background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frytka OFF Festiwal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frytka OFF Festiwal. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 czerwca 2012

Pierwsza dama polskiego nieżalu

#autopropsy
L.stadt, Julia Marcell i Bon Iver na Main Stejdżu Ołpenera, Iza Lach ma oryginalną piosenkę z tym słynnym Snoop Dogiem oraz została uznana za autorkę 138. polskiej piosenki wszechczasów, Vermones rozwijają się na solidnej EPce, a Janek Samołyk zdobył dzisiaj Olimp Polskiej Muzyki (czyt. Opole hehe). Nieskromnie przyznam, że lubię mieć rację i te godziny, miesiące, lata odsłuchów kolejnych mp-trójek usprawiedliwiają mnie do wydawania czasem jakiś osądów. Ale za największe osiągnięcie mojego wydatnego skądinąd nosa ("atrybut intuicji") uważam błyskawiczne zakochanie się w nowej Brodce dwa lata temu. Ciągle pamiętam jak z zapartym tchem czekałem na LP Trójki,. gdzie premierowany był pierwszy singiel z Grandy. Szybko okazało się, że było na co czekać. W pięciu smakach faktycznie spowodowało niemałą rewolucję nie tylko dla ówczesnej laureatki Idola, ale zatrzęsło światkiem muzycznym od Polsatu do nieżalu.
Oczywiście nie było to dla mnie żadnym większym zaskoczeniem, znam bowiem składniki tego olśniewającego sukcesu. Tak więc: prezentuję (uwaga, banał w tytule).

KARIERA BRODKI W PIĘCIU SMAKACH



1. Muzyka 
Wydana w 2010 roku Granda cały czas pozostaje najświeższą i najfaniejszą polską płytą ostatnich lat kilku. Pani Monika nadała polskiemu słowu "pop" artystyczne i ekscytujące znaczenie. Krążek wypełniony jest muzyką śmieszną (Ścieżka Nr. 1.), figlarną (2.), taneczną, (3.) seksowną (4.), góralską (5.), wykręconą (6.), elektroniczną (7.), nieoczywistą (8.), nawiązującą do legend naszej muzyki (9.), podskórną (10.) czy wreszcie międzynarodową (11.). To po prostu świetna płyta z prawdziwie porywającymi piosenkami i cała kolorowa  pstrokata.

 

2.  Współtwórcy
Nosowska ma Macuka,a Brodce w kompozycjach pomaga Bartosz Dziedzic, który jest też odpowiedzialny za produkcję całej płyty. Jest ona - produkcja - kluczowa dla całego wydawnictwa, bo właśnie stworzona przez nią energia napędza wszystko i decyduje o oryginalności stylu Grandy. Dziwności w muzyce jest cała masa, dodatkowo nadano temu organiczny, folkowy sznyt.
Ogromnie ważną sprawą w tym kontekście są też oczywiście teksty piosenek, co ważne - napisane po polsku, a nawet staropolsku. Takie określenia jak porachuję kości, cni mi się do niego, czy tytułowa balanga to esencja nowego stylu brodki. Wprowadzić takie wartości w "czasy hipsterskie" mogli prawdziwi specjaliści jak Budyń z Pogodna i Radek Łukasiewicz z zespołu Pustki. Razem z Moniką stworzyli prawdziwy dream team młodej polskiej alternatywy, lepiej sam bym ich nie zebrał.
Spektakularnym symbolem tych artystycznych znajomości jest niewątpliwie słynny już teledysk do Krzyżówki Dnia, który współtworzyła doborowa grupa warszawskich twórców wizualnych. Nie wiem dokładnie kto jest tam kim, ale efekt robi wrażenie pio-ru-nu-jące.


3. Koncerty
Niezwykle chwalebne jest to, że Brodka przywiązuje tak dużą wagę do swoich występów na żywo i dba o ich profesjonalną całościową oprawę. Nie ma chyba w Polsce drugiego artysty/zespołu, który za cel miałby stworzenie prawdziwego widowiska na scenie (Doda to ina liga roz(g)rywkowa ). Normalnością na jej koncertach jest deszcz tak bardzo dużej ilości confetti, a wszyscy muzycy także są schludnie odziani w fikuśne muszki czy inne imprezowe atrybuty. Skład koncertowy tez jest należycie rozbudowany, dla przykładu Brodka zabiera w trasę aż dwóch gitarzystów, co nie jest konieczne i specjalnie słyszalne, ale świadczy o dbałości o aranżacje. Oni zresztą tam na scenie też bawią się świetnie - takie obrazki jak "granie w kółeczku" w 3:25 filmiku na górze są budujące i sympatyczne. Ten luz i swoboda pozwala później na eksperymentowanie z dramaturgią "przedstawienia" , wykorzystanie dziwnych strunowców, czy zaskakujące/intrygujące covery.
Osobiście bawiłem się na koncercie Brodki w Krakowie i mogę zaświadczyć, że był to jeden z lepszych gigów w jakich miałem przyjemność uczestniczyć heh :)

