background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS

czwartek, 24 lipca 2014

OFF: Feather Tongue

OFF Festival, czyli najlepszy festiwal w Polsce odbywa się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia.
Lyla Foy wystąpi tam pierwszego dnia, w piątek na Scenie Eksperymentalnej o 18:45.
Xenia Rubinos zagra drugiego dnia, w sobotę na Scenie Leśnej o 17:00.

Gwiazdami festiwalu są także Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos!, The Notwist oraz Belle & Sebastian i Artur Rojek. 

OFF Festival jest świetną okazją do spotkania ze świetną, nieoczywistą muzyką, ale także z pięknymi i intrygującymi kobietami. Do dziś miło pamiętam zeszłoroczny upalny koncert dziewczyn z Drekotów, czy urocze chórzystki Zbiga Wodeckiego - Joannę Halszkę Sokoowską i Olę Bilińską, która potem oczarowała też Scenę Leśną pierwotnymi melodiami. Podobnie spełniły się moje koncertowe marzenia o zobaczeniu Misi Furtak i Natalii Fiedorczuk , której pretty sad project Natalie and the Loners znajduję pasującym do pojedynczych wieczorów. Na edycji 2014 katowickiej imprezy płeć piękną reprezentuje między innymi Lyla Foy, która pochodzi z Anglii i swoją debiutancką płytę Mirrors the Sky wydała w legendarnej wytwórni Sub Pop (tradycyjnie już licznie reprezentowanej na OFFie). Debiutancki zestaw piosenek nie zaskakuje wycieczkami poza gatunkowe pole przeznaczone dla damskiego singer-songwritingu, ale nie wpadają także w pułapkę gitarowych smętów odcinając się od strunowej genezy marki fonograficznej. Magic Trix zaś to (też) pierwsza płyta Xeni Rubinos; głośna, zabawna i taneczna egzotycznymi rytmami. W pokrewny sposób mogłaby figlować Monika Brodka, gdyby jako prawdziwa siostra Xeni miała jej peruwiańskie korzenie.





Czas
Muzyka Lyli Foy najlepiej towarzyszy mi wieczorem, już  po zmierzchu. Układa do snu w delikatnych poduszkach otaczających instrumenty pozostawiające przestrzeń, w której można się schować i wygodnie umościć. Natomiast Xenia Rubinos przemyca w swoich nagraniach tak duże stężenie energii, że najlepiej spożyć ją rano w miejsce szkodliwej kofeiny. Roznosi się z głośnikó z nieznoszącą sprzeciwu siłą promieni słońca w samo południe i z naporem godziny szczytu.
Ale gdybym mógł przenieść te platoniczne znajomości na bardziej konkretny, realny poziom, zmieniłbym porządek "odwiedzin" obu tych pań (za podmiotowe traktowanie przepraszam, spokojnie - to i tak nie ma szans się wydarzyć). Z Lylą chciałbym spotkać się za dnia na kawie czy wspólnym spacerze; jej spokój pięknie komponuje się z cieniem drzew w letni poranek. Xenia jest typem dziewczyny, która raczej nie uleży zbyt długo w jednym miejscu. Hałaśliwa i żywiołowa wydaje się świetną partnerką szalonych imprez i nocnego zamroczenia.

Miejsce
Naturalnym środowiskiem Lyli Foy wydaje się być las. Wyobrażam sobie, że jej zwiewne dźwięki są zawieszone w porannej mgle dobiegając zza konarów drzew. Tajemnicza polana, którą trzeba znaleźć samemu, bo taką delikatność należy chronić pozostawiając ją w ukryciu. Xenia Rubinos prezentuje muzykę typowo miejską - żywą, tętniącą i hałaśliwą. Bardzo fajną głównie z powodu swojej bezpośredniości i bezceremonialości. Łatwo sobie wyobrazić jak skończyłaby się jej wizyta w zielonej samotni Lyli - Xenia wyrąbałaby sobie drogę przez absurdalne przeszkody w drobne drzazgi. To pierwotna, dzika siła; perkusista tak metodycznie i mocno uderza w perkusję jakby zbijał deski gwoździami pałeczek. Wbrew pozorem Lyla także odnalazłaby się w miejskiej dżungli - jej płyta jest w końcu przyzwoicie nowocześnie wyprodukowana z nieinwazyjną pulsacją elektronicznych przyrządów. Powiedziałbym nawet, że miasto potrzebuje takich kobiet, aby choć na chwilę zwolnić i zobaczyć sens; ustawić się na odpowiednie tempo przeżyć.





