Spełnia się moje małe chłopackie marzenie - dziewczyny wreszcie zaczynają grać na gitarach. Kwintesencją dziewczyńskości jest dla mnie siostrzane Haim, które właśnie zewsząd słychać w reklamie wiosennej ramówki TVNu. Owszem, zaadaptowano je do mainstreamu stępiając rockerstwo elektronicznymi beatami, ale dzięki Days are gone zrozumiałem wreszcie co znaczyły zarzuty o niedojrzałość w stosunku do pierwszych płyt Arctic Monkeys - przykładem The Wire rozprawiające się z męską słabą płcią. Na moc swoich wzmacniaczy stawiają dziewczyny z Savages, które ogłuszyły mnie już na OFFie 2012. Mroczny noise pozwala na takie tytuły jak "Joy Division na obcasach". W 2013 roku wydano też nową płytę rytmicznych polskich i pięknych dziewczyn z zespołu Drekoty. Tą żeńską tendencję w gitarowej muzyce przypieczętowały delikatnym pocałunkiem moje ulubienice z Warpaint. sensualnym singlem Love is to die. Ta osnuta kobiecością cudna pościelówa zapowiada na 2014 rok ich self-titled album i bardzo życzyłbym sobie, by stała się dobrą zapowiedzią na równie niezwykły następny rok.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Najważniejsze z Trzynastego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Najważniejsze z Trzynastego. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 17 lutego 2014
13/13' : Your loveliness is so worth it
Spełnia się moje małe chłopackie marzenie - dziewczyny wreszcie zaczynają grać na gitarach. Kwintesencją dziewczyńskości jest dla mnie siostrzane Haim, które właśnie zewsząd słychać w reklamie wiosennej ramówki TVNu. Owszem, zaadaptowano je do mainstreamu stępiając rockerstwo elektronicznymi beatami, ale dzięki Days are gone zrozumiałem wreszcie co znaczyły zarzuty o niedojrzałość w stosunku do pierwszych płyt Arctic Monkeys - przykładem The Wire rozprawiające się z męską słabą płcią. Na moc swoich wzmacniaczy stawiają dziewczyny z Savages, które ogłuszyły mnie już na OFFie 2012. Mroczny noise pozwala na takie tytuły jak "Joy Division na obcasach". W 2013 roku wydano też nową płytę rytmicznych polskich i pięknych dziewczyn z zespołu Drekoty. Tą żeńską tendencję w gitarowej muzyce przypieczętowały delikatnym pocałunkiem moje ulubienice z Warpaint. sensualnym singlem Love is to die. Ta osnuta kobiecością cudna pościelówa zapowiada na 2014 rok ich self-titled album i bardzo życzyłbym sobie, by stała się dobrą zapowiedzią na równie niezwykły następny rok.
12/13' : Someday we will all turn out
W tym miejscu w tym roku powinny być Pustki, które też zbierały pieniądze na pracę ze "znanym zagranicznym producentem", z którego wyszli aż trzej pochodzenia krajowego. Paula i Karol zamiast półsłówek posłużyli się podstawową cechą swojej muzyki - bezpretensjonalnością. Radochą inaczej. Ich program promocyjny okazał się bardziej zabawny i elastyczny, dzięki czemu nawet ja mogłem dorzucić się dyszką. Polscy artyści pracujący z zagranicznymi producentami nie są już zjawiskiem nowym (pisałem już jak pomogło to L.stadt), ale Ryan Hadlock jest teraz naprawdę na topie - nie tak dawno płyta The Lumineers, która wyszła spod jego ręki zdobyła nominację do nagrody Grammy. Ponadto, muzyka sympatycznego duetu zawsze odznaczała się chałupniczymi środkami, które owszem, miały ogromny urok, ale bardziej profesjonalne podejście do nagrań może faktycznie przynieść nową jakość. Trudno nie kochać Pauli i Karola, ogromnie się cieszę że im się udało i może mogłem nawet jakoś im w tym pomóc.
