background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ghost Stories. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ghost Stories. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 stycznia 2015

Gwen Stories


Coldplay - Ghost Stories (2014)


Na przestrzeni swojej wieloletniej kariery Coldplay wciąż boryka się z uporczywym pytaniem - czy jest to zespół grający pop, czy może alternatywę? Podobne porównania nie są rzecz jasna najbardziej rozsądne, ale w świetle powszechnej powagi postrzegania gatunkowego można nadać im odrobinę sensu. Na potrzeby tego tekstu przyjmijmy proste założenie, że pop opiera się na melodii oraz harmonii, alternatywa natomiast skupia się na brzmieniu i modyfikacjach materiału nutowego. Chris Martin jest urodzonym melodystą, więc jego zespół to zespół pop. Nie chciałbym, aby zabrzmiało to jak jakaś obelga; warto pamiętać, ze w (pop)kulturze anglosaskiej terminem pop music określa się całą muzykę nie-poważną. Nasze przekonanie o miałkości popu faktycznie może mieć podstawy radiowe, lecz są sposoby, aby uszlachetnić ten gatunek muzyczny.





Po pierwsze - klimat. Jeśli dysponujemy bardzo ładną melodią, taką bez zgrzytów alternatywy, możemy pójść z nią w dwie strony: reklamę (bo przystępna dla ogółu), lub kołysankę. Ta ostatnia opcja charakteryzuje się bowiem harmonijnością, łagodnym biegiem i klimatem właśnie. Wydaje mi się, że kluczową decyzją podczas pracy nad Ghost Stories było postawienie na ten aspekt uroku. Urzekają pieczołowicie ustawione drobiazgi takie jak wyciszenia, repetycje czy wreszcie całkowite rozmycie Midnight (najmniej koldplejowego utworu Coldplay). Magic - taki tytuł nosi kołysanka promująca wydawnictwo. Dopiero później doceniłem jak bardzo musieli się starać, aby zagrać jak najmniej; dwoma akordami i zaledwie dwoma instrumentami. Na temat cierpliwie utkanego O pisałem przy książce, a jest to ballada jeszcze skromniejsza niż te z naiwnych czasów Parachutes.





Inną rzeczą wzbogacającą pop są uczucia - zarówno wpisane w piosenkę jak i nasze własne, które mimochodem przypominamy sobie na dźwięk wakacyjnego hitu. Szczęśliwe emocje potrafią zmieścić się nawet do najprostszej radiowej pioseneczki, ale już smutek nadaje większy ciężar gatunkowy. Tym razem Coldplay zrezygnował z wesołej wspólnoty miałkiego przeboju Paradise. Chris Martin zabiera nas głębiej, do zatopionego w marazmie Another's Arms komunikującego się z Damonem Albarnem, bo przecież It's hard to be a lover when the TV's on (w ogóle cała płyta ma podobne brzmienie do Everyday Robots, ale to temat na inną historię). Pod względem prostoty emocji Ghost Stories jest tak wyczekiwanym przeze mnie następcą Parachutes - bardziej smutnym, zrezygnowanym, ale też pogodzonym ze światem w wyważony dorosły sposób.
Nie do końca. W ułożoną muzykę zespołu wkradają się rzeczy wcześniej nie do pomyślenie - nieczystości i zgrzyty melodyczne jak w solówce do True Love. Ta tęsknota nie mija; frustracja przebija się nawet przez EMD-owy (Electro-dance music) podkład Avicilego w Sky full of stars.






Problem muzyki pop nie tkwi w samych - idealnie przecież ułożonych - nutach, a w reakcjach otoczenia na tą najprostszą formę wyrazu. Ironistów drażni bezpośredniość w rodzaju Here comes the Sun George'a Harrisona.


Za sprawą sieci świat, nasze życie, traci swoją bezpośredniość. Bierzemy rzeczywistość, a przez to samych siebie, w nawias. Nagie życie, życie „realne”, staje się nieznośne w tej swojej oczywistości i namacalności. Zachowując bezpieczny ironiczny dystans, zawsze mogę się przecież wycofać, schować w wirtualnej (czyli umownej) rzeczywistości.

