background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bajzel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bajzel. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 listopada 2014

WROsound: Nie napinaj (I dzień)




WROsound rozpoczął taneczny rytm programowanych bitów i nie był to przypadek - cały pierwszy dzień należał bowiem do elektroniki. Notopop zaserwował basowy set, po którym uroczo ślizgał się głos Kasi Gruszki. Największą siłą tego zespołu jest precyzyjne, bezpośrednie brzmienie. Nawet jeśli pewne elementy (jak dublowanie wokali) nie były najbardziej potrzebne muzycznie, to okazały się niezbędne do dobrej zabawy na parkiecie.



Babu Król dorzucił jeszcze więcej zabawek. Sala teatralna Impartu jest jednym z nielicznych miejsc będących w stanie pomieścić osobowość Budynia. To człowiek-impreza, który nie potrafi spokojnie ustać w jednym miejscu, przy jednej piosence czy grając na jednym instrumencie. Ekwilibrystyka słowna i mieszanka brzmieniowa sprawiła, że Babu Król aż kipiał szaloną energią. Cały zespół - aż trzyosobowy, bo kontrapunktem spokoju dla Budynia i Bajzla (człowieka-orkiestry) była Zosi Chabiera grająca na skrzypcach i gdzieś z boku pilnująca chłopaków. Kulminacją występu był swoisty haracz jaki musiała spełnić publiczność w zamian za bisowany utwór. Tym razem Budyń postawił swój warunek wprost - zagrają jeśli wszyscy wstaną z krzeseł i będą tańczyć wszyscy razem.




Nazwa zespołu Poprzytula nie kłamała, bo koncert tego zespołu był faktycznie przytulny. Problem w tym, że było chyba zbyt przyjemnie. Zbyt komfortowa muzyka nie mąciła odczucia, które nie niepokojne przez nikogo ciągnęło się jak muzak. Najmilsze nawet okrycie rozleniwia swoją ciepłotą i ciężko wygrzebać się spod monotonnej pierzynki. Brzmienie jest, melodii brak. Kombinują z pomysłami, ale są one zbyt nieważkie by ruszyć emocją słuchacza. Symbolem tej bezsiły był zły werbel; w założeniu wybudzający z zadumki, a w rzeczywistości drażniący szorstkim wyskakiwaniem przed szereg.



Swój występ w Sali Kameralnej dało We Draw A. Było to dla niech miejsce idealne nie tylko z nazwy. Kruche procesory komputerowe i ślady klawiszy utrzymywały się na intymnej przestrzeni tej małej salki. Co z tego, że oni sami byli schowani za sprzętem i dystansem scenicznej scenografii skoro ich emocje spłynęły zza snopu świateł oślepiając nas równie mocno jak żarówki reflektorów. Odpłynąłem tu z pisania o muzyce, bo to nie ona była tam najważniejsza. Rozmyta klimatem całości, przechodząca od mechanicznego bujania do naturalnego tańca wyzwalającego z niepokojów.



Jeśli chodzi o Nervy, to ani przez chwilę nie musiałem się martwić o występ tego zespołu. Dali zdecydowanie najlepszy koncert całego WROsoundu, a ich brzmienie urwało mi głowę. Nie chcę się powtarzać, ale faktycznie jest ono sonicznie kompletne - fizyczne siły siedmioosobowej orkiestry dętej plus tytaniczna praca Jana Młynarskiego za perkusją. To już oficjalnie najlepszy bębniarz w Polsce, z łatwością prześcigający się z połamanymi komputerowymi rytmami. No i Agim Dżejlili jako mistrz ceremonii, szalony naukowiec, Nicolai Tesla fal elektroakustycznych. Miał kontrolę absolutnie nad wszystkim, z aptekarską precyzją odmierzając akcenty żywe i te bardziej wirtualne.