4. Trendy
Nie chodzi mi bynajmniej o przedstawiony kolumnę wyżej festiwal telewizyjny, ale o tytuł tego posta. Faktem jest, że Brodkę kochają obecnie wszyscy i jest jej najbardziej cool piosenkarką w Polsce. Ogromna w tym zasługa samej jej, która deklaruje, że chce realizować się na wielu poza-muzycznych też dziedzinach i dba o swój wizerunek z każdych stron. Moda, stroje, fotografie, teledyski są tak samo ważne jak tworzona przez nią muzyka, co jet podejściem niespotykanym w naszym kraju. Jest to jednak słusznie doceniane zewsząd. Możemy chyba mówić o pewnym fenomenie, bo "grupa docelowa" Brodki jest ogromna - od bywalców sylwestra we Wrocławiu, przez czytelniczki "Glamour" i "Vivy" które pamiętają ją z piosenek Piaska (ja dalej bardzo je lubię) do miłośników alternatywy i krakowskich hipsterów z zaciekawieniem czekających na jej wysublimowane teledyski. Przekleństwo "Idola" pozwoliło pani Monice na dotarcie do szerokiego audytorium, wymogło tak gwałtowne zmiany, spowodowało u słuchaczy radia zet naukę tych wszystkich wysublimowanych inspiracji (kiedyś zrobiłem ich listę) które mogła zaprezentować z takim dużym rozmachem. Serce rośnie, gdy taka płyta jak Granda tak długo trzyma się w czubie list sprzedaży i nagle wszyscy stają się fanami dobrego popu.


  5. Monika
Najważniejsze zostawiłem sobie na koniec. Pozwolę sobie zacytować M. Słomkę ze screenagers.pl : "Monika Brodka, laureatka „Idola”, oszukała to smętne przeznaczenie dwukrotnie. Najpierw swoimi poprawnie skrojonymi popowymi radiówkami połączyła wszystkie matki i córki tego kraju we wspólnym uniesieniu na samochodowych trasach dom-szkoła-supermarket. Następnie, zmieniając repertuar i stawiając całą swoją karierę na szali, kupiła sobie uznanie audytorium skupionego wokół muzyki niezależnej." Oszukała przeznaczenie, znaczące. Pomyślcie ile ona musiała walczyć z papparazzami, a później heroicznie bronić swojego nowego wizerunku i tłumaczyć jak krowie na rowie, że chciała zrobić coś swojego, bo przecież może, ma swoje zainteresowania. Do tej pory odpowiada na pytania o dojrzałość czy o mityczny moment zostania "artystką".
Nawet ja całe życie byłem przekonany, że słowa do utworu Kropki-kreski musiał napisać Radek Łukasiewicz, bo przecież autorem jest genialnym, a tekst jest jednym z moich ulubionych ever.
Niezwykła delikatność wśród płynącego pianina ustanawia nową definicję synestezji opisując ukochaną osobę za pomocą malarskich środków - permanentnym tuszem bądź, w czerwieni do twarzy mi / bez szablonu i bez wzoru, namiętnie i aż do krwi <3 ubóstwiam.
W innym zaraz momencie, tytułowej Grandzie, zalotnie droczy się do jeżdżących basów kusi i onieśmiela tylko po to, aby skrytykować stylówę i wyskakać staropolskie "spierdalaj". Co za charakter w tej dziewczynie...

Myślę, że Monika Brodka zasłużyła w ogóle na jakiś osobny medal, skutkiem jej sukcesu est bowiem stworzenie na "polskim rynku muzycznym" kategorii idealnie pośrodku mainstreamem a alternatywą.
Młoda polska kultura alternatywna doczekała się też być może swojej ikony.

PS. Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, to Brodka jest zaszczytnym headlinerem Frytka OFF Festiwalu 2012, z czego się niezwykle cieszę. 

poniedziałek, 18 lipca 2011

Off w (drugą) Frytkę! Festiwalu dzień drugi.

Pierwszy dzień tu
Relacji z Frytki Off festiwalu część druga. Bo były dwa dni i dwie sceny. To brzmi dumnie.