Stan Pogody
Temperatura kompozycji jest dopasowana do zawartych w nich emocji dziewczyn. Lyla jest chłodna, bez wysiłku wznosi się na bardziej dostojny poziom. Wydaje się uodporniona na uczucia, z dystansem tworząc kunsztowne połączenia nut, gdzie wszystko jest spokojnie obliczone i pogodzone ze sobą. Ale za śniegową zadymką tej pani kryje się żarliwe piękno w prowadzone w wolnym tańcu melodię ciepła.
Xenia Rubinos nie ma czasu na takie chłodne rozumowanie, u niej wszystko dzieje się na gorąco. Piosenki składają się tylko z zaczątków zwrotek i tematów, które podlegają nieustannym rytmicznym wariacjom. Więcej dzieje się w tle, to przeszkadzajki przejmują rolę głównych rozgrywających. Panna Rubinos podskakuje z fragmentem tekstu przerzucając go jak gorącego ziemniaka. Gorączkowe powtórki i upalne zabawy sprawiają, że nawet poważne pytania wypadają jej z rąk.

Lyla & Xenia
Obie panie, które spróbowałem tu opisać są różne, korzystające z własnego klimatu, ale jeśli chodzi o wywoływanie określonych emocji potrafią zamieniać się miejscami. Mógłbym pojechać tu banałem w stylu "kobieta zmienną jest", gdyby od podobnych instrumentalnych opisów się tu nie roiło. Jestem admiratorem fanpejcza Jaram się śpiewającymi laskami, ale nigdy nie chodzi tylko o gapienie się na atrakcyjne wokalistki. Niemniej jest jednak coś niesamowitego w tym, że intrygujące panie otwierają się przede mną (i okej, setką innych słuchaczy) zdradzając swoje emocje. Złożoność uczuć i intelektu kobiet obleczonych jeszcze pięknymi ustami czy oczami, które przekazują te rzeczy jest jedną z największych zagadek wykraczających daleko poza pięciolinię. Nie zamierzam tego rozwiązywać, nie chcę zrozumieć, bo najmniejszy nawet kontakt z tą tajemnicą jest wielkim zaszczytem.

czwartek, 17 lipca 2014

OFF: Nie chciałbym bez ciebie

OFF Festival odbędzie się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia. Wystąpią min. Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos, The Notwist i Belle and Sebastian oraz Artur Rojek, którego występ będzie miał miejsce ostatniego dnia imprezy na Scenie Trójki o godz. 20:45.

Chwilę przed rozpoczęciem legendarnego już koncertu supergrupy Lenny Valentino na OFF Festivalu 2010 wśród publiczności rozległo się nieoczekiwane - i jakże nieodpowiednie - skandowanie "Santo Subito!". Dowód oddania i wdzięczności zaintonował mój kolega z U2forums acr, a adresatem był oczywiście Artur Rojek (lider ww. zespołu). Ktoś może powiedzieć, że daleko mu do dyrektora Openera Mikołaja Ziółkowskiego, który gada z Coldplejem, broni własną piersią Florens, jest taki światowy, wygadany i tak bohatersko jak ongiś Wałęsa wprowadza Polskę do Europy Zachodniej. Styl dyrektora artystycznego OFFa diametralnie różni się nie tylko muzycznie; Artur niemal w pojedynkę zbudował markę najlepszego festiwalu w naszym kraju, a w rodzinnych Mysłowicach grało nawet The National. Co roku tysiące ludzi przybywa do Katowic nie patrząc na braki oczywistych gwiazd; wierząc bardziej w zmysł dobrego smaku Rojka niż fajerwerki nazw line-upu.




Chociaż ja także jestem gorliwym wyznawcą talentu organizatorskiego Rojka, to przyznam, że do jego twórczości muzycznej podchodzę z dużo mniejszym entuzjazmem. Odejście z Myslovitz było najlepszą dla wszystkich decyzją biorąc pod uwagę, że ton kompozycjom nadawał raczej Myszor z Powagą a i sam Rojek nie był najwierniejszym kompanem. Mam również wątpliwości co do Beksy - pierwszego singla z solowego albumu Artura. Chodzi mi oczywiście o tą nieszczęsną zwrotkę z przekleństwami. Generalnie jestem wielkim przeciwnikiem używania wulgaryzmów w sztuce wysokiej, bo skutkuje to tym, że wrzucając na łola piosenkę Tuwima o dupie ludzie myślą, że zajmują się nią w niezwykle wyrafinowany sposób. Ale przeżyłbym jakoś tą beksową "ku*wę" gdyby nie dobito mnie zaraz w następnej linijce "straszną chałą". Dwa najbardziej gimbusiarskie, bezmyślne i po prostu złe językowo słowa to już stanowczo zbyt wiele. Ja wiem, rozumiem, że tak ma być, że to integralna część kreacji podmiotu lirycznego i trzeba podziwiać odwagę autora, który tak okrył przed nami trudy swojego dojrzewania. Dla mnie jednak ten fragment to swego rodzaju moment graniczny. Firmowy falset Artura przenoszący smutne songi Myslovitz na rozpaczliwy poziom przeradza się tu w irytujący jęk. Jego natężenie jest tak nieznośne, że mimowolnie stawia nas przed pytaniem: jak wiele Rojka jesteś w stanie wytrzymać? Ja się poddaję, nie jestem jego największym fanem, chodź oczywiście rozumiem tęsknoty za tą charakterystyczną manierą.



