Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kristen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kristen. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 lutego 2018
By accident
Kristen, Proza
10.12.2018
Na wrocławski koncert zespołu Kristen wszedłem już w trakcie występu, ale nie miało to jakiegoś większego znaczenia. Trafiłem w sam środek improwizacji, sesji dźwiękowej operującej zakresami różnych poziomów głośności tak, że jeszcze na schodach nie byłem pewny, czy nie jest za wcześnie.
wtorek, 24 listopada 2015
WROsound: Dźwięki z porcelany
WROsound zagra w Imparcie 4 i 5 grudnia. Więcej informacji na stronie wrosound.com
Największe festiwale muzyczne to nie tylko okazja do obejrzenia w Polsce zagranicznych artystów; stały się one również szansą dla rodzimych wykonawców na zaprezentowanie się zagranicznej publiczności. Podczas ostatniej edycji katowickiego OFF Festivalu jego dyrektor artystyczny Artur Rojek (z pomocą Instytutu Adama Mickiewicza) wykorzystał swoje znajomości w wytwórni Sub Pop (label min. Nirvany i Pearl Jam) w najlepszy możliwy sposób ściągając z Seattle wysłanników kultowego dla alternatywy radia KEXP. Dzięki tej współpracy w różnych ciekawych przestrzeniach Katowic zarejestrowano sesje z udziałem aż 10 polskich artystów. Strategia godna XXI wieku – po co wysyłać muzyków na drugi koniec świata, gdzie zobaczy ich garstka słuchaczy jeśli można nagrać ich na miejscu i wrzucić do Internetu na popularny i uznany kanał youtubowy.
Wśród zarejestrowanych artystów znalazła się aż trójka wykonawców występujących na festiwalu WROsound – gitarowe gwiazdy zeszłorocznej edycji Kristen, a także Enchanted Hunters oraz Ukryte Zalety Systemu, których będzie można zobaczyć w Imparcie już 5 grudnia.
Wysłannicy KEXP tak opisywali swoje spotkania z polskimi artystami:
„Dzień po zagraniu swojego setu na OFF Festivalu, zobaczyliśmy się z Kristen w historycznej Fabryce Porcelany Śląskiej. Zakurzona podłoga, zburzone ściany i rozwalone belki okazały się idealnym tłem dla graczy avant-indie , którzy w towarzystwie projektanta dźwięku Macieja Bączyka (wrocławskiego muzyka znanego min. z formacji Małe Instrumenty) zagrali niezwykle angażującą 20-minutową sesję złożoną z 3 piosenek (yay, post-rock!).
Michał Biela, wokalista I basista jest wyjątkowo wysoki, ale prezentuje anty-egoistyczne podejście do muzyki skupiając się nie na wizerunku, ale na samej muzyce. Gra także w Echanced Hunters i był członkiem niezwykle wpływowego dla polskiej sceny zespołu Ścianka. Jego kapela Kristen podczas realizacji wideo pokazała swoją prawdziwą siłę!”
Następnie przyszła kolej na zarejestrowanie występu Enchanted Hunters. Ich muzyka została opisana jako „owoc spotkania Sufjana Stevensa, Bon Ivera i Dirty Projectors zagubionych w głębi polskich lasów i razem komponujących dźwięki podczas swobodnego jam session z kubkiem grzanego wina.” Ta sesja odbyła się w historycznym klubie jazzowym Fantom.
Swoją szansę otrzymała też załoga wrocławskiej Anteny Krzyku, czyli Ukryte Zalety Systemu. „W muzyce UZS łatwo rozpoznać nawiązania do zespołów takich jak Gang of Four, które potępiają erotyczny urok indywidualizmu w obliczu politycznego oszustwa, wszechobecnej komercji i narastającej kultury rozproszenia. Muzycy wprost przyznają się do bycia ofiarami rozłamu systemu i wykrzykują swoje teksty ponad tanecznie napędzane beaty – pełniącą rozrywkową, jak również uświadamiającą rolę. Fani późnego punk rocka lat 70tych nie potrzebują tłumaczeń tekstów, aby wychwycić te nawiązania i właściwie wszyscy mogą cieszyć się Ukrytymi Zaletami Systemu, których nagraliśmy w historycznej fabryce porcelany w Katowicach.”
poniedziałek, 26 października 2015
WROsound: Fajnie było
4 i 5 grudnia odbędzie się siódma edycja festiwalu WROsound przedstawiającego najciekawsze projekty muzyczne z Dolnego Śląska oraz europejskich miast położonych nad brzegiem rzeki Odry. Kolejna odsłona tej uznanej imprezy powraca z ekscytującym zestawem całkowicie nowych muzycznych doznań, zanim jednak odkryjemy karty tegorocznego programu, sprawdźmy co słychać u artystów, którzy zaprezentowali się na scenach Impartu w 2014 roku.
Nervy - czyli Agim Dżejlili, Igor Boxx i Jan Młynarski – wydały długo oczekiwaną debiutancką płytę , która zebrała świetne recenzje, a Jarek Szubrycht uznał ją za najlepszą płytę 2014 roku. „Środki wyrazu natomiast mamy zupełnie nowe – elektroniczny galimatias wychodzący spod rąk Agima i Igora zderza się z rozbuchaną sekcją dętą, a cały ten chaos porządkuje żelazną ręką Janek Młynarski. Znakomity album z naprawdę nową muzyką”. Po WROsoundzie odwiedzili największe polskie festiwale, min. Audioriver w Płocku i gdyński Opener.
Kristen kontynuowało promocję równie dobrze przyjętego albumu The Secret Map. Razem z Maciejem Bączykiem, wrocławskim muzykiem znanym między innymi z Małych Instrumentów zespół wystąpił jako jedna z największych polskich gwiazd OFF Festivalu w Katowicach. Po zagraniu bardzo dobrego koncertu na Scenie Eksperymentalnej zarejestrowali sesję live dla KEXP, kultowej rozgłośni radiowej z Seattle. Ponadto wokalista Kristen Michał Biela otrzymał nominację do prestiżowego Paszportu Polityki w kategorii „muzyka popularna”.
Notopop pracuje nad nowymi utworami, a jedną z premier jest remix do utworu If you would autorstwa duetu producenckiego HAZE. Jest to także jeden z muzycznych owoców WROsoundu, gdyż pomysł współpracy artystów narodził się właśnie na naszym festiwalu.
Peter J. Birch kontynuuje wędrówkę po scenach nie tylko Polski, ale również Europy. Songwriter ma za sobą trasę koncertową po Ukrainie i w Niemczech. Twórczo również nie zwalnia tempa WROsound był miejscem premiery „Yearn” a za chwilę wydana zostanie kolejna płyta Petera „The Shore Up In The Sky”.
Premierą ostatniego WROsoundu była też płyta Moments tajemniczego duetu elektronicznego We Draw A. Wydawnictwo chwalił min. Bartek Chaciński: "Moim zdaniem to jedna z najbardziej obiecujących wizji nowej muzyki pop, jakie się u nas pojawiły w ostatnim czasie, swobodnie konkurująca z chwalonymi historiami pokroju Caribou, więc jeśli już naprawdę wam się nie podoba, to kupcie chociaż komuś w prezencie."
Babu Król wydał obszernie zapowiadane na WROsoundzie Kurosawosyny. Po szalonej trasie koncertowej muzycy pracują nad swoimi innymi, nie mniej zakręconymi projektami: Bajzel jako "Bajzel", a Budyń wraca do Pogodna.
Breslaux rozwija swoją działalność na coraz większą skalę. W przenośni i jak najbardziej dosłownie – wiosną występowali na wielkich przestrzeniach budynków z projektem Breslaux Light Show, spektakularnym widowiskiem światła i muzyki.
Milo Mailo dalej wysyła w świat pozytywny przekaz w towarzysząc takim artystom jak Mesajah i Paxton, a Pure Cityzen wciąż poszukują „pszczół zen”.
Zdecydowanie najgłośniejszym wydarzeniem szóstej edycji WROsoundu był triumfalny powrót do świata hip-hopu legendarnego Waldemara KASTY. A raczej do świata muzyki, bo w towarzystwie ekipy Electro-Acoustic Beat Sessions gatunki muzyczne przestają mieć znaczenie. Wyjątkowy koncert i gorące przyjęcie publiczności zachęciły Kastę do kontynuowania występów na żywo po długiej przerwie od muzyki.
Mamy nadzieję, że kolejna edycja WROsoundu będzie okazją do kolejnych ekscytujących muzycznych spotkań, zaskakujących powrotów, najciekawszych premier i inspirujących odkryć brzmieniowych. Na kolejną edycję festiwalu zapraszamy 4 i 5 grudnia, oczywiście do Impartu.
czwartek, 20 sierpnia 2015
OFF Relacja 1/3: The way you hold me
The Stubs
Festiwal rozpocząłem tak jak rok temu, w najlepszy możliwy sposób - szybkimi, rześko rock' n' rollowymi gitarami. Z tym że wtedy Lee Bains III grali Sub Pop, a teraz The Stubs grało Antenę Krzyku. Obie wytwórnie specjalizują się w klasycznych hałasach opartych na kolektywnej pracy gitar i perkusji. Tylko na rozgrzanie, raczej nie puszczę tego w domu, ale mają coś co wybija ich z tabunu kolejnych garażowych kapel - fantastyczny bas rozprowadzający riffy z ogromnym znawstwem i zbyt dużą inteligencją i zbyt dużą inteligencją, żeby miała się marnować w zwykłym zespole. Tutaj robi im tak potrzebną różnicę, obowiązkowo wymaganą na OFF Festivalu.
Pablopavo i Ludziki
Halo, tu Pablopavo dzwoni do ciebie ze snu. Wers ten powracał jeszcze do nas później w najmniej oczekiwanych momentach odbijając się głuchym echem od festiwalowego życia. Jest to pewnie dowód wyrazistości i charakterystycznej tubalności warszawskiego barda, niemniej jednak cały czas fraza ta funkcjonowała jako suche hasło, a nie śpiewna melodia. O wiele ciekawsze niż barwa głosu było za to instrumentarium zespołu Ludziki, z początku opierające się na klawiszu syntezatora zamiast gitary basowej, a obok elektroniki mieszczące bardziej analogową harmonię. Podobnie nieoczywiście przedstawiało się tempo mieszające gatunki - nie tyle muzyczne, co przede wszystkim taneczne. Oczywiście OFF Festival jest ostatnim miejscem, w którym powinno się oczekiwać określonych konwencji utworów, ale warszawski artysta wydał pod tym szyldem takie rzeczy jak 10 piosenek czy Dansingową piosenkę miłosną, tymczasem w setliscie pojawił się i rap i reggae. Wydaje mi się jednak że nie jest to tylko moja wątpliwość, bo ograniczenia głosowe Pablopavo niestety utrudniają typowo piosenkową bogatą melodyjność. Trochę w rozkroku, ale na tak początek fajny odpowiednio spokojny, luzacki, swobodny koncert.
Kristen
Pierwszy naprawdę świetny koncert tegorocznej edycji festiwalu. Widziałem ich już we Wrocławiu, więc jedyną niespodzianką było dla mnie to, że zagrali w przybliżeniu aż dwa razy lepiej niż na WROsoundzie. Oczywiście nie zagrali tam źle, różnica wynika z innej skali wydarzeń, bo OFF pozostaje wyżej dokładnie w stosunku 2:1. A sam zespół Kristen potrzebował właśnie takiego postawienia sprawy - zdecydowanego postawienia na nich jako na gwiazdy Sceny Eksperymentalnej. Swoboda w strukturze utworu jest ich znakiem rozpoznawczym, ale z takim letnim luzem nie byli raczej kojarzeni. Nowo otrzymana pewność siebie biła z każdego przesteru i z każdego przystanku na wciągnięcie transowego motywu. Nawet Music will soothe me, anonsowane w mojej głowie jako największy "przebój" przemknęło przez set nieprzerwalnym nurtem gitarowego groove'u małpując w jakiś sposób Jigsaw falling into place Radiohead. A na sam koniec na Sekretnej Mapie zrobiło się tak miło i czarownie, że wolałem patrzeć na Michała Bielę śpiewającego najzwyczajniej poza zasięgiem mikrofonu niż na Misię Furtak, która stała tuż obok mnie.
Songhoy Blues
Na tegoroczną edycję OFF Festivalu jechałem trochę w ciemno, a przynajmniej nie mając większych oczekiwań; wyszło mi to tylko na dobre, bo miłe niespodzianki są przecież esencją takich imprez. Akurat na Songhoy Blues czekałem najbardziej i lekko się rozczarowałem - był to tylko ciekawy, a nie porywający występ. Nie zagrało to co rok temu u Xeni Rubinos, czyli rytm, który okazał się bardzo monotonny. Perkusista nie korzystał z bogactwa i lekkości bongosów, ale cały czas nabijał to samo tempo. Sytuację ratował gitarzysta przyjmując postawę legendarnego The Edge'a i wygrywając kolejne taneczne dźwięki na wysokich delayach w stylu mistrza U2. Członkom grupy nie można też odmówić zaangażowania, które w niezwykle wyrazisty sposób objawiało się szalonymi pląsami wokalisty. Żywiołowe tańce okazały się bardzo zaraźliwe i radośnie dołączyła do nich cała publiczność. Choć warstwa muzyczna niepokojąco przypominała kolejny europejski zespół, taką dawkę energii można znaleźć tylko w gorącej Afryce.
Mick Harvey gra utwory Serge'a Gainsbourga
Słynny Australijczyk wyszedł ze starcia z twórczością Serga Gainsbourga tak jak śpiewał jego piosenki - po angielsku. Muzycznie był to tylko poprawny występ, nie zaprezentował jakiegoś nowego spojrzenia na nieco znoszoną już elegancję Francuza. Ale kto by się przejmował w taką noc! Gorący letni wieczór idealnie współgra z chłodnymi smyczkami i pięknymi kobietami śpiewającymi piosenki wprost stworzone do uwodzenia. I w tym delikatnym kołysaniu bioder upłynął uroczy niewątpliwie występ. Elegancją gitary akustycznej pana Harveya, który powściągnął muzyczne szaleństwo i rewolucje słusznie kierując się hasłem Pablopavo: ale powieszę gitarę tak jak on na ramieniu, kolejny tani chwyt szepnie coś sumieniu.
Susanne Sundfor
Koncert totalny. Z pewnością najlepszy popowy występ jaki widziałem, w życiu. Choć gitary występowały sporadycznie, gdzieś na drugim planie, brzmienie instrumentów klawiszowych było tak potężne jak na najgłośniejszych shoegaze'ach. Oldschoolowe syntezatory przecinały przestrzeń, a analogowe smugi podkreślała metodycznie podbijająca wychylenia rytmu perkusja. Było kilka sampli, ale wszystkie organiczne; zwielokrotniające skalę użytych środków - przede wszystkim głosu samej Susanne. Za pomocą prostych modyfikacji własnoręcznie, na żywo wznosiła katedry dźwięku wypełnione jej wokalizami. Spektakularne porównania są jak najbardziej na miejscu, bo mapy światła anonsowane przez stroboskopy przenosiły scenę wydarzeń w inny, kosmiczny wymiar; kilka razy musiałem powstrzymywać opad szczęki, dosłownie. A nad całym epickim widowiskiem panowała oczywiście Susanne Sundfor. Była wszędzie - wyginała się w generowanym tempie i napierała przez scenę jak gwałtowna wichura. Patti Smith imponuje siłą charakteru, a skandynawska diva pop wzbudza respekt fizyczną siłą zgniatającą całą publikę zagarniętą linią basu do wspólnego tańca. Odziana w złotą, błyszczącą koszulę i majestatycznie uderzająca w gitarę akustyczną jak żywo przypominała Davida Bowiego wprawiającego masy w szaleństwo muzyki disco tak pewnie i bezbłędnie jak panna Sundfor.
Czułem się wyjątkowo także dlatego, że stałem dokładnie na wprost Niej. Na podwyższeniu wyznaczającym środek sceny i w pewnym oddaleniu, kilkanaście metrów od mikrofonu; taki dystans pozwolił na zrównanie poziomów wzroku i ukrycie się twarzy w cieniach świateł. I naprawdę, nie mogłem oderwać od Niej wzroku, miałem nieustające poczucie, że Ona także nie spuszcza ze mnie oka i w tym połączeniu przeżyłem wszystkie utwory uginając się pod tanecznym rytmem. Tak powinna działać charyzma Wielkiego Artysty - zwraca się bezpośrednio do każdej osoby z publiczności, a gdy wyciąga rękę w bohaterskim geście to wiemy dokładnie, że to właśnie nas ma ocalić, to do nas skierowany jest każdy dźwięk i każde słowo piosenki poruszającej nie tylko niebo i ziemię,ale przede wszystkim - nasze serca.
Colleen Green
Wiadomo, że jaram się śpiewającymi laskami, nie ma co więc ukrywać, że nie zawsze chodziło mi o piosenki, a o samą Colleen Green. To wrażenie odklejenia rzeczywistej postaci od zarejestrowanego na albumie artysty tylko spotęgowało się na Scenie Trójki. Na realności zyskał przede wszystkim dźwięk gitary - w studyjnym nagraniu schowany wśród plastikowych automatów perkusyjnych, uwolniony podczas koncertu nareszcie głośno wybrzmiał w całym namiocie. Najważniejszy jednak był fakt, że realnych kształtów nabrała wreszcie Colleen Green. Dwuwymiarowy cover art z albumu zyskał nie tylko ładną buzię, ale przede wszystkim gesty, słowa i decyzje. Te wszystkie odzywki w stylu niedbałego przywitania "by the way, I'm Colleen Green" czy zblazowana poza ukryta w ciemnych okularach. Szybkie rytmy i szumiące przesuwania akordów gitary. Przełączania efektów i poprawianie grzywki. Wszystko razem zanurzone w warstwie przekornej muzyki dawało kompletną, niemal archetypiczną figurę tej najbardziej cool dziewczyny z gitarą. Jak młoda bogini, jak młoda Alison Mosshart. A żeby było jeszcze fajniej, zdejmowała tą maskę, aby słodko zdziwić się ciepłemu przyjęciu ze strony OFFowej publiczności. Cała przyjemność po naszej stronie.
Trudno zastanawiać się, czy grali z playbacku jeśli nie wiadomo nawet czy występujący na scenie zamaskowani ludzie byli faktycznie członkami zespołu. Tym bardziej kiedy nad wszystkim unosi się duch kontrkultury i performansu. Awangarda wytłumaczy wszystko, nie jestem jednak pewny czy usprawiedliwiłaby pewne znużenie koncertem The Residents. Najważniejszy element widowiska został na szczęście zachowany - upiorny, niepokojący klimat wyzierający z każdego kąta odjechanej scenografii i niepojących filmików umarlaków. Truposzy w dziwnych maskach-czaszkach opowiadających o swojej śmierci i co jest dalej. Element charakterystyczny, osobny dla tego kolektywu artystycznego, który napędzał całą otoczkę dziwności oraz igrania z niesamowitościami. Co z tego przerażenia, skoro można było dojrzeć gumowe zetnięcia masek i teatralne deski na podłodze sceny. Sztuka dla sztuki, pewnie; fajnie było jednak dać się wciągnąć w dokładnie zaplanowaną i artystycznie uzasadnioną performatywną wypowiedź całości północnego widowiska weteranów sztuk najmroczniejszych.
środa, 12 sierpnia 2015
OFF relacja: Bogactwo dźwięków
Ja robiący serduszko dla Susanne Sundfor
Patrząc na line-up tegorocznego OFFa można było odnieść wrażenie, że ten festiwal robi się coraz słabszy. Brak oczywistych gwiazd wynika oczywiście z braku kasy - pieniędzy, których nie dał w tym roku mBank pozostawiając katowicką imprezę bez głównego "mecenasa". Artur Rojek nie mógł pozwolić sobie na takie ekstrawagancje jak powszechnie lubiane Metronomy, siostrę słynnej Beyonce czy umieszczenie bohaterów pokroju Stephena Malkmusa czy The Antlers zaledwie na mniejszej scenie.
Stąd też w tegorocznym programie mniej jest uznanych nazwisk, a więcej debiutantów, umieszczonych dodatkowo na bardzo prestiżowych pozycjach. Algiers, Son Lux czy Girls Band nie zdążyli zdobyć jeszcze uznania, bo dopiero zaczynają karierę - ci ostatni nie zdążyli nawet wydać pierwszej płyty, co nie przeszkodziło im zbierać opinii o "odkryciu festiwalu". Zresztą na koncertach nie chodzi o to ile masz płyt, świetnych recenzji czy zagranych występów - liczy się tylko to co pokażesz w ciągu godziny na scenie. Miejsce dla rutyniarzy jest na innych festiwalach - siłę niewygaszonego, rozpalającego się dopiero ognia można było poczuć szczególnie na fantastycznym koncercie Algiers, a Susanne Sandfor, która dała jeszcze lepszy (najlepszy!) występ też dopiero zaczyna podbój zachodniego rynku muzycznego.
Jeśli patrzeć na headlinerów w sensie openerowym, tj. największe gwiazdy kończące dzień na Scenie Głównej, to na OFFie było z tym bardzo średnio - z 6 takich zespołów naprawdę podobały mi się tylko dwie panie (Susanne i Patti). Najbardziej cieszy jednak fakty, że festiwal nie musi już sporwadzać przebrzmiałych legend takich jak Thoorston Moore czy Smushing Pumpkins aby zapewnić popularność w mediach. A jeśli już zaprasza Patti Smith, staje się to wydarzeniem nie tylko celebryckim, ale również literackim (niestety nie ogarnąłem spotkania z Poetką w Kawiarni Literackiej), a przede wszystkim muzycznym, bo Horses zabrzmiało nawet lepiej niż na wydanej 40 lat temu płycie.
Zresztą, OFF po raz kolejny udowadnia jak ważne jest wykorzystanie wszystkich scen festiwalowych, nie tylko tej największej. Największym sekretem Doliny Trzech Stawów jest Scena Leśna malowniczo umiejscowiona dokładnie pośród drzew. Szczególnie upodobałem sobie tamtejszy set o 20:50 - orkiestrowy, chciałoby się nawet powiedzieć "akustyczny". Mick Harvey uwypuklił ciepłe brzmienie ballad Serge'a Gainsbourga polską sekcją smyczkową, a Sun Ra Archestra nie tylko zachwyciła jazzowymi akrobacjami big bandowych solistów; radość grania zaklęta w afrykańskich rytmach wywołała szeroki uśmiech nie tylko na mojej twarzy. (Dodatkowo trzeciego dnia miał tam zagrać The Budos Band z całą sekcją dętą, ale zastąpili ich Algiers). Co prawda Opener również flirtuje z muzyką współczesną, ale kolejne bombastyczne zaproszenia Johnny'ego Greenwooda (znanego jako "gitarzysta Radiohead") wydają mi się na festiwalu Mikołaja Ziółowskiego cokolwiek nieszczere, mające usprawiedliwić artystycznie zalew najmniej poważnych zespołów indie.
Polacy stanowili najliczniejszą grupę narodowościową wśród zaproszonych artystów, ale nie da się ukryć że znakomita większość rodaków musiała grać najwcześniej i najkrócej. Specyficzną rolę polskiej muzyki na OFF Festivalu najlepiej oddaje sytuacja zespołu Lilly Hates Roses, na którego występ bardzo czekałem ja i mój kolega. Mają wszystko - świetne utwory, poruszają się w alternatywnej stylistyce i sami są fanami katowickiej imprezy, ale udało im się podpisać kontrakt z dużą wytwórnią, co wydało na nich wyrok w oczach Artura Rojka - są zbyt mainstreamowi (i grają za ładne piosenki!). Biedna Kasia Golomska, aby wystąpić na festiwalu musiała ukryć się w składzie koleżanki Sonii Piszącej Piosenki (okej, akurat na taki duet nie mamy prawa z kolegą narzekać). Mimo wciąż powracający wątpliwości co do promowania rodzimych artystów, w tym roku Artur Rojek (z pomocą Instytutu Adama Mickiewicza) wykorzystał swoje Subpopowe znajomości w najlepszy możliwy sposób ściągając z Seattle wysłanników kultowego dla alternatywy radia KEXP. Dzięki tej współpracy w różnych ciekawych przestrzeniach Katowic zarejestrowano sesje z udziałem aż 10 polskich artystów. Strategia godna XXI w. - po co wysyłać muzyków na drugi koniec świata, gdzie zobaczy ich garstka słuchaczy jeśli można nagrać ich na miejscu i wrzucić do Internetu na popularny i uznany kanał youtubowy.
Najmilszym przykładem docenienia polskiego wykonawcy na OFF Festivalu pozstanie dla mnie godne przyjęcie zespołu Kristen. W 2012 roku nie udało mi się ich zobaczyć, może dlatego, że grali o 15:35. Teraz objęli "gwiazdorski" wieczorny slot o 18:45, na który jak najbardziej sobie zasłużyli; wydawało się nawet, że to sami muzycy potrzebowali takiego potwierdzenia swojego statusu, bo zagrali bardzo pewny, głośny i fantastyczny koncert. I to jest być może ta najbardziej wyjątkowa cecha katowickiej imprezy - docenienie artystów. Wszystkie najlepsze koncerty OFFa - Susanne Sundfor, Algiers, Sun Ra Archestra i Kristen (w tej kolejności) mogły wydarzyć się w tak fantastycznym kształcie tylko w Katowicach. Na żadnym innym polskim festiwalu ci artyści nie otrzymaliby (też kolejno) tak spektakularnej scenografii, klimatycznej scenerii, możliwości występu w Polsce czy potrzebnej skali występu. A przede wszystkim tak gorącego przyjęcia publiczności, która doskonale rozumie, że najciekawsi i najważniejsi artyści to nie zawsze ci najbardziej znani.
PS. Bartek Chaciński i Pani Agnieszka Szydłowska zgodnie wskazali na to, że był to "festiwal słowa". Dla mnie był to zdecydowanie festiwal sucharów - najpierw uroczo śmieszkowała pani z Dog Whistle, później Mark Kozelek (Sun Kil Moon) zażartował sobie z jednego fotografa zabierając mu (siłą) aparat i wspominający coś o tym, że "takiej pamiątki z Polski jeszcze nie miałem" a na końcu tą formę żartu uroczyście usankcjonowała wielka Patti Smith mówiąc z przekorą "I could say that OFF is on".
sobota, 25 kwietnia 2015
Not a word and dive into the night
Prawie rok temu byłem na bardzo przyjemnym koncercie.
8 maja 2014 roku, podczas gdy Juwenalia Politechniki Wrocławskiej zbierały swoje głośne żniwo piwem i hip-hopem, po drugiej stronie miasta Michał Biela grał swoje pierwsze solowe piosenki.
Właściwie powinienem powiedzieć "na drugim końcu miasta" bo zamiast zatłoczonych tramwajów jadących na Teki wybrałem opustoszały 146 na ul. Działkową, do Ośrodka Postaw Twórczych. Trudno pewnie o większy kontrast sytuacyjny - ledwo znalazłem maleńki dom kultury z niskimi ogrodzeniami placu zabaw. Garstka gości czekała na schodkach w cieple wieczoru, w spokoju ciszy otaczającej to malutkie zgromadzenie.
Tak skromna i alternatywna do centrum miasta lokalizacja została wybrana ze względów jak najbardziej praktycznych - placówka była (najprawdopodobniej) prowadzona przez znajomych pana Michała, który mieszkał kiedyś we Wrocławiu. Pomiędzy biurowymi krzesełkami latały sobie mniejsze dzieci, a koledzy-techniczni mówili z sobie po imieniu z Panem Gwiazdą ustawiając jasne światła pojedynczych reflektorów dających ciepłą atmosferę.
Na rozgrzewkę gości przywitały dziewczyny z Enchanted Hunters nadając przedstawieniu nieco ascetyczny kształt. Po nich na scenie zmieścił się Michał Biela z zespołem, aby odegrać swoją pierwszą płytę pt. "michał biela". Nie oznacza to bynajmniej wersji full-band; tylko akustyczne warstwy i smyczki (Karoliny Rec). Proste piosenki przeniesione w skali 1:1, bez pogłosów czy sampli - każda partia chórku była nakładana osobiście przez Bielę i wykonawczynie. Staranność, która kojarzy se bardziej z przygotowywaniem domowych ciasteczek, niż z tworzeniem muzyki do radia. Bo to nie jest przecież muzyka do puszczania w radiu, nawet Trzecim. Tak kruche utwory należy chronić, ogrzewać ciepłem kominka i zamykać w pokojach gościnnych przyjaciół, albo podczas wspólnej nocnej przejażdżki. One summer night jest taką ogniskową przyśpiewką: może nie tylko dla wtajemniczonych, bo każdy zachwyci się jej leniwą urokliwością. Ale tylko niewielkie grono odnajdzie w tym znajome żarciki i wspóln(otow)e wspomnienia. From there all its lights make sense now.
Chcąc niejako wkupić się w łaski Michała Bieli nabyłem jego płytkę. Oprócz tego, że była dobra i tania, okazało się, że nie chodzi w niej wcale o jakiś zysk, a bardziej o przysługę dla wykonawcy. Zdradził nam, że to siostra pomogła mu finansowo w wydaniu tekturowej broszury z narysowanym na czerwono (anatomicznym) sercem. Nie chcę powiedzieć, że był jakoś biedny, albo miał żerować na naszych ludzkich odruchach - stało się to po prostu kolejną stroną rodzinnej historii.
Później zadziały się też inne miłe rzeczy. Biela zawitał ponownie do Wrocławia wraz ze swoim zespołem Kristen, a okazją do spotkania stał się festiwal WROsound. W związku z długą nieobecnością w swym starym miejscu zamieszkania Michał zachęcał nawet publiczność o nadrobienie informacji przez zadawanie mu pytań. W grudniu dotarła zaskakująca wiadomość o nominacji - już artysty - do Paszportu Polityki w kategorii "Muzyka popularna" co pewnie zwiększyło jego rozpoznawalność kilkakrotnie. Prestiżowego dokumentu niestety nie otrzymał, ale był to promyczek pewnej sprawiedliwości. Trzecia sympatyczna niespodzianka pojawiła się dwa tygodnie temu, gdy do solowej trasy "Michał Biela" dopisał występ we Wrocławiu. Ponoć ktoś bardzo pomógł w tym, aby jednak zagrał na nas kilka ballad i ten miły ktoś znalazł Bieli miejsce w Księgarni Hiszpańskiej La Librería Española de Wrocław.
Koncert odbędzie się dzisiaj, 25 kwietnia o godzinie 20:00. Bardziej w centrum - na ul. Szajnochy 5.
Serdecznie zapraszam.
czwartek, 11 grudnia 2014
KROPKI - KRESKI : Euforia - Waxwings
Nervy - Nervy (2014)
Anonsowany tu i ówdzie WROsound zbiera swoje owoce.
Swoją płytę wydały wreszcie Nervy, czyli Agim Dżejlili, Igor Boxx i Jan Młynarski. Można jej już posłuchać na Spotifi, do czego serdecznie zachęcam.
Michał Biela - michał biela (2014)
Tej płyty nie ma w Spotifi, samego pana Michała nie ma nawet w ZAIKSie. Ale zawsze możecie kupić jego solówkę na bandcampie do czego zachęcam jeszcze mocniej.
niedziela, 23 listopada 2014
WROsound: This city's rhythm kills me (II dzień)
Drugie dzień WROsoundu naznaczony występami pełnych zespołów instrumentalnych rozpoczęło Kristen. W obrębie swojej gitarowej kategorii (choć może powinienem napisać "niszy") są to najbardziej utytułowani zawodnicy, co w doskonałym stylu udowodnili na scenie Impartu. Doświadczenie, zgranie, lub/i lata znajomości podblijały precyzję ich piosenek na iście profesorskie poziomy alternatywne. Jednocześnie to luz, swoboda i niewymuszona inteligencja pozwalały na głośnościowe ucieczki i sympatyczne numery jak zaskakująco przebojowe Music will soothe me. Gdzieś między gitarowymi efektami brykał sobie mały Tadzio (najmłodszy z Rychlickich), a Michał Biela odszedł od mikrofonu, aby a'capella zwrócić się do kameralnej sali pirackim zawołaniem o The Secret Map. Świetny, przyjemny koncert - tylko i aż tyle.
Bardzo fajne klimaty gościły na występie MiloMailo, chociaż była to impreza na której znalazłem się trochę przypadkiem. Melodyjne rapsy z regową pulsacją nie są moim gatunkiem, ale dałem się porwać dźwiękom ekipy Ridim Bandits. To prawdziwy kolektyw - czuć było pozytywne wibracje zachodzące pomiędzy członkami grupy i autentyczną radość ze spotkania zaproszonych przyjaciół - Asi Kwaśnik i GPD. Te wszystkie gatunkowe "przekazy" i "energię" zwykłem traktować nieco z góry jako frazesy wstawiane w miejsce pustych melodii, ale tego wieczoru i tak przyjęły mnie z otwartymi ramionami.
Peter J. Birch przyzwyczaił nas do tożsamościowych dylematów, ale akurat w muzyce niespójność ideologiczna nie powinna być dogmatem (inaczej niż w literaturze, za co dziękujemy Zadie Smith). Czym innym jest ciekawa różnorodność, a innym permamentna niepewność. Co więcej, sytuacja taka irytuje samego słuchacza, który spodziewa się folkowej melodyki, a dostaje grandżowe popisywanie się fajnym wzmacniaczek. Sympatycznie, że Piotr B. umie grać też na akustycznym zestawie Boba Dylana, ale nie widać w tym logicznego układu - także instrumentalnego, bo w sobotę The River Boat Band grali bez klawiszowca. Tego wieczora ładne ustępy i malownicze migawki nie zdołały niestety zaintrygować piosenkoopowiadaniem.
Breslaux zagrało najkrótszy, ale zarazem najbardziej intensywny koncert WROsoundu. Wcale nie przesadzali obiecując błyski i muzyczne fajerwerki, gdy w wybuchowej atmosferze (podświetlonej na czerwono) galerii ImpArt zdetonowali brzmieniową bombę. Nieprzerwany, nieugaszony set podejmował kolejne rytmy i style. Brawurowa operacja na żywym organizmie, bo komputer faktycznie był tylko podkładem do przeszywających dźwięków saksofonu Witolda Sikory i uderzeń perkusjonalnych padów Pawła Kawłaka. Czas prawie 1 morrisseya (20 minut) okazało się idealnym formatem dla ich występu - trudno byłoby dłużej utrzymać napięcie i zaparty dech w piersiach.
Krótką chwilę zaczarowała moin moin, songwriterka z Czech. Przez dwie piosenki przemyciła duszny klimat groźnych ballad PJ Harvey i niepewność głębokich tonów. Jej zimny spokój był ciszą przed burzą, która miała nadejść z jej bardziej elektrycznymi kolegami.
Na Pure Cityzen było głośno. Zresztą zgodnie z oczekiwaniami, bo dla czeskiej kapeli hałas nie jest środkiem, a celem. Na pewno nie chodziło o fetyszyzację wzmacniacza (jak u wspomnianego Piotrka); wręcz przeciwnie - cudowne gitary, Fendery i Gibsony rzucane były na podłogę z oburzającą złością. Ich piękne korpusy obijane były bez cienia lityości, a świętokradztwo kwitował jedynie głuchy zgrzyt. Brutalnym scenom muzyków towarzyszyły iście apokaliptyczne obrazy z projektora wyświetlane nad widownią i to do niech dążyły sprzężenia utworów. Występ był naprawdę ciężki - zarówno gatunkowo, ale też niełatwo było się zmierzyć z tak masywną ścianą dźwięku. Warto było podjąć to wyzwanie.
Największy hałas wzniesiono jednak na cześć Waldemara Kasty. Legenda wrocławskiego hip-hopu wróciła na scenę po latach nieobecności. Przyjęcie okazało się być więcej niż entuzjastyczne – wypełniona po brzegi Sala Teatralna Impartu bujała się w rytm rapowanych wersów. Cóż, ja także - zdradzę wam, że pół życia czekałem na chwilę kiedy mogłem razem z publiką krzyczeć Hip - HOP!!! Żadna tam beka z rapsów, tylko fantastyczna zabawa. Oraz wielki szacunek dla samego KASTY, który technicznym mistrzostwem i nienaganną dykcją zjada większość znanych osobowości scenicznych. Najwyższy poziom muzyczny zapewniła ekipa Electro-Acoustic Beat Sessions – równorzędnych gwiazd tego wieczoru i wspaniałych muzyków, których solówki zachwycały nawet tych, którym z hip-hopem nie jest po drodze. Robili co chcieli przerzucając się kwitami i samplami, a solówki występowały tak często i tak widowiskowo jak u jakiegoś Wojtka Mazolewskiego. Opowiadamy legendy o nadmorskich składach jazzowych, a dla mnie to EABS jest taką nową gwardią - najlepsi z muzyków Dolnego Śląska bawiący się dźwiękiem, konwencjami i jazzem, jazzem właśnie!
To właśnie koncert Kasty może stać się dumnym symbolem idei całego festiwalu – lokalna legenda łącząca swe siły z młodymi utalentowanymi muzykami. Nieoczekiwany powrót specjalnie dla publiczności WROsoundu. Zderzenie gatunkowe przywołujące uznane dokonania, ale przedstawiające je w zupełnie innym, świeżym świetle. Perfekcja brzmieniowa i wykonawcza muzyków. A przede wszystkim – świetna zabawa łącząca wszystkich miłośników dobrej muzyki i pokazanie czegoś zupełnie wyjątkowego, co mogło się wydarzyć tylko na tej scenie.
środa, 1 października 2014
WROsound : Music will soothe me
Koniec lata nie musi wcale oznaczać końca sezonu festiwalowego. Przynajmniej we Wrocławiu, gdzie 24 i 25 października odbędzie się WRO Sound. Przez ostatnie 5 lat impreza ta pod nazwą "Wrocławski Sound" z powodzeniem funkcjonowała jako przedstawienie najciekawszych projektów muzycznych stolicy Dolnego Śląska. Tym razem wraca z nową formułą i nowym dyrektorem artystycznym, który (podobnie jak prawdziwy producent muzyczny) zwraca całość w stronę jeszcze ciekawszych brzmień.
Co też wynika z samej nazwy - WROsound ma stać się mocną marką, która obejmie inspiracje zarówno wielokulturowym charakterem samego Wrocławia jak i miejscami położonymi nad rzeką Odrą. Po co zamykać się rogatkami granic miasta, skoro wody tego najbardziej naturalnego szlaku komunikacyjnego łączą nas z resztą Polski i sporym kawałkiem Europy. Będzie na pewno ciekawie - świeży line-up można śmiało porównać do nieoczywistego OFF Festivalu, a taneczna elektronika przeplata się z poszukującymi gitarami. Co udowodnię za chwilę przedstawiając pierwszą dwójkę artystów festiwalu WROsound.
Kristen to ciepło strun Michała Bieli przyprószone surowością rytmów braci Mateusza i Łukasza Rychlickich. Po solowej, pół-akustycznej płycie tego pierwszego (cudowne michał biela) zespół triumfalnie wraca z nową płytą. Trzeba przywitać te dźwięki z otwartymi ramionami, bo jeśli teraz spojrzeć na "Polską Scenę Alternatywną" (spokojnie, rzut oka wystarczy), to ciężko znaleźć na niej klasycznie gitarowe bandy. Młodzi z poprzedniej dekady nie przeszli próby ognia "nowej rockowej rewolucji", nawet Cool Kids of Death swoim rozpadem wcieliło w życie zwątpienie własnego pokolenia, a z najbardziej bohaterskich starych Much zostały tylko (i aż!) teksty Michała Wiraszki. Symbolem tej stagnacji chłopaków z wzmacniaczami (a nie z laptopami) stała się wiecznie nieukończona płyta Ścianki, która za Dni Wiatru najdonioślej edukowała szumem i sprzężeniami. Ich naturalnymi następcami jest teraz Kristen, tym bardziej, że ich lider - wspomniany Biela - grał też ostatnio w zespole Macieja Cieślaka.
Ich najnowsza płyta The secret map jest już dostępna do odsłuchu na ich Bandcampie. Promowana przez nieco szalone Music will soothe me zadziwiające naturalnym groovem i lekkością Franz Ferdinand, którzy nie sililiby się na bycie modnym. Na wcześniejszych płytach zdarzało im się budować klimaty tak pieczołowicie, że zapomnieliśmy do czego są gitary. Otóż gitary są do tańczenia! I nie wstydzą się tego nawet doświadczeni, oczytani muzycznie weterani. Nareszcie.
Reprezentantem właściwej, elektronicznej sceny wrocławskiej jest kolejny wykonawca WROsoundu - We Draw A. Ich electro pop wymyka się łatwej identyfikacji i rozmywa falą elektroniki podobnie jak sami członkowie zespołu staranie ukrywając swoją tożsamość. Duet zdradza jednak powiązania z wytwórnią prowadzoną przez muzyków popularnego KAMP!, gdzie tej jesieni ma wydać debiutancką płytę. Możemy się więc spodziewać dźwięków wysmakowanych syntezatorów z domieszką nie mniej eleganckich tanecznych rytmów.
Tak, zgadza się, kolejne samplery i piętrowe syntezatory. Jednak ich wartość przejawia się nie w ślepych hookach nieprzytomnych podrygów, ale w niezwykle obrazowych pejzażach. Pastelowe smugi światła spadają razem ze Łzami Słońca, a miękkie przestrzenie wygładzają ostre cięcia klawiszy. Bardzo lubię takie ciepłe filtry, bo faktycznie ciężko je przełożyć na gitarę. Grzejniczki elektryczne są zawsze bardziej łagodne niż nieokiełznany żar zwykłego ognia.
PS. Piszę w taki doładny i zaskakująco profesjonalny (czyt. zrozumiały) sposób o WROsoundzie, bo mam przyjemność no i zaszczyt uczestniczyć w jego organizacji. A raczej - promocji, socjal media i inne takie pragmatyczne rzeczy. Zapraszam więc mocno na naszego fanpejcza i konto na twitterze, gdzie można znaleźć super aktualności. I oczywiście ogłoszenia artystów, bo jest ich cała 11-stka, a wszyscy świetni. Bardzo polecam i zapraszam 24 i 25 października do wrocławskiego Impartu.
Tagi:
Kamp!,
Kristen,
Michał Biela,
OFF 2015,
The secret map,
We Draw A,
Wrocław,
WROsound
