Kumka Olik : Przyznać się muszę, że z powodu PKSowskiego braku połączenia wsią, nie zdążyłem na ten pierwszy koncert, ochjej! Z daleka coś tam słyszałem, ale tak to nic. Mam nadzieję, że nie odbije się to jakoś na mojej alternatywnej reputacji. Ale pewnie było tak, że dla wielu fanek najważniejsza była nie muzyczna, a wizualna strona chłopaców. W oczu rzuciła mi się koszulka gitarmana z buńczucznym napisem "Haters gonna love this" ,a wokalny Holak chciał być tak oryginalny, że wdział ogromne okulary z złotych ejtisowych oprawkach. Co za oldskull. Co za beznadziejność. Ale ja się nie znam przecież na modzie, bardziej na dziewczynach. Widziałem tam gromadkę, oglądałem sfeet focie z gwiazdorami na fejsie (cały album!) i trochę żalu ukłucia jest, że takie fajne dziewczyny, a z taką Kumką...
Nie chcę już się zamieniać w nudziarza narzekającego na psychologię tłumu fanek, bo trzeba przyznać bez śmiania, że młode gitarowe zespoły są potrzebne i nawet fajne. Nawet The Beatles byli boysbandem.

FRYTKA the best of :
  • stylówa
  • fanki





Pustki : był to koncert, na którzy czekałem najbardziej, bo był na ich poprzednim częstochowskim (w TFP) i było genialnie i cudownie (lovely). I bardzo chciałem ich znów zobaczyć na żywo. Pustki z właściwą sobie bezbłędnością swobodnie mieszały klimaty i wprowadzili od razu swoje charakterystyczne chłodno-akustyczne brzmienie. Dosyć dla mnie zaskakująco sięgnęli głębiej po utwory ze starszych płyt, a przynajmniej mniej było Końca Kryzysu ; za to z DoMiNo było to co najlepsze - zagrało jeszcze lepiej niż na (nieco sterylnej) płycie. Ogromna zasługa w tym Radka Łukasiewiecza, który jako najlepszy polski gitarzysta rytmiczny dosłownie szalał na scenie idealnie wykorzystując efekty i inne sprzężenia. Jego muzyczne przywództwo widać w poniższym świetny Bałaganie. No i sekcja rytmiczna też rządzi, a potencjał zespołu najlepiej pokazali w Słabości chwilowej improwizującej się swobodnie zawirowanym intrem, aby całą świetność pokazać pokazać po 5 minutach w szalonym i bardzo naturalnie rozwiniętym refrenie; jak zawsze na dwa głosy. Niestety ten drugi, ładniejsze głos Basi Wrońskiej nie był tak bardzo zaangażowany i jakaś nieobecna była (może z powodu fizycznej nieobecności większej publiczność. świat nie ma ószu). 
Ale Pustki to Pustki - chociaż tym razem nie był to mały klub, to zachowali jakąś intymność i ichni inteligencki wdzięk. Dworzec PKP położony tuż obok Głównej Sceny też zalazł swoje w tym miejsce i pięknie się to wkomponowało i takie leniwe popołudnie. 
Ok, nie był to niestety występ idealny, bo posypali się trochę akurat w tych dwóch najważniejszych piosenkach - Lugola za wolno i bez werwypasji, a Nie zgubię się w tłumie widocznie jest tak intymne i delikatne, że nie nadaje się na takie przestrzenie. Ale było i się nacieszyłem. Świetny portret z dodatkiem szczerości i serca.

FRYTKA the best of : 
  • Radek Łukasiewicz
  • gitara (Radka Łukasiewicza) foto
  • emocje 
  • najlepszy wykon (Słabość chwilowa)
  • przydworcowy klimat sceny (ładny!)



