background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciężkie książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciężkie książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 grudnia 2018

I'll be there for you



I'll Be There For You. The One about Friends (2018)
Kelsey Miller

Jak co roku w święta, będąc u babci oglądaliśmy z kuzynami kilka odcinków Przyjaciół. Przy okazji przeczytałem też I’ll be there for you - książkę Keisey Miller o tym kultowym serialu i pomyślałem sobie o (tak myślę) dwóch istotnych źródłach jego sukcesu.

środa, 24 stycznia 2018

This place got everything


Live From New York: The Complete, Uncensored History of Saturday Night Live as Told by Its Stars, Writers, and Guests (2015)
Tom Shales, James A. Miller

W jaki sposób opisać historię Saturday Night Live? Na to pytanie musieli odpowiedzieć sobie Tom Shales i James A. Miller pracując nad książką o legendarnym programie komediowym. Doszli do słusznego wniosku, że jeśli mamy do czynienia z najzabawniejszymi ludźmi w historii telewizji, najlepiej oddać głos samym aktorom. Ich Live From New York: The Complete, Uncensored History of Saturday Night Live as Told by Its Stars, Writers, and Guests zgodnie uznawane za najlepszą

wtorek, 16 stycznia 2018

Opinie w kolumnach


Pismo. Magazyn Opinii (1/2018)

Czy Pismo to polski The New Yorker?

Może nie „jak najbardziej”, ale powiedziałbym że „jak najbliżej” mu do tego legendarnego magazynu.

piątek, 12 stycznia 2018

Transformacja na wideo



Olga Drenda
Duchologia polska.
Rzeczy i ludzie w latach transformacji (2016)

Przy omawianiu listy Stu Sztosów w Akademickim Radiu Luz dwóch prowadzących opisywało utwór w dość tajemniczy sposób: "nawiązywał do lat 60tych i 70tych" i "było to dawno", oraz "byłem na koncercie jako dziecko". Piosenką z przeszłości okazało się wydane w 2003 roku Spadaj

czwartek, 14 stycznia 2016

Duży spryciarz

The Big Short (2016)
reż. Adam McKay


Joseph Cambell, wybitny antropolog i religioznawca, który miał swój wkład w sukces Gwiezdnych Wojen, w swoich badaniach nad strukturami mitycznymi wspólnymi dla wszystkich kultur wyróżnił pojęcie "trickstera". Jest to "sprytny zwierzak, lub ptak; kradnie ogień i przekazuje go całej sztafecie ptaków lub zwierząt biegnących za nim". Korzystając ze sprytu i niewielokich rozmiarów trickster zdobywa od wielkich jego świata rzecz potrzebną do usprawniania egzystencji swoich ziomków. Takimi tricksterami można nazwać bohaterów reporterskich książek Michaela Lewisa - Moneyball i The Big Short. Obie zostały zekranizowane - pierwsza z nich opowiada o menedżerze baseballowym (w tej roli Brad Pitt), który wykorzystując analizę statystyczną, nieufność do tradycyjną zasad rynku i matematyczną arogancję innych drużyn kupuje za niewielkie pieniądze świetnych zawodników. Podtytuł książki to Nieczysta gra, bo wszystko kręci się wokół pieniędzy - drużyna Billy'ego Bane'a jako biedna musi liczyć na potknięcia decyzyjne większych firm. Które są na szczęście zaślepione bogactwem gardzą wiedzą i przestają kierować się racjonalnymi przesłankami.

Motyw ten powraca w The Big Short, filmie który można oglądać teraz w kinach. Grupa mniejszych inwestorów zauważa nie tyle lukę, a wielką dziurę w rynku nieruchomości USA; postanawiają więc wykorzystać niewydolność systemu, aby zarobić na jego nieuchronnym upadku. Tak samo jak menedżer z Moneyballa, nie mogą uwierzyć, że to co dla nich jest logiczną oczywistością, uchodzi uwadze całemu światu bankowemu. "To gorzej niż zbrodnia, to błąd". Grube ryby i wielkie organizacje okazują się głupcami, dosłownie krótkowzrocznymi (świetny rekwizyt w filmie!), bo myślą tylko o następnej premii, o następnym przekręcie. Zadufanymi w sobie kretynami pewnymi, że hossa będzie trwać wiecznie.