To już jest problem, o czym pisze Robert Siewiorek w Dwutygodniku. Osobiście wierzę, że są jeszcze rzeczy, których nie powinno się zasłaniać konwencją. W pewnym momencie wydawało się, że sam Chris Martin dołączył do maistreamowych pozerów, aż nagle... rozstał się z Gwyneth Paltrow. Oczywiście jest mi przykro z tego powodu, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że artystycznie sprowadziło go to być może na ziemię. Wobec rozstania wszyscy jesteśmy równi, to (na szczęście?) jedna z najbardziej demokratycznych sytuacji życiowych. I znowu rozumiem jego muzykę, gdy kończy refren tak samo jak na Yellow - banalnym I love you so. Tylko, że 15 lat temu było to jeszcze wyrazem i najwyższej radości, mógł sobie pozwolić na powiedzenie do kogoś you know. Na moim ulubionym z Ghost Stories Ink jest skierowane tylko do siebie; poprzedzone All I know i zakończone so much that it hurts. Z konieczności brakuje młodzieńczej żarliwości, ale jej miejsce zajmuje plumkanie gitary akustycznej i nucenie od niechcenia niemal pogodnej melodyjki.

czwartek, 29 maja 2014

CIĘŻKIE KSIĄŻKI : One minute they arrive - next you know they gone

Paul Auster - Sunset Park (2012)


Dojrzewanie młodych Amerykanów w czasach kryzysu
Czy na pewno młodych? Załoga squatu przy tutułowym Sunset Park zbliża się już do 30-stki, a wciąż - że tak powiem po polsku - niczego się nie dorobili.
 Tamtego pierwszego popołudnia, gdy się spotkali, zarzucił ją swoimi jak zawsze przyjacielskimi, nietaktownymi pytaniami i wkrótce wiedziałm, że wciąż nie wyszła za mąż, że jej rodzice przeszli na emeryturę i osiedlili się w jakimś nadmorskim mieście w Karolinie Północnej, a jej siostra właśnie urodziła bliźniaki.
Rzecz dzieje się w traumatycznym ekonomicznie amerykańskim roku 2008 i zdaje się, że to kryzys wytrącił z rąk bohaterów wszystkie cele życiowe. Zajmują opuszczony dom zajęty przez bank, bo z dorywczych "śmieciowych" zajęć nie mogą sobie pozwolić nawet na czynsz. Tkwią w dorastaniu - bardziej studenci niż poważni dorośli ludzie - w stanie zawieszenia, zachwiania wartościowego papierów giełdowych.

Live from New York - It's Sadurday Night Live!
Trzeba przyznać, że taka historia mogła się zdarzyć tylko w Nowym Jorku. Wszyscy kochamy Wielkie Jabłko, więc Auster jest tylko kolejnym twórcą mitologizującym to miasto. Jeśli mu wierzyć - zapełnione przez pasjonatów literatury i sztuki - ba! nawet prestiżowych wydawców tamtejszej bohemy. Ale co ja tam mogę wiedzieć z wysokości Wschodniej Europy (baseball?!). Przyjemnym faktem jest, że w książce kultura odzwierciedla raczej nieciekawą sytuację - pisarze tracą potomków, słynna aktorka (co ciekawe - także ambitno-serialowa) wystawia w teatrze Becketta, a muzyka jest nierytmiczna. Przez cały czas przewija się stary film Najlepsze lata naszego życia, którym autor porównuje dzisiejszy moment historii do wznoszenia się Ameryki po II Wojnie Światowej. Być może jest to znak nadziei na wyłonienie się nowych form życia społecznego - widocznie bardzo potrzebnych w zbankrutowanej rzeczywistości. 