W taki mniej więcej sposób krytykowałem samą ideę powstania Składam się z ciągłych powtórzeń wymądrzając się hasłami w stylu "niech on lepiej zajmie się OFFem". Tymczasem niepostrzeżenie dla siebie samego taką samą, a nawet większą przyjemność zacząłem czerpać z kolejnych odsłuchów Syren - drugiego singla rojkowego albumu. Skąd ta nagła sympatia? Najłatwiej było wskazać na bardzo przyjemny tekst, zgrabnie mówiący o raczej przyziemnych, domowych zmartwieniach: w rzucaniu kamieniami słów znowu przegrywam trzy do dwóch. Odetchnąłem z ulgą, gdy znalazłem informację, że autorem tych linijek jest nieoceniony Radek Łukasiewicz. Nic dziwnego, że spod jego pióra wyszło tak frapujące, najważniejsze w piosence zawieszenie, gdy Artur wprowadza w refren słowami Nie chciałbym bez ciebie... nagle w pół zdania urywając melodię. Piękne jest to niedopowiedzenie, bo w tak łagodnym wydaniu może oznaczać dosłownie wszystko - od zwyczajnego stwierdzenia do górnolotnych wyznań uczuć. Ten moment jest niezwykle ciekawy także muzycznie, bo nie wiadomo jak nazwać tą partię ucinających klawiszy - jeszcze mostek czy już pełnoprawny refren? Pewnie jest to jedna z najbardziej chwytliwych zagrywek jakie można znaleźć w polskich radiostacjach, proste ty-ty-ry-ty nie da się niby zaśpiewać, a zostaje w głowie na długo. Jeśli się nad tym zastanowić, to nie jest aż takie dziwne, że instrumentalny refren robi z piosenki przebój - wystarczy przytoczyć We found love/Sky full of stars czy niezapomniane I can't get you out of my head. Ale w polskiej muzyce trzeba było dopiero Artura Rojka, osoby świetnie osłuchanej i swobodnie czerpiącej z alternatywnych trendów, aby takim nieoczywistym patentem zarejestrować radiowego hiciora.


Wciąż twierdzę jednak, że to co najbardziej napędza Syreny to fantastyczny rytm. Anna Gacek wspominała, że w Nowym Jorku na każdym kroku można było usłyszeć Afterlife i właśnie do mojego ulubionego ulubionego Arcade Fire odnosi się ten hipnotyzujący motyw pianina, który buja całą kompozycją. Tam też dynamika refrenu budowana była w taki sposób, aby wyzwolić energię w pojawiającej się znikąd nie-śpiewanej melodii przełamania.

Doszło więc do nieco kuriozalnej sytuacji, w której gwiazdor POPlisty RMFów występuje także na zaszczytnym OFF Festivalu. Jeszcze śmieszniejsze jest to, że naturalne wątpliwości Artura Rojka na temat konfliktu interesów rozwiał nie kto inny tylko Mikołaj Ziółkowski, który zapraszając go na Openera pokazał jak mocnym punktem każdego polskiego festiwalu jest jego występ. Pan Dyrektor taktownie ustawił się na 20-stą "tylko" w namiocie Trójki; skądinąd bardzo słusznie, bo w odróżnieniu od niezaprzeczalnej wielkości jedynej płyty Lenny-ego Valentino Składam się z ciągłych powtórzeń to tylko solidna płyta. Tym razem w OFFowym występie najciekawsze nie będzie oddanie hołdu  Arturowi Rojowi, ale reakcja słuchaczy na jego twórczość. Czy faktycznie wychował ich sobie przez te lata na tyle, żeby inspiracje mogły się połączyć? Na tyle, żeby nastąpiło wreszcie całkowite muzyczne porozumienie fanów i ich nauczyciela?


PS. Podziękowania należą się acrowi za fajny wstęp i Pawłowi za catchy moment.

niedziela, 13 lipca 2014

OFF: You! Me! Dancing!

Poniższe zespoły zagrają na OFF Festivalu, który odbędzie się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia. W line-upie są także min. Kobiety i Bobby the Unicorn.