Bardzo nie lubię Wilka z Wall Street, jeden z najgorszych filmów, na który straciłem pieniądze (w końcu o tym opowiada, hehs). Niekończący się pochód głośnych imprez, narkotyków i pijackich zabaw. Od samego początku wiemy, że główny bohater jest chciwym oszustem, dlaczego więc ciągnie się to aż 3 godziny? W jego charakterze nic się nie zmienia, cały czas jest tak samo irytujący, a ja jakoś i tak nie mogę uwierzyć Leo DiCaprio. The Big Short pokazuje, że wystarczy szybki montaż i uzasadnione wkurwienie aby skutecznie pokazać chciwość sektora bankowego. Po zwiastunie i gwiazdorskiej obsadzie spodziewałem się formalnej powtórki z (też świetnego) American Hustle - filmu napędzanego dynamizmem postaci. Big Short jest zabawny i szybki, ale dochodzi do tego metodami ustawionymi dokładnie w odwrotnej kolejności. Komizm postaci opiera się na niemal złowieszczym spokoju i powolnej, miejscami teatralnej ekspozycji. Genialny jest w swojej psychopatycznej oszczędności Christian Bale, który trochę przejął pozę napuszonego gbura Steve'a Carrela z Foxcatchera. On też tam jest, wdzięcznie wydzierając się w Big Shoucie, też oscarowo. Charaktery są świetnie przedstawione, nie przeszarżowane, intencje każdego z nich starannie wytłumaczone, podczas gdy wstawki montażowe to wspaniałe, rozbudowane formalnie szaleństwa. I dokładnie takie ma być, musi być efekciarsko, bo właśnie na tym polega kłamstwo rynków finansowych - sprzedają nie kredyty, ale piękne obrazki, muszą nas omamić błyszczącą konsumpcją aby odwrócić uwagę od rat i zepsutych mechanizmów finansowych.

Najmocniejszą stroną The Big Short jest bezbłędny montaż, wprowadzający doskonałą harmonię elementów filmu, sam w sobie grający ogromną rolę w kompozycji historii. Z jednej stronie absurdalni celebryci i pieski z internetu (razem z odpowiednio dobranymi piosenkami!) wprowadzają atmosferę karnawału wydawania, pusty śmiech komediowy, który siłą rzeczy musi przykryć poważne analizy gospodarcze. Ale zalew gagów tamują przekleństwa Steve'a Carella wołającego na betonowej dżunglji o odrobinę sprawiedliwości. W pewnym momencie ubawieni zastanawiamy się skąd ten grobowy ton, "why so serious"? Dramat spokojnie dogrywa koniec świata, abyśmy zdążyli się ocknąć i zobaczyć, że - oprócz bohaterów filmu - na kryzysie straciliśmy absolutnie wszyscy.


PS. Jeśli chodzi o Moneyball, to dobrze że udało mi się przeczytać książkę, bo scenariusz adaptowany Aarona Sorkina skupia się bardziej na osobistej historii głównego bohatera, oscarowo zmęczonego Brada Pitta. Który powinien dostać tą złotą nagrodę, ale i tak polecam film i papierowy pierwowzór #ciężkieksiążki. 

czwartek, 19 listopada 2015

CIĘŻKIE KSIĄŻKI: Jak czytać piosenki?


Virginia Woolf - Eseje wybrane (2015)
Przekład: Magda Heydel
Wydawnictwo Karakter


Zatem tworzymy nastrój, głęboki i uogólniony, nieświadom szczegółów, ale podkreślany pewnym miarowym, powtarzalnym rytmem, którego naturalnym wyrazem jest muzyka; i to właśnie jest moment na słuchanie muzyki… kiedy jesteśmy niemal zdolni do jej tworzenia. (...)
Siła uderzeniowa muzyki jest tak wielka i bezpośrednia, że przez moment nie istnieje żadne inne odczucie, poza odczuciem samej piosenki. Jakież głębie wtedy odwiedzamy – zanurzamy się w nią tak nagle i całkowicie! Nie ma tu nic, czego by można się uchwycić; nie ma niczego, co by nas zatrzymało w locie. Iluzja, jaką tworzy beletrystyka, jest stopniowalna; zostajemy przygotowani na jej efekty; czy jednak, słuchając tych linijek, ktokolwiek zatrzymuje się, by spytać, kto je napisał, albo czy wyczarowuje myśl o domu Donne’a lub sekretarzu Sidneya; kto by wikłał te wersy w zawiłości czasów przeszłych oraz następstwo pokoleń? Muzyk jest zawsze naszym współczesnym. Nasze jestestwo zostaje skoncentrowane i skumulowane, jak przy każdym gwałtownym wstrząsie osobistego przeżycia. To prawda – po chwili wrażenie zaczyna zataczać w umyśle szersze kręgi; dociera do odleglejszych zmysłów; te zaczynają dźwięczeć i odpowiadać, a my uświadamiamy sobie ich echa i odbicia. Intensywność muzyki obejmuje ogromny zakres emocji.
Powyższy cytat pochodzi ze wspaniałego eseju Virginii Woolf Jak czytać książki? Mógłbym przepisać całość dostępnego na Dwutygodniku tekstu, bo z tak porażającym intelektualnie i niezwykle eleganckim tokiem myślenia mamy tu do czynienia. Zgodnie z poradą autorki wolę jednak wejść z nią w polemikę i dać coś od siebie. Bo przytoczony przeze mnie fragment nie mówi wcale o muzyce, ale o poezji; celowo zmieniłem kluczowe słowa. W czasie lektury eseju zauroczony zapałem pani Woolf w czytaniu zadałem sobie pytanie: dlaczego ja właściwie nie czytam więcej liryki? I nagle tą samą przyjemność, o której pisze Virginia rozpoznałem w słuchaniu muzyki. Teksty piosenek nie są już tylko dodatkiem do melodii, bardzo często to słowa przekazują najwięcej treści. Natomiast wspomniana rytmika wiersza jest nawet bardziej rygorystyczna w przypadku piosenek. pewnie się nie znam, ale dla laika różnice pomiędzy wierszem białym, a prozą poetycką, a zwykłą narracją są często niewielkie. A już z całą pewnością - stety, niestety - muzyka ma o wiele większy zasięg niż sama poezja, co widzę jako szansę dla pięknych słów w lyrics śpiewających artystów.

