wtorek, 7 października 2014
Dziś mam pełniutką ciebie kieszeń
Po co chodzimy na koncerty?
Nie chodzi przecież o samo słuchanie muzyki - tłum ludzi napiera oddechami ze wszystkich stron, trzeba stać-czekać na wykonawcę, jest za głośno i ciężko rozróżnić poszczególne instrumenty. Jeśli naprawdę chcemy się delektować dźwiękiem, sięgamy raczej po płytę; dokładnie zagraną w studio i starannie ułożoną w produkcji. Więc może chodzi o chęć uczestnictwa w emocjach, przeżycia ich na własnej skórze, dorzucenia się do melodii chórem głosów lub chociażby klaskaniem.
Dla mnie koncert jest rodzajem spotkania. Sprawdzenia, czy artysta jest taki sam jak w swoich piosenkach. To jest tak tak, że nic o sobie nie wiemy, wręcz przeciwnie - znając uczucia zawarte w melodii i słowach utworu mam wgląd w tą najbardziej intymną część jego wykonawcy. Zawsze podziwiam takich ludzi, bo śpiewanie o sobie, na scenie jest rodzajem chyba największej szczerości. Sam czuję pewne zawstydzenie, niestosowność gapienia się na wrażliwość kogoś innego. Okej, aktorzy też występują przed publicznością, ale tylko przekazują słowa i pomysły autora. Piosenkarze zostają sami, odkrywając przed wszystkimi całych siebie; nadzy, bo pozbawieni okrycia teatralnej konwencji.
21 września, w dniu, który zapisze się w Historii jako dzień zwycięstwa polskich siatkarzy w mistrzostwach świata zdarzyło się inne, mniejsze wydarzenie. W Pajęcznie (które leży nieopodal mojej rodzinnej maleńkiej miejscowości) zagrała Zuzanna Moczek i Czesław Śpiewa (ze swoim Kameralnym Aktem Solowym). Wieczór songwriterów w małym kinie z akordeonem w tle (wisiał na ekranie).
Zuzanna Moczek jest niezwykle utalentowaną i nieprzeciętnie uroczą pieśniarką. Występowała już w różnych odsłonach muzycznych (także na tym blogu), a teraz pod swoim imieniem pisze proste piosenki z emocjami. Gra ja na akordeonie - instrumencie szczególnym; dźwięk z niego wydobywa się fizyczną siłą ściskając miechy stron. I takie są też utwory Zuzanny - może nie brutalne, ale gwałtowne. Nie głośne, ale stanowcze. Bardzo organiczne, zdecydowanie podążające za rytmem fali akordów harmonii. Surowa barwa głosu Zuzy między szeleszczącym akcentem polskich głosek znajduje na szczęście miękkie i miłe w użyciu słówka.
Bywa jednak jest bezlitosna i rozdzierająca skórę aż do krwi. Oddam ci moje papierosy i serce, nic nie mam więcej. Miejsce między płucami tradycyjnie ma zawierać miłość. Ale serce w podarce jest złamane nie tylko przez uczucie, ale zniszczone toksycznym nałogiem. Zuzanna ani przez chwilę nie zwalnia nas z przeżyć nieistotnymi ornamentami, ale trzyma przy ziemi, szorstkiej i w pewnym stopniu rześkiej. To pasja życia, jego szalona ciekawość każe z pijanym aniołem tańczyć pół nocy.
Czesław Śpiewa. Spróbujcie tylko go nie lubić.
Tego samego dnia rano widziałem go w studio Dzień Dobry TVN, gdzie u boku The Dumblings opowiadał o "Festiwalu Gwiazd Internetu", którego jest selekcjonerem artystycznym, I właśnie ta sytuacja mówi niemal wszystko o jego pajęczańskim koncercie. Po pierwsze ciekawski Czesław niestrudzenie przemierza naturalny dystans między Warszawą, a Pajęcznem. Jego podróże po tzw. "Polsce B" pozwalają zachować autentyczność zwykłego grajka, którego romantycznej wizji nie sposób się oprzeć. Ale wspomniany dystans istnieje także między dwiema stronami ekranu telewizora. Nie da się zaprzeczyć, że wiele osób na widowni Kina Świteź nie przyszło posłuchać muzyki, ale zobaczyć tego Czesława Mozila - zabawnego jurora talent szoł, telewizyjną osobowość i celebrytę.
