Być może najlepszą rzeczą jaka przyszła nam z tych wyborów jest ta kapitalna grafika z Fajnych Rzeczy. Bezbłędne nawiązanie do okładki solowej płyty Jamiego xx i jednocześnie bardzo ładna grafika będąca przykładem data journalism - nurtu w dziennikarstwie mającym na celu prezentowanie danych w jak najbardziej atrakcyjny sposób. Tutaj przedstawiono wyniki wyborów parlamentarnych, co jest wspaniałym, ale chyba jednak wciąż kontrowersyjnym pomysłem.
Wrzuciłem to wczoraj na swojego fejsbuka, na timeline i dostałem aż jednego lajka. I zupełnie nie wiem dlaczego, bo naprawdę jaram się pomysłem, żeby tak lekko przedstawić nudne dane. Może jestem socjologiem, a może przesadzam z fejsem, skoro tak boli mnie brak popularności, okej.
Ludzie mogli też nie złapać nawiązania do niszowej przecież płyty. Ale co jeśli to przez wyniki wyborów "lubię to!" nie mogło przejść im przez klawiaturę? A to tylko fajna grafika.
Widzicie, też wpadam w paranoję. Dlatego obiecuję nie pisać tu już więcej o polityce.
PS. O data journalism dowiedziałem się więcej na CYBERakademii i gorąco pozdrawiam wszystkich świetnych ludzi, których tam spotkałem. See you guys! :)
Król to the xx z wąsami
Kto wie, być może właśnie typowo polskie (trójkowe) przywiązanie do cięższej muzyki gitarowej skłoniło go do porzucenia Macbooka Maurycego Kiebzak-Górskiego z Ul/Kr i kontynuowania solowej kariery w szerszym składzie koncertowym. Bez złośliwości trzeba jednak przyznać, że ze zrozumieniem panował nad głośnością obu gitar i oszczędził nam bluesowych zagrywek. Więcej było tam posępnego industrialu, a zwarta motoryka ostatnich utworów dała szansę sprawdzić jak brzmiałby Zoo Station gdyby U2 wylądowało po wschodniej stronie Muru Berlińskiego. Najbardziej znaczący dla zachowania klimatu był niewątpliwie udział perkusisty Mateusza Rychlickiego, znanego oczywiście z zespołu Kristen. Jego malutkie improwizacje rytmiczne i dynamika ciepłych uderzeń w analogowy talerz odpowiednio przekonująco niwelowały sztuczność elektronicznej poświaty.
Surowe zagrywki Króla mogły mogły przypominać gitarowy temat do Jamesa Bonda, ale równie dobrze zilustrowałyby polską klasykę (pop)kultury. Świetnym pomysłem na Narodowe Czytanie Lalki okazało się połączenie aktorskiej recytacji z podkładem muzycznym wykonywanym na żywo przez polskich artystów alternatywnych (Bajzel! Bobby the unicorn!!). Liczę na rozwinięcie podobnych inicjatyw, bo piosenki Króla wprost idealnie pasowałyby do poezji romantycznej. On sam dawał przykłady nastrojów narodowych nie tylko iście sarmackim wąsem, jak również kluczowymi frazami wieszczów. W tekstach angielskich hipsterów próżno szukać "Zaklęć" "Legend" czy "trzech zdrowasiek" a starannie dobrany sweter z angory na pewno nie gryzie jak ten z Powoli. Różnica pomiędzy oryginalnym, a polskim the xx najwyraźniej ukazała się w tekście o piesku. Angielskie słowo "puppy" jest uosobieniem sielanki i łagodności, podczas gdy "Szczenię" niewygodnie kąsa i szeleści swoim metalicznym odgłosem.
Chciałbym postawić kolejny pomnik dla następnej niezwykle uroczej śpiewającej pani. Tak, znów polubiłem smęty i owszem, znów nie chce popadać w zbytnie emo (przy takiej pogodzie się to po prostu nie da, ale o samotności w czasach ciepłoty napiszę jakoś przy okazji Metronomy). Potwierdza się stara prawda, że najlepszy, a raczej najpełniejszy smutek da się uzyskać nie ze strasznym wyciem i darciem się "aaaaachhhhchhoooohhhjakmiźle" ,ale tylko i jedynie w ciszy, spokoju i z jakże niezbędnym, przysłowiowo wręcz "życiowym" dystansem (vide Damon Albrarn kilka postów niżej). Tym razem w moim dziwnym życiu nawet Damon jest zbyt smutny. Dystans dystansem, przyszedł jednak chyba czas ową melancholijność w pełni zaakceptować.