Właśnie w języku angielskim istnieje wyraźny podział na poważną classical music i pop music, ale jestem dziwnie spokojny, że Virginia Woolf nie miałaby nic przeciwko podniesieniu piosenek do rangi Sztuki. Głównym przesłaniem jej eseju jest docenienie przyjemności czytania. Najważniejsza jest demokratyzacja dostępu do książek oraz wywyższenie Zwykłego Czytelnika ponad racje akademickich krytyków. "W sprawach osobistych nic nie jest bowiem bardziej zgubne niż kierowanie się cudzymi upodobaniami". Zresztą, autorka nie mogła wspomnieć o muzyce, bo Jak czytać książki? zostało napisane jeszcze przed II Wojną Światową - czyli przed Beatlesami, Hollywood i całym wybuchem popkultury. Swobodne ocenianie z własnej perspektywy, do czego nieustannie zachęca Woolf oznacza także własną perspektywę czasową - jestem pewny, ze Virginia odnalazłaby "demona przyjemności" także w gitarowych przebojach Twist and shout.

Jeśli chodzi o angielskie pisarki, które są jednocześnie atrakcyjnymi eseistkami (dwuznaczność jak najbardziej celowa), to współczesną odpowiedzią na eseje Virginii Woolf jest tom Jak zmieniałam zdanie Zadie Smith. Nie jestem pewien na ile to kwestia redakcji, ale nawet układ tekstów jest zebrany w takie same kategorie w obu książkach: czytanie - pisanie - patrzenie - podróżowanie - życiopisanie. Obie kobiety są ciekawe swoich czasów i chętnie angażujące się w nurt zwykłego życia czerpiąc bezwstydną przyjemność z doznawania dzieł literatury.

Ale, ale – kto czyta po to, by realizować cele, choćby najszczytniejsze? Czy nie ma takich zatrudnień, którym oddajemy się tylko dlatego, że są dobre same w sobie, i takich przyjemności, które same w sobie są ostateczne? I czy czytanie przypadkiem do nich nie należy?

czwartek, 29 maja 2014

CIĘŻKIE KSIĄŻKI : One minute they arrive - next you know they gone

Paul Auster - Sunset Park (2012)


Dojrzewanie młodych Amerykanów w czasach kryzysu
Czy na pewno młodych? Załoga squatu przy tutułowym Sunset Park zbliża się już do 30-stki, a wciąż - że tak powiem po polsku - niczego się nie dorobili.
 Tamtego pierwszego popołudnia, gdy się spotkali, zarzucił ją swoimi jak zawsze przyjacielskimi, nietaktownymi pytaniami i wkrótce wiedziałm, że wciąż nie wyszła za mąż, że jej rodzice przeszli na emeryturę i osiedlili się w jakimś nadmorskim mieście w Karolinie Północnej, a jej siostra właśnie urodziła bliźniaki.
Rzecz dzieje się w traumatycznym ekonomicznie amerykańskim roku 2008 i zdaje się, że to kryzys wytrącił z rąk bohaterów wszystkie cele życiowe. Zajmują opuszczony dom zajęty przez bank, bo z dorywczych "śmieciowych" zajęć nie mogą sobie pozwolić nawet na czynsz. Tkwią w dorastaniu - bardziej studenci niż poważni dorośli ludzie - w stanie zawieszenia, zachwiania wartościowego papierów giełdowych.