Najbardziej świadom tego jest on sam, no zamiast songwriterskiego występu wykonał coś w rodzaju muzycznego stand-upu. Co chwila porzucał ledwo co rozpoczęte melodie, aby raczyć publiczność opowieściami. To o alkoholu, kobietach czy (sic!) pijanych polonistkach. Jest to na swój sposób urocze i szczere wydają się wspomnienia z czasów emigracji czy Zabrza - rodzinnego miasta Czesława i The Dumblings. Niestety, mało w tym muzyki, bo jedyny fragment na akordeonie - wreszcie uroczy walczyk Caesia & Ruben trwał może półtorej minuty i kawałek zwrotki. Stał się tylko malowniczym przerywnikiem w niekończącym się monologu.
Czesław współtworzy festiwal internetowych virali nieprzypadkowo - sam stał się jednym z nich. Jego koncert przypominał właśnie taki filmik na youtube, zajawkę w stylu "the best of Czesław Śpiewa". Dynamiczny montaż, fragmenty utworów, kilka żartów i sam bohater skaczący jak na sprężynie po całej scenie. Swój "akt solowy" nazywa "kameralnym", całkowicie wypaczjąc znaczenie tego słowa. Nie ma intymności, brak refleksji z bliska, zero klimatu. Chodzi chyba o pojemność sali, gdy do małego miasteczka przyjeżdża cyrk i pokazuje fajne sztuczki. Zakończenie występu było wyjątkowo symboliczne - Mozil zupełnie odrzucił instrumenty i poruszał ustami do playbacku nowego singla. Mocny bit raz po raz podrywał go do góry jak kukiełkę, aby nagle wyłączyć tańce w samym środku imprezy. Jeśli koncert to emocjonalne porno, to Czesław jest bezczelną panienką z walorami na wierzchu.
Chociaż Zuzanna dostała o wiele mniej czasu scenicznego, tamtego wieczoru to ona zaprezentowała całą siebie. Bo oczywiście wielość masek i zabawek niekoniecznie musi być dowodem bogatej osobowości. Miała tylko 4 piosenki, ale każda z nich stała się osobną, żyjącą opowieścią podczas gdy Czesław nie skończył żadnego wątku. Emocje każdego z nich wylewały się na ziemię, ale do mnie trafiły te zdrowsze, ważniejsze melodie Zuzanny.
PS. Materiały wideo pochodzą ze strony TwojePajeczno.pl.
środa, 1 października 2014
WROsound : Music will soothe me
Koniec lata nie musi wcale oznaczać końca sezonu festiwalowego. Przynajmniej we Wrocławiu, gdzie 24 i 25 października odbędzie się WRO Sound. Przez ostatnie 5 lat impreza ta pod nazwą "Wrocławski Sound" z powodzeniem funkcjonowała jako przedstawienie najciekawszych projektów muzycznych stolicy Dolnego Śląska. Tym razem wraca z nową formułą i nowym dyrektorem artystycznym, który (podobnie jak prawdziwy producent muzyczny) zwraca całość w stronę jeszcze ciekawszych brzmień.
Co też wynika z samej nazwy - WROsound ma stać się mocną marką, która obejmie inspiracje zarówno wielokulturowym charakterem samego Wrocławia jak i miejscami położonymi nad rzeką Odrą. Po co zamykać się rogatkami granic miasta, skoro wody tego najbardziej naturalnego szlaku komunikacyjnego łączą nas z resztą Polski i sporym kawałkiem Europy. Będzie na pewno ciekawie - świeży line-up można śmiało porównać do nieoczywistego OFF Festivalu, a taneczna elektronika przeplata się z poszukującymi gitarami. Co udowodnię za chwilę przedstawiając pierwszą dwójkę artystów festiwalu WROsound.