11/13' : It was just a reflektor
Arcade Fire - Reflektor (2013)
"Here comes the night time" - podczas gwiazdorskiego występu po Saturday Night Live Win Butler wyrzuca ze sceny gościa w masce Wina Butlera na głowie. Intruzem okazuje się być zirytowany Bono. Beka z dinozaurów? Ukoronowanie absolutnie genialnej akcji promocyjnej nowego albumu? Jak najbardziej, ale dla mnie jest to symboliczne zrównanie statusów dwóch wielkich zespołów - U2 i Arcade Fire. Ten Panteon Rocka (popu, jak kto woli) jak najbardziej im się należy. Wydanie dziś epickiej płyty z dwiema częściami odrębnymi klimatem, nawiązującej nawet do mitologii i filozofii jest dziś wyrazem wielkiego szacunku dla słuchacza. Nad Reflektorem czuwał James Murphy - najbardziej cool człowiek w NY - który tradycyjną stadionowość kanadyjczyków zamienił w taneczne wielowątkowe, blisko 7-minutowe ścieżki z tłustym basem (It's never over!). Ale to nie elektronika odgrywa tu największą rolę, ale najbardziej podstawowa, naturalna część muzyki - rytm. Hipnotyzujące bębny z Haiti mogłoby być owocem poszukiwań Radiohead czy Damona Albarna. W niezwykle ważnych kulturowo tekstach Butler opowiada o uczuciach w świecie internetowych społeczności - Reflektor z chórkami samego Davida Bowiego - i zalewającej nas seksualności jak w najbardziej czułej piosence jaką słyszałem - Porno.
10/13' : Był yass
Sugar Man faktycznie okazał się piękną historią, ale w Polsce nakręcony został inny świetny dokument muzyczny, aczkolwiek z mniej wesołym klimatem. Miłość to legendarna trójmiejska formacja yassowa, której członków znamy doskonale z innych, późniejszych działalności. Mowa tu o: szalonym i charyzmatycznym Tymonie Tymańskim, awangardowym Mikołaju Trzasce i gwiazdorze fortepianu Leszku Możdżerze. Tak jak w Niewinnych Czarodziejach jazz jest wszystkim, entuzjazm muzyczny wyraża energię młodości, przyjaźń, a także radość z odzyskanej właśnie wolności kraju. Ten idylliczny obrazek zaczyna się jednak psuć - (nie mniej utalentowany) perkusista Jacek Olter wpada w chorobę psychiczną, a wielka przyjaźń Tymańskiego i Trzaski nie wytrzymuje ambicji i różnicy charakterów. Głównym tematem tej jakże filmowej opowieści pozostaje muzyka, nie tylko samo funkcjonowanie organizmu zespołu, ale stosunek jaki mamy do niej w życiu, wierność jej ideałom.
9/13' : Panny mego dziadka
Pierwszy dzień OFF Festivalu z pewnością przejdzie do Historii Polskiej Muzyki Rozrywkowej. Spotkanie Zbigniewa Wodeckiego i ekipy Maccia Morettiego to piękny symbol uznania młodych dla klasyki polskiej piosenki. Koniec podziału na alternatywę i obciachowy pop - spełniło się założenie Topu Wszechczasów serwisu Screenagers. To był prawdziwie czarowny wieczór - piękne panie i eleganccy panowie przywołali klimat jakiegoś legendarnego występu Orkiestry Polskiego Radia ze wszystkimi manierami, smyczkami i dęciakami. Reklamowany jako :najbardziej optymistyczny film roku Sugar Man opowiadał właściwie o radości fanów, który odnajdują swojego idola i mogą wreszcie mu podziękować i docenić jego dzieła. Ja tak samo poczułem się w Katowicach.
8/13' : Well, here's your lucky day
Koncert Blur na Heineken Opener Festiwalu był dla mnie tak ważnym wydarzeniem, że zdołałem pokonać lenistwo i zrelacjonowałem go dość obszernie w poprzednim wpisie. Nawet bez brytyjskiego zespołu Opener wciąż pozostaje największym polskim festiwalem i w edycji 2013 nareszcie przekonywująco to potwierdził. Każdy z 4 dni miał w Line-upie co najmniej dwóch bardzo poważnych headlinerów. Arctic Monkeys, Nick Cave and the Bad Seeds, The National, czy Queens of the Stone Age to przecież zespoły, które wiele znaczą i mogłyby grać na głównych scenach nawet Glastonbury (nnnno w przypadku Kings of Leon ludzie zagłosowali nogami). Tego właśnie oczekuję od tak drogiego eventu – używam tego słowa dość kąśliwie, bo muzyka nie jest w Gdyni taka najważniejsza. Oczywiście bardzo fajnie, że promuje się min. dobry teatr (rozchodzące się po polu namiotowym songi z Courtney Love Strzępki i Demirskiego pozostaną jednymi z moich najmilszych wspomnień), ale Opener stał się obowiązkowym nadmorskim punktem rozpoczęcia wakacji dla modnej młodzieży i snobistycznych 30-latków. Opener < OFF Festiwal.