Live from New York - It's Sadurday Night Live!
Trzeba przyznać, że taka historia mogła się zdarzyć tylko w Nowym Jorku. Wszyscy kochamy Wielkie Jabłko, więc Auster jest tylko kolejnym twórcą mitologizującym to miasto. Jeśli mu wierzyć - zapełnione przez pasjonatów literatury i sztuki - ba! nawet prestiżowych wydawców tamtejszej bohemy. Ale co ja tam mogę wiedzieć z wysokości Wschodniej Europy (baseball?!). Przyjemnym faktem jest, że w książce kultura odzwierciedla raczej nieciekawą sytuację - pisarze tracą potomków, słynna aktorka (co ciekawe - także ambitno-serialowa) wystawia w teatrze Becketta, a muzyka jest nierytmiczna. Przez cały czas przewija się stary film Najlepsze lata naszego życia, którym autor porównuje dzisiejszy moment historii do wznoszenia się Ameryki po II Wojnie Światowej. Być może jest to znak nadziei na wyłonienie się nowych form życia społecznego - widocznie bardzo potrzebnych w zbankrutowanej rzeczywistości. 

Wszyscy kochają Milesa
Muszę przyznać, że ja też dałem się uwieść brzmieniu tego imienia. Kojarzy mi się ono ze staromodną angielską elegancją, więc bardziej M. Kane, a nie pomnikowy M. Davis. Główny bohater powieści, wokół którego toczą się losy jego przyjaciół i rodziców "zniknął bez słowa i zerwał wszelkie kontakty z rodziną" (cytując blurb). Jego urok polega na tym, że jako jedyny z obsady świadomie wypisał się z życia.
Ma dwadzieścia osiem lat i jest świadomy braku jakichkolwiek ambicji. Nie przejawia ambicji w związku z żadną konkretną dziedziną ani nie ma pojęcia, co powinien dać z siebie, aby zadbać o bezpieczną przyszłość. (...) Jeśli w ciągu siedmiu i pół roku, które upłynęły, odkąd porzucił college i poszedł własną drogą, udało mu się cokolwiek osiągnąć, to jest to zdolność do życia w teraźniejszości, do ograniczenia się do tu i teraz, i mimo że nie jest to najbardziej chwalebne osiągnięcie, jakie można sobie wyobrazić, wymagało od niego dużej dyscypliny i samokontroli. 
Niby stały za tym tragiczne okoliczności, ale odrzucił zwykłą egzystencję konsumpcjonizmu before it was mainstream. Uciekł przed celem, a może go zgubił. I to on pierwszy zdaje sobie sprawę z linii dzielącej go od dorosłości. Zakochany w niepełnoletniej Kubance zaczyna dostrzegać faktyczną różnicę wieku i ruch kalendarza i swoją wciąż nastoletnią osobowość. 
Notabene, ciekawe że młodziutka Pilar nie otrzymała w narracji możliwości przedstawienia swojego głosu (w przeciwieństwie do pozostałych bohaterów). Jest przedstawicielką następnego pokolenia, którego przyszłość jest wciąż niewiadoma. 





Still I always look up to the sky
Najbardziej poruszająca jest dla mnie jednak opowieść ojca Milesa - Morrisa Hellera w centrum książki. Zamiast młodego zapędu i wątków obowiązkowych seksualnych frustracji pojawia się chłodna mądrość. Samoświadomość widoczna z pewnej odległości. Ten balladowy spokój Chrisa Martina układający wszystko na właściwym miejscu. Żona odchodzi, przybrany syn umiera, następna żona się oddala, a ten pierworodny znika. Pośród tego wszystkiego Morris zachowuje niemal hiobowe zrozumienie.
Grozi mu, że straci żonę. Grozi mu utrata firmy. Jak długo tli się w nim płomień życia, mówi sobie, wspominając to proste, wytarte powiedzenie, które dawno temu przypadło mu do gustu, jak długo tli się w nim najmniejszy płomień, nie pozwoli, by stała się któraś z tych rzeczy.

Bo o tym właśnie jest ta książka - w zmienianiu się nie ma tak naprawdę nic złego. To proces, w którym próbujemy różnych wersji siebie. Możnaby pomyśleć, że samotność rodzica musi być bardziej traumatyczna, ale mimo wszystko opowieść nie traci swojego spokojnego, chciałoby się powiedzieć "życiowego" klimatu. Jego syn jest gdzieś daleko marnując się oderwanym życiem, ale Morris pozwala mu dorosnąć wspaniałomyślnie rezygnując ze wskazującej roli.


PS. "Ciężkie książki" to nowa niby-rubryka, która rozszerza tego bloga na tematy nie tylko muzyczne. Akurat tutaj wrzuciłem sampel z nowego Coldplaya, ale cudownie mi się zapętlał przy czytaniu. Tytułowy ciężar nie odnosi bynajmniej się do zbyt ambitnego stylu prezentowanej literatury. Jest to bardziej wyraz mojego sentymentu do gabarytów tak nieporęcznych rzeczy jak książki, których nie mam zamiaru zamieniać na elektroniczne czytniki z reguły przeznaczone dla mniej wzniosłych rzeczy.