbioru muzyki z rocznika 2012. Nie mam czasu na codzienne sprawdzanie Pichforka, uczenie się nazw kolejnych kolektywów z Londynu czy zarażanie się tak od początku nowym R&B. Można by powiedzieć więc, że oto traktuję muzykę użytkowo, lajfstajlowo (jak mówiło się o X&Y Coldplay, chociażby). Czarny PR zapewnili łzom przede wszystkim fani „alternatywy”, których gusta ukształtowały się na wysokości lat 2002-2005 i aż do dziś wytrwale oscylują wokół kolejnych płyt Sigur Rós, Björk i tym podobnych, szafujących jałowym patosem, artystów. Ci, którzy – pomimo upływu lat i wyłonienia się nowych interesujących gatunków – wciąż czekają na premiery gwiazd Openera, stali się antytezą odbiorców poszukujących, traktujących serio swoją przygodę ze słuchaniem muzyki.- tak oto wyniośle pisze autor bloga Fight!Susan w tekście o jakże znaczącym tytule "Muzyka i łzy". A właśnie ja chcę płakać, chcę doznawać, a nie poznawać odniesienia do klasyków postmodernizmu; chcę czuć. Czym większym może być muzyka jeśli nie naczyniem dla naszych emocji?
Mało znalazłem dobrych płyt w poprzednim roku, największą pustką napełniało mnie to, że nie wiedziałem czego i skąd mam szukać. Dustepy - pasztety, przezroczyste gadżety. Z tej desperacji wkraczam w skrajność i poszukuję prawd w tekstach T.Love, a tymczasem przedstawiam małe podsumowanie muzyczne roku 2012. Dla potomności, żebym wiedział czego słuchałem, co złapałem jako fajne (i tak drugie tyle świetnych płyt pasujących rocznikowo podsunie mi Artur Rojek na OFF Festivalu, na co już teraz nie mogę się doczekać).
PIOSENKI Z POLSKI
1. Muzyka Końca Lata - Nie ukryjesz się przede mną
Najmilsza randka z historią polskiej muzyki rozrywkowej i wizualny suplement z fenyloftaleiny do "jajogłowych" analiz Polskiego Rankingu Screenagers. Dopiero po jakiś stu przesłuchaniach odkryłem "metodę" tekstu p. Wojciecha Młynarskiego (porównacie sobie obie zwrotki - już nie długo na maturze z języka polskiego). Ale! Ola Bilińska wdzięcząca się wśród pasteli i w prawdziwych taśmach szpulowych to juz osobny wzorzec kulturowy.
2. Brodka - Varsovie
Ostateczne zwycięstwo Brodki, która mimo wszystkich przekleństw szklanego ekranu, zrewolucjonizowała polski pop, aby niemalże "ironicznie" wrócić raz jeszcze do mainstreamu. Zaraźliwy nawet na poziomie zetki i eremefów, oraz zachaczający o Adelę i Arcade Fire polski przebój lata o tym okropnie "kosmopolitycznym" mieście z anglojęzycznych folderów Vajsaja.
3. Babu Król - Co noc
Jeśli Nie Ukryjesz Się Przede Mną było randką z polską Poezją, to Babu Król bez zbędnych ceremonii i ceregieli zapraszają nas na wódkę. Naprawdę wstrząsająca piosenka z papierosowym dymem mrocznych spelunek wśród których szwędają się kaskaderzy muzyki - trudno sobie wyobrazić bardziej odpowiednich spadkobierców Edwarda Stachury niż mistrzowsko operujący absurdem Budyń i Bajzel.
4. Janek Samołyk - Problem z wiernością
Troszkę po znajomości, ale przecież z taką samą serdecznością traktują już Janka chociażby w radiowej Trójce. Równie swobodnie Wrocławianin ten zbliża się w orbity jakiś Młynarskich klasyków - choćby z tematu: wśród nieco staroświeckich określeń opowiada teraz uroczą historyjkę o przewrotnej dziewczynie z pewnym specyficznym problemem. (Dodatkowe propsy za video cover Charmless Man)
5. Maria Peszek - Padam
Nie znam się na lewackich manifestach, więc w tych wszystkich cierpiętniczych pozach made in thailandia nie znajduję głębszego sensu. Nie ukrywam też mojej niechęci do "córki tego szanownego aktora", bo nie wiem dlaczego musi obrażać moje uczucia religijne czy inne poczucie dobrego smau (słynne - fuj - ogrody) z uporem godnym lepszej sprawy. Dziwno-straszne połączenie Brodki, Nosowskiej i Edyty Bartosiewicz z egzaltacją kandydatki do szkoły teatralnej. Maria Czubaszek XXI w.? Yuck.
Nie mogę jednak nie zauważyć tego fantastycznie zaaranżowanej (Hammondy w końcówce!) popowej skakanki. Gdyby takich piosenek po polsku było więcej, nasza rodzima "scena" byłaby na pewno weselszym miejscem. Lewa strona tańczy i prawa też.