L.Stadt : tutaj nie spodziewałem się jakiś niesamowitych doznań, może dlatego, że lubię EL.P akurat za perfekcyjne brzmienie, którego tutaj nie dało się osiągnąć. Muzycy tez byli tego chyba świadomi, bo w pewnym momencie Łukasz Lach po prostu odłożył gitarę - nie było jej dobrze słychać, ba tez ledwo co. Ale! mogli z absolutnie spokojnym sumieniem postawić na perkusistów. Od czasu ostatniego (nawiedzonego przeze mnie) koncertu zgrali się wprost idealnie i ich gra była potężna i odpowiednio nieprzewidywalna, czyli zaskakująca i nieszablonowa. W pełni wykorzystują ten atut dwóch bębniarzy, którzy po prostu generują prawdziwie rockandrollowy rym i całe to rdzennie hamerykańskie brzmienie. Lach mógł spokojnie zająć się śpiewaniem i wyczynianem odpowiednio frontrmenowych póz i skoków - pasuje do tej roli naprawdę świetnie, jakby przybył do nas prosto z Usa. 
Było dla mnie miłym zaskoczeniem duża dość ilość zgromadzonych oglądaczo-słuchaczy. Łodzianie walczą o publiczność, wykorzystują swój czas i na pierwszy rzut oka widać było dużą pewność siebie i zaangażowanie zespołu. Udało im się sprostać zdecydowanemu rockowemu brzmieniu - naturalnie zabrzmiał nawet bluesowy cover z Texasu. Fajnie, że pokazali tą zdecydowaną energię i całkiem dobry koncert to był. 

FRYTKA the best of : 
    • okulary (RayBany)
    • hamerykańskość
    • rock'n roll




    Ścianka :  niezwykle ciekaw byłem tego gigu, bo to przcież niezwykle ważny zespoł, któy jest tak alternatywny, że można się było spodziewać wszystkiego. Od razu było słychać, że to prawdziwa legenda polskiej sceny muzycznej - jeśli : u L. Stadt była pewność siebie, to tutaj każdemu dźwiękowi przyświcał konkretny cel, a Maciej Cieślak dokładnie wiedział po co to ma być. Niesamowita charyzma, narzucili własne zasady i diametralnie różnili się na scenie od tych wszystkich młodych kapel. Swoim jakimś wystudiowaniem po prostu je miażdżyli. 
    Nie oczekiwałem, że zrozumiem czy ogarnę ten występ - to nie są proste kawałki. Chodziło bardziej o o to, aby zobaczyć Ich na scenie i otrzeć się o tę wielkość Ścianki. Biorąc pod uwagę, że Maciej Cieślak to Maciej Cieślak (jest tak wybitną osobistością, że może być mrukiem i stać w miejscu przez cały czas na scenie), okrzyki "Piotrek, Piotrek" trochę były jednak naiwne, ale wtedy pokazał się młody bejsmen pożyczony przez Ściankę z grupy Kristen. Michał Biela uchylił nimb mityczności i tajemniczości Ścianki z rozczulającą wręcz nieśmiałością czy niepewnością powiedział do mikrofonu, że "przepraszam, ale ja nie umiem grać Piotrka". Później już na bis zapowiedział, że Smutek i była to jedyna kompozycja, którą zdołałem zrozumieć (wie ktoś, co to było dokładnie?). Nie podejmuję się oceny tego wydarzenia, wystarcza mi, że "widziałem Ściankę". Organizatorzy 'festiwalu kultury alternatywnej' nie mogli wybrać lepiej.

    FRYTKA the best of : 
    • kontakt z publicznością (że nieśmiałość Bieli)
    • legenda
    • charyzma
    • to jest Maciej Cieślak, kapito?



    Lao Che : nie jara mnie Lao Che. Nigdy nie zrozumiem tego całego crossovera i nie podpasuje mi śpiewanie Spiętego, czy teksty. Tak jakoś. Tego wieczora byłem w zdecydowanej mniejszości, bo wszyscy, ale to wszyscy nagle przybyli bardzo tłumnie na koncert. Mimo mojej obojętności muszę przyznać, że koncertowo Lao Che prezentuje się bardzo przyzwoicie i bardzo sprawnie. Bardzo dobre, wyraziste brzmienie (mieli sprzęty na scenie już od początku sceny, nagłośnienie było "pod nich") i umiejętne budowanie szoł. Wszystko dopracowane, dopięte na ostatni guzik i fani mogli szaleć i skakać do woli. I ja tez tam byłem i pogowałem i mogę zaświadczyć o energii wytworzonej na scenie. Utopie-utopie-w potopie świetnie sprawdza się live, a Spięty panuje nad wszystkim. Mogli trochę bardziej dać czadu w refrenie Prąd stały/prąd zmienny ,ale przecież jestem sceptykiem, ale akurat ten kawałek lubię. Dobry, energetyczny i profesjonalny koncert.

