Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zuzanna Moczek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zuzanna Moczek. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 14 grudnia 2017
Obrus i serce mam w paski
Zuzanna podczas koncertu podczas Dnia Trójkąta na Przedmieściu Oławskim
Wrocław, 2.09.2017 (fot. Alicja Kielan)
Bardzo lubię nazywać Zuzannę pieśniarką, bo jest to urocze miano, w którym bardzo jej do twarzy.
piątek, 4 września 2015
Ona po prostu płynie
Łódź do kobiety najzgrabniej porównał niezrównany Jeremi Przybora w jednym z programów Kabaretu Starszych Panów.
Ona nie chodzi. Ona po prostu płynie, lekko roztrącając przestrzeń burtami bioder…!
Zachęcony takim hasłem tym chętniej zainteresowałem się line-upem Mixera Regionalnego - darmowej imprezy prezentującej muzykę artystów związanych z województwem łódzkim. Odbędzie się on w ten weekend w Łodzi na ulicy Piotrkowskiej i Pasażu Schillera. Wystąpią min. Organek, Patrick the Pan, Domowe Melodie czy Skubas, ale chciałbym przedstawić artystki, które przedstawią się łódzkiej publiczności.
Klarę poznaliśmy jako młodziutką dziewczynę, która jedną balladą zachwyciła Marka Niedźwieckiego. Mnie też. Znając upodobania Wychowawcy Trójki byłem przekonany, że to proste imię pochodzi gdzieś z Antypodów, na szczęście daleka odległość okazała się tylko tematem jej płyty. Away oszczędnie wyprodukowane przez Artura Gadowskiego jest zbiorkiem 9 utworów w akustycznym towarzystwie małej gitary, panina, smyczków i cymbałków. Od premiery nastoletniego albumu minęły już trzy lata i czekamy nie tylko na nowe piosenki, ale chyba na nową osobę. Może przez ten czas Klara urosła, może poznała nowe płyty? Może zgubiła i znalazła miłość, może poszła na studia, a może też nie wie co zrobić z życiem? Młody wiek to nie są śmieszne rzeczy, ja się nie nabijam (sam dość regularnie zmieniam się trzy razy na pół roku). Panna Klara sama przecież śpiewa o wzrastaniu "coz I don't think you are older, but I changed in many ways. And down in worse". (Take me away). Na pewno nie na gorsze, a w jaki sposób na lepsze zmieniła się Klara i jej twórczość - tego mam nadzieję dowiemy się podczas koncertu w jej rodzinnym mieście.
Zuzanna Moczek jako studentka psychologii zajmuje się jednostką, subiektywnym światem myśl i uczuć. W przeciwieństwie do mojej dziedziny nauki (socjologii), tam najważniejsze są wewnętrzne decyzje i słuchając piosenek Zuzanny jestem w stanie uznać ich prymat. Utwory Łodzianki niezwykle jasno i przekonywająco pokazują różnorodność nastrojów i znaczenie cudownie poplątanych motywacji wypływających z głębi serca/duszy/świadomości/id/ego/superego/innych Środków. Choć Zuzanna sama w sobie zagłębia się na scenie od niedawna, ma za sobą wiele kolektywnych doświadczeń - jeździła po Polsce z coverbandem Leonarda Cohena i wystąpiła z jazzowym składem w legendarnym Studiu im. Agnieszki Osieckiej. Tak samo różnorodne są jej występy - oprócz gitary będącej atrybutem każdego szanującego się songwritera Zuzanna gra też na pianinie, a jej znakiem rozpoznawczym jest akordeon. Instrument charakterystyczny, zdecydowany, o pięknej barwie, a przede wszystkim obdarzony własną dynamiką dźwięku. Zuzanna panuje nad nim z prawdziwą pasją, co może potwierdzić chociażby Czesław Mozil, który zagrał z nią koncert w Pajęcznie (i wypadł blado w takim towarzystwie). Utalentowana panna Moczek zdobyła już zaproszenie do trójkowej audycji "Gitarą i piórem", kilka nagród na przeglądach muzycznych i - nieco romantyczny - tytuł Pieśniarki Roku. Swoje piosenki prowadzi chyba nawet bardziej poetyckimi słowami niż dźwiękiem, ale to już temat na osobną opowieść. Tymczasem na Piotrkowską polecam zabrać chusteczki i notesy, bo wzruszeń i pięknych słówek na pewno nie zabraknie.