Na koniec opisu pierwszego dnia trzeba wspomnieć o nieoczywistych wyborach artystycznych WROsoundu. Choć Nervy są najlepsze, choć składają się z trzech absolutnych osobowości (na płycie dochodzi jeszcze połowa Skalpela - Igor Boxx), to prawie nikt jeszcze nie kojarzy. Grali tylko 3 koncerty, kiedyś anonsowała ich pani redaktor Szydłowska, ale wciąż nie mają nawet porządnego klipu na youtube. Wszystko to sprawia, że obsadzenie ich w roli headlinera Pierwszego dnia WROsoundu było niezwykle odważną decyzją - która jednocześnie okazała się najlepszą z możliwych. 25 listopada (najprawdopodobniej) ukaże się w sklepach płyta Nervów, a razem z nią w mediach entuzjastyczne recenzje ich debiutu. Pamiętajcie proszę wtedy, kto pierwszy o nich pamiętał.

środa, 13 czerwca 2012

Kultura w swoim żywiole

9. Noc Kulturalna ŻYWIOŁY NIE ŚPIĄ!

W ten piątek, 15 czerwca odbędzie się w Częstochowie Noc Kulturalna. Jest to już kolejna, dziewiąta edycja najlepszej inicjatywy kulturalnej, która za pół darmo prezentuje najróżniejsze dziedziny sztuki - muzykę, plastykę, literaturę, film, teatr, itepe, itede. Najlepsze jest jednak to, że na jedną noc ulice tego smutnego miasta wypełniają się ludźmi i dzieje się cała masa ciekawych rzeczy. Moje osobiste zainteresowanie naturalnie zwracają się w kierunku muzyki, a ten właśnie "żywioł" prezentowany jest tego roku szczególnie mocno. Powiem nawet, że jest lepiej niż na OFF Frytce (ale o tym też postaram się później napisać), bo koncertów jest tak dużo, że potrzebny jest dokładny plan na ogarnięcie wszystkich wydarzeń, które koniecznie trzeba zobaczyć.
Proponuję więc rozpiskę czasową najlepszych rzeczy i mam nadzieję, że okaże się ona przydatna.

19.30 Bajzel, Biblioteka Publiczna im. dr. W. Biegańskiego, Al. NMP 22
Ten człowiek wie jak w mig kupić sobie publiczność i wzbudzić powszechny entuzjazm (co udowodnił już na Frytce). Choć taki niepozorny, taki pojedynczy na scenie, to właśnie dla niego uknuto termin "człowiek orkiestra". Każdy jego występ jest po prostu szalony i nieprzewidywany, podobnie jak muzyka - nieuczesana i niesubordynowana. Każdy numer to petarda, a szczególnie na żywo widać jak to wszystko kumuluje się w jednym człowieku i jednej gitarze. Czasem śmiesznie wulgarnie, rytmicznie i poryuwająco z miejsc, Bajzel pograndzi w bibliotece miejskiej (  )

Dla kogo? Dla wszystkich czułych na muzyczne szaleństwo; mogę zapewnić, że po koncercie niechybnie staną się fanami Bajzla.
Catchy tunes: Wsioryba, Maniana, Sny
 
21:00 Karbido gra STOLIK, Sala teatralna IV L.O. im. H. Sienkiewicza, Al. NMP 56
Najciekawsze, na pewno najbardziej intrygująca propozycja tegoprocznej Nocy.
Nieprzypadkowo występują w "sali teatralnej" bo w ich programie można się spodziewać takich właśnie elementów (światło, gesty, klimat). Muzycy nie grają na instrumentach, ale korzystają ze... stolika. Jest on drewniany, zbudowany specjalnie dla wrocławskiego zespołu i jest wyposażony w różne struny, grzechocące elementy i inne dziwna jak na mebel rzeczy. Możemy spodziewać się fascynującej opowieści o genezie dźwięków czy ich wszechobecności, eksperymentu podanego w odmienny, zaskakujący sposób. Stolik był gloryfikowany i nagradzany na całym świecie, w różnych kategoriach, tak że ja sam nie wiem do czego go zakwalifikować. Wielkie brawa dla organizatorów, bo na komercyjnym festiwalu raczej nie byłaby możliwa prezentacja takiej formy sztuki.
Obecność zdecydowanie obowiązkowa.
 Dla kogo? Miłośników dźwięku! Niekoniecznie melodii, nie tylko piosenki czy nawet instrumentów, ale czystej akustyki.
Catchy tunes: Nogi, blat... hehe żart. Tu jest promo.

