background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Songhoy Blues. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Songhoy Blues. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 sierpnia 2015

OFF Relacja 1/3: The way you hold me



The Stubs 
Festiwal rozpocząłem tak jak rok temu, w najlepszy możliwy sposób - szybkimi, rześko rock' n' rollowymi gitarami. Z tym że wtedy Lee Bains III grali Sub Pop, a teraz The Stubs grało Antenę Krzyku. Obie wytwórnie specjalizują się w klasycznych hałasach opartych na kolektywnej pracy gitar i perkusji. Tylko na rozgrzanie, raczej nie puszczę tego w domu, ale mają coś co wybija ich z tabunu kolejnych garażowych kapel - fantastyczny bas rozprowadzający riffy z ogromnym znawstwem i zbyt dużą inteligencją i zbyt dużą inteligencją, żeby miała się marnować w zwykłym zespole. Tutaj robi im tak potrzebną różnicę, obowiązkowo wymaganą na OFF Festivalu.


Pablopavo i Ludziki
Halo, tu Pablopavo dzwoni do ciebie ze snu. Wers ten powracał jeszcze do nas później w najmniej oczekiwanych momentach odbijając się głuchym echem od festiwalowego życia. Jest to pewnie dowód wyrazistości i charakterystycznej tubalności warszawskiego barda, niemniej jednak cały czas fraza ta funkcjonowała jako suche hasło, a nie śpiewna melodia. O wiele ciekawsze niż barwa głosu było za to instrumentarium zespołu Ludziki, z początku opierające się na klawiszu syntezatora zamiast gitary basowej, a obok elektroniki mieszczące bardziej analogową harmonię. Podobnie nieoczywiście przedstawiało się tempo mieszające gatunki - nie tyle muzyczne, co przede wszystkim taneczne. Oczywiście OFF Festival jest ostatnim miejscem, w którym powinno się oczekiwać określonych konwencji utworów, ale warszawski artysta wydał pod tym szyldem takie rzeczy jak 10 piosenek czy Dansingową piosenkę miłosną, tymczasem w setliscie pojawił się i rap i reggae. Wydaje mi się jednak że nie jest to tylko moja wątpliwość, bo ograniczenia głosowe Pablopavo niestety utrudniają typowo piosenkową bogatą melodyjność. Trochę w rozkroku, ale na tak początek fajny odpowiednio spokojny, luzacki, swobodny koncert.




Kristen
Pierwszy naprawdę świetny koncert tegorocznej edycji festiwalu. Widziałem ich już we Wrocławiu, więc jedyną niespodzianką było dla mnie to, że zagrali w przybliżeniu aż dwa razy lepiej niż na WROsoundzie. Oczywiście nie zagrali tam źle, różnica wynika z innej skali wydarzeń, bo OFF pozostaje wyżej dokładnie w stosunku 2:1. A sam zespół Kristen potrzebował właśnie takiego postawienia sprawy - zdecydowanego postawienia na nich jako na gwiazdy Sceny Eksperymentalnej. Swoboda w strukturze utworu jest ich znakiem rozpoznawczym, ale z takim letnim luzem nie byli raczej kojarzeni. Nowo otrzymana pewność siebie biła z każdego przesteru i z każdego przystanku na wciągnięcie transowego motywu. Nawet Music will soothe me, anonsowane w mojej głowie jako największy "przebój" przemknęło przez set nieprzerwalnym nurtem gitarowego groove'u małpując w jakiś sposób Jigsaw falling into place Radiohead. A na sam koniec na Sekretnej Mapie zrobiło się tak miło i czarownie, że wolałem patrzeć na Michała Bielę śpiewającego najzwyczajniej poza zasięgiem mikrofonu niż na Misię Furtak, która stała tuż obok mnie. 

Songhoy Blues 
Na tegoroczną edycję OFF Festivalu jechałem trochę w ciemno, a przynajmniej nie mając większych oczekiwań; wyszło mi to tylko na dobre, bo miłe niespodzianki są przecież esencją takich imprez. Akurat na Songhoy Blues czekałem najbardziej i lekko się rozczarowałem - był to tylko ciekawy, a nie porywający występ. Nie zagrało to co rok temu u Xeni Rubinos, czyli rytm, który okazał się bardzo monotonny. Perkusista nie korzystał z bogactwa i lekkości bongosów, ale cały czas nabijał to samo tempo. Sytuację ratował gitarzysta przyjmując postawę legendarnego The Edge'a i wygrywając kolejne taneczne dźwięki na wysokich delayach w stylu mistrza U2. Członkom grupy nie można też odmówić zaangażowania, które w niezwykle wyrazisty sposób objawiało się szalonymi pląsami wokalisty. Żywiołowe tańce okazały się bardzo zaraźliwe i radośnie dołączyła do nich cała publiczność. Choć warstwa muzyczna niepokojąco przypominała kolejny europejski zespół, taką dawkę energii można znaleźć tylko w gorącej Afryce. 

