background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Algiers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Algiers. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

OFF Relacja 3/3: Rattle and Hum



Sonia Pisze Piosenki
Choć pogoda na OFFie nas nie rozpieszczała (a rozpuszczała) i przez wszystkie trzy dni w Katowicach panowały egipskie upały, to najwięcej Słońca i tak dała mi Sonia, która Pisze Piosenki. To był nie tyle najradośniejszy moment Festiwalu, co najradośniejszy moment w całym życiu tej dziewczyny. A raczej w trzech życiach, bo takiej ilości uśmiechów i dwóch ton serdeczności nie pomieściłaby jedna osóbka. Jej delikatne piosenki zalały nas światłem, a włosy opadające niesfornie na podniesione do mikrofonu usta jakoś niemodnie i zupełnie niepraktycznie stanowiły sobie atrybut młodziutkiej songwriterki. Nie w pozie i nie w byciu cool - Sonia była na szczęście sobą i znowu zrobiła nawet swoją "thing" z odczarowywaniem ejtisowych przebojów - nam zaprezentowała Cheri Cheri Lady z zakurzonego i wyśmianego repertuaru Modern Talking, ze słodkimi górkami i wzdychaniem w refrenie. Nie to, że rzuciła na mnie jakiś czar (taaak...), byłem nawet w stanie ocenić występ muzycznie i rozszerzenie brzmienia przenosi te balladki na wyższy, żwawszy piosenkowo poziom znany przebojowo chociażby z nowego Lilly Hates Roses. A to, że ich wokalistka Kasia Gołomska była w składzie Sonii spełniło już wszystkie marzenia redakcji strony Jaram się śpiewającymi laskami (czyli moje i mojego kolegi).





Małe Miasta
Chyba nie łapię tego żartu. Bo to żart, prawda? Ufam w gust Mateusza Holaka, który po kolejnych świetnych plakatach i nagradzanych okładkach płyt stworzył wizerunek dwóch typów bawiących się w hipsterski hip-hop (#hhh). Graficzna identyfikacja wydaje się być zbyt staranna żeby była prawdziwa, zbyt nieskazitelna na niemrawe prośby o "zrobienie jakiegoś hałasu". To nie jest tak, że się z nich śmieję, bo pochodzą z Małych Miast - sam jest jeszcze większym słoikiem ze wsi. To są bardzo ciekawe i potrzebne socjologicznie zjawiska, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w poszukiwaniu swojego głosu na tle wielkiego miasta MM zapędziły się trochę za daleko. Pogrubiające modulacje i kawałki o wyciąganiu Mateusza sprzed komputera wydają się raczej niepotrzebne i cokolwiek groteskowe. Ale w Poznaniu i Warszawie lubią to, więc może to ja się nie znam; raz dwa trzy, słoikiem jesteś ty.

Coals 
To prawda, że przez pewną część ich występu zabawiałem się w zgadywania do czyjego sławnego wokalu podobny jest głos Kasi Kowalczyk. Alanis Morissette, Lykke Li, Florence Welch, wreszcie Lorde. Ten ostatni trop pasuje chyba najbardziej, ale takie niegodne porównywania okazały się bez sensu gdy dotarło do mnie że delikatny mrok dwójki ze Śląska nie jest obliczony na bycie kolejnym fajnym duetem, ale wyraża ich prawdziwe uczucia. Jakoś łatwiej uwierzyć w taki niełatwy przekaz niż w tańce The Dumplings; może dlatego że szybciej zaczęli grać na prawdziwych gitarach i od razu postawili na ciepłe, a nie kanciaste brzmienie. Naprawdę zaciekawili dopiero co utkanymi w komputerze piosenkami i rację ma poważny Quietus pisząc o Coals jako "band to watch". Pomiędzy szczerością można dopatrywać się młodzieńczego nieogaru, nie da się jednak ukryć szacunku dla łatwości z jaką nagle zmienili całą atmosferę w namiocie. Prosto z rozmytych ballad obudzili wszystkich do, eghm, pewnego tańca w Techno.