22:30 Pustki, Podwórko Al. NMP 32 – Cafe Belg i Duquesa
Koncert, z którego cieszę się najbardziej. Pustki to na pewno ścisła czołówka polskiej alternatywy i zespół przynoszący mi same przyjemne wspomnienia. Będzie to gig specjalny z kilku powodów - scena umiejscowiona jest kilka metrów nad ziemią, na balkonach, a ten właśnie zespół wydaje mi się idealny do tego typu udziwnień i eksperymentów. Po następne - promowana jest reedycja ich przebojowego Do-mi-no będą więc atrakcyjne "starocie" i różne nowe wersje klasycznych już piosenek. Po trzecie - i najważniejsze - Pustki zbierają na realizację nowej, tak wyczekiwanej płyty. Na fejsbuku już obiecali świeżynki, na co czkam z ogromną niecierpliwością, bo - pozwolę siebie zacytować - po Końcu kryzysu powinni być w życiowej formie.

 Dla kogo?  Dla fanów inteligentnego gitarowego grania z mądrymi tekstami. (Radek Łukasiewicz!)
Catchy tunes: Lugola, Kalambury, Nie zgubię się w tłumie.

23:00 Wojtek Fedkowicz Noise Trio, Teatr Muzyczny, Al. Kościuszki 1,
Bardzo ciekawy skład. Podejście do jazzu mają na wskroś nowoczesne, odważnie flirtują z elektroniką i naprawdę dużo o nich nie wiem. W budowaniu klimatu nie boją się korzystać z kleistego, przetworzonego basu z komputera i brzmi to bardzo fajnie. Jak powszechnie wiadomo, solą jazzu są koncerty i wpisana w gatunek improwizacja. Super, że muzyka też jest reprezentowana, dobrze pamiętam jak bardzo wstrząsnęli mną Pink Freud na Frytce. Jeśli nie lubicie Pustek tak bardzo jak ja lub coś się może obsunie - warto.

Dla kogo? Jazz fajny jest, oni wszyscy chcą jazz; dla wszystkich jazzmanów, nie tylko starszych, a zwłaszcza tych bardziej awangardowo nastawionych. 
Catchy tunes: Analogue Definitions, Kojak, Butterfreak.

piątek, 15 lipca 2011

Off, w Frytkę! Festiwal, dzień pierwszy.

Czerwcowy Frytka OFF Festiwal był tak najlepszą częstochowską imprezą kulturalną, że trzeba o nim koniecznie wspomnieć  i  opisać i upamiętnić tutaj (nawet taki miesiąc po). Już sam pomysł, aby naprawić, ocieplić, czy zmienić wizerunek jakiegoś miejsca w tzw. "przestrzeni publicznej" jest naprawdę światowy. Chociaż początkowo lokalizacja na słynnej Alei Frytkowej (ul. Piłsudskiego) wydawała się zastanawiająca ("gdzie oni postawią te sceny?" tak, były dwie sceny). to trzeba przyznać,, że sprawdziła się bardzo zgrabnie, a Konduktorownia (ok, nie wiem co to jest za bardzo) jako instytucja kulury bardzo ładnie znajdowała się w centrum tego wszystkiego. Wielkie gratulacje organizatorom za ogarnięcie tego przestrzennie - w tej kategorii Frytka sprawdziła się już na początku.