Kristen to ciepło strun Michała Bieli przyprószone surowością rytmów braci Mateusza i Łukasza Rychlickich. Po solowej, pół-akustycznej płycie tego pierwszego (cudowne michał biela) zespół triumfalnie wraca z nową płytą. Trzeba przywitać te dźwięki z otwartymi ramionami, bo jeśli teraz spojrzeć na "Polską Scenę Alternatywną" (spokojnie, rzut oka wystarczy), to ciężko znaleźć na niej klasycznie gitarowe bandy. Młodzi z poprzedniej dekady nie przeszli próby ognia "nowej rockowej rewolucji", nawet Cool Kids of Death swoim rozpadem wcieliło w życie zwątpienie własnego pokolenia, a z najbardziej bohaterskich starych Much zostały tylko (i aż!) teksty Michała Wiraszki. Symbolem tej stagnacji chłopaków z wzmacniaczami (a nie z laptopami) stała się wiecznie nieukończona płyta Ścianki, która za Dni Wiatru najdonioślej edukowała szumem i sprzężeniami. Ich naturalnymi następcami jest teraz Kristen, tym bardziej, że ich lider - wspomniany Biela - grał też ostatnio w zespole Macieja Cieślaka.
Ich najnowsza płyta The secret map jest już dostępna do odsłuchu na ich Bandcampie. Promowana przez nieco szalone Music will soothe me zadziwiające naturalnym groovem i lekkością Franz Ferdinand, którzy nie sililiby się na bycie modnym. Na wcześniejszych płytach zdarzało im się budować klimaty tak pieczołowicie, że zapomnieliśmy do czego są gitary. Otóż gitary są do tańczenia! I nie wstydzą się tego nawet doświadczeni, oczytani muzycznie weterani. Nareszcie.
Reprezentantem właściwej, elektronicznej sceny wrocławskiej jest kolejny wykonawca WROsoundu - We Draw A. Ich electro pop wymyka się łatwej identyfikacji i rozmywa falą elektroniki podobnie jak sami członkowie zespołu staranie ukrywając swoją tożsamość. Duet zdradza jednak powiązania z wytwórnią prowadzoną przez muzyków popularnego KAMP!, gdzie tej jesieni ma wydać debiutancką płytę. Możemy się więc spodziewać dźwięków wysmakowanych syntezatorów z domieszką nie mniej eleganckich tanecznych rytmów.
Tak, zgadza się, kolejne samplery i piętrowe syntezatory. Jednak ich wartość przejawia się nie w ślepych hookach nieprzytomnych podrygów, ale w niezwykle obrazowych pejzażach. Pastelowe smugi światła spadają razem ze Łzami Słońca, a miękkie przestrzenie wygładzają ostre cięcia klawiszy. Bardzo lubię takie ciepłe filtry, bo faktycznie ciężko je przełożyć na gitarę. Grzejniczki elektryczne są zawsze bardziej łagodne niż nieokiełznany żar zwykłego ognia.
PS. Piszę w taki doładny i zaskakująco profesjonalny (czyt. zrozumiały) sposób o WROsoundzie, bo mam przyjemność no i zaszczyt uczestniczyć w jego organizacji. A raczej - promocji, socjal media i inne takie pragmatyczne rzeczy. Zapraszam więc mocno na naszego fanpejcza i konto na twitterze, gdzie można znaleźć super aktualności. I oczywiście ogłoszenia artystów, bo jest ich cała 11-stka, a wszyscy świetni. Bardzo polecam i zapraszam 24 i 25 października do wrocławskiego Impartu.