Mick Harvey gra utwory Serge'a Gainsbourga
Słynny Australijczyk wyszedł ze starcia z twórczością Serga Gainsbourga tak jak śpiewał jego piosenki - po angielsku. Muzycznie był to tylko poprawny występ, nie zaprezentował jakiegoś nowego spojrzenia na nieco znoszoną już elegancję Francuza. Ale kto by się przejmował w taką noc! Gorący letni wieczór idealnie współgra z chłodnymi smyczkami i pięknymi kobietami śpiewającymi piosenki wprost stworzone do uwodzenia. I w tym delikatnym kołysaniu bioder upłynął uroczy niewątpliwie występ. Elegancją gitary akustycznej pana Harveya, który powściągnął muzyczne szaleństwo i rewolucje słusznie kierując się hasłem Pablopavo: ale powieszę gitarę tak jak on na ramieniu, kolejny tani chwyt szepnie coś sumieniu


Susanne Sundfor
Koncert totalny. Z pewnością najlepszy popowy występ jaki widziałem, w życiu. Choć gitary występowały sporadycznie, gdzieś na drugim planie, brzmienie instrumentów klawiszowych było tak potężne jak na najgłośniejszych shoegaze'ach. Oldschoolowe syntezatory przecinały przestrzeń, a analogowe smugi podkreślała metodycznie podbijająca wychylenia rytmu perkusja. Było kilka sampli, ale wszystkie organiczne; zwielokrotniające skalę użytych środków - przede wszystkim głosu samej Susanne. Za pomocą prostych modyfikacji własnoręcznie, na żywo wznosiła katedry dźwięku wypełnione jej wokalizami. Spektakularne porównania są jak najbardziej na miejscu, bo mapy światła anonsowane przez stroboskopy przenosiły scenę wydarzeń w inny, kosmiczny wymiar; kilka razy musiałem powstrzymywać opad szczęki, dosłownie. A nad całym epickim widowiskiem panowała oczywiście Susanne Sundfor. Była wszędzie - wyginała się w generowanym tempie i napierała przez scenę jak gwałtowna wichura. Patti Smith imponuje siłą charakteru, a skandynawska diva pop wzbudza respekt fizyczną siłą zgniatającą całą publikę zagarniętą linią basu do wspólnego tańca. Odziana w złotą, błyszczącą koszulę i majestatycznie uderzająca w gitarę akustyczną jak żywo przypominała Davida Bowiego wprawiającego masy w szaleństwo muzyki disco tak pewnie i bezbłędnie jak panna Sundfor.
Czułem się wyjątkowo także dlatego, że stałem dokładnie na wprost Niej. Na podwyższeniu wyznaczającym środek sceny i w pewnym oddaleniu, kilkanaście metrów od mikrofonu; taki dystans pozwolił na zrównanie poziomów wzroku i ukrycie się twarzy w cieniach świateł. I naprawdę, nie mogłem oderwać od Niej wzroku, miałem nieustające poczucie, że Ona także nie spuszcza ze mnie oka i w tym połączeniu przeżyłem wszystkie utwory uginając się pod tanecznym rytmem. Tak powinna działać charyzma Wielkiego Artysty - zwraca się bezpośrednio do każdej osoby z publiczności, a gdy wyciąga rękę w bohaterskim geście to wiemy dokładnie, że to właśnie nas ma ocalić, to do nas skierowany jest każdy dźwięk i każde słowo piosenki poruszającej nie tylko niebo i ziemię,ale przede wszystkim - nasze serca. 




Colleen Green
Wiadomo, że jaram się śpiewającymi laskami, nie ma co więc ukrywać, że nie zawsze chodziło mi o piosenki, a o samą Colleen Green. To wrażenie odklejenia rzeczywistej postaci od zarejestrowanego na albumie artysty tylko spotęgowało się na Scenie Trójki. Na realności zyskał przede wszystkim dźwięk gitary - w studyjnym nagraniu schowany wśród plastikowych automatów perkusyjnych, uwolniony podczas koncertu nareszcie głośno wybrzmiał w całym namiocie. Najważniejszy jednak był fakt, że realnych kształtów nabrała wreszcie Colleen Green. Dwuwymiarowy cover art z albumu zyskał nie tylko ładną buzię, ale przede wszystkim gesty, słowa i decyzje. Te wszystkie odzywki w stylu niedbałego przywitania "by the way, I'm Colleen Green" czy zblazowana poza ukryta w ciemnych okularach. Szybkie rytmy i szumiące przesuwania akordów gitary. Przełączania efektów i poprawianie grzywki. Wszystko razem zanurzone w warstwie przekornej muzyki dawało kompletną, niemal archetypiczną figurę tej najbardziej cool dziewczyny z gitarą. Jak młoda bogini, jak młoda Alison Mosshart. A żeby było jeszcze fajniej, zdejmowała tą maskę, aby słodko zdziwić się ciepłemu przyjęciu ze strony OFFowej publiczności. Cała przyjemność po naszej stronie. 