Czyli więc to, ze ktoś z uporem maniaka i tak i tak lubi "wzluszające pasaże foltepianu" jest tak charakterystyczne, że jakiś-tam-weltschmerz staje się częścią tej osoby,taką charakterystyczną, że nawet "widzialną" - można powiedzieć, że smutek pasuje do kogoś jak wąsy pasują do Adama Małysza (wymyślę kiedyś lepsze porównanie, które przejdzie do potocznego języka, serio). Natalia F. to rozstrzyga tak, że nie muszę nic więcej wytłuszczać czy wyłuszczać. Niesamowite jest dla mnie jak już w pierwszym wersie stawia kawę na ławę "I look so pretty when I sad". Nie ma w tym jakiejś ach opowieści, że ach, znów mnię ktoś rzucił - to opis samej siebie, coś najbardziej oczywistego w świecie. To normalne, że nie może być zbyt fajnie- szczęście jest przecież podejrzane, bo kiedyś się skończy. J nie ma sensu z tym walczyć, jakoś poczekać, bo przecież "but she looks pretty, pretty sad" (pointa refrenu).
Ok, nie będę przesadzać, nie będę opisywać wymyślać całej sytuacji, ale jest w drugiej tam zwrotce (oprócz jakiegoś tam lirycznego zwrotu akcji, ale sam sobie niech ktoś pomyśli) moment, który mnie kompletnie rozkłada. W 1:29 przcudnie harmonijne zejście, które tylko potwierdza spokój osoby śpiewającej - czasem jest nie-fajnie, ale niektórym ze smutkiem jest bardziej do twarzy.
Dramatycznie rezygnuję z całkiem zgrabnego zakończenia,; trzeba podbić statystykę trochę, więc napiszę jakim to ja hipsterem nie jestem. Zawsze przyjmowałem The xx jako hajp roku, od jakże wyrafinowanej nazwy na starannych fryzurach wokalistów kończąc. Ok, klimat bardzo fajny, ale spodobało mi się bardziej tylko Crystalised z tą ichnią zamianą wokali gdzieś w środku. Ale ambicje Jamiego xx były tak duże, że wszędzie dosłownie wcisnął jakieś kosmiczne efekty i udziwnienia. Jak bardzo jest to zbędne pokazał sam Damon Albarn, który zaszczycił ich pięknym coverem na fortepian i cymbałki. Na szczęście ostał się odrzut z bajeranckiej płyty przeznaczonej do wymyślania najnowszych gatunków muzycznych. Mógłbym napisać "Wychowałem się na gitarze The Edge'a, więc wiem co to minimalizm, dziwnko" ale licuje to z moją nienaganną estetyką.
"Do you mind" jest cudne. Skupiono się na największym atucie zespołu - wokalach. Są one jak najbardziej delikatne, ulotne, słychać jakby odchylali głowy przed mikrofonami. Z ekstrawagancji studyjnych pozostawiono jedynie rozdeganą gitarę, a efekt echa kojarzy mi się jak najlepiej. Zresztą, uwielbiam takie melodyczne rozjazdy, gdy gitara plumka sobie w tle do w górne rejestry, bardzo fajne rozciągnięcie melodii i jakiś rodzaj chórku (jestem fanatykiem U2 i zawsze staje mi wtedy przed oczami kadr z koncertowego "Miracle drug" ,tak po prostu. something epic).
"Może pojedziesz ze mną dzisiaj gdzieś?". Nie, nie odbieram tego jako piosenka o seksie (którą raczej jest). Dla mnie jest tu masa ogromnej delikatności i jakiegoś zawstydzenia. Że może jednak, hmm? "baby, I like you're style so just wsiadaj do mnie". Spokój. Zwątpienie. If that's ok?
PS. Polecam soundcloud.com , szczególnie jak się zna magiczny adres innej stronki dzięki której dostajemy bardzo fajne jakościowo .mp3 z chmurki. Podobno to przyszłość muzyki w Internecie. Bardziej audiofilskie niż tuba. PS. 2 Wygląda na to, że przesiadywanie do rana w Baraku jest bardzo fajne i można wejść w bardzo fajny klimat i jest czas na rozmyślania dające się kartko-długopisowo sformułować. PS. 3 "Rome" Danger Mouse'a i Daniele Luppi to więcej niż płyta roku. PS. 4 Szykuję coś zupełnie nowego i "poważniejszego'. Będzie na fejsie jak coś.