Tagi:
Kamp!,
Kristen,
Michał Biela,
OFF 2015,
The secret map,
We Draw A,
Wrocław,
WROsound
poniedziałek, 15 września 2014
Jelly Beans and Billy Jean to celebrate my sweet sixteen
Może się wydać dziwne, że polską Alison Mosshart została właśnie ona. Julia Marcel już wcześniej miała silną osobowość, która nie pozwalała przejść obojętnie, ale nie wyrażała tego w czarnej skórze i na podłodze między perkusjami. Zaczynała jako ułożona songwriterka z klawiszami, aby na drugiej płycie dorzucić elektronicznych uroków Bat for Lashes. Gwałtowną zmianę obrazuje teledysk - tak samo prosty i surowy jak bas prowadzący całą piosenkę. Julia wciąga za sobą w mroczny świat młodzieńczych instynktów. Stara szkoła, po której bezwiednie chodził każdy z nas staje się gotycką areną sił drzemiącego zła. Można przyznać, że rockowy bunt w wykonaniu młodzieży jest dość ogranym chwytem, ale Władca Much nie miał na swojej wyspie tak tętniącej muzyki. W zwykłej wydawałoby się melodii burzy się energia, która niewłaściwie ukierunkowana mogłaby spowodować wiele bałaganu. Tutaj zaś rozrywa przyzwyczajenia i nawiedza nieodpartą melodyką wcale nie beztroskiego nucenia.
Zagłuszoną dziewczęcą niewinność daje na szczęście w prezencie Spike Jonze. Geniusz tego reżysera ogaraniemy być może dopiero za kilkanaście lat, ale nie chodzi w nim na pewno tylko o sprawność techniczną, ale to co mówi o nowoczesnych nam czasach. Pokazauje czułość wśród elektronicznej technologii - rzecz, o której zdają się zapominać informatyczni geniusze z Doliny Krzemowej i kolejne profile na fejsbuku. Wybitnym dziełem Jonze'a jest Her, do którego balladę napisała jego przyjaciółka Karen O. Teraz on zwraca jej (inną) piosenkę w filmiku spontanicznie nagrany na ajfonie.
Wszyscy wiedzą jak uroczą osóbką jest Elle Fanning (♥), powiecie więc, że to żadna sztuka sfilmować osobę, którą tak bardzo kocha kamera, ale tylko Spike potrafi zrobić to w jednym telefonowym ujęciu w przeciągu ledwie półtorej minuty. Idealnie połączył naiwność piosenki Karen z młodzieńczą, naprawdę swobodną zabawą Elle. I nawet ta ogromna, historyczna przestrzeń nowojorskiej Metropolitan Opera House nie jest w stanie stłamsić jej energii, Elle absolutnie nic sobie nie robi z renomy tego miejsca traktując je jako kolejną piaskownicę, zabiera je jako własne.
Bo czy wielkość artysty nie polega właśnie polega właśnie na tym? Żeby potrafić złapać te malutkie chwile piękna w codziennym życiu? A jeśli nowoczesne, przenośne technologie mogą nam w tym pomóc, to może te wszystkie Instagramy i głupie filmiki mają jednak jakiś głębszy, potrzebny sens.
PS.
Zbyt rzadko wymyślam preteksty do umieszczenia teledysków z ładnymi dziewczynami, więc pokażę jeszcze jedno piękno w ruchomych obrazkach. I to nic, że nikt tam nie chodzi przed kamerą, temat nie pasuje do tytułu nowej płyty U2, a Scarlett tak naprawdę nie wystąpiła w oficjalnym teledysku tak jednoznacznie klasycznego, że aż nudnego Smashing Pumpkins. To nie jest istotne, bo każdy powód jest dobry, aby pokazać piękno, prawda?
środa, 10 września 2014
Songs of Innocence
Sam w to nie wierzyłem, a jednak.