Gdy wyszedłem z koncertu 3Fonii (nic osobistego, po prostu deski Sceny Eksperymentalnej nie są najwygodniejsze do leżenia) wydarzył się mały cud, gdy po trzech dniach morderczych upałów spadł na nas drobny deszczyk (i nie była to nawet kurtyna wodna nadpobudliwego pana strażaka).

Steve Gunn
Bardzo swobodny występ. To co dzień wcześniej drażniło mnie na koncercie Ride, czyli potężne monotonne akordy, Steve Gunn rozplątał czystymi pojedynczymi partiami gitary solowej. Ale pewnie jestem nieobiektywny i zadziałały tu osobiste preferencje gatunkowe, bo kolejne spokojnie kręcone zawijasy riffowe zupełnie mnie nie nudziły. Zawsze łatwiej odprężyć się przy sympatycznej osobie, gdy solista okazał się typem swojego chłopa "sprawia wrażenie kolesia, który pomógłby ci odmalować kuchnię, wnieść wersalkę na siódme piętro i jeszcze przyniósłby dla wszystkich po zimnym specu" (Make Life Harder o Kukizie). Dla mnie to był kolejny niebanalny występ dotknięty czarem OFF Festivalu - popołudniowy w Namiocie Trójki jak energetyczny Mikal Cronin dwa lata temu i ujmująco skromny jak Frank Fairfield spod wąsa na poprzedniej edycji. To jest coś co zazwyczaj się gubi, od czego zaczyna się "przygodę z gitarą" a co zostało zagarnięte i niesłusznie przypisane do Teraz Rocka i Wychowanych na Trójce: felling, odprężający i chyba najważniejszy dla całej instytucji gitary elektrycznej. To zabawne jeśli pomyśleć, że na festiwalu muzycznej ekstremy trzeba robić miejsce i troszczyć się akurat o tak tradycyjne i wytarte wątki rocka.



Son Lux
Bardzo staranny występ. Usiany znaczą ilością sampli i laserów, a jakby jeszcze tego było mało, uwznioślony (prostymi) chwytami dramatycznymi i (zbyt) teatralnymi wcieleniami głosu wokalisty. Egzaltacja Son Luxa może mnie lekko drażnić, ale szoł faktycznie dorósł do swojego dużego poziomu. Trójka muzyków z zapałem nadążająca za nagranymi ścieżkami przypomniała mi fantastyczny występ Battles (OFF 2011) i tu też były spektakularne momenty, takie jak You don't know me czy Lost is to trying. Wreszcie ja też zaangażowałem się w występ - zachęcony szczerym entuzjazmem Son Luxa klaskałem razem z tłumem przed Sceną Główną stając się częścią żywego sampla. Widać było, że Kanadyjczykowi bardzo zależy na ominięciu podstawowego komputera i zburzeniu "trzeciej ściany" z publicznością, Mimo kosmicznych odlotów na pierwszym miejscu konsekwentnie pozostawał przekaz.

Algiers
Za chwilę zaczną nazywać ich nowym U2, ale to nie jest ich wina, że oprócz stadionowego brzmienia mają na uwadze głęboki, ważny społecznie przekaz. Tak jak doktor King, Algiers walczą o równouprawnienie rasowe wracając do historycznych batalii o prawa czarnych, których echa pobrzmiewają nie tylko w muzyce, ale także w samych utworach formacji. Mało kto już pamięta o tym, że młode U2 wybiło się dzięki punkowej, a później religijnej żarliwości; podobne zaangażowanie wyróżnia teraz Algiers, w muzyce których głośne trzaski i masowe chórki tworzą niezwykle silną konstrukcję dla niemal plemiennych zaśpiewów. Tak jak The Edge gitarzysta amerykańskiego zespołu jednym sprzężeniem jest w stanie zwalić niebo na głowę jakby było to Until the end of the world. I podobnie jak wizytówką irlandzkiego zespołu jest głos charyzmatycznego wokalisty, Franklin James Fisher z Algiers również elektryzuje głęboką barwą i zdecydowaną prezencją sceniczną. Posępnie akustyczne Games obok zjawy bluesa z delty Missisipi przywołuje też elegancką frustrację będącą udziałem zwykłych historii matrymonialnych. Na szczęście zamiast natchnionych przemów Bono wybrali formę przekazu bardziej angażującego odbiorcę - ich występ przypomina bardziej spektakl grozy, thriller trzymający widza u szczytu natężonej uwagi. Dlatego nie mam im za złe rozciągniętego zakończenia dającego niespełnioną nadzieję na bis - światła jeszcze się nie zapaliły gdy na scenie pozostała kręcąca się płyta z fragmentem słuchowiska - przemowy głoszącej dumę czarnoskórych bojowników o wolność. Powracające porównania do U2 są naturalnie największym komplementem, do czego upoważnił mnie świetny poziom ich występu, najlepszy tego (bardzo mocnego) dnia i ustępujący tylko laserom Susanne Sundfor. Są gwałtowni i bezkompromisowi jak letnia burza, nie szczędzą bowiem sonicznych trzesków i rozbłysków rzucających całkiem nowe światło na wciąż istotne kwestie rasy, dumy i tożsamości.





Patti Smith
Koncert jest tylko jednym z elementów kuratorskiego pakietu "Patti Smith: życie i twórczość". Książka, płyta, zdjęcia Roberta Mapplehorne'a, kolaże samej Patti, Nowy York, pokój w Chelsea Hotel, klub Andy'ego Warhola, kilka feministek i plik nekrologów gwiazd rocka. Własnoręcznie zerwane struny gitarowe gratis. Wszyscy wiedzą jak wielką postacią jest Patti, że nie mieści się w ramach gatunkowych i powyższej filiżance. Wśród tych pomników zapomina się jednak, że pani Smith jest fantastyczną... tancerką! Bezbłędnie chwyta rytm (swoich) rock'n'rollowych szlagierów. Obawy o muzyczną stronę jej koncertów wydają się teraz niestosowne, bo Horses zabrzmiało genialnie, być może lepiej niż w Electric Lady Studios Jimmiego Hendrixa 40 lat temu. Utwory nieco zwolnione, ale zwrócone do kluczowych akcentów, które jeszcze nigdy nie wydawały się tak kompletnie stylowe. Przyjaciółmi Patti kierowało to, czego brakuje wielu debiutantom - ciekawość. Po pierwsze, ciekawość muzyków sprawdzających trwałość swoich horyzontów twórczych z minionej epoki - i uszlachetnienie legendarnych dźwięków wyszło im wyśmienicie. Po drugie, ciekawość artystki poszukującej, która sprawdza aktualność swojego przekazu konfrontując jego przydatność w dzisiejszym świecie, o czym świadczy cierliwe odpowiadanie na pytania uczestników spotkania z Poetką w Kawiarni Literackiej. Wreszcie ciekawość spotkania - najbardziej bezpośrednia i przynosząca najwięcej emocji. Obu stronom! Patti świetnie się bawiła zawsze bliskim kontaktem z młodą publicznością. Zakończyła spełnieniem artystycznej powinności wobec zmarłych przyjaciół przywołując legendy, które odeszły. Oklaskiwano oczywiście Janis Joplin i Jima Morrisona, ale w tak wzruszający sposób ostatecznie spotkały się dwa pokolenia połączone muzyką, poezją, pamięcią i pacyfistycznym apelem, że gitara elektryczna pozostaje jedyną bronią jakiej potrzebujemy.

Iceage
Nie będę ukrywać, że zapamiętałem tak bardzo dużo z tego koncertu. Pewnie dlatego, że pierwszą część przeczekałem przed bramkami strefy gastro (z piwem, które trzeba było dopić), a drugą gapiłem się w przestrzeń zmęczony festiwalowymi zmaganiami. Nigdy nie byłem też into that band, więc muzyka zespołu też przeszła mi obok. Ale to siedzenie w jednym miejscu nabiera swojego znaczenia, gdy mówimy o Scenie Leśnej, która tradycyjnie sama w sobie jest najwyższą malowniczą wartością. Razem z kłującymi dźwiękami chłodnym ostrzem wbijały się zimnymi kolorami na tle zaciemnionej sceny. Przebitki przypominały legendarne zdjęcia tytanów cold wavu, czasem przypominało to nawet Joy Division.  Zwarte, chłodne, mocne, chłodne.

Run The Jewels
Oto czego Artur Rojek zdołał nas nauczyć w ciągu 10 lat. Od kiedy pamiętam na mapie headinerów obowiązkowym elementem była gitara elektryczna, zawsze coś powiązane z rockiem. Jakie były więc reakcje na fakt, że imprezę zakończy na Głównej Scenie duet hip-hopowy? Spoko, fajnie, coś nowego, ciekawe. Szukamy nie kolejnych bohaterów alternatywy, ale nowych brzmień i nowoczesnych gatunków. Na OFF Festival jedzie się przecież, żeby odkrywać. A może ten strumień edukacji muzycznej popłynie tez w drugą stronę - bardzo łatwo jest mi sobie wyobrazić fanów prawdziwego amerykańskiego rapu przejętych występem Patti Smith czy pobudzonych wzmacniaczami Iceage. Czar eklektyzmu i jeszcze jeden dowód na to, że po OFF Festivalu można spodziewać się absolutnie wszystkiego.


środa, 12 sierpnia 2015

OFF relacja: Bogactwo dźwięków

Szczegółowe relacje z występów festiwalowych: dzień pierwszy, drugi i trzeci


Ja robiący serduszko dla Susanne Sundfor

Patrząc na line-up tegorocznego OFFa można było odnieść wrażenie, że ten festiwal robi się coraz słabszy. Brak oczywistych gwiazd wynika oczywiście z braku kasy - pieniędzy, których nie dał w tym roku mBank pozostawiając katowicką imprezę bez głównego "mecenasa". Artur Rojek nie mógł pozwolić sobie na takie ekstrawagancje jak powszechnie lubiane Metronomy, siostrę słynnej Beyonce czy umieszczenie bohaterów pokroju Stephena Malkmusa czy The Antlers zaledwie na mniejszej scenie.

Stąd też w tegorocznym programie mniej jest uznanych nazwisk, a więcej debiutantów, umieszczonych dodatkowo na bardzo prestiżowych pozycjach. Algiers, Son Lux czy Girls Band nie zdążyli zdobyć jeszcze uznania, bo dopiero zaczynają karierę - ci ostatni nie zdążyli nawet wydać pierwszej płyty, co nie przeszkodziło im zbierać opinii o "odkryciu festiwalu". Zresztą na koncertach nie chodzi o to ile masz płyt, świetnych recenzji czy zagranych występów - liczy się tylko to co pokażesz w ciągu godziny na scenie. Miejsce dla rutyniarzy jest na innych festiwalach - siłę niewygaszonego, rozpalającego się dopiero ognia można było poczuć szczególnie na fantastycznym koncercie Algiers, a Susanne Sandfor, która dała jeszcze lepszy (najlepszy!) występ też dopiero zaczyna podbój zachodniego rynku muzycznego.

Jeśli patrzeć na headlinerów w sensie openerowym, tj. największe gwiazdy kończące dzień na Scenie Głównej, to na OFFie było z tym bardzo średnio - z 6 takich zespołów naprawdę podobały mi się tylko dwie panie (Susanne i Patti). Najbardziej cieszy jednak fakty, że festiwal nie musi już sporwadzać przebrzmiałych legend takich jak Thoorston Moore czy Smushing Pumpkins aby zapewnić popularność w mediach. A jeśli już zaprasza Patti Smith, staje się to wydarzeniem nie tylko celebryckim, ale również literackim (niestety nie ogarnąłem spotkania z Poetką w Kawiarni Literackiej), a przede wszystkim muzycznym, bo Horses zabrzmiało nawet lepiej niż na wydanej 40 lat temu płycie.

Zresztą, OFF po raz kolejny udowadnia jak ważne jest wykorzystanie wszystkich scen festiwalowych, nie tylko tej największej. Największym sekretem Doliny Trzech Stawów jest Scena Leśna malowniczo umiejscowiona dokładnie pośród drzew. Szczególnie upodobałem sobie tamtejszy set o 20:50 - orkiestrowy, chciałoby się nawet powiedzieć "akustyczny". Mick Harvey uwypuklił ciepłe brzmienie ballad Serge'a Gainsbourga polską sekcją smyczkową, a Sun Ra Archestra nie tylko zachwyciła jazzowymi akrobacjami big bandowych solistów; radość grania zaklęta w afrykańskich rytmach wywołała szeroki uśmiech nie tylko na mojej twarzy. (Dodatkowo trzeciego dnia miał tam zagrać The Budos Band z całą sekcją dętą, ale zastąpili ich Algiers). Co prawda Opener również flirtuje z muzyką współczesną, ale kolejne bombastyczne zaproszenia Johnny'ego Greenwooda (znanego jako "gitarzysta Radiohead") wydają mi się na festiwalu Mikołaja Ziółowskiego cokolwiek nieszczere, mające usprawiedliwić artystycznie zalew  najmniej poważnych zespołów indie.

Polacy stanowili najliczniejszą grupę narodowościową wśród zaproszonych artystów, ale nie da się ukryć że znakomita większość rodaków musiała grać najwcześniej i najkrócej. Specyficzną rolę polskiej muzyki na OFF Festivalu najlepiej oddaje sytuacja zespołu Lilly Hates Roses, na którego występ bardzo czekałem ja i mój kolega. Mają wszystko - świetne utwory, poruszają się w alternatywnej stylistyce i sami są fanami katowickiej imprezy, ale udało im się podpisać kontrakt z dużą wytwórnią, co wydało na nich wyrok w oczach Artura Rojka - są zbyt mainstreamowi (i grają za ładne piosenki!). Biedna Kasia Golomska, aby wystąpić na festiwalu musiała ukryć się w składzie koleżanki Sonii Piszącej Piosenki (okej, akurat na taki duet nie mamy prawa z kolegą narzekać). Mimo wciąż powracający wątpliwości co do promowania rodzimych artystów, w tym roku Artur Rojek (z pomocą Instytutu Adama Mickiewicza) wykorzystał swoje Subpopowe znajomości w najlepszy możliwy sposób ściągając z Seattle wysłanników kultowego dla alternatywy radia KEXP. Dzięki tej współpracy w różnych ciekawych przestrzeniach Katowic zarejestrowano sesje z udziałem aż 10 polskich artystów. Strategia godna XXI w. - po co wysyłać muzyków na drugi koniec świata, gdzie zobaczy ich garstka słuchaczy jeśli można nagrać ich na miejscu i wrzucić do Internetu na popularny i uznany kanał youtubowy.

Najmilszym przykładem docenienia polskiego wykonawcy na OFF Festivalu pozstanie dla mnie godne przyjęcie zespołu Kristen. W 2012 roku nie udało mi się ich zobaczyć, może dlatego, że grali o 15:35. Teraz objęli "gwiazdorski" wieczorny slot o 18:45, na który jak najbardziej sobie zasłużyli; wydawało się nawet, że to sami muzycy potrzebowali takiego potwierdzenia swojego statusu, bo zagrali bardzo pewny, głośny i fantastyczny koncert. I to jest być może ta najbardziej wyjątkowa cecha katowickiej imprezy - docenienie artystów. Wszystkie najlepsze koncerty OFFa - Susanne Sundfor, Algiers, Sun Ra Archestra i Kristen (w tej kolejności) mogły wydarzyć się w tak fantastycznym kształcie tylko w Katowicach. Na żadnym innym polskim festiwalu ci artyści nie otrzymaliby (też kolejno) tak spektakularnej scenografii, klimatycznej scenerii, możliwości występu w Polsce czy potrzebnej skali występu. A przede wszystkim tak gorącego przyjęcia publiczności, która doskonale rozumie, że najciekawsi i najważniejsi artyści to nie zawsze ci najbardziej znani.

PS. Bartek Chaciński i Pani Agnieszka Szydłowska zgodnie wskazali na to, że był to "festiwal słowa". Dla mnie był to zdecydowanie festiwal sucharów - najpierw uroczo śmieszkowała pani z Dog Whistle, później Mark Kozelek (Sun Kil Moon) zażartował sobie z jednego fotografa zabierając mu (siłą) aparat i wspominający coś o tym, że "takiej pamiątki z Polski jeszcze nie miałem" a na końcu tą formę żartu uroczyście usankcjonowała wielka Patti Smith mówiąc z przekorą "I could say that OFF is on".