Chociaż był to "festiwal kultury alternatywnej" w ogóle i były nawet jakieś teatry, to ja planowałem spędzić te dwa dni tylko między scenami  z muzyką. Jak zobaczyłem pierwsze ogłoszone gwiazdy (początkowo dwie i myślałem, że to będzie wszystko muzycznie) - Ściankę i L.Stadt, wpadłem w radosną podjarkę, Zaś cały, pełny line-up stanowił dla mnie prawdziwy szok. Wszystkim rozkazywałem tam być i nie mogłem do końca uwierzyć w epickość takiego przedsięwzięcia na takiej niedalekiej ode mnie wsi. (last.fm ocenił mi zgodność zespołów z moim "muzycznym gustem na jakieś 81 %). A to wszystko za darmo.
               Byłem na większości koncertów, starałem się, ciągałem znajomych, żeby zdążyć na występy, biegałem, wychodziłem z osiemnastki i wreszcie oglądałem nawet sam koncerty. Ale teraz mogę zdać w miarę kompletną relację, co też chcę zrobić. Aby urozmaicić nieciekawe opisy ciekawych gigów, wprowadziłem coś w rodzaju "Frytka Award" zaznaczając w czym dany zespół był najfajniejszy i najlepszy. Bo to dobry line-up był.


Öszibarack
: zaczęło się trochę drętwno-śmiesznym dla mnie akcentem (bo że "Barack" w nazwie, hehe). Zespołu samego wcześniej nie znałem, kojarzyłem tylko, ze elektronika, co też w sumie było widać w instrumentalium. Jak na electro przystało, próbowali wprowadzać taneczno-transową atmosferę długimi wstępami sekcji rytmicznej oraz jakimiś tam dymami. Ale nie udało im się porwać publiki - może dlatego, że są nieznani, może dlatego, że występowali na samym początku i było wcześnie, może to z powodu nieinteresującej się jeszcze publiczności. Jak dla mnie, przesadzili sobie z tym "budowaniem klimatu" i jak już już było fajnie i na 10% mocy, to piosenka się już kończyła... Pani śpiewająca nie okazała się tak ciekawa, ale plus dla białogłowego gitarzysty, który szalał, skakał po stołkach, obsługiwał świecące gadżety i wymachiwał ręcoma przed bajeranckim thereminem.

FRYTKA the best of :
  • najlepsze przebranie (wokalistki z początku) 
  • najlepsze machanie ręcoma


Bajzel : powszechnie wiadomo, że w dobrym zespole każdy członek powinien być fajnym, oryginalnym, jakimś kimś. Bajzel ma osobowość tak ciekawą, że wystarczyłaby na cały zespół. Muzycznie także radzi sobie w pojedynkę. Dosłownie. W swojej konsolecie ma wszystkie potrzebne rytmy, podkłady i efekty, dlatego też zupełnie wystarcza na scenie tylko on sam. Muzycznie doznaniowo słuchowo gra ppełny skład i w ogóle Bajzel to jakiś rakieton energii. Można by pomyśleć, że potraktowano go źle i lekceważąco, bo zagrał 3 krótkie sety pomiędzy rozstawiającymi się w namiocie zespołami. Dało to coś bezcennego na festiwalach - płynność występów, ale niesamowite było przede wszystkim to, jak ten Piotrek bezczelnie "kupił" sobie publiczność. Na poczatku musiał odnosić się do swojego śmiesznego poczucia humoru (odnotowano pierwsze nawiązanie do nieopodalekiego Dworca PKP), później tłum pod barierkami był coraz większy, wszyscy nagle zaczęli go wołać i nikt nie zauważył, że w ostatnim wejściu coś mu się podobno zepsuło. Skandowane Wsioryba, Maniana tak szybka, że zagrał aż dwa razy i miotające, punkowo proste Frustrated. Zresztą to było właśnie mocą tego gigu, proste może (no, brak improwizacji z pudełka, wiadomo), ale bardzo energetyczne granie. No i Bajzel będący klasą dla samego siebie i z iście TheEdżowską precyzją obsługujący butami te wszystkie efekty. Nie wiem, czy mogę nazwać to "koncertem" ale świetnie się zaprezentował i przekonał o swojej wartości.