PŁYTY
Z POLSKI
1. Afro Kolektyw - Piosenki po polsku
Wiadomo, że Piosenki po polsku sa świetne - uznanie branży, TOP5 Listy Trójki, stylistyczna wszechstronność, brzmieniowe koneksje z Kombi, Zbigniewem Wodeckim czy kompozycyjnym popem XTC, a przede wszystkim słowna perfekcja Michała Hoffmanna utrzymana w trudniejszej materii czysto piosenkowej. Ale dlaczego ta płyta jest tak bardzo ważna? Z socjologicznego punktu widzenia dostajemy kompletny katalog problemów i obaw młodych facetów: blokada fejsbuka, nieprzystosowanie do warunków atmosferycznych, zmienne libido, presja doskonałości, bezwzględność kapitalizmu brak energii życiowej, obciążenia kredytowe, alkoholizm, nocne powroty, zapewnienie bezpiezceństwa najbliższych, stres, utrzymanie związku, wreszcie strach przed ojcostwem i śmiercią.
Jednak z pokoleniowością czy perspektywą generacyjności tej płyty jest tak jak z popularnością klubów AA. Chociaż Afrojax bardzo się stara zdjąć ciężar z samczych barków, oksymoroniczny już z nazwy Związek Niepewnych Mężczyzn jest akceptowany społecznie tylko na płytach Afro Kolektywu. Mało miejsca na dysku
2. Skubas - Wilczydełko
Broda, łysina, kaszkiet, barczysty tiszert i gitara pod pachą. W odróżnieniu od Afro Kolektywu czy Much, Skubas nagrał płytę świadomie męską. A może nie tyle "świadomie", bo ta męskość wychodzi sama naturalnie, nie jest czymś nad czym musi się zastanawiać specjalnie modulując głos czy dbając o odpowiednie rytmy akustycznych ballad. Więcej nieba
3. Muchy - chcecicospowiedziec
Nazłośliwiałem i nazewnętrzniałem się nad tą płytą już w tym poście. Ta płyta jest inna: inny jest skład, inne podejście do kompozycji, inne rozłożenie akcentów, ale też inny jest mój wiek i inne miejsce, w którym jej słucham. Zawsze przy kolejnej premierze Harry'ego Pottera recenzenci powtarzali gładkie zdanie "młody czarodziej dorośleje wraz ze swoimi czytelnikami". I pewnie ja też się starzeję, niekoniecznie mężnieję i potrzebuję teraz takich właśnie hałasów. Wróżby
4. Ul/Kr - Ul/Kr
Perspektywa, eghm, czasowa, z której teraz piszę pokazała dokładniej jak dużym zjawiskiem stał się ten gorzowski duet. Że w Polsce można jak James Blake, że tak duszno i wreszcie głos oraz teksty Błażeja Króla, nie do końca poważane w Kawałkach Kulek objawiły się szerszym wielbicielom. Ale fakt, jest w tym jakaś posępna namiętność, którą świetnie zrozumiałby sam Grzegorz Ciechowski. Tuż nad głowami
5. Maja Kleszcz i IncarNations - Odeon
I znowu krok w przeszłość. Piękna płyta do tańczenia, ale nie chodzi mi o skakanie i wczuwanie się, potupywanie, ale o prawdziwy taniec. Z partnerką i w eleganckich strojach, niczym Al Pacino w Zapachu Kobiety. To są rzeczy z klasą, dla nas internetowych nieosiągalne, ale ładnie sobie posłuchać tej elegancji. A Maja Kleszcz i tak czuje się swobodnie w każdej epoce. Śpij śnij
KONCERTY
1. King Cresoute & Jon Hopkins - OFF Festival, Namiot Trójki
Namiot, gitara akustyczna, fortepian (prawdziwy), intymność, U2, Only living boy in New York, delikatność, blisko.
2. Brodka - Kraków, Częstochowa, Wrocław
Granda. dobijanie się w pobliże sceny, afterparty pomaturalne, krzyczenie z pijanymi studentami, 2x Varsovie, covery, Kropki kreski, stylówa, Frytka, złote buty, pani na klawiszach, Girls just wanna have fun, przespany bilet.
3. Other Lives - OFF Festival, Scena Leśna
Moc, potężne brzmienie, potupywanie, słońce, kulminacje, Thom Yorke z USA, wiolonczela, organy, konsekwencja, przestrzeń.
4. Daniel Bloom - Wrocław, Nowe Horyzonty, Arsenał
Wrocław, Hehehehelios, hipsterzy z książkami, siedzenie na drewnianej podłodze, muzyczny archeolog jako Dejwid Bowie, fajne piosenki były, Wizyta, syntezatory, niech spadnie, letni wieczór, Wrocław.
5. Skubas - Wrocław, Alibi
Gitary, leszek perkusista możdżer, albinos gawędziarz, piwo w słoikach, nie mam dla Ciebie miłości, piesek, efekty trawki, stylówa Skubasa, brzmienia.