Jedna z szkodliwych obiegowych opinii głosi, że OFF Festival jest za bardzo "rojkowy" - poważny, smutny i nudny. Faktycznie, w line-upie zawsze musi znaleźć się miejsce dla majestatycznych prog-rocków, czy klasyków shoegaze'u. Ale w Dolinie Trzech Stawów zostaje także dużo miejsca na zwykłą, nieskrępowaną zabawę. Jeśli nie udało Wam się być na poprzednich edycjach z koncertami min. Ariela Pinka, Metronomy, The Battles, Retro Stefson czy The Oh-sees przygotowałem moje ulubione i najbardziej taneczne piosenki, które będzie można usłyszeć w Katowicach na tegorocznej odsłonie najlepszego festiwalu w Polsce.

Los Campesinos! zagrają 1 sierpnia na Scenie mBanku o 17:45.



Zawołanie Hold on Now, Youngster... jest tytułem debiutanckiej płyty zespołu Los Campesinos!, ale także mottem komiksowej opowieści o superbohaterze. Z tym, że zamiast rysunkowych plansz mamy muzyczne slajdy, a rolę scen akcji i bijatyk spełniają nie mniej efektowne taneczne pląsy i gitarowe riffy. Jak zawsze w tego typu historiach głównym (jeszcze tylko narracyjnie) bohaterem jest młody pełen kompleksów i wątpliwości chłopak, more like a Spider-man. Oczywiście jest też dziewczyna o delikatnym głosie, która po wielu perypetiach wypełnionych hitowymi hookami pomaga chłopakowi obudzić jego głęboko skrywaną supermoc - taniec. Nie mógł tego odkryć będąc samotnym bedroom dancer-em; cudowna moc dziewczyn polega przecież właśnie na tym, że za pomocą swoich pięknych ciał wyciągają z nas to co najlepsze.

(Muzycznie: tak brzmiałoby Rebellion (Lies), gdyby dorastanie Arcade Fire nie było tak dramatycznogenne jak na Suburbs)

The Notwist wystąpią 2 sierpnia na Scenie mBanku o 21:50.



Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zaakcentował słodko-gorzkiego slow-dancingu. Do tej formy, niestety bardziej powszechnej życiowo niż te szalone towarzyskie historie idealnie pasują mistrzowie nastroju The Notwist z piosenką i nie mniej poetyckim tytule. Całościowe, metaforyczne porównania like all the cars in NY, like all the lights on New Year... mogą pokazać swoją sensowność tylko przy takim, jak najłagodniejszym rozwijaniu się delikatnej melodii. Drobne świecące punkciki składają się na szerszą perspektywę, to z nich buduje się błękitno-zielony punkcik zwany Ziemią. Ruchy planet były nazywane przez starożytnych muzyką sfer. Jest to taniec, który ustala porządek dni i nocy od początku do końca naszego świata.

(Anegdota: wybitny amerykański socjolog M. Eliade próbował zrozumieć szintoistyczną religię zwaracjąc się do jej kapłana: "nie chwytam tej waszej teologii" na co Japończyk zastanowił się, pokiwał głową i odparł: "Myślę, że my nie mamy ideologii. Ani teologii. My tańczymy")

Belle & Sebastian zagrają 3 sierpnia kończąc festiwal na głównej scenie (mBanku) o 0:20.



Właściwie to nie planowałem pisać o największej gwieździe OFF Festivalu, bo wszystko co o nich myślę da się zawrzeć w tej lekkiej, bezpretensjonalnej piosence. Słoneczny rytm, proste akordy, świetliste solówki cieniutkich gitar i emocjonalny ekshibicjonizm bezwstydnie zawarty już w tytule. O niezaprzeczalnej kulturowej doniosłości ojców chrzestnych indie-rocka i tak nie napisałbym lepiej i więcej niż Kuba Ambrożewski w dwutygodniku. Tę rodzicielską metaforę stosowałem już w odniesieniu do The Smiths, ale Belle & Sebastian zapoczątkowali jaśniejszą stronę tego gatunku. Oczywiście również śpiewali o niepowodzeniach i niepewnościach młodości, ale paradoksalnie pisali o nich wesołe pioseneczki, bo to w muzyce znaleźli taneczną osłodę.

(Mało Znany Fakt: polskim odpowiednikiem lidera Belle & Sebastian, Stuarta Murdocha jest Artur Rojek)


PS. Socjologiczna anegdotę przytaczam za książką Josepha Cambella Potęga Mitu i pozdrawiam dr. Igora. A co na to Durkheim?

czwartek, 10 lipca 2014

OFF: Jeszcze nie wybieram się na drugą stronę

OFF Festival, czyli najlepszy festiwal w Polsce odbywa się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia.
Bobby the Unicorn wystąpi tam drugiego dnia na Scenie Trójki o 15:00.