    FRYTKA the best of : 
    • publika
    • energia pod sceną
    • nagłośnienie
    • profesjonalizm 
    • pogo
    • chóralne zaśpiewy

    PS. Dowiedziałem się chociaż, że nie lubię Lao za monotonię lekką - leci jakiś motyw, bardzo mądry tekst i małomelodyczny wokal Spiętego. 
    Pozdrowienia dla Pauliny W. ;)


    Krótkim podsumowaniem - naprawdę genialna sprawa z takim festiwalem. Nie mogę nawet pomstować, że zerżnęli nazwę z tego wielkiego rojkowego festiwalu, bo line-up (polski) naprawdę wytrzymywał porównanie (może dlatego, że te zespoły grały na katowickim Offie rok temu? ;p). Naprawdę głupio, że tak mało osób słucha w Częstochowie dobrej muzyki, bo mogło się zebrać być więcej ludu. Ale i tak bardzo fajnie. Miejmy nadzieję, na kontynuację tego festiwalu za rok!

        niedziela, 17 lipca 2011

        KROPKI - KRESKI : Łódź tramwajem


        Pochodząca z miasta Łódź kapela L.Stadt śmieje się z częstochowskiej jednej linii tramwajowej.
        Zdjęcie z fejsbuka z Frytki OFF.

        sobota, 16 lipca 2011

        SP 7" : Robaki, miedziaki, złamany scyzoryk


        Nowy śmieszny dział! SP 7" to rozmiar płyt winylowych z singlami. Będą tutaj opisywane pojedyncze piosenki, EPki, albo teledyski.




        Pustki - Lugola

        Pustki, jeden z najfajniejszych polskich zespołów były jedną z gwiazd OFF Frytka Festiwal i naprawdę warto było iść na ich sobotni koncert (w planach było tutaj stworzenie na stronce jakiegoś wielkiego przeglądu zacego przcież line-up'a częsochowskiego festiwalu, ale... miałem to zrobić gdzie indziej i w ogóle aaah)

        Tytułowa "Lugola" to płyn jaki każdy Polak musiał zażyć po katastrofie w Czarnobylu w 1986r. Osoba śpiewająca wspomina swoje dzieciństwo w "tamtych czasach" tzw. komuny, czego nie mogę skomentować, ale ludzie dzwonili do Trójki, że ich wzrusza. Nie ma co się dziwić, gdyż tekst jest świetny i w niezwykle subtelny sposób przywołuje pojedyncze, fragmenttaryczne wspomnienia. "Rozbiłam kolano, mam bliznę po huśtawce" - nie trzeba skomplikowanch relacji Lennego Valentino, żeby rozczulić dzieciństwem, tak po prostu.

        Muzycznie zaczynamy w klimacie retro klasycznymi klawiszami, ale już perkusja mogłaby być wyjęta z jakiegoś transowego Radiohead chociażby. Basia Wrońska także kapitalnie wprowadza jakby dwie płaszczyzny czasowe piosenki - w zwrotce wokal wrzeczy jak smarkacz(ka) by w refrenie smutnie i wspominkowo zwolnić.
        Zawsze lubiłem też korzystające z efektów gitarowych brzmienie gitary Radka Łukasiewicza, jak tam charszczy w tle. A on sam gwiżdże.

        Miejmy nadzieję, ze to tylko zapowiedź dużej płyty. Pustki bardzo ładnie rozwijaja się muzycznie, a do tego w niezwykle zwyczajny sposób podejmują zawsze trudny temat dorastania.
        Bardzo urokliwa migawka z przeszłości.
        Tu dum, ts.

        piątek, 15 lipca 2011

        Off, w Frytkę! Festiwal, dzień pierwszy.

        Czerwcowy Frytka OFF Festiwal był tak najlepszą częstochowską imprezą kulturalną, że trzeba o nim koniecznie wspomnieć  i  opisać i upamiętnić tutaj (nawet taki miesiąc po). Już sam pomysł, aby naprawić, ocieplić, czy zmienić wizerunek jakiegoś miejsca w tzw. "przestrzeni publicznej" jest naprawdę światowy. Chociaż początkowo lokalizacja na słynnej Alei Frytkowej (ul. Piłsudskiego) wydawała się zastanawiająca ("gdzie oni postawią te sceny?" tak, były dwie sceny). to trzeba przyznać,, że sprawdziła się bardzo zgrabnie, a Konduktorownia (ok, nie wiem co to jest za bardzo) jako instytucja kulury bardzo ładnie znajdowała się w centrum tego wszystkiego. Wielkie gratulacje organizatorom za ogarnięcie tego przestrzennie - w tej kategorii Frytka sprawdziła się już na początku.