7/13' : If Diane Young won’t change your mind
Podsumowanie 2013 roku w formie list rankingowych wydało mi się nie najlepszym pomysłem, bo znalazłyby się tam doskonale znane wszystkim nazwy - Queens of the Stone Age, The National, czy Atoms for Peace. Oczywiście wydali oni dobre płyty, ale jakoś nie mam do nich serca, aby anonsować je ekscytującymi nowościami. Podobny problem mam z Franz Ferdinand - ich "nowa rockowa rewolucja" celowo przedstawia stan z 2004 roku, co nie zmienia faktu, że Right Words, Right Words, Right Actions była najczęściej słuchaną przeze mnie płytą zeszłego roku. Chociaż w Right Actions coverują samych siebie nawet teledyskiem, to już ilustracją do Evil Eye - pysznym pastiżem filmów klasy B - pożerają konkurencję. Jest to mój singiel roku; co może być lepszego na przebudzenie niż dobre gitarowe indie z beatem Michaela Jacksona?
Po drugiej stronie oceanu Vampire Weekend, jak przystało na Młodych Wilków amerykańskiej Warszafki (ang. Modern Vampires of the city) "pociągają granice gatunku trochę wszerz". Hitowy Diane Young to już nie tylko proste indie do podskoków nastolatek - nie da się wyłonić pojedynczych ścieżek gitar, bo wszystko sprowadzone jest do wciąż bardzo organicznego rytmu. Jednocześnie wydaje mi się najlepszym hołdem złożonym Elvisowi Presleyowi, co potęguje tylko charakterystyczna modulacja głosu w refrenie. Wreszcie dzięki niemal barokowej ornamentyce Step zdali test trzeciej płyty i zyskali wreszcie poważną pozycję, czego dowodem jest pierwsze miejsce na liście rocznej Pitchforka.
5/13' : Holidays in Rome
Znakiem, że polska muzyka elektroniczna okrzepła mogło być dość chłodne przyjęcie przed-zeszłorocznego długogrającego debiutu Kamp! Recenzenci nie nabrali się już na doskonale znane z wcześniejszych epek piosenki, których główną cechą było brzmienie "tak jak zagranico". W 2013 roku ranking Gazety Wyborczej na polską płytę roku wygrał (związany zresztą z Kamp!) duet Rebeka grający dość konwencjonalne piosenki. Nie jest to nic odkrywczego klasy AlunaGeorge, ale na OFFowym koncercie sympatycznie skojarzyli mi się z tenecznymi The Ting Tings. W blogosferze natomiast furorę zrobił inny, mniej znany męsko-damski duet (bynajmniej nie chodzi mi tu o The Dumblings hehe). Sorja Morja to tajemniczy, nieco gotycki projekt, który w singlowym wydawnictwie Nowy utwór / Stany zachwyca zimnym brzmieniem, a teksty propsuje im sam Afrojax. (Wybitne rzeczy, wstyd nie znać, najbardziej polecam.) Wreszcie powrócił Tomek Makowiecki nagrywając bardzo dobry Moizm - płytę trochę niedokończoną, przypominającą mi nieco projekt Passangers (U2 + Brian Eno). Przebojowe Holidays in Rome od wyżej wymienionych młodziaków odróżnia właśnie ten celebrycki sznyt - niewymuszona elegancja, którą bardzo lubię w - z założenia bezdusznej - elektronice.
PS. Na świecie świetną drugą płytę wydał James Blake, nagrodzony słusznie Mercury Price.
3/13' : Here I am, not quite dying
2/13' : nawyki / kolizje
1/13' : Strumień Spotifi
Oficjalne uruchomienie w naszym kraju Spotify - największego serwisu ze streamingową muzyką nie zmieniło mojego życia. Nie wpłynęło na sposób, w jaki korzystam z muzyki, nie sprawiło, że wyrzuciłem płyty za okno, nie męczą mnie w nocy apokaliptyczne wizje Życia w Chmurze, ani nie solidaryzuję się rewolucyjnie z poszkodowanymi artystami. Dla mnie Spotify oznacza wygodę. Płacąc co miesiąc równowartość Hepi Mila mam w zasięgu ręku większość wyobrażalnej mi muzyki, dostępnej bez większych formalności i kombinowania. Być może moja błogość wynika z tego, że słuchanie muzyki z YouTuba jest jakimś przykrym masochizmem - nigdy tego nie zrozumiem. Spotify to gadżet do okładania plejlist, ale dzięki niemu lubię myśleć, że rynek muzyczny w Polsce wreszcie dorósł do zachodniej normalności.
Okolicznościowa plejlista z moimi ulubionymi singlami 2013 roku (żeby nie było tak w ogóle bez podsumowań)
Okolicznościowa plejlista z moimi ulubionymi singlami 2013 roku (żeby nie było tak w ogóle bez podsumowań)