wtorek, 7 października 2014
Dziś mam pełniutką ciebie kieszeń
Po co chodzimy na koncerty?
Nie chodzi przecież o samo słuchanie muzyki - tłum ludzi napiera oddechami ze wszystkich stron, trzeba stać-czekać na wykonawcę, jest za głośno i ciężko rozróżnić poszczególne instrumenty. Jeśli naprawdę chcemy się delektować dźwiękiem, sięgamy raczej po płytę; dokładnie zagraną w studio i starannie ułożoną w produkcji. Więc może chodzi o chęć uczestnictwa w emocjach, przeżycia ich na własnej skórze, dorzucenia się do melodii chórem głosów lub chociażby klaskaniem.
Dla mnie koncert jest rodzajem spotkania. Sprawdzenia, czy artysta jest taki sam jak w swoich piosenkach. To jest tak tak, że nic o sobie nie wiemy, wręcz przeciwnie - znając uczucia zawarte w melodii i słowach utworu mam wgląd w tą najbardziej intymną część jego wykonawcy. Zawsze podziwiam takich ludzi, bo śpiewanie o sobie, na scenie jest rodzajem chyba największej szczerości. Sam czuję pewne zawstydzenie, niestosowność gapienia się na wrażliwość kogoś innego. Okej, aktorzy też występują przed publicznością, ale tylko przekazują słowa i pomysły autora. Piosenkarze zostają sami, odkrywając przed wszystkimi całych siebie; nadzy, bo pozbawieni okrycia teatralnej konwencji.
21 września, w dniu, który zapisze się w Historii jako dzień zwycięstwa polskich siatkarzy w mistrzostwach świata zdarzyło się inne, mniejsze wydarzenie. W Pajęcznie (które leży nieopodal mojej rodzinnej maleńkiej miejscowości) zagrała Zuzanna Moczek i Czesław Śpiewa (ze swoim Kameralnym Aktem Solowym). Wieczór songwriterów w małym kinie z akordeonem w tle (wisiał na ekranie).
Zuzanna Moczek jest niezwykle utalentowaną i nieprzeciętnie uroczą pieśniarką. Występowała już w różnych odsłonach muzycznych (także na tym blogu), a teraz pod swoim imieniem pisze proste piosenki z emocjami. Gra ja na akordeonie - instrumencie szczególnym; dźwięk z niego wydobywa się fizyczną siłą ściskając miechy stron. I takie są też utwory Zuzanny - może nie brutalne, ale gwałtowne. Nie głośne, ale stanowcze. Bardzo organiczne, zdecydowanie podążające za rytmem fali akordów harmonii. Surowa barwa głosu Zuzy między szeleszczącym akcentem polskich głosek znajduje na szczęście miękkie i miłe w użyciu słówka.
Bywa jednak jest bezlitosna i rozdzierająca skórę aż do krwi. Oddam ci moje papierosy i serce, nic nie mam więcej. Miejsce między płucami tradycyjnie ma zawierać miłość. Ale serce w podarce jest złamane nie tylko przez uczucie, ale zniszczone toksycznym nałogiem. Zuzanna ani przez chwilę nie zwalnia nas z przeżyć nieistotnymi ornamentami, ale trzyma przy ziemi, szorstkiej i w pewnym stopniu rześkiej. To pasja życia, jego szalona ciekawość każe z pijanym aniołem tańczyć pół nocy.