        Chociaż był to "festiwal kultury alternatywnej" w ogóle i były nawet jakieś teatry, to ja planowałem spędzić te dwa dni tylko między scenami  z muzyką. Jak zobaczyłem pierwsze ogłoszone gwiazdy (początkowo dwie i myślałem, że to będzie wszystko muzycznie) - Ściankę i L.Stadt, wpadłem w radosną podjarkę, Zaś cały, pełny line-up stanowił dla mnie prawdziwy szok. Wszystkim rozkazywałem tam być i nie mogłem do końca uwierzyć w epickość takiego przedsięwzięcia na takiej niedalekiej ode mnie wsi. (last.fm ocenił mi zgodność zespołów z moim "muzycznym gustem na jakieś 81 %). A to wszystko za darmo.
                       Byłem na większości koncertów, starałem się, ciągałem znajomych, żeby zdążyć na występy, biegałem, wychodziłem z osiemnastki i wreszcie oglądałem nawet sam koncerty. Ale teraz mogę zdać w miarę kompletną relację, co też chcę zrobić. Aby urozmaicić nieciekawe opisy ciekawych gigów, wprowadziłem coś w rodzaju "Frytka Award" zaznaczając w czym dany zespół był najfajniejszy i najlepszy. Bo to dobry line-up był.


        Öszibarack
        : zaczęło się trochę drętwno-śmiesznym dla mnie akcentem (bo że "Barack" w nazwie, hehe). Zespołu samego wcześniej nie znałem, kojarzyłem tylko, ze elektronika, co też w sumie było widać w instrumentalium. Jak na electro przystało, próbowali wprowadzać taneczno-transową atmosferę długimi wstępami sekcji rytmicznej oraz jakimiś tam dymami. Ale nie udało im się porwać publiki - może dlatego, że są nieznani, może dlatego, że występowali na samym początku i było wcześnie, może to z powodu nieinteresującej się jeszcze publiczności. Jak dla mnie, przesadzili sobie z tym "budowaniem klimatu" i jak już już było fajnie i na 10% mocy, to piosenka się już kończyła... Pani śpiewająca nie okazała się tak ciekawa, ale plus dla białogłowego gitarzysty, który szalał, skakał po stołkach, obsługiwał świecące gadżety i wymachiwał ręcoma przed bajeranckim thereminem.

        FRYTKA the best of :
        • najlepsze przebranie (wokalistki z początku) 
        • najlepsze machanie ręcoma


        Bajzel : powszechnie wiadomo, że w dobrym zespole każdy członek powinien być fajnym, oryginalnym, jakimś kimś. Bajzel ma osobowość tak ciekawą, że wystarczyłaby na cały zespół. Muzycznie także radzi sobie w pojedynkę. Dosłownie. W swojej konsolecie ma wszystkie potrzebne rytmy, podkłady i efekty, dlatego też zupełnie wystarcza na scenie tylko on sam. Muzycznie doznaniowo słuchowo gra ppełny skład i w ogóle Bajzel to jakiś rakieton energii. Można by pomyśleć, że potraktowano go źle i lekceważąco, bo zagrał 3 krótkie sety pomiędzy rozstawiającymi się w namiocie zespołami. Dało to coś bezcennego na festiwalach - płynność występów, ale niesamowite było przede wszystkim to, jak ten Piotrek bezczelnie "kupił" sobie publiczność. Na poczatku musiał odnosić się do swojego śmiesznego poczucia humoru (odnotowano pierwsze nawiązanie do nieopodalekiego Dworca PKP), później tłum pod barierkami był coraz większy, wszyscy nagle zaczęli go wołać i nikt nie zauważył, że w ostatnim wejściu coś mu się podobno zepsuło. Skandowane Wsioryba, Maniana tak szybka, że zagrał aż dwa razy i miotające, punkowo proste Frustrated. Zresztą to było właśnie mocą tego gigu, proste może (no, brak improwizacji z pudełka, wiadomo), ale bardzo energetyczne granie. No i Bajzel będący klasą dla samego siebie i z iście TheEdżowską precyzją obsługujący butami te wszystkie efekty. Nie wiem, czy mogę nazwać to "koncertem" ale świetnie się zaprezentował i przekonał o swojej wartości.