The Residents
Trudno zastanawiać się, czy grali z playbacku jeśli nie wiadomo nawet czy występujący na scenie zamaskowani ludzie byli faktycznie członkami zespołu. Tym bardziej kiedy nad wszystkim unosi się duch kontrkultury i performansu. Awangarda wytłumaczy wszystko, nie jestem jednak pewny czy usprawiedliwiłaby pewne znużenie koncertem The Residents. Najważniejszy element widowiska został na szczęście zachowany - upiorny, niepokojący klimat wyzierający z każdego kąta odjechanej scenografii i niepojących filmików umarlaków. Truposzy w dziwnych maskach-czaszkach opowiadających o swojej śmierci i co jest dalej. Element charakterystyczny, osobny dla tego kolektywu artystycznego, który napędzał całą otoczkę dziwności oraz igrania z niesamowitościami. Co z tego przerażenia, skoro można było dojrzeć gumowe zetnięcia masek i teatralne deski na podłodze sceny. Sztuka dla sztuki, pewnie; fajnie było jednak dać się wciągnąć w dokładnie zaplanowaną i artystycznie uzasadnioną performatywną wypowiedź całości północnego widowiska weteranów sztuk najmroczniejszych.


czwartek, 30 lipca 2015

OFF: Desert Melodie


Songhoy Blues - Music in exile (2015) 


Zdobywanie nowej muzyki nie powinno być zbyt proste. Poważnego miłośnika muzyki poznajemy nie po wysublimowanym guście i unikalnych opiniach; te rzeczy posiada każdy. U prawdziwego znawcy podziwia się obszerność kolekcji nagrań - w szczególności tych unikatowych i nie znanych zwykłemu śmiertelnikowi. Douglas Adams, autor serii Autostopem przez galaktykę, w wieku dziecięcym nie słuchał Penny Lane, ale relacji przyjaciela, który miał okazję usłyszeć gdzieś najnowszy wtedy singiel The Beatles. W czasach komunizmu słuchacze Trójki, z kasetami magnetofonowymi gotowymi do nagrywania, czekali na nowe płyty przywiezione zza Żelaznej Kurtyny przez Piotra Kaczkowskiego. Trochę później zaś Nick Hornby i James Murphy polowali na unikatowe pierwsze wydania winylowych singli, aby móc szpanować kolekcją w ksiazkach i piosenkach. Teraz poznawanie muzyki stało się tak wygodne jak tylko się da; proces ten zyskał nawet okropnie użytkową nazwę "ściągania". Nie trzeba nigdzie się ruszać, wystarczy Internet - tam jest wszystko. Zalewem dostępu rządzi demokratyzacja - w domku na wsi mam takie same możliwości dotarcia do perełek co nowojorski didżej. Wszystko super, ale doszło do tego, że romantyczne wyprawy do sklepu muzycznego muszą być zorganizowanym przez wytwórnię wydarzeniem (Record Store Day). Dlatego też w poszukiwaniu nowych inspiracji Damon Albarn podjął iście antropologiczną wyprawę do Afryki. W ramach projektu Africa Express zabrał ze sobą min. Briana Eno i Fleę, którzy odbyli serię sesji nagraniowych z lokalnymi artystami. Owocem współpracy była min. płyta, trasa koncertowa i wreszcie - odkrycie grupy Songhoy Blues.