Wszyscy kochają Milesa
Muszę przyznać, że ja też dałem się uwieść brzmieniu tego imienia. Kojarzy mi się ono ze staromodną angielską elegancją, więc bardziej M. Kane, a nie pomnikowy M. Davis. Główny bohater powieści, wokół którego toczą się losy jego przyjaciół i rodziców "zniknął bez słowa i zerwał wszelkie kontakty z rodziną" (cytując blurb). Jego urok polega na tym, że jako jedyny z obsady świadomie wypisał się z życia.
Ma dwadzieścia osiem lat i jest świadomy braku jakichkolwiek ambicji. Nie przejawia ambicji w związku z żadną konkretną dziedziną ani nie ma pojęcia, co powinien dać z siebie, aby zadbać o bezpieczną przyszłość. (...) Jeśli w ciągu siedmiu i pół roku, które upłynęły, odkąd porzucił college i poszedł własną drogą, udało mu się cokolwiek osiągnąć, to jest to zdolność do życia w teraźniejszości, do ograniczenia się do tu i teraz, i mimo że nie jest to najbardziej chwalebne osiągnięcie, jakie można sobie wyobrazić, wymagało od niego dużej dyscypliny i samokontroli. 
Niby stały za tym tragiczne okoliczności, ale odrzucił zwykłą egzystencję konsumpcjonizmu before it was mainstream. Uciekł przed celem, a może go zgubił. I to on pierwszy zdaje sobie sprawę z linii dzielącej go od dorosłości. Zakochany w niepełnoletniej Kubance zaczyna dostrzegać faktyczną różnicę wieku i ruch kalendarza i swoją wciąż nastoletnią osobowość. 
Notabene, ciekawe że młodziutka Pilar nie otrzymała w narracji możliwości przedstawienia swojego głosu (w przeciwieństwie do pozostałych bohaterów). Jest przedstawicielką następnego pokolenia, którego przyszłość jest wciąż niewiadoma. 





Still I always look up to the sky
Najbardziej poruszająca jest dla mnie jednak opowieść ojca Milesa - Morrisa Hellera w centrum książki. Zamiast młodego zapędu i wątków obowiązkowych seksualnych frustracji pojawia się chłodna mądrość. Samoświadomość widoczna z pewnej odległości. Ten balladowy spokój Chrisa Martina układający wszystko na właściwym miejscu. Żona odchodzi, przybrany syn umiera, następna żona się oddala, a ten pierworodny znika. Pośród tego wszystkiego Morris zachowuje niemal hiobowe zrozumienie.
Grozi mu, że straci żonę. Grozi mu utrata firmy. Jak długo tli się w nim płomień życia, mówi sobie, wspominając to proste, wytarte powiedzenie, które dawno temu przypadło mu do gustu, jak długo tli się w nim najmniejszy płomień, nie pozwoli, by stała się któraś z tych rzeczy.

Bo o tym właśnie jest ta książka - w zmienianiu się nie ma tak naprawdę nic złego. To proces, w którym próbujemy różnych wersji siebie. Możnaby pomyśleć, że samotność rodzica musi być bardziej traumatyczna, ale mimo wszystko opowieść nie traci swojego spokojnego, chciałoby się powiedzieć "życiowego" klimatu. Jego syn jest gdzieś daleko marnując się oderwanym życiem, ale Morris pozwala mu dorosnąć wspaniałomyślnie rezygnując ze wskazującej roli.


PS. "Ciężkie książki" to nowa niby-rubryka, która rozszerza tego bloga na tematy nie tylko muzyczne. Akurat tutaj wrzuciłem sampel z nowego Coldplaya, ale cudownie mi się zapętlał przy czytaniu. Tytułowy ciężar nie odnosi bynajmniej się do zbyt ambitnego stylu prezentowanej literatury. Jest to bardziej wyraz mojego sentymentu do gabarytów tak nieporęcznych rzeczy jak książki, których nie mam zamiaru zamieniać na elektroniczne czytniki z reguły przeznaczone dla mniej wzniosłych rzeczy.