        FRYTKA the best of :
        •  zwierzę sceniczne
        •  najlepsze efekty (gitarowe)
        • najlepszy szołmen



        Pink Freud : Nastawiłem się na ten koncert nie znając w zasadzie tego bandu i nie słuchałem nawet ich Offensywy De Luxe. Coś tam kojarzyłem, że jazz, taki bardzo fajny podobno i zakręcony. Pierwsze doznania wzrokowe zaskakujące - Maci (Apple of corz, biedaki) i to, ze cała czwórka (bas+dęciaki+perkusja) posiadała na sobie tiszery z nadrukami tzw. "legend rocka" np. Kiss (pozdro 4 Mikołaj) i tak też byli przez siebie przedstawiani. Usprawiedliwiło się to w zupełności, bo energia byłatak dosadna jak na koncercie z gitarami. Po nieco drętwym, strasburgerowskim dowcipasie lokalnym Wojtek Mazolewski przeistoczył się w prawdziwego frontmena machającego basem z tym całym rockowym magnetyzmem i całkowitym panowaniem nad fajnością szoł. Jeśli ktoś myślał, że jazz jest dla staruszków, to raczej nie wie co to "big band". Zgodnie ze starą zasadę, że wartość jazzmanów poznaje się na żywo, Pink Freud są świetni, każdy z osobna. Oczywiście nie znam żadnego utworu jaki tam grali, ale była to godzina żywiołowego, soczystego jazzu. Z miejsca porwali publiczność wytwarzając nawet tak intymny, klubowy klimat, że w utworze Polański zastosowali prawdziwy trans o posępnym, dusznym feelingu (to raczej Komeda powinien być). Ja odpłynąłem i naprawdę ogromnym osiągnięciem było spowodowanie tego na takim festiwalu. 
        Triumfalnie wkroczyli  na bis (jakiś motyw "dla dzieci' wie ktoś coś?) całą mocą dęciaków, a na sam koniec Mazolwski i spółka oprócz świetnych umiejętności muzycznych znów stworzyli prawdziwą fabułę występu, kładąc się spąć na scenie podczas solówki perkusyjnej. Działo się.
        Absolutnie genialny koncert, jeśli to coś znaczy, to jeden z najlepszych na których byłem w ogóle. Umiejętności i pewność siebie w przełamywaniu muzycznych scgematów plus charyzma lidera i świadome budowanie dramaturgii - to wszystko dało nam szoł kompletny.

        FRYTKA the best of :
        • najlepszy koncert
        • bejsmen 
        • frontmen
        • trans
        • klimat
        • dęciaki
        • tiszertsy




          Tymon & The Transistors - jedyny szerzej znany headliner w pierwszym dniu festiwalu.  Cóż, przygotowałem się tylko i ich ostatniej płyty Bigos heart i przyszliśmy połowie, więc nic z tamtejszej płyty nie usłyszałem. Tymon to jednak Tymon i jego postać i cały ten Tymon jest doskonale znany jako jeden z większych Tymonów na polskiej scenie muzycznej. Może to przez jego konserwatywność rockowych ideałów i pogo, w którym, z przyczyn bagażowo-technicznych nie brałem za bardzo udział, ale zupełnie występ mną nie ruszył jakoś specjalnie. Inna sprawa, że być może jestem już tak alternatywny, że jakieś mocniejsze gitary już mnie drażnią? ;p Moje wrażliwe na melodię ucho nie wychwyciło więc wyrafinowanych figur harmonicznych. Ot, takie tam granie. Tymon mógłby też pasjonująco opowiedzieć jakąś anegdotkę, ograniczył się jednak do aluzji do życia publicznego w piosence o Watykanie. Byłem na ołpenerze, to nie jest muzyka dla mnie, nie będę oceniać, ale oryginalnością nie grzeszyło.
          A w ogóle Tymon pozbył się burzy włosów na głowie i może dzieli nas zbyt duża przepaść wiekowa?

          FRYTKA the best of :
          • obrońcy hardkoru
          • oldschoolowy sprzęt (klawisz!)





          Pierwszy dzień przebiegł powyżej oczekiwań, zabili mnie Pink Freud i polubiłem bardzo Bajzla. Nie pofatygowaliśmy się na częstochowskie Elephant Stone, które podobno zagrali fajnie i pojawił się nawet na scenie w featuringu sam Bajzel. Szkoda no, ale jest na tubie.


          czwartek, 9 czerwca 2011

          Surferzy na frytkach

          Wpis przedpremierowy



          L.Stadt - El. P

          Kiedyś twierdziłem, że L. Stadt to tylko kolejny rockband grający tylko po prostu fajne kawałki i mający nie wiem po co aż dwóch bębniarzy. Kiedyś twierdziłem, że znudzą mi się po jakiś dwóch tygodniach i och, jakie to nieodkrywcze. Kiedyś twierdziłem nawet, że też tak umiem grać na gitarze i to przejście w "Stop" z self-titleda musiało im wyjść przypadkowo, bo to się nie da tak po prostu tak świetnie.

          Byłem na ich koncercie, fajny, ściągnąłem płykę, fajna. Pół roku później też. Być może powątpiewanie wiąże się z griźną ślepą wiarą w blogosferę, na której było o nich zastanawiająco cicho. Cos w tym jest, bo to nie jest raczej polska płyta. Nie uświadczysz tu juz żadnych polskich tekstów, a korzeni należy szukać w rdzennym hamerykańskim rockandrollu. Kluczową postacią jest tutaj producent z USA, Mikael Count (współpracował podobno z Radiohead i New Order) u którego nagrywali El. P . To była genialna decyzja, bo jest to najlepiej brzmmiąca polska płyta od dawna. Wszędobylski Marcin Bors jest "tylko" Polakiem. Wszystkie gitary i wszystkie bębny słychać lepiej niż świetnie, a słowem jakim się z tym brzmieniem kojarzy jest "soczyste".

          Zaczynając od perkusyjnej zawieruchy i najbardziej czadowych klawiszy w drugiej zwrotce 'Death of a surfer girl' gdzie od razu mamy unikalny retro-klimat, dzieje się na krążku bardzo, bardzo dużo.

          Co tam na płycie - już 'Fashion Freak' składa się z jakiś 5 różnych części, gdzie po suchych bębnach u pianinie wchodzą nagle jakieś latynoskie taneczne rytmy podcinane jescze rytmiczną gitarą. Dwaj perkusiści w składzie dają jednak różnicę, bo swoboda z jaką bawią się rytmem jest obłędna. A na odtwarzaczu mamy dopiero jedną minutę - takieh różnorodności nie było u nas od 'Terroromansu'.

          Sekcja rytmiczna dzieli i rządzi, co słychać w 'Ciggies' gdzie fantastyczny bas ściga się z chwytliwym riffem gitary elektrycznej. O ile 'Smooth' jest bardziej konkretnym i klimatycznym echem pierwszej płyty to już 'Charmin/Lola' pokazuje zuchwałe oblicze wokalisty Łukasza Lacha, a podbijająca linia basu zmusza do jakiegoś tańca. Techniczna maestrie prezentuje pan Count w 'Puppet's song No. 1' ,który jeśli chodzi o ballady jest ich powolnie rozwijającym się odpowiednikiem 'Londynu'. Czy smutniejszym - chyba tutaj nie da się tak wczuć, wzruszyć, klimat (budowany genialnie chórkami i delikatnym backing vocalem) jest dosłownie kosmiczny i odrelniony.
          Producent potwierdza "mistrza drugiego planu" króciutkim samplem zaczynającym 'Mumms Attack, który kieruje nas prosto w stylistykę kultowych kiczowatych horrorów klasy B. A wyjście z szaloych klawiszy refrenu do "bitego" gitarowego rytmu to mistrzostwo świata.
          'Sun' jest po prostu pełny od różnych wstawek, sampli i sztuczek. Są one ednak potrzebne, bo ożywiają tę zbyt leniwą melodię. Ostatni 'Jeff' potwierdza tylko światowy poziom całości, a gitara zaciąga końcówki taktów i buja potwierdzając wielką klasę i niewątpliwy feeling w budowaniu napięcia.
          Nie pisałem wiele o wokalu wokalisty, nie będę odnosił do pojawiających się porównań do wielkiego Damona Albarna, ale swoją robotę odgrywa znakomicie. Płynie przechodzi z niższych rejestrów nawet to falsetu (jak w zakończeniu właśnie). Słychać duży luz w wykonach i umiejętność pokazywania, budowania różnych emocji. Fajnie po prostu.

          Troszkę niespodziewanie można nazwać 'El.P' jedną z najlpeszych polskich płyt ostatniego roku. Nie ma na niej może innowacji czy eksperymentów, ale piosenki prowadzone są bezbłędniem, a brzmienie wprowadza zespół z Łodzi na poziom prawdziwie światowy. Bardzo mocna płyta pełna świetnych pomysłów i zdecydowanej energii.



          PS. Czekałem z publikacja tej recenzji na uruchomienie innej "platformy", ale pewnej osobie się nie chce i nie jest ona jeszcze gotowa. A bardzo chciałem wkleić to szybko, bo koncert L.Stadt na OFF Frytce Fest w Częstochowie jest już w sobotę i trzeba to promować i pokazywać, że warto.
          A dlatego jest to przedpremiera, bo przygotowywujemy z Mikołajem bardzo poważny projekt i mam nadzieję, że już niedługo uda się go uruchomić.