Afrykańska muzyka kojarzy mi się głównie z rytmiką. Kontynentalna Europa miała salony i fortepiany, a Czarny Ląd bongosy z instrumentami perkusyjnymi. Oczywiście jest to ogromne (być może nawet rasistowskie) uproszczenie, ale wg. wiarygodnych teorii muzykologicznych muzyka narodziła się własnie z rytmu i własnie w Afryce. Dlaczego więc "nasi" artyści inspirują się nią dopiero teraz? Być może po stroposkopowych szaleństwach lat osiemdziesiąt- i dziewięćdziesiątych elektronicznie generowane rytmy już nas zmęczyły i znudziły nieuchronną mechanicznością. Moim ulubionym przykładem udanego zwrócenia się w stronę Afryki jest Reflektor Arcade Fire, ma stosunkowo dużo elektroniki, której zupełnie ise nie zauważa, bo wszystko otoczone jest naturalną rytmiką bębniarzy z Haiti. Rytm jest też charakterystyczną cechą grupy Songhoy Blues - bardzo intuicyjny i bardzo prosty. Większość piosenek puszczonych jest w ruch wahadełkiem raz-dwa, raz dwa. Pod naszą szerokością geograficzną tak banalne tempo może budzić nieciekawe skojarzenia z "muzyką chodnikową" ale u swego źródła odzyskuje ona swoją ożywczą intuicyjność. Piosenki, nazwijmy je "zachodnie" oparte są raczej na szerszych ramach taktowych - rytm na cztery, jakiś wal, te wszystkie snujące się podkłady. Taka Irganda jest z kolei bardzo zwartą piosenką - nie ma miejsca na solówki czy wybrzmiewanie poszczególnych akordów, bo bas jest również przyklejony do linii melodycznej i skacze razem z nią. Dzięki błyskawicznej, tanecznej repetycji motyw przewodni jest niesłychanie chwytliwy - po prostu: nogi same wytupują zaraźliwy rytm. Trudno mi powiedzieć co dały im gitary i europejskie (a może indie hehe) instrumentalium), ale wygrywają melodyjki jak na skrzypeczkach czy tradycyjnych przyrządach strunowych; fantastyczna prosta energia tylko nagłośniona przez wzmacniacze.





Inną charakterystyczną cechą muzyki afrykańskiej jest znaczenie piosenek, a raczej jego brak. Przynajmniej dla osoby rozumiejącej w językach europejskich - nic, ni w ząb nie rozumiem o czym to mogą śpiewać Songhoy Blues. Mogę tylko domyślać się tematów ich utworów: najchętniej łączą mi się one z zabawą i ogólnie pojętą afirmacją życia - funkcją jaką powinna na początku spełniać sama muzyka. No i wkraczamy w następne uproszczenie: jeśli nie możemy czegoś zrozumieć, to odruchowo odmawiamy mu ważniejszych tematów. Takie tam "Afrika eeee, Afrika ooo". Ale z drugiej strony, dlaczego nie: czy muzyka zachodnia nie stała się zbyt przeintelektualizowana? Choć ja sam skupiam się tutaj na odczytywaniu kontekstów, to zdarzają się projekty gdzie muzyka jest mniej kompozycją, a bardziej tłem dla prowokacji artystycznych. (A tej miłości to też ileż  można znowu opowiadać). Afrykańskie spojrzenie na muzykę samo w sobie jest świetną odmianą, bo chociaż niezrozumiała, to wystarczy że jest nowa. Chyba nie wierzycie w to, że wszystkie najlepsze płyty świata pojawiają się tyko w Ameryce i na Zachodzie Europy - jesteśmy tak zaoferowani swoim podwórkiem, że zupełnie zapomnieliśmy o różnorodności reszty świata.
Różnorodność swojego rodzinnego Mali Songhoy Blues pokazują w teledysku do Soubour. Powolne przesuwanie się ulic nagle fascynuje swoją zwyczajną niecodziennością, nieprzystajnością do sterylności będącej ogólnie przyjętym standardem. Jednocześnie filtr światła oddaje ciepło ziemi przepalonej słońcem. Głupio tak być intruzem, widać to na pierwszy rzut oka przez gapienie się naszymi szeroko otwartymi oczami. Co nie przeszkadza dołączyć się do skandowania powtarzanych zwrotek i refrenów.





Songhoy Blues nie będzie jedynym zespołem z Afryki na OFF Festivalu, ale inaczej niż w przypadku Sun Ra Orchestra nie musimy wnikać w mitologię wierzeń Boga Słońca, w której to (coverowej) odsłonie akurat powraca. Music in Exile to teraz zdecydowanie najgorętszy towar z Czarnego Lądu - skrojony w produkcji przez gitarzystę Yeah Yeah Yeahs Nicka Zimmera i przez to przyjemnie świadomy swojej przystępności. Zespół z Mali unieważnia te wszystkie bariery kulturowe szerokim gestem gitar zapraszając do wspólnego tańca. Choć zdążyli juz podpisac kontrakt z gigantem wydawniczym Atlantic, wciąż napędza ich nieposkromiona, ktoś mógłby powiedzieć, że wciąż tajemnicza energia Czarnego Lądu. Nad wykonawcami z naszego kręgu kulturowego mają ta przewagę, że muzycy z Mali mogą pozwolić sobie na szczerość. Nikt nie oczekuje od nich brzmieniowych udziwnień czy ekscentrycznych zachowań scenicznych; to ten szczególny paradoksalny przypadek kiedy tradycja z jednego zakątka świata staje się nowością w innym. Na szczęście w poszukiwaniu całkiem nowych brzmień nie muszę podróżować na inne kontynenty, ani przeczesywać się przez zagraniczne serwery - nową muzykę znajduję zawsze na OFF Festivalu.