Bobby the Unicorn - Utopia (2014)


Zakończony niedawno Opener i nadchodzący OFF Festival przypomniały ogromne zasługi edukacyjne wakacyjnych imprez muzycznych. Pozwoliły one zaspokoić koncertowy głód zagranicznych gwiazd; Polacy mieli okazję zobaczyć już prawie wszystkich, dzięki czemu, aby ich zadowolić nie wystarczy już wykaleczone przez Wielkie Nazwisko „djękujie”. Pośrednio do tej sytuacji nawiązuje Jacek Świąder w swojej recenzji Utopii : „Kto przeszedł szkołę polskich festiwali w ich złotych latach, na płycie Bobby the Unicorn się nie pogubi”. Solowy projekt Dariusza Dąbrowskiego jest dla mnie świetnym przykładem jak polscy fani muzyki przyswoili sobie brzmienia zagranicznej alternatywy powszechnie wreszcie pokazywane na festiwalowych scenach.



Już na pierwszy „rzut ucha” można rozpoznać od których muzycznych native speakerów Bobby nauczył się najwięcej – bardzo dużo tu wycofanego, posępnego klimatu znanego i lubianego zespołu Interpol. Ale najciekawsze na Utopii nie są zachodnie podobieństwa, tylko autorskie różnice. Przede wszystkim Ona ma broń napędzane rozedrganą gitarą robi zamęt jak w najlepszych momentach Turn On the Bright Lights. Kryminalny motyw równoważy użycie efektu przetworzonego wokalu, co odebrałem jako pewien element ironiczny; te groteskowe szarżowania linii melodycznej i zawodzenie ponad miarę wprowadzają też potrzebny dystans. Następny numer Balance zdradza co nieco o sposobie nagrywania płyty; brzmienie jest ciasne, jakby cały zespół z apartamentowca NYC stłoczyć w blokowym M2 (gdzie płyta faktycznie została zarejestrowana). Nie ma zbyt wiele przestrzeni, dźwięk jest suchy, ale dzięki temu instrumenty są bardziej zwarte, słychać każde uderzenie w strunę. Wilk pędzi na złamanie karku stromymi, ciasnymi zakrętami, a winda w Półżywym domu zyskuje adekwatnie klaustrofobiczną scenerię. Taka swoboda realizacyjna pozwala na ożywcze przełamania zimnego podkładu, gdy w końcówce Heart & Stone niedbałe gitarowe solo odcina się od tradycyjnie mechanicznej sekcji rytmicznej.




Konwersji na polskie warunki wymagały także teksty, bo z oczywistych względów trudno sobie wyobrazić śpiewanie u nas takiego wersu jak Subway is a porno. W tym przypadku idealnie wpasował się najlepszy utwór z Utopii – Duże drzewa godnie zastępują wysokie budynki wielkiego miasta. Bezpretensjonalna zabawa modulacją głosową udanie podkreśla niepoważność tekstu; napuszoną groźbę oświadczenie zaraz tobie wystosuję, aby w refrenie prostym rytmem wypuścić niezwykle intymnym zaproszeniem. Świetnie jest to, że mimo wypadałoby się, ograniczonego – a ponoć wiekowego – instrumentalium Bobby the Unicorn zmienia nastroje z taką łatwością. Potwierdzeniem tego jest zaskakująco ciepła ballada Modern Times o wysyłaniu ostatnich listów miłosnych. Lokalny, analogowy koloryt podtrzymuje także wspomniany wcześniej Wilk, który podobnie jak Poczta Polska nie występuje raczej w betonowych dżunglach za oceanem.

To bardzo ważne, że ktoś pisze tak fajne słowa piosenek po polsku, gdy większość narodowych (od)twórców zadowala się zachodnimi makietami w skali 1:1 (vide cała wytwórnia NextPop). Ale ja cały czas porównuję tutaj stylistykę Bobby’ego the Unicorna do zachodnich zespołów tak, że może Wam się wydać, że to także wtórne, ślepe naśladownictwo. Nic z tych rzeczy – chciałbym zauważyć, że istnieje bardzo duża różnica między „polskim Interpolem” a „Interpolem po polsku”. Utopia prezentuje to drugie, ciekawsze podejście, gdyż z wysokiej jakości wypróbowanych składników składa własną, być może niedoskonałą, ale „naszą” opowieść.