U2 powróciło z nowym albumem. Po 5 latach nerwów i wkurzania fanów głupimi gadkami zupełnie niespodziewanie udostępnili go na dzisiejszej prezentacji Apple. Za darmo. Do ściągnięcia przez iTunes.
http://www.u2.com/news/title/songs-of-innocence/
poniedziałek, 1 września 2014
SP 7" : Męskie granie
Uderzenia w stalowe struny. Musztra samokontroli tempa. Poligon mglistej przestrzeni. Marszowy rytm. Niski głos. Chrapliwe zaciąganie. Zimne srebro trąby. Jednostajna barwa moro. Dostojne puzony. Szeregowe werble. Przelot szumów na horyzoncie. Perkusje na dobicie przeciwnika. Defilada wyrzutów gitarowych. Syrena pola bitwy.
Ale nie da się mówić o miłości w krótkich żołnierskich słowach. Choć mają być one ranić brutalnym odrzuceniem, nieoczekiwanie stają się przeprosinami. Nawet taki niezdyscyplinowany wyrzut sumienia nie powinien się przedostać przez wytrenowany pancerz zimnego drania. Odwiecznego kowboja, który zaciska zęby na cygarze nie zaszczycając kobiety ani słowem. Bo jej rolą jest przecież służenie, nie wtrącanie się w sprawy męskiego świata i czekanie, które nie ma prawa do słowa skargi. Tłumaczenia powinny być zbędne, to że nie przytulę cię potem, odwrócę, rzucę dobranoc w męskich relacjach jest oczywistością. Nie powinien nawet znać takich wyrażeń jak to, że serce ci pękło. To przedmiotowe żądanie być zawsze pod ręką także kruszy się nieszczerością po delikatnym przecież jeśli chcesz troszcz się o mnie.
Ten mężczyzna może mówić prawdę, że nie ma we mnie miłości. Uczucia jednak pozostały.
Ten mężczyzna może mówić prawdę, że nie ma we mnie miłości. Uczucia jednak pozostały.
piątek, 29 sierpnia 2014
Leżę z tobą wystukując rytm
Gdy piszę te słowa tegoroczna trasa Męskiego Grania dobiega końca i raczej nikt nie będzie za nią płakać. Oczywiście z wyjątkiem Piotra Stelmacha, który z uporem i ekscytacją (nie)godną pracownika Radia Zet wymyślał coraz to nowe i coraz to bardziej kwieciste frazesy o "muzycznych spotkaniach prawdziwych charakterów". Trzeba przyznać, że w przeszłości Męskiemu Graniu faktycznie udawało się doprowadzać do sytuacji nie do pomyślenia, rzeczywiście interesujących jak cover Lecha Janerki na instrumenty dęte czy uśmiech na twarzy Marka Dyjaka. Stworzyła się też nowa klasyfikacja popularności muzyków polskich, kolejno występujących w: mainstreamie i eReMeFach, Męskim Graniu i Trójce, namiotach Openerowych, OFF Festivalu i stoiskach niezależnych wytwórni. W tym roku akcję promocyjną Żywca firmuje najbardziej oczywista para młodych wykonawców - Monika Brodka i Dawid Podsiadło. Jakby nie patrzeć, selekcjonerzy nie wysilili się z muzyczną ideą. Używając konwencji mojej nauczycielki fizyki z VII LO: "Idź do piaskownicy, zgwałć gimnazjalistę i zapytaj go jacy sa najbardziej rozpoznawalni muzycy w Polsce". O ile styl i egzaltacja O.S.T.R.ego może nieco irytować, to jego duet z Michałem Urbaniakiem (bezsprzecznie uznaną legendą jazzową) w zeszłym roku był naprawdę frapujący i odkrywczo ciekawy. Teraz z jazzu został tylko po raz kolejny Mazolewski, który zaraz wyskoczy nam z lodówki (oczywiście z zimnym piwkiem w dłoni).