Czesław Śpiewa. Spróbujcie tylko go nie lubić.
Tego samego dnia rano widziałem go w studio Dzień Dobry TVN, gdzie u boku The Dumblings opowiadał o "Festiwalu Gwiazd Internetu", którego jest selekcjonerem artystycznym, I właśnie ta sytuacja mówi niemal wszystko o jego pajęczańskim koncercie. Po pierwsze ciekawski Czesław niestrudzenie przemierza naturalny dystans między Warszawą, a Pajęcznem. Jego podróże po tzw. "Polsce B" pozwalają zachować autentyczność zwykłego grajka, którego romantycznej wizji nie sposób się oprzeć. Ale wspomniany dystans istnieje także między dwiema stronami ekranu telewizora. Nie da się zaprzeczyć, że wiele osób na widowni Kina Świteź nie przyszło posłuchać muzyki, ale zobaczyć tego Czesława Mozila - zabawnego jurora talent szoł, telewizyjną osobowość i celebrytę.
Najbardziej świadom tego jest on sam, no zamiast songwriterskiego występu wykonał coś w rodzaju muzycznego stand-upu. Co chwila porzucał ledwo co rozpoczęte melodie, aby raczyć publiczność opowieściami. To o alkoholu, kobietach czy (sic!) pijanych polonistkach. Jest to na swój sposób urocze i szczere wydają się wspomnienia z czasów emigracji czy Zabrza - rodzinnego miasta Czesława i The Dumblings. Niestety, mało w tym muzyki, bo jedyny fragment na akordeonie - wreszcie uroczy walczyk Caesia & Ruben trwał może półtorej minuty i kawałek zwrotki. Stał się tylko malowniczym przerywnikiem w niekończącym się monologu.
Czesław współtworzy festiwal internetowych virali nieprzypadkowo - sam stał się jednym z nich. Jego koncert przypominał właśnie taki filmik na youtube, zajawkę w stylu "the best of Czesław Śpiewa". Dynamiczny montaż, fragmenty utworów, kilka żartów i sam bohater skaczący jak na sprężynie po całej scenie. Swój "akt solowy" nazywa "kameralnym", całkowicie wypaczjąc znaczenie tego słowa. Nie ma intymności, brak refleksji z bliska, zero klimatu. Chodzi chyba o pojemność sali, gdy do małego miasteczka przyjeżdża cyrk i pokazuje fajne sztuczki. Zakończenie występu było wyjątkowo symboliczne - Mozil zupełnie odrzucił instrumenty i poruszał ustami do playbacku nowego singla. Mocny bit raz po raz podrywał go do góry jak kukiełkę, aby nagle wyłączyć tańce w samym środku imprezy. Jeśli koncert to emocjonalne porno, to Czesław jest bezczelną panienką z walorami na wierzchu.
Chociaż Zuzanna dostała o wiele mniej czasu scenicznego, tamtego wieczoru to ona zaprezentowała całą siebie. Bo oczywiście wielość masek i zabawek niekoniecznie musi być dowodem bogatej osobowości. Miała tylko 4 piosenki, ale każda z nich stała się osobną, żyjącą opowieścią podczas gdy Czesław nie skończył żadnego wątku. Emocje każdego z nich wylewały się na ziemię, ale do mnie trafiły te zdrowsze, ważniejsze melodie Zuzanny.
PS. Materiały wideo pochodzą ze strony TwojePajeczno.pl.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
living - loving
Muzyka epoki X-Factora to zuo. Produkuje kukuełki w konkursie najlepszy instrument głosowy, aby Iskiński mógł zaśpiewać wszystko, nawet pioseneczkę nadaną mu z wytwórni. Szczytem wszystkiego i symboliczntm kuriozum jest nowy program śpiewaczy z Dwójki wyłaniający uczestników za pomocą programu komputerowego. Kto zaśpiewa głośniej, bardziej w tempo i uda mu się utrzymać w tonacji ma szansę na "muzyczną bitwę" na przekrzykiwanie się. Wykonawcy muszą śpiewać różne zupełnie piosenki, przez co nie mogą pokazać swojego stylu, najlepiej, żeby go w ogóle ne było, to dopasować wytwórni będzie łatwiej. Boli mnie to, bo w takiej zabawie nie mają szans takie prawdziwe talenty jak Zuzanna Moczek właśnie.