środa, 9 lipca 2014

KROPKI - KRESKI : Scumbag Ziółkowski


(Zdjęcie ukradzione z fejsbukowego profilu ishootmusic.eu) 

Zgodnie z planem i przywoływanymi tutaj niejednokrotnie złośliwościami pod adresem Scumbaga Ziółkowskiego udało mi się nie uczestniczyć w tegorocznym Openerze. Mogę tylko zgadywać jak bardzo mogę tego żałować, ale pewnymi fusami, z których wróżę o poziomie festiwalu były transmisje, nadawane na stronie internetowej. Nie zdziwił mnie pokaz mocy Jacka White'a, który po raz kolejny potwierdził, że deklarowane gorące uczucie do Polski nie jest zwyczajową kurtuazją. Ze streamu strony opener.com dowiedziałem się także jak genialne koncerty daje Phoenix i faktycznie, uroniłem symboliczną łzę żalu  "dlaczego mnie tam nie ma???!!!". Tylko godzinny, ale napakowany do granic przebojami set. Idealnie skomponowany od początkowego uderzenia przez wybitne - także na żywo - niespieszne budowanie klimatu na Love like a sunset po najbardziej taneczne w historii If I ever feel better. A wszystko to zwieńczone triumfalnym pochodem Thomasa Marsa na rękach publiczności. No szkoda.

środa, 2 lipca 2014

Trying to be cool

Ostatnia część mini-poradnika do obecnego Opener Festival. Dzisiaj headliner dnia czwartego, jedyny prawdziwy, którego najbardziej chciałbym zobaczyć. Grają w sobotę, godz. 1:00 na Opener Stage.
Tutaj opisywałem dzień 1, dzień 2 i dzień 3.




***cool***  

Teledysk do Trying to be cool jest genialny. Stworzony przez The Creators Project nawiązuje do najmodniejszych dzieł Michela Gondry'ego czy Spike'a Jonze'a. Co do sekundy poukładany z samych nieszablonowych pomysłów, gdy rzecz rozgrywa się w jednokrotnych podejściach (zespół też gra na żywo). Wokalista odziany w sygnowaną śnieżnobiałą marynarkę przemierza kolejne interaktywne lokacje zaliczając misje (szach-mat) i zbierając ekwipunek godny Prawdziwej Gwiazdy. Jego perfekcyjnie skoordynowane życie jest pełne fajerwerków i oczywiście dziewczyn w bikini. Chcecie wiedzieć jak być cool? Tam są wszystkie najpotrzebniejsze elementy. Zachwycające.

***cool***  

Opisywany tutaj utwór pochodzi z ostatniej płyty Phoenix Bankrupt!. Nie jest to na pewno wydawnictwo tak udane jak Wolfgang Amadeus Phoenix, ale dziwne; dość nieszczęśliwe, bo widać, że mieli spójną, niebanalną syntezatorową wizję. Ostatecznie wydali płytę przefajnioną w procesie produkcji - Bartek Chaciński w techniczny sposób opisuje na swoim blogu jak miksowanie zabiło ten krążek. Głośność, brak dynamiki, standaryzacja brzmienia to rzeczy niewybaczalne gdy idzie o tak delikatną materię jak melodyjne piosenki.



***cool***  

Thomas Mars i Sofia Coppola to moja ulubiona para światowego show-bizu. Na pewno nie tak trendsetterska jak Chris Martin i Gwyneth Paltrow, bo Coppola od dziecka żyjąc z takim nazwiskiem wśród artystów zawodowo zajmuje się kwestią sławy. Jej filmy - choć ultramodne - nie mają na celu zdobycia popularności, tylko posługując się trendami rozkładają je na czynniki pierwsze i odkrywają wpływ medialnych afrodyzjaków na prawdziwe życie. Ona robi filmy, on pisze jej piosenki - poznali się przy okazji Too Young na soundtracku do Lost in translation, a ja polecam szczególnie końcową sekwencję Somewhere opartą i przenikającą się z Love Like a Sunset Part II. Oraz ostatni teledysk do Chloroform w stylowej czerni i bieli wyreżyserowany przez Sofię.



***cool***  

Niejednokrotnie wspominałem o czymś takim jak french touch. Francuskie produkcje wyróżnia od zawsze pewien poziom chłodnego luzu, czy chodzi tu o bujające w obłokach elektroniczne dźwięki Air, czy elegancję zakutych hełmów Daft Punk. Skąd oni to biorą? Być może chodzi tu o historyczną zależność wedle której Francuzi tak naprawdę od zawsze niczym się za bardzo nie przejmowali. Świat cały czas wypomina im elegancką białą flagę podczas II Wojny Światowej, a nieco później najwięksi myśliciele bezrefleksyjnie pałali uczuciem do lewicowej myśli komunistycznej. W teraźniejszej polityce kolejny prezydent zajmuje się romansami, a skrajna prawica swobodnie osiąga dwucyfrowe wyniki. Who cares?

***cool***

Subiektywny wybór najbardziej cool miejsc we Wrocławiu:
  • Helios Nowe Horyzonty - kino z huśtawkami
  • Kalambur - piwo z klimatami
  • Wzgórze Partyzantów - czytanie z drzewami
  • Mediateka - biblioteka z bonusami
  • PWST - teatr z młodością
***cool***  

Dlaczego piszę tego bloga? Bo staram się być fajny. Chyba każdy chce się czymś odznaczać, być wyjątkowo dobrym w jakiejś dziedzinie, dysponować jakimś ficzerem; chociaż w moim przypadku byłby to B Factor. Socjologia nazywa to aspiracjami, czyli chęcią do zajęcia wyżsej pozycji społecznej. Zdradzę Wam sekret : blogowanie pomaga w zdobyciu dziewczyny tak samo jak bycie miłym, ale już Leonard Cohen w swojej biblijnej balladzie zauważył but you don't really cares for music, do you? Cóż, pewnie istnieją gorsze sposoby na lansowanie się takie jak (ob)noszenie New Balansów czy promowanie mody dla powodzian. Lans - lubię to słowo. Jest takie proste, bezpośrednie, nie pozostawia wątpliwości o co tak naprawdę chodzi.

***cool***  

"Trying to be cool" powinno być hasłem Opener Festival. Fakt, to głównie za jego sprawą zadomowił się u nas pewien festiwalowy lajfstajl polegający na koncertowym rozpoczęciu wakacji, zbieraniu opasek i hasztagowania przeżyć na serwisach społecznościowych. Pod namiotami spano też wcześniej na Woodstoku, ale nadmorskie błoto woli być utożsamiane z tym zachodnim na Glastonbury. Zebrany w line-upie zestaw gwiazd - a nie zawsze ich sława wynika z kwestii muzycznych - czyni z Openera wydarzenie bardziej towarzyskie. Wybieg do zaprezentowania pozornej swobody, luzu i modnego przetrwania na polu namiotowym. (Moim ulubionym zajęciem na zeszłorocznej edycji tego festynu bylo liczenie Charakterystycznie Modnych sukienek MSBHV). Jak brudzić się to tylko z klasą.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

But I cut like a buffalo

Pojutrze rozpoczyna się Opener 2014, a ja polecam co warto tam zobaczyć. Dziś przedstawiam gwiazdę trzeciego dnia, gra w piątek, godz. 22:00 na Opener Stage.
Tutaj dzień 1 i dzień 2.


Jack White - Lazaretto (2014)

Pisząc ostatnio o popularnych The Black Keys wspomniałem o absurdalnych roszczeniach Jacka White'a do posiadania na własność bluesowego brzmienia. W pierwszej chwili wydają się one niezrozumiałe - idąc tym tropem wszyscy powinni oddawać połowę tantiemów The Beatles, którzy wymyślili Piosenkę. Ale im dłużej o tym myślałem, tym bardziej pan White wydawał mi się postacią tragiczną. Kto śmiałby przeprowadzić szalony, personalny atak w obronie świętego gitarowego grania, z tupetem życząc jeszcze bluźniercom "większej popularności"? I to wszystko w czasach, których symbolem jest ikona "lubię to!", a relacje buduje się na wymianie wyłącznie pochlebnych opinii. Przypominają mi się tęsknoty Krzysztofa Vargi do fizycznych starć literatów, których przyczyną było słowo pisane. Jeśli swoją sztuką chce się przekazywać silne emocje, trzeba umieć również je wywoływać.





Wszystkie projekty Jacka White'a były wydarzeniami. Począwszy od The White Stripes, gdzie młody bóg gitary niemal w pojedynkę uratował instytucję riffu przed zalewem skocznych indie akordów. Ekscytował sam wizerunek zespołu - oparty na białym, czerwonymi i czarnym kolorze; podobnie jak elektryczne trzaski między Jackiem i Meg - długo nie wyjaśniano dlaczego noszą to samo nazwisko. Rozwód okazał się bezbolesny dla pana White'a - już przed rozpadem The White Stripes trafił do gwiazdorskiego The Racounters. Wciąż wydaje mi się to jego naturalnym środowiskiem - u boku folkowego songwritera Brendana Bensona mógł swobodnie nosić kapelusz i kraciastą koszulę, a w większym zespole nauczył się też wytwarzać hałąsy czystych wzmacniaczy. Tradycyjnie, nieco korzenne brzmienie, które kojarzy mi się z farmami środkowej Ameryki. Moim ulubionym zespołem Jacka White'a jest jednak Dead Weather, w którym grał akurat na perkusji. Zejście w cień? Nic bardziej mylnego, nazwałbym to raczej pokazem siły oddziaływania lidera i podkreśleniem prawdziwej roli mocnego rytmu. Oczywiście całą uwagę skupiła na sobie Alison Mosshart - zjawiskowa heroina kompletna używająca seksualności równie swobodnie co Debbie Harry, ale dołączająca do tego nowoczesne bycie cool. Dodajmy do tego szalone spojrzenie znad klawisza Deana Fertity (gitarzysty QotSA), bas potomka Rodziny Adamsów Jacka Lawrence'a i otrzymujemy prawdziwie surowy, obłąkany klimat. Głośny, duszny i bardzo hardkorowy.

Wydany wreszcie w 2012 roku pierwszy całkowicie solowy album Jacka, Blunderbuss okazał się... nudny. Przynajmniej dla współczesnego odbiorcy niekoniecznie rozsmakowanego w tradycyjnym bluesie. Tylko tak celowym zaczerpnięciem ze złotych czasów gitary można wytłumaczyć wybór na pierwszego singla Love Interruption - akustycznej ballady z ciemnoskórą chórzystką (cóż, wtedy nie śpiewał jej jeszcze z Alison...). Chęć edukacji historycznej jest oczywiście bardzo chwalebnym sentymentem, ale w podobną pułapkę wpadł ostatnio inny erudyta swojego gatunku Questlove. Tak pisze o nowej płycie jego formacji Jan Błaszczak: "The Roots to muzycy o wybitnej wiedzy na temat historii rapu, która przekłada się bezpośrednio na poczucie odpowiedzialności za jego obecną formułę. (...)Każdy dźwięk poprzedza więc tona namysłu". Mamy więc zadowolonego z siebie pana na włościach rozwijającego swoją wytwórnię Third Man Records i celebrującego starego, dobrego bluesa.




Coś jednak musiało zaburzyć ten wygodny obrazek, bo najnowsze wydawnictwo Lazaretto okazało się podobno najszybciej wydaną płytą w historii.(prawie 4 godziny od zarejestrowania do wydania). Możemy tylko spekulować, czy przyczyną tego pośpiechu było porabiane vintage The Black Keys zyskujące hipsterską popularność w wymierającej kategorii "muzyka gitarowa". Tak czy inaczej efektem jest świetna i znowu świeża płyta. Przykładem pierwszy singiel tytułujący album łączący najlepsze wątki z kariery White'a. Melodia zwrotki przylepiona do oszczędnego dynamicznego riffu równie energetyczna co Dead Weather. Refren podsumowują klasyczne skrzypce naturalistycznym powiewem The Racounters, a dzikie solówki i zwolnienie w środku piosenki to wielki powrót do czasów The White Stripes, gdzie Jackowi wystarczałą sama gitara do rozpętania Nowej Rockowej Rewolucji. On tak naprawdę cały czas trzymał wszystkie karty, wystarczyło tylko umiejętnie zestawić muzyczne doświadczenia. Takie piosnki jak Would you fight for my love? nie mogłyby wcześniej zabrzmieć lepiej. Proste, akustyczne (niemal ciepłe ) instrumenty budują tajemnicę jak z głębi trzęsawisk Horehound; nie mówiąc o świetnej sekcji rytmicznej (cóż, urok Meg bynajmniej nie opierał się na jej profesjonalnych umiejętnościach). Mamy do czynienia z prawdziwym znawcą, którego wirtuozeria posługiwania się składnikami rocka ma na celu tylko i wyłącznie delektowanie się odbiorcy perfekcyjnym brzmieniem. Słuchanie tej płyty to wielka przyjemność.

Jack White był ostatnio gościem The Tonight Show with Jimmy Fallon - najważniejszego wieczornego programu rozrywkowego w ramówce amerykańskiej telewizji. Urok Jimmiego opiera się oczywiście na jego entuzjazmach, a tym razem zachwycał się winylowym wydaniem Lazaretta, które zawiera w sobie masę produkcyjnych niespodzianek. Jack jest pasjonatem tego nośnika i wsadził tam bajery takie jak 3 strona, utwór ukryty na nadruku, anielskie hologramy, czy zmienne tempo poruszania się igły. Fakt, że mówi się o tym w tak popularnym paśmie jest kolejnym dowodem na renesans "czarnej płyty". Wcześniej w tym samym programie Jack nagrywał na żywo Neila Younga - to akurat jest już potwierdzeniem statusu samego White'a. Tonight Show nieczęsto gości na kanapie poważnych muzyków (wyłączając oczywiście popisy Justina Timberlake'a hehe),a Jack był tam aż dwukrotnie. White funkcjonuje w masowej świadomości jako prawdziwa osobowość, pewnie jedyna z młodego pokolenia rockandrollowców. Świat potrzebuje takiego bohatera - ostatniego sprawiedliwego, który nie wyrzekł się gitary; konserwatysty niestrudzenie walczącego o przetrwanie klasycznego bluesa na pięknych, błyszczących winylowych płytach.