Wtórność i banalność line-upu Męskiego Grania zaskakująco wiernie oddaje singiel promujący całe wydarzenie. Elektryczny numer napisał Andrzej Smolik, prawdziwy spiritus movens polskiej sceny muzycznej - jego macierzystą kapelą wciąż pozostają Wilki, a swoje trzy grosze dorzucił swego czasu nawet do Lenny'ego Valentino. Jak na profesjonalnego kompozytora przystało, Andrzej wiernie odtworzył popularne w naszym kraju The Black Keys. Niestety dosłownie - to samo brzmienie, rytm i riff ściągnięty z Howing for you czy Gold on the ceiling. Oczywiście nie omieszkałem wypominać tego na fejsbukowych udostępnieniach moich znajomych, ale obok kąśliwego komentarza musiałem zostawić podniesiony kciuk. Lubię to! Fajnie się tego słucha. Bardzo przyjemnie podbija podeszwę buta. Owa chwytliwość i niepodrabiana energia sprawiają, że spokojnie mogę ogłosić, że na przestrzeni lat Elektryczny to mój ulubiony singiel Męskiego Grania (wciąż nie przeszła mi awersja do Waglewskich).
A może to Monika Brodka wznosi moją sympatie do tego utworu na sercowy level? Wyposzczony brakiem jej nowego głosu rzucam się na każdą, krótką nawet autorską linijkę. Bo właściwie co ona robi w tym klipie - po prostu jest. Majestatycznie schodzi na scenę i roztacza aurę bycia cool wygrywając obrazek charyzmą mikrofonowego wybuchu. Mało kto to potrafi, a jeszcze mniej liczni mogą sobie na to pozwolić. Od wydania Grandy stuknie zaraz 5 lat; w międzyczasie kupiła sobie czas wydanie przebojowej Lax EP. Wiedziała, że branży to wystarczy, bo szanowna kapituła Fryderyków 2013 nominowała tą - powtórzę się wyraźniej - EPkę do "Albumu Roku" Najważniejsze, że Monika nie mami tak swoich fanów - jej występy znowu tworzą nowy standard Polski koncertowej i zmienia aranżacje średnio co pół roku. Miejmy tylko nadzieję, że z wydaniem płyty długogrającej będzie jej jednak łatwiej od Gaby Kulki (z takim pietyzmem wypracowującej nowe brzmienie na koncertach, że przemyciła je na "nową płytę" okazującą się być tylko koncertówką). Jest na pewno o co walczyć, bo Brodka dzierży największą szansę na ogólnoświatową karierę od czasów Myslovitz. Założę się, że chodzi teraz z demówkami po najpoważniejszych wytwórniach takich jak XL Recordings czy nie wiem, 4AD. Ok, Kamp! też chodzili, ale nie mieli tak kompletnej osobowości ogarniającej szeroko poza muzykę. Szukajcie jej na lookbookach i Voguach - nadejdzie wraz z najmodniejszymi trendami.
Czy podobny zagraniczny plan ma Dawid Podsiadło? Jeszcze nie wiadomo, na razie z łatwością rozgrywa rodzime etery muzyczne. Weszła ustawa premiująca polskie słowa piosenek? Do dwóch albumowych indeksów dopisujemy swojskie liryki. Reszta płyty gra po angielsku? Dorzucamy kolejne dwie polskie single niealbumowe (w tym jeden do filmu o Powstaniu, +44 do Szacunku Historii). Musimy wreszcie rzucić do radia anglojęzyczną piosenkę? Nic nie szkodzi w zostaniu drugi sezon z rzędu "przebojem lata". Właśnie No, ten ostatni (?) promocyjny oddech zwiastuje zmiany w wizerunku Dawida. Otóż w teledysku do tego utworu po raz pierwszy pojawia się seks! (ładna dziewczyna już była, pozdrawiam Kamilę). Rozczochrany wrażliwiec pokazuje obnażoną klatę i i areszcie szybszy rytm - No od początku było dla mnie najfajniejszym utworem z płyty. Męskie Granie - oprócz poważnego epitetu tytułowego - pomaga Podsiadłemu w medialnym dorastaniu jeszcze bardziej; w rasowych gitarach ma wreszcie szansę zedrzeć swoje mocniejsze rejestry głosu. Trzeba przyznać, że daje sobie radę całkiem nieźle i ta desperacja ucieczki od smutnego chłopca tylko podbija głośność Elektrycznego. Jego następna płyta będzie obarczona ogromnym ciężarem oczekiwań, zdobył przecież wszystkie "rozrywkowe" Fryderyki. Moim zdaniem trochę niesłusznie, bo Comfort and Happiness nie jest tak znaczącym tytułem jak chociażby Granda. Mimo oczywistych zapożyczeń i prostoty kompozycji, po tych wszystkich wyrywających się z ramek ruchach ja także jestem jednak w stanie zaczekać na nią z zainteresowaniem.