Brakuje mi znacznie kogoś takiego na "polskiej scenie muzycznej". Taki-ej. Kobiety, dziewczyny, która potrafiłaby stworzyć intymny, własny klimat, wzruszyć. Ania Dąbrowska robi z bigbandem, Brodce zdarza się piszczeć, Edyta Bartosiewicz pozazdrościła Guns N'Roses, a w Nosowskej Brakuje dziewczyny, zwykłej smutnej pani, która wzruszyłaby sobą po prostu, swoim głosem bez żadnych nie-prawdziwych ozdobników.
Jakiego mam fuksa, że poznałem Living-loving, jej.
Zaczyna się zwyczajnie się zaczyna, tylko jedna gitara i już klimat z rodzaju "kolacja przy świecach" (by Piotr Baron). Delikatność miękkiego głosu, który dokładnie pokrywa przestrzeń ze skromnym przecież akompaniamentem.Bo do takiego głosu nie trzeba nic więcej, proszę mi uwierzyć. Pani wokalistka operuje w zwrotce taką delikatnością trochę jak Emiliana Torrini też. Jednak gdy zanurzamy się w tym pięknym obrazku następuje przebudzenie i przejście, a raczej zejście w niepewność. To nagła zmiana charakteru i klimatu głosu, słyszę tam siłę woli godną PJ Harvey, tylko taką delikatniejszą (cały czas czarownie, utrzymując czar).
Strasznie podoba mi się tytuł tego utworu. Wiem, że są skojarzenia z Led Zeppelin (podobno, ale tam była naparzanka), ale mi bardziej kojarzy się z jakimś stanem zawieszenie. Być może popełnię bluźnierstwo wspominając Kołobrzeg-Świnoujście Much, ale bardzo mi odpowiada taki sposób opowiadania - ogólny, a zarazem bardziej kompletny. Chociaż nie ma tu wielkiej historii, kilka wersów, zarys, to muzyka potrafi to uzupełnić. Pokazuje tę zależność między loving a living - najpierw ten sielski, urokliwy klimat aż nagle coś źle, koniec "miło-wania". Osoba śpiewająca w pełni świadomie staje do walki z jakimiś zgrzytem tonacji molowej. Niezgodna chronologia z melodią sprawia, że kluczowa fraza sama w sobie może stać się zagadką do zastanowienia.
Gdyby ktoś dogrzebał się do jutubowych komentarzy, które to, że ktoś nie może zrozumieć słów tekstu są bzdurą, to się nie zgadzam. Nie wyobrażam sobie, aby p. Zuzanna miałaby przerywać to piękne smęcenie (mruczenie, jako pozytywny wydźwięk słowa), żeby doakcentować sylabę To kosmiczny absurd, zabcie klimatu, włączenie światła. Właśnie w tym przejawia się styl autorki, tj. np. właśnie niedopowiedzeniem mógłbym pokazać oniryczny klimat (gdybym używał słów, które rozumiem).
Mam ogromne szczęście, że mogłem poznać Living-loving, bo to pierwsza rzecz Zuzanny Moczek (chyba), którą wystawiła tylko na YouTubie. Obawiam się, że nikt Jej nie zna, więc ogarnijcie, zanurzcie się, poczujcie, wzruszcie, zachwyćcie się. Dla prawdziwych emocji nie ma przecież miejsca w telewizji. Prawdziwe wyznania trzeba znaleźć samemu.