FRYTKA the best of :
  •  zwierzę sceniczne
  •  najlepsze efekty (gitarowe)
  • najlepszy szołmen



Pink Freud : Nastawiłem się na ten koncert nie znając w zasadzie tego bandu i nie słuchałem nawet ich Offensywy De Luxe. Coś tam kojarzyłem, że jazz, taki bardzo fajny podobno i zakręcony. Pierwsze doznania wzrokowe zaskakujące - Maci (Apple of corz, biedaki) i to, ze cała czwórka (bas+dęciaki+perkusja) posiadała na sobie tiszery z nadrukami tzw. "legend rocka" np. Kiss (pozdro 4 Mikołaj) i tak też byli przez siebie przedstawiani. Usprawiedliwiło się to w zupełności, bo energia byłatak dosadna jak na koncercie z gitarami. Po nieco drętwym, strasburgerowskim dowcipasie lokalnym Wojtek Mazolewski przeistoczył się w prawdziwego frontmena machającego basem z tym całym rockowym magnetyzmem i całkowitym panowaniem nad fajnością szoł. Jeśli ktoś myślał, że jazz jest dla staruszków, to raczej nie wie co to "big band". Zgodnie ze starą zasadę, że wartość jazzmanów poznaje się na żywo, Pink Freud są świetni, każdy z osobna. Oczywiście nie znam żadnego utworu jaki tam grali, ale była to godzina żywiołowego, soczystego jazzu. Z miejsca porwali publiczność wytwarzając nawet tak intymny, klubowy klimat, że w utworze Polański zastosowali prawdziwy trans o posępnym, dusznym feelingu (to raczej Komeda powinien być). Ja odpłynąłem i naprawdę ogromnym osiągnięciem było spowodowanie tego na takim festiwalu. 
Triumfalnie wkroczyli  na bis (jakiś motyw "dla dzieci' wie ktoś coś?) całą mocą dęciaków, a na sam koniec Mazolwski i spółka oprócz świetnych umiejętności muzycznych znów stworzyli prawdziwą fabułę występu, kładąc się spąć na scenie podczas solówki perkusyjnej. Działo się.
Absolutnie genialny koncert, jeśli to coś znaczy, to jeden z najlepszych na których byłem w ogóle. Umiejętności i pewność siebie w przełamywaniu muzycznych scgematów plus charyzma lidera i świadome budowanie dramaturgii - to wszystko dało nam szoł kompletny.

FRYTKA the best of :
  • najlepszy koncert
  • bejsmen 
  • frontmen
  • trans
  • klimat
  • dęciaki
  • tiszertsy




    Tymon & The Transistors - jedyny szerzej znany headliner w pierwszym dniu festiwalu.  Cóż, przygotowałem się tylko i ich ostatniej płyty Bigos heart i przyszliśmy połowie, więc nic z tamtejszej płyty nie usłyszałem. Tymon to jednak Tymon i jego postać i cały ten Tymon jest doskonale znany jako jeden z większych Tymonów na polskiej scenie muzycznej. Może to przez jego konserwatywność rockowych ideałów i pogo, w którym, z przyczyn bagażowo-technicznych nie brałem za bardzo udział, ale zupełnie występ mną nie ruszył jakoś specjalnie. Inna sprawa, że być może jestem już tak alternatywny, że jakieś mocniejsze gitary już mnie drażnią? ;p Moje wrażliwe na melodię ucho nie wychwyciło więc wyrafinowanych figur harmonicznych. Ot, takie tam granie. Tymon mógłby też pasjonująco opowiedzieć jakąś anegdotkę, ograniczył się jednak do aluzji do życia publicznego w piosence o Watykanie. Byłem na ołpenerze, to nie jest muzyka dla mnie, nie będę oceniać, ale oryginalnością nie grzeszyło.
    A w ogóle Tymon pozbył się burzy włosów na głowie i może dzieli nas zbyt duża przepaść wiekowa?

    FRYTKA the best of :
    • obrońcy hardkoru
    • oldschoolowy sprzęt (klawisz!)





    Pierwszy dzień przebiegł powyżej oczekiwań, zabili mnie Pink Freud i polubiłem bardzo Bajzla. Nie pofatygowaliśmy się na częstochowskie Elephant Stone, które podobno zagrali fajnie i pojawił się nawet na scenie w featuringu sam Bajzel. Szkoda no, ale jest na tubie.