wtorek, 26 sierpnia 2014
KROPKI - KRESKI : I'm bringing sexy back
2002
Obrazek zdobiący pierwszą płytę Justina Timberlake'a Justify mogłaby być wzorem okładki albumu popowego chłopca, model "Typowy Justin". Młody mężczyzna z boysbandową przeszłością patrzy tęsknym wzrokiem wprost w obiektyw. Na brodzie zwisa pierwsza bródka, pod którą błyszczy archetypiczny element niepokornego badgaja - skórzana kurtka. Najlepiej oświetlona jest oczywiście blond fryzura, a piaszczysty pejzaż na drugim planie symbolizuje... Nie mam pojęcia co symbolizuje, wystarczy że jest malowniczy. I szorstki; tak jak sam Justin wyczekujący z utęsknieniem na życiodajny deszcz łez. Cry me a river.
2006
Na okładce przełomowego muzycznie FutureSex/LoveSounds Justin ma pod noga cały świat tanecznej kuli dyskotekowej. Ale nie jest to triumfalna, napuszona poza zdobywcy z jaką obnosi się obecnie Kanye West. Na moje europejskie oko przypomina to bardziej futbolowe sztuczki, żonglerkę piłką, czy też gatunkami muzycznymi takimi jak R&B, funk, trance, a nawet krautrock (JT w inspiracjach wymieniał nawet Radiohead, a interludia podpatrzył u Mesjasza Coolerstwa Davida Bowiego). Gdy jednak przyjrzeć się bliżej okazuje się, że obcas błyszczącego pantofla Justina rozbija szklaną kulę na drobne kawałeczki z bezpośredniością rozsadzenia typowego popu eksperymentami producenckimi na samej płycie. Mimo tego zamachu, symbol szalonych lat 80tych cały czas błyszczy triumfem refleksów ozdabiając sterylnie białą podłogę. Marynarka jest jeszcze swobodnie rozpięta, bo chodzi tu głównie o nightlife-ową zabawę. To nowoczesny playboy jakiego grał w Social Network, ale te elektroniczne sztuczki są mu potrzebne tylko do podrywu, bo umie przecież powiedzieć ayo, I'm tired using technology. Uwagę zwraca również pieczołowicie dobrana kolorystyka napisu. Zdjęcie wykonał Terry Richardson, słynny fotograf modowy, sam Timberlake przyznał zresztą, że chciał, aby jego album przypominał "fashion editorial, YSL and Gucci suits, which goes with the sonics".
2013
Z okładki 20/20 Experience spogląda na nas zblazowany multimilioner. To oczywiste - kogo innego byłoby stać na taką bajerancko specjalistyczną, drobiazgowo skalibrowaną i najwyraźniej bezużyteczną aparaturę? Kolejna zachcianka ekscentrycznego bogacza, który przygląda się maluczkim z niestosowną ciekawością Howarda Hughesa. I ten smoking. Muszka leżąca tak naturalnie, że łatwo sobie wyobrazić jej właściciela jedzącego w takim stroju śniadanie. Chodzi tylko o bogactwