background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS

poniedziałek, 22 lutego 2016

Theme of Rome




Mimo upływu lat Ennio Morricone pozostaje jedną z najważniejszych postaci w muzyce rozrywkowej. Dość powiedzieć, że współtworzona przez niego stylistyka spaghetti westernu

sobota, 20 lutego 2016

Good night, and good luck


Spotlight (2016)
reż. Tom McCarthy


Od ambitnego kina zawsze oczekuje się "czegoś więcej". Czegoś więcej niż tylko odegranie roli, czegoś więcej niż schematyczne przedstawienie fabuły, a wreszcie czegoś więcej niż prosty happy

czwartek, 18 lutego 2016

MIXTAPE: Yoko Eno




- David, who shall we invite to the wedding?
- Bono. Ono. Eno.
- I love you, you unstoppable conceptual bastard.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Polowanie na syreny


Córki Dancingu (2015)
reż. Agnieszka Smoczyńska


Największym problemem Córek Dancingu jest niezrozumienie. Polscy widzowie wychodzili z kina w trakcie seansów, bo nie rozumieli jak kolejny odcinek gali sylwestrowej z błyszczącego plakatu mógł zamienić się w krwawy horror z psychodelicznymi wstawkami.

piątek, 12 lutego 2016

Nieznacznie rozdzierający



"Slightly excruciating" tak występ Coldplay na Super Bowl opisał John Olivier w programie Late Night with Seth Meyers. Angielski zespół już wcześniej zebrał dużo lekceważących komentarzy "according to internet" ale co innego jeśli mówi to najbardziej wpływowy Brytyjczyk w Stanach Zjednoczonych. (Olivier prowadzi na HBO przez wielu uważany za rewolucyjny program Last week tonight). Właściwie cały wywiad żartują sobie w wyszukany sposób na temat Zimnogrających mówiąc min. o opuszczaniu sceny przez "headlinerów" czy parodiując przepychanie się Chrisa Martina do pierwszych rzędów. "Let me save you from yourself - you can't close Super Bowl on Yellow (you can close with Clocks, but let Bruno spice it up for little bit)". Całość jest h i l a r i o u s    i można ją zobaczyć tutaj.


(lepsza, oficjalna wersja tutaj)



Trudno o bardziej definiujący Codplay występ niż ten na Halftime Superbowl. Chcieli być fajni, a wszyscy i tak mówią o Beyonce, która zjadła ich na śniadanie. Ten sam brak pewności siebie i chłopięcy entuzjazm, dzięki któremu pokochaliśmy Chrisa Martina sprawił, że oddali swój występ walkowerem dobrowolnie ukrywając się za plecami Prawdziwych Amerykańskich Gwiazd. Dosłownie - aż połowę z 12 minut zabrali im Queen B. i Bruno Mars powtarzający swój show z zeszłego roku. I chociaż muzycznie Coldplay wyszli na tle ich playbacku całkiem fajnie, całą konstrukcją występu przypominając o radości wspólnego muzykowania, to w taki sposób można zostać tylko memem - co przewidziała zresztą córka Chrisa i Gwyneth Paltrow.

Pewnie, można narzekać na dobór piosenek: Paradise jest najsłabszym singlem Coldplay o czym pisałam zaraz po jego wydaniu, a najnowszy jakby nie patrzeć singiel z featuringiem Beyonce mógł może być zabroniony przez frazy o "get high" (chociaż do Jima Morrisona im bardzo daleko).

Tak czy inaczej Coldplay był skazany na niepowodzenie; jeśli chcesz podbić Amerykę, musisz zrobić to jak Bono - podczas Super Bowl w 2002 roku niski Irlandczyk wspominał ofiary ataku na World Trace Center skoczną piosenką po czym zuchwałym gestem pokazał amerykańską flagę wszytą w klapę jego rockendrollowej kurtki.


czwartek, 11 lutego 2016

Ashes to ashes



Miesiąc temu dowiedzieliśmy się o śmierci Davida Bowiego.
Oprócz smutku z tragicznej wiadomości, dobrze było oglądać wspomnienia i kondolencje płynące z całego świata kultury. Wszyscy czekaliśmy jak artyści zareagują swoim językiem - muzyką. Jeden z pierwszych coverów pojawił się w The Late Show with Stephen Colbert, gdzie zespół szefa muzycznego Jona Batiste Stay Human połączył siły z EL VY, najnowszym projektem Matta Berningera z The National i Brenda Knopfa z zespołu Meonomena. 




Let's dance z programu Stephena Colberta eksploruje wszystkie paradoksy brzmieniowe największego przeboju Davida Bowiego (i ulubionej piosenki prezydenta RP Andrzeja Dudy). Zaczyna się grupowym zaśpiewem dodanym nie z inspiracji chóralnymi zwyczajami Briana Eno, ale w toku niemal naukowej analizy kawałków z list przebojów - okazało się, że to tendencja wspólna dla numerów jeden. W programie na żywo wiodący riff piosenki grany jest sekcją dętą, która nie ma jednak tej lekkości co funkująca gitara z wyciszonymi trąbkami wersji studyjnej. Wreszcie wokal - Matt Berninger znany jest bardziej z niskiego mruczenia piosenek The National i wyraźną trudność sprawia mu wyrzucanie z siebie skocznych fraz. To nic nie szkodzi, bo nagle uświadamiamy sobie jak mało jest tam rzeczy do śpiewania - większość linii melodycznej zajmują wahnięcia gitary i potężny bas. To jakby metafora całego wokalu Bowiego, bo dalej będę się upierał, że nie miał on potężnego głosu, wszystkie umiejętności aktorskie wkładając w niezrównaną interpretację. Nieważne ile śpiewasz, ludzie nie mają słuchać słów, ale tańczyć. I ma być stylowo. 
W wersji Late Show fantastyczne są solówki zespołu Jon Batiste - popis jego samego na klawiszach jest nawet lepszy od wersji studyjnej, saksofon rozdziera linijki, a "tambourine solo was unexpected, but excellent". Rytm jest faktycznie kluczowy w takim rodzaju muzyki, jednak ujawnia mój największy problem z Let's dance - paradoksalnie nie jest to dla mnie muzyka do tańca. Bardziej jako bujający odpoczynek po najbardziej porywającym Modern Love, a w na odpowiednim mixtejpie Let's Dance umieściłbym na samym początku jako dopiero zaproszenie do wspólnej zabawy.




Dziedzictwo Davida Bowiego pomogło wypracować swój styl bardziej znanym teraz zespołom. Na swoich debiutanckich singlach (dokładniej: na b-sajdach) cover In the heat of the morning The Last Shadow Of Puppets zaakcentował ich brytyjską elegancję, a wersja Ashes to ashes girlsbandu Warpaint pomogła dziewczynom odnaleźć własne brzmienie oparte na subtelnych i eterycznych zwrotach sekcji rytmicznej (bas Jenny Lee Lindberg ♥). Z kolei The Flaming Lips wykonując u Johna Peela Life on Mars podkreślili własne szaleństwo z katalogu osobliwości "Scary Monsters and Super Creeps", tak jak Anna Calvi mocną charyzmę w Lady Griding Soul. Wstęp do All I Want LCD Soundsystem to tylko potwierdzenie instytucji "gitary z Heroes" i być może otworzyła Jamesowi Murphy drogę do gry na perkusji na Blackstar. Na playliście nie mogło zabraknąć oczywiście klasycznego coveru Nirvany jak również pięknego wokalu Misi Furtak do muzyki Davida Bowiego w Lust for life.




Kariera filmowa Davida to temat na zupełnie odmienną opowieść (żeby wspomnieć tylkowcielenie się w Nikole Tesla w Prestiżu Christophera Nolana), ale jego piosenki odgrywały istotną rolę w innych obrazach. Moim ulubionym przykładem takiego filmowego coveru jest scena z Sekretnego Życia Waltera Mitty. Space Oddity zostało potraktowane trochę w poprzek swojego pierwotnego znaczenia, bo pozbawione drugiej (tragicznej) części historii Majora Toma ilustruje heroiczny i triumfalny skok głównego bohatera. Mówimy jednak o najbardziej #uplifting filmie jaki widziałem, ale nawet gdyby cały Walter Mitty nie opierał się na tej radosnej metodzie, ważne jest tylko jedno - urocza, uśmiechnięta Kristen Wiig śpiewająca pierwszą wielką piosenkę Davida Bowiego.
Osobnym przykładem cytatu z Bowiego jest scena biegu przez ulicę do dźwięków Modern Love we francuskim Mauvais Sang. Film Leosa Caraxa obrósł takim kultem, że ten sam motyw powtarza się w Nowej Fali naszych czasów, gdy Greta Gerwig jako Frances Ha ucieka przed odpowiedzialnością. To już hołd na poziomie meta - sceny Bowiego żyją własnym życiem rezonując na następne pokolenia.




Ostatnim przykładem coverów Bowiego jest ostatnie przedsięwzięcie Amandy Palmer i Jhereka Bischoffa, którzy błyskawicznie opracowali piosenki Mistrza na kwartet smyczkowy i głosy przyjaciół, min. wspomnianej wcześniej Anny Calvi. (Płytę można kupić na Bandcampie za symbolicznego dolara, a dochód zostanie przeznaczony na cele charytatywne) Ostatnim, a może pierwszym - Bartek Chaciński zauważył kilka godzin temu, że to dopiero początek "Sezonu na Bowiego" i już za chwilę zaleją nas kolejne covery Davida. Nie mogę się już doczekać - w końcu reinterpretacja twórczości jest najwyższym rodzajem hołdu dla artysty.

PS. Pisałem już o tym jak David Bowie stworzył Arcade Fire, a także dzisiaj opublikowano dokument z realizacji ich wielkiej parady w Nowym Orleanie.


niedziela, 7 lutego 2016

2015: Płyty i imprezy




Moje ulubione płyty 2015 roku

Susanne Sudfor - Ten love songs
Nowoczesne taneczne bity, kolejny porywający ładunek syntezatorów ze Skandynawii. Płyta jest jednoznacznie o miłości, ale nie jest kolejną diagnoza na temat uczuć we współczesnym świecie. Susanne przedstawia je w praktyce - każda piosenka trafia w samo sedno, przemawia do tego, co Amerykanie nazywają"guts".