#autopropsy
L.stadt, Julia Marcell i Bon Iver na Main Stejdżu Ołpenera, Iza Lach ma oryginalną piosenkę z tym słynnym Snoop Dogiem oraz została uznana za autorkę 138. polskiej piosenki wszechczasów, Vermones rozwijają się na solidnej EPce, a Janek Samołyk zdobył dzisiaj Olimp Polskiej Muzyki (czyt. Opole hehe). Nieskromnie przyznam, że lubię mieć rację i te godziny, miesiące, lata odsłuchów kolejnych mp-trójek usprawiedliwiają mnie do wydawania czasem jakiś osądów. Ale za największe osiągnięcie mojego wydatnego skądinąd nosa ("atrybut intuicji") uważam błyskawiczne zakochanie się w nowej Brodce dwa lata temu. Ciągle pamiętam jak z zapartym tchem czekałem na LP Trójki,. gdzie premierowany był pierwszy singiel z Grandy. Szybko okazało się, że było na co czekać. W pięciu smakach faktycznie spowodowało niemałą rewolucję nie tylko dla ówczesnej laureatki Idola, ale zatrzęsło światkiem muzycznym od Polsatu do nieżalu.
Oczywiście nie było to dla mnie żadnym większym zaskoczeniem, znam bowiem składniki tego olśniewającego sukcesu. Tak więc: prezentuję (uwaga, banał w tytule).
KARIERA BRODKI W PIĘCIU SMAKACH
1. Muzyka
Wydana w 2010 roku Granda cały czas pozostaje najświeższą i najfaniejszą polską płytą ostatnich lat kilku. Pani Monika nadała polskiemu słowu "pop" artystyczne i ekscytujące znaczenie. Krążek wypełniony jest muzyką śmieszną (Ścieżka Nr. 1.), figlarną (2.), taneczną, (3.) seksowną (4.), góralską (5.), wykręconą (6.), elektroniczną (7.), nieoczywistą (8.), nawiązującą do legend naszej muzyki (9.), podskórną (10.) czy wreszcie międzynarodową (11.). To po prostu świetna płyta z prawdziwie porywającymi piosenkami i cała kolorowa pstrokata.
2. Współtwórcy
Nosowska ma Macuka,a Brodce w kompozycjach pomaga Bartosz Dziedzic, który jest też odpowiedzialny za produkcję całej płyty. Jest ona - produkcja - kluczowa dla całego wydawnictwa, bo właśnie stworzona przez nią energia napędza wszystko i decyduje o oryginalności stylu Grandy. Dziwności w muzyce jest cała masa, dodatkowo nadano temu organiczny, folkowy sznyt.
Ogromnie ważną sprawą w tym kontekście są też oczywiście teksty piosenek, co ważne - napisane po polsku, a nawet staropolsku. Takie określenia jak porachuję kości, cni mi się do niego, czy tytułowa balanga to esencja nowego stylu brodki. Wprowadzić takie wartości w "czasy hipsterskie" mogli prawdziwi specjaliści jak Budyń z Pogodna i Radek Łukasiewicz z zespołu Pustki. Razem z Moniką stworzyli prawdziwy dream team młodej polskiej alternatywy, lepiej sam bym ich nie zebrał.
Spektakularnym symbolem tych artystycznych znajomości jest niewątpliwie słynny już teledysk do Krzyżówki Dnia, który współtworzyła doborowa grupa warszawskich twórców wizualnych. Nie wiem dokładnie kto jest tam kim, ale efekt robi wrażenie pio-ru-nu-jące.
3. Koncerty
Niezwykle chwalebne jest to, że Brodka przywiązuje tak dużą wagę do swoich występów na żywo i dba o ich profesjonalną całościową oprawę. Nie ma chyba w Polsce drugiego artysty/zespołu, który za cel miałby stworzenie prawdziwego widowiska na scenie (Doda to ina liga roz(g)rywkowa ). Normalnością na jej koncertach jest deszcz tak bardzo dużej ilości confetti, a wszyscy muzycy także są schludnie odziani w fikuśne muszki czy inne imprezowe atrybuty. Skład koncertowy tez jest należycie rozbudowany, dla przykładu Brodka zabiera w trasę aż dwóch gitarzystów, co nie jest konieczne i specjalnie słyszalne, ale świadczy o dbałości o aranżacje. Oni zresztą tam na scenie też bawią się świetnie - takie obrazki jak "granie w kółeczku" w 3:25 filmiku na górze są budujące i sympatyczne. Ten luz i swoboda pozwala później na eksperymentowanie z dramaturgią "przedstawienia" , wykorzystanie dziwnych strunowców, czy zaskakujące/intrygujące covery.
Osobiście bawiłem się na koncercie Brodki w Krakowie i mogę zaświadczyć, że był to jeden z lepszych gigów w jakich miałem przyjemność uczestniczyć heh :)
4. Trendy
Nie chodzi mi bynajmniej o przedstawiony kolumnę wyżej festiwal telewizyjny, ale o tytuł tego posta. Faktem jest, że Brodkę kochają obecnie wszyscy i jest jej najbardziej cool piosenkarką w Polsce. Ogromna w tym zasługa samej jej, która deklaruje, że chce realizować się na wielu poza-muzycznych też dziedzinach i dba o swój wizerunek z każdych stron. Moda, stroje, fotografie, teledyski są tak samo ważne jak tworzona przez nią muzyka, co jet podejściem niespotykanym w naszym kraju. Jest to jednak słusznie doceniane zewsząd. Możemy chyba mówić o pewnym fenomenie, bo "grupa docelowa" Brodki jest ogromna - od bywalców sylwestra we Wrocławiu, przez czytelniczki "Glamour" i "Vivy" które pamiętają ją z piosenek Piaska (ja dalej bardzo je lubię) do miłośników alternatywy i krakowskich hipsterów z zaciekawieniem czekających na jej wysublimowane teledyski. Przekleństwo "Idola" pozwoliło pani Monice na dotarcie do szerokiego audytorium, wymogło tak gwałtowne zmiany, spowodowało u słuchaczy radia zet naukę tych wszystkich wysublimowanych inspiracji (kiedyś zrobiłem ich listę) które mogła zaprezentować z takim dużym rozmachem. Serce rośnie, gdy taka płyta jak Granda tak długo trzyma się w czubie list sprzedaży i nagle wszyscy stają się fanami dobrego popu.
5. Monika
Najważniejsze zostawiłem sobie na koniec. Pozwolę sobie zacytować M. Słomkę ze screenagers.pl : "Monika Brodka, laureatka „Idola”, oszukała to smętne przeznaczenie
dwukrotnie. Najpierw swoimi poprawnie skrojonymi popowymi radiówkami
połączyła wszystkie matki i córki tego kraju we wspólnym uniesieniu na
samochodowych trasach dom-szkoła-supermarket. Następnie, zmieniając
repertuar i stawiając całą swoją karierę na szali, kupiła sobie uznanie
audytorium skupionego wokół muzyki niezależnej." Oszukała przeznaczenie, znaczące. Pomyślcie ile ona musiała walczyć z papparazzami, a później heroicznie bronić swojego nowego wizerunku i tłumaczyć jak krowie na rowie, że chciała zrobić coś swojego, bo przecież może, ma swoje zainteresowania. Do tej pory odpowiada na pytania o dojrzałość czy o mityczny moment zostania "artystką".
Nawet ja całe życie byłem przekonany, że słowa do utworu Kropki-kreski musiał napisać Radek Łukasiewicz, bo przecież autorem jest genialnym, a tekst jest jednym z moich ulubionych ever.
Niezwykła delikatność wśród płynącego pianina ustanawia nową definicję synestezji opisując ukochaną osobę za pomocą malarskich środków - permanentnym tuszem bądź, w czerwieni do twarzy mi / bez szablonu i bez wzoru, namiętnie i aż do krwi <3 ubóstwiam.
W innym zaraz momencie, tytułowej Grandzie, zalotnie droczy się do jeżdżących basów kusi i onieśmiela tylko po to, aby skrytykować stylówę i wyskakać staropolskie "spierdalaj". Co za charakter w tej dziewczynie...
Myślę, że Monika Brodka zasłużyła w ogóle na jakiś osobny medal, skutkiem jej sukcesu est bowiem stworzenie na "polskim rynku muzycznym" kategorii idealnie pośrodku mainstreamem a alternatywą.
Młoda polska kultura alternatywna doczekała się też być może swojej ikony.
PS. Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, to Brodka jest zaszczytnym headlinerem Frytka OFF Festiwalu 2012, z czego się niezwykle cieszę.
Kończą się wakacje, kończy się lato. Nie ma sensu nad tym lamentować, bo to wystarczająca oczywistość. Rozpaczliwie próbuję więc nadać tym wakacjom jakieś jakiekolwiek znaczenie. Co zrobiłem? To, że czytałem bardzo mało litościwie przemilczę. Dobrą stroną tych dwóch wakacji może być to, że oprócz lenienia się i rozpaczliwego szukania sposobów na chamskie nicnierobienie/wniczymnikomuniepomaganie pomyślnie przeobraziłem moje konto na last.fm . Jakkolwiek o tym pięknie mówić - słuchałem dużo nowej muzyki. Zgodnie z postanowieniem, że "jeśli się na czymś znam, to na muzyce" nie uważam to za takie byle co. Nie przyniesie mi to także posady dziennikarza radiowej Trójki, ale za to będę mógł za kilka miesięcy bardziej różnorodnie wspominać te wakacje.
Wspomnienia. Jako człowiek uzależniony od muzyki zazwyczaj przypisuję pewne zdarzenia i uczucia do danej melodii czy piosenki. Czasem włączę jakiś utwór i nagle, jak w jakimś wehikule czasu czuję coś, co przeżywałem... kiedyś. Fajne, polecam każdemu. Jak wiadomo, 17 lat ma się tylko raz, więc warto zapamiętywać te "ulotne chwile młodości". Mam na to bardzo prosty sposób więc. Playlista. Kilka kawałków, które akurat katowałem w moim Zenie/laście, swoisty soundtrack do określonych "krótkich, gorących letnich dni".
Co mi się więc działo przez te dwa miesiące? Najpierw przypomnę sobie te pozytywne i "radosne" piosenki, które mi towarzyszyły wiernie w "summertime".
Jako, że jestem pro słuchaczem muzyki, słuchałem, starałem się słuchać całych albumów. Tak więc je opisze - albumy. Nie będą to raczej recenzje, bo te mi nigdy nie wychodzą. Postaram się zwięźle (acha...) opisać co dla mnie znaczyły te longplay-ie.
Dead Sound z płyty The Raveonettes - Lust lust lust
Wspomnienie ma być wesołe, więc napiszę jak bardzo cieszyłem się na myśl, że ten duet przyjeżdża na OFFa, który odbywa się w niedalekich Katowicach i naiwnie myślałem, że uda mi się "zebrać ekipę" i wybrać się na ten najbardziej mityczny i najlepszy polski festiwal. (Przed)wakacyjne hiperoptymistyczne plany być muszą, to właśnie one budują epickość tych dwóch wolnych od szkoły miesięcy. Przez pozostałe 10 miesięcy przeciętny nastolatek uczy się pilnie i marzy o tym co zrobi, jak będzie ciepło i jak nie będzie trzeba zakuwać do czegoś-tam.
Muzyka. Prosty rytm, duży przester i cała masa dźwiękowego brudu. Chaotyczny akompaniament niesamowicie łączy się z delikatnym wokalem, jakby występowały dwie warstwy w tym utworze. Prosty efekt gitarowy daje poczucie, że gitarzyście udało się złapać za nogi wokalistkę wzlatującą gdzieś w metaforyczne przestworza dźwiękowe. Jest bosko. Solówka gitary jest cudownie... rozhulana i wydaje się improwizowana, grana na poczekaniu, niespokojnie, starająca wyrwać się z ramy wspomnianego prostego, nieskomplikowanego rytmu. Cała płyta to takie genialne połączenie niespokojnej, hałaśliwej wręcz muzyki z wzorcowo opanowanym głosem, który można porównać nawet do tego anielskiego. No przesadzam, ale jest niesamowicie spokojny, delikatny i czysty.
Beautiful Boys z płyty Happy Pills - Retrosexual
Przebojowy, chwytliwy, swobodny i bardzo wakacyjny singiel polskiej grupy, o której słyszałem dotychczas jedynie jakieś skąpe legendy. Np. o tym, jak w zamierzchłych czasach minionego tysiąclecia, kiedy na polskiej "scenie muzycznej" królowała stylistyka grunge i punk (Hey!) istniał sobie zespół inny niż inne. Grał on melodyjnego rocka/gitarowy pop umiejętnie i dosyć swobodnie czerpiącego z amerykańskiego "nieżalowego" grania. Podczas gdy wspomniani "inny" chcieli być przesterowani i głośni, zespół o którym możemy mówimy, potrafił bez większego wysiłku nagle wprowadzić oszczędną ale treściwą partię gitary np. Zespół ten, niepasujący i niezrozumiały przez "polską scenę" chciał zrobić karierę na zachodzie. Gdy pewnego wrześniowego dnia wsiiedli w samolot do USA kierujący ich do tamtejszych hamerykańskich klubów na gigi. Niestety, był to akurat 11 dzień września roku 2001. I świat miał na głowie o wiele większe tragedie niż zmarnowana kariera jakiegoś zespoliku z dalekiej Polszy.
W w.w kawałku słychać te delikatne zagrywki, nienachalne, ale przewijające się przez całego songa i nadające ton całemu "tłu muzycznemu". Do tego dodamy świetną partię akustyka/bardzo fajne bicie i otrzymujemy oto świetny pop-rock hiciorek po prostu. Przepraszam, zapomniałem o całkiem ładnym i uroczym wręcz wokalu ;)
Epilog opowiastki : Band zakończył działalność, jeden z członków - Mariusz Szypura stworzył Silver Rockets, a teraz na szczęście wrócili. Brakowało mi takiego polskiego bandu grającego ciekawą, wesołą i chwytliwą gitarową muzykę.
Falling Down z płyty James - Pleased to meet you
Nie ukrywam, że poznałem ten zespół z forum U2, gdzie zamieszczono taką adnotację: "Kto lubi U2 a nie zna James, ten pozna James i polubi też, ręczę." Dodatkowe wspomnienie o podobieństwie do mojej ukochanej płyty Irlandczyków (All That You Can't Leave Behind) było najlepszą zachętą jaką można sobie wyobrazić, oczywiście, no przecież. Muszę z zadowoleniem napisać, że zapowiedzi okazały się prawdą, płyta ta posiada to co w ATYCLB jest najistotniejsze - tzw. "przestrzenność dźwięku". Oczywiście nie umiem tego opisać do ludzku i normalnie, gdybym miał to przedstawić, pokazałbym pierwsze sekundy teledysku do Beautiful Day (http://www.youtube.com/watch?v=co6WMzDOh1o&ob=av2n) . Eeee, chmury-niebo-przestrzeń, syntezatory tworząca ten klimat, muzyka zdolna przesuwać chmurki po niebie. Kurcze... no bajka!
Można by to chyba też opisać, że kompozycja rozwija się w bardzo fajny sposób : najpierw mamy zwrotkę na niskich dźwiękach, zaśpiewaną w krótkich, urywanych wersach, to tego dochodzi bas grający... w ten sam sposób. Nagle wchodzi refren w którym wokal porusza się po wyższych liniach melodycznych, a bas jest uderzony pojedynczo, dzięki czemu jego wypasiony, głęboki dźwięk może spokojnie rozejść się po naszych słuchawkach.
Jak udało komuś, komukolwiek uszczknąć odrobinę magii U2? Jak zwykle odpowiedzią jest jeden człowiek - Brian Eno, który wyprodukował oba albumy. Jak wszyscy powinni wiedzieć, jest on muzycznym bogiem, postacią mityczną, którą ogarniemy za jakieś 20 lat dopiero. Człowiek ten nauczył poważniejszego grania U2 na ich "Unforgettable Fire". Nauczył jak najbardziej dosłownie, bo Irlandczycy w tamtym czasie byli po prostu zbyt cienkimi punkowcami na takie granie, co tu ukrywać. "Jeśli są na tej planecie ważni artyści, z którymi nie współpracował, to zmieni to się wkrótce albo nie są ważni."
Kontekst psychologiczno-autoboigraficzny : słuchałem tej płyty jak jechałem do Istebnej (w góry na 3 tyg.) i myślałem sobie jak będzie tam fajnie.
The Suburbs z płyty Arcade Fire - The Suburbs
Piosenka z przesłaniem pt. "Nie ściągajcie wczesnych przecieków audio w słabej jakości!" Pewnego więc czerwcowego dnia ściągnąłem jakieś nagranie słabej jakości z jakiegoś radia. Pierwszy exluziv singiel z nowej, wyczekiwanej płyty Arcade Fire. Pierwsze wrażenie moje było takie sobie, nic wielkiego, ale zdołałem docenić wspaniałe przejście z akordu dur do moll. To jest to co Kanadyjczycy potrafią najlepiej, swoisty znak rozpoznawczy ich kompozycji - błyskawiczna, harmonijna zmiana klimatu kompozycji. Gdy jakiś miesiąc później dostałem całą płytę w dobrej jakości, od razu musiałem poprawić swoje zdanie o ołpenerze. Bowiem w wersji, którą mam teraz słuchać nareszcie dobrze wszystkie instrumenty, a co najważniejsze - słychać tam pianino! Niby nic, a decyduje ono o klimacie całego kawałka, teraz jest naprawdę dobrze wyprodukowany i niczego w nim nie brakuje (mamy nawet smyczki gdzieś tam w tle i świetnie wyrównane chórki).
Jeśli już o klimacie mowa, to trzeba pamiętać, że cały album opowiada o tytułowych "Przedmieściach". Czuć tą beztroskę w przeskakiwanych jakby akordach na zwyczajnym pianinie, które można znaleźć w takim podmiejskim domku. Może to i dobrze, że nie ma tu jakiś produkcyjnych sztuczek czy wysilonej hymniczności. Ta płyta naprawdę ma coś w sobie z leniwego letniego popołudnia, gdy ze spokojną, nie skażoną nauką głową kroczy się przez jakąś tam określoną połać przestrzeni.
Billy Elliot z płyty Julii Marcell - It might like you
Kolejny, zmów uroczy przykład załagodzenia mojego negatywnego stosunku do naszych zachodnich geograficznie sąsiadów - Niemców to znaczy. Powiem więcej - poczułem jakąś dziwną sympatię do tej nacji, a to za sprawą następnej Polki, która uparcie twierdzi iż jest Niemką. P. Julia tworzy i mieszka bowiem w Berlinie (?), a zdobyła środki na wydanie debiutanckiej płyty dzięki naturalnemu urokowi osobistemu (zbierała pieniądze na portalu wspierającym młodych muzyków). Jako, że posiada go bardzo, bardzo dużo, przyszło jej to bez większego wysiłku, podobnie jak podbicie mego serca. Muszę tłumaczyć, dlaczego jest taka wspaniała i w ogóle? Naprawdę, nie wydaje mi się to wystarczająco racjonalne, nie da się po prostu ;)
Ok, muzycznie p. Julia jest świetną pianistką, na tym instrumencie bowiem jest oparta większość płyty (wyciszenie po pierwszej minucie filmiku i spokojne budowanie znów napięcia i mocy - świetne!). Nie wiem, nie ogarnę czemu "te szwaby" zabierają nam najładniejsze dziewczyny, naprawdę, poddaję się ;(
U.R.A. Fever z płyty Alison Mosshart The Kills - Midnight Boom
Jak już delikatnie zasugerowałem, cała płyta jest taka świetna i genialna tylko i wyłącznie za sprawą Alison Mosshart. W ogóle cały zespół oparty jest na charyzmie i charakterach VV i Hotela, co do tego nie może być wątpliwości. Świetnie widać na teledysku, który w zasadzie zbudowany jest z różnych improwizowanych scenek, interakcji pomiędzy nimi, naturalnej chemii. (Sam teledysk jest też genialny wprost, sama estetyka zabija i zachwyca, wszystko dopracowane w najdrobniejszych szczegółach). Niesamowicie pasują do siebie także ich głosy - dobrali się idealnie. Muzyka zaś jest taka jak sama Alison - szorstka, szybka, szarpana, głośna, niespokojna, wręcz brudna. Sam nie wiem dlaczego nagle polubiłem taki jej rodzaj, przypuszczam jednak, że chcę podświadomie wyprzeć z siebie tą banalną romantyczność nabytą od Coldpleja ;p Przester gitary, charszczenie głośników, jakiśtamrytm, niesamowity, niepokojący klimat i jedyny w swoim rodzaju dialog dwóch... nie wiem, nie wiem, ale wiem, że moment od 1:10 miecie i bezpośrednio każe jeszcze bardziej gwałtownie szarpać się głową w rytm muzyki! The Kills rządzi, prawdziwie prymitywna i brudna muzyka plus niczym nieograniczona energia, a raczej ekspresja Alison Mosshart. Mówiłem już, że ją kocham? ( a raczej "pożądam ;p)
W pięciu smakach z płyty Moniki Brodki - Granda (której tej płyty oczywiście nie znam jeszcze)
Uff, niby z "Idola" ,a nie zawiodła naszego zaufania. Młodzieńczo wygrała trzecią edycję tego szoła, zwyciężyła także w Opolu z całkiem niezłym hiciorckiem (ze słowami A. Piasecznego ;p), odbębniła zaśpiewanie dwóch płyt dla wytwórni, zagrała ciekawy cover "Libertanga" z ciekawym zespołem na koncercie w Trójce (+10 do powagi w środowisku i +15 do inteligentnego lansu), została okrzyknięta najbardziej cool designem w Polsce i zyskała wreszcie artystyczną niezależność. Krążyły pogłoski, że robi naprawdę ciekawy i niebanalny/niehitowopopwy materiał. Wreszcie doczekaliśmy się premiery nowego singla, oczywiście dokonało się to na Trójce, na Liście Przebojów (w ogóle jakieś +25 do epickości lansu).
Efekciarski efekt produkcyjny na początek, świetny rytm i sekcja rytmiczna bezczelnie skradzione od TV On The Radio ("Golden Age" dokładniej), refren z łatwością mógłby wskoczyć do któregoś z hitów Vampire Weekend (Holiday chociażby), późniejsze miechowe klawisze w 2:05, chórki oraz wykorzystanie swojskich instrumentów może być zainspirowane Arcade Fire. Końcowa solówka to partia gitary z National Anthem Radiogłowych zagrana na dudach chyba, a i refren przypomina charakterystyczne falsety Thoma Yorka (który jest ulubionym wokalistą tej wokalistki). Jeśli mam być chamski, to samo instrumentalne zakończenie jednoznacznie przypomina o "Afterglow" INXS.
Za te wszystkie inspiracje nie pozostaje mi nic zrobić jak tylko to pochwalić. Nawet Hey-owi w każdej recenzji wypominano zgapianie od Modest Mouse np. co nie przeszkodziło zbierać im najwyższych ocen. Ja też traktuję to jako zaletę, bo jeśli Brodka przemyci do masowego radia echa tych wszystkich zespołów (które mają zerowe szanse na rmf) to oznaczać to będzie, że "polska muzyka pop" rozwija się w dobrym kierunku. A i sama młoda wokalistka także.
Ta jej nowa płyta "Granda" będzie świetna. Zapowiadam to już teraz, pamiętajcie. Produkcja w singlu jest naprawdę spoko, świetnie łączy te wszystkie wagoniki z nazwami tych wspaniałych alternatywnych bandów i dodatkowo takiego kopa, że ten specyficzno-metaforyczny pociąg jedzie tak szybko, że demaskujące napisy rozmazują się i nie zwraca się na nie uwagi. Ale najfajniejszą niespodzianką z tego wszystkiego jest to, że autorami tekstów nie jest już Piasek, ale Budyń (!) i Radek Łukasiewicz (z Pustek, w "W Pięciu Smakach" pokazał nareszcie swoją zabawniejszą stronę) (!!).
Czekałem na taką polską płytę
Prenzlaurberg z płyty Beirut - Gulag Orkestar
Wrocław jest świetny. Byłem naprawdę zdumiony taką głupotą małą, że wystarczy przejechać jakieś 5-10 minut rowerem, aby z centrum miasta z galeriami na każdym kroku przejechać na kompletne przedmieścia. Puste, spokojne i czyste, których jedynym elementem przynależności do "miasta" jest linia tramwajowa. Ten szok dawał wręcz wrażenie pewnego surrealizmu, które ostatecznie objawiło się przy słynnej juz ogólnie wyposażonej w kosmos fontannie (laserowej? świetlnej?). Totalna różnorodność krajobrazów i harmonijne ich dopasowanie tworzy coś specjalnego, co sprawia, że miasto, przestrzeń ma "to coś".
Podobnie intuicyjnie wszechobecny i zaskakujący jest klimat płyty "Gulag Orkestar". Nagle możemy przenieść się w odległe (dodatkowo określone przez Zacha Condona miejsca). "Prenzlaurberg" można określić jako muzykę wschodniej Europy. Tęskne, rozciągnięte chóralne głosy męskie i akordeon jako główny instrument. Lubię myśleć o tym utworze jako o ludowej melodii towarzyszącej lokalnej jakiejś uroczystości typu chrzest/ślub/pogrzeb. Jest tu dostojny, spokojny rytm mający coś z walca. Ci wszyscy brodacze w wielkich wełnianych czapach i kobiety w bogato ustrojonych spódnicach i oni tańczą, a nad wszystkim unosi się ulotny klimat tęsknej zadymy. Niesamowita, bezbłędna stylizacja przenosząca nas w zupełnie inne miejsca na mapie świata.
Half of That zespołu Muchy
Piosnka ta pochodzi z kultowej już chyba epki - dema Much. Świetne zmiany tempa (0:15 s.), genialnie przyspiesza melodia w refrenie, tam też gitara w stylu Radiohead (nie napiszę przecież "arpeggio" ;p) i genialny, charakterystyczny zagubiony chórek Maciejewskiego. Jako, że Muchy byli wtedy jeszcze piękni i młodzi, można zauważyć pewne gówniarstwo jeszcze w tej piosence. Ok, przesadzam z tym określeniem - punkt widzenia nastolatka. Na związek np. - mimo iż w tekście stoi jak byk "so you gone away", to wokal pędzi z zabójczą szybkością, zdaje się uciekać wręcz od tej całej odpowiedzialności i od uczuć też. Wspomniany chórek głównego wioślarza może symbolizować jakieś wyrzuty sumienia czy coś takie smutne uczucia przedstawiane przez podmiot liryczny. W ogóle w tym naciąganym kontekście bardzo fajnie wypada outro, należące do Maciejewskiego, a podły, nieczuły wokalista kaszle, mamy nadzieję, że się krztusi lub nawet dusi.
Golden Skans z płyty Klaxons - Myths of the Near Future
Kolejny niedoceniony przeze mnie zespół z Ołpenera. Chyba jednak musiałem wmówić sobie to, że Festival Hainekena jest zły i drogi, aby bez większego żalu słuchać relacji stamtąd w Trójce. Kolejnym zabawnym aspektem wyparcia/poznania wreszcie Klaxonsów było to, że "Golden Skans" znalazłem na składance/liście wszech czasów New Musical Express, które jak wiadomo, promuje śmieszne zespoliki z Wysp jako mesjaszy/stworzycieli danego gatunku w muzyce. Nie wiem, jaśli nimi gardzę, nie powinno mnie to obchodzić, ale...
Golden Skans zaczyna się naprawdę wspaniale melodyjnie, Od mruczanego intra perkusja po prostu pędzi, a jej rytm jest świetnie zaakcentowany przez stare, dobre akordy pianina na na syntezatorze (bo na czym). Jak w każdym dobrym singlu, zwrotka stanowi jedynie rozgrzewkę przed ultraprzebojowym, skandowanym (na dwa aż głosy!) refren, w którym linia melodyczna naprawdę szczelnie zapełnia takty muzyki. Nawet ciekawe, nie-czyste wejścia gitary są tylko ozdobnikiem, zaakcentowaniem rytmu do którego się powinno skakać, najlepiej.
W ostatnim tygodniu sierpnia (ech...) naprawdę zwariowałem na punkcie tej piosenki, nauczyłem się nawet podśpiewywać ten zawiły i wspaniale-angielsko-łączący się tekst w refrenie. Klasyczna naiwność i młodzieńcza przekora w wersie "you can forget our future plans" może być elementem tragicznym. Klimat ten fatalistyczny i nie-wesoły można przyrównać do pożegnania wakacji, więc można sobie dopisać, że żegnałem lato bujając się w rytm niespokojnej perkusji o czymś złotym.