Algiers - Algiers
Najmocniejsza płyta roku - nie tylko formą, ale przede wszystkim treścią. Sprzężenia, uderzenia i bezlitosne upominanie się o godność. Wzięli sobie do serca słowa Patti Smith o tym, że jedyną bronią jakiej potrzebujemy jest gitara.

Boy - We are here
Najładniejsza płyta ubiegłego roku. I nie chodzi mi tylko o urodę wokalistek, ale całą produkcję. Jest tam wszystko czego oczekuję od dobrego, przyjemnego popu - łagodne przejścia, miłe pulsacje i tematy dyskretnie ocieplające wnętrza.

Will Butler - Policy / Lilly Hates Roses - Mokotów
Dwa albumy, które może nie aspirują do wielkości, ale słuchałem ich chyba najczęściej. I oba mają historię z którą się jakoś utożsamiam - czy to o dużym mieście, czy niezdecydowanym romansie.

Blur - The Magic Whip
Od momentu premiery myślałem o tym jako "płyta numer 5. w rankingu rocznym". Nie wróży to najlepiej, ale to przecież powrót wielkiego Blur, dzieją się rzeczy ważne i trzeba oddać królowi to co królewskie.

Kobiety - Podarte Sukienki
Kobiety pełne niespodzianek treściowych. Osiągnęły spokój i kompozycyjne zdecydowanie w warstwie formy, więc teraz pobawiły się treścią - jest świetną zabawą odczytywanie koejnych nawiązań i tropów do innych dzieł muzycznych.

Oxford Drama - In Awe
Debiut wrocławskiego duetu to najlepsza i najbardziej przyjemna elektronika zeszłego roku. I tutaj muszę się przyznać do wstydliwego zaniedbania, że nie opisałem ich jeszcze na blogu, ale czekałem na ich występ na WROsoudzie (który nie odbył się z przyczyn technicznych, bo zagrali w Imparcie miesiąc przed tym festiwalem).

Sufjan Stevens - Carrie and Lowell
To trochę smutne jeśli pomyśli się jak dużą trudność sprawia recenzentom opisanie tak prostej płyty, składającej się tylko z akustyków i ballad. Ale nie da się inaczej, bo to najbardziej zwyczajny album mówiący o najbardziej prozaicznej z ważnych rzeczy - o rodzinie.

Julia Holter -  Have you in my wilderness / Bye bye butterfly - Do come by 
Sparowalem te albumy, bo brzmią jak swoje siostry - w obu przypadkach produkcja zaprasza wokale bardzo blisko, brzmią naturalnie na samym przodzie zaraz obok basowych towarzyszy. Obie płyty intrygują też oddzielnym klimatem, do którego należy podejść spokojnie i wsłuchać się z uwagą.

Belle and Sebastian - Girls in a peacetime want to dance
Przyzwyczaliśmy się do,myśli, że Belle już na zawsze zostanie tym małym bystrym twee zespołem naszej szkoły. Poważna, różnorodna i zatrważająco dojrzała płyta - trudno powstrzymać dreszczu na słowa "now I look at you, you're a mother of two". Więcej tutaj.



Imprezy

WROsound
Najciekawszy i najlepszy festiwal we Wrocławiu. I przy okazji najważniejsza rzecz jakiej dokonałem w życiu.

OFF Festival
Może nie najlepsza koncertowo, ale chyba najprzyjemniejsza dla mnie edycja katowickiego festiwalu. Widziałem wszystko co chciałem, nic mnie nie zawiodło, jak zawsze bawiłem się świetnie.

Jazz Nad Odrą / Jazzpospolita
Niewątpliwym sukcesem w tym roku było to, że załapałem się na kilka koncertów jazzowych. Bardzo się z tego cieszę, bo w komfortowych warunkach mogłem zgłębić esencję całej muzyki - brzmienia prawdziwych instrumentów.

U2
To mój ukochany zespół, więc nie wiem, czy muszę coś dodawać. Spełniłem kilka marzeń - zobaczyć ich w hali czy usłyszeć Bad na żywo, a nie zabrakło też kilku rarytasów. Nie ma tak pięknie - tekst o tym koncercie i Berlinie to najlepsza rzecz jakiej nie miałem czasu napisać.

Afro Kolektyw
Chris Parnell grający w serialu 30 Rock powracającą postać doktora komicznie poważnym tonem mówi o przeszczepie wątroby "This is no lauhging matter, so I apologise... (wybucha śmiechem) kidney is a such a funny word". W podobnym, śmiertelnie niepoważnym tonie upłynął jedno z ostatnich tchnień wydał zespół Afro Kolektywu. Michał Hoffman rzucał uwagami o swoim odejściu również z tego świata, a na sam koniec podpisał mi się na setliście słowami "JACKU USIĄDŹ MI NA WACKU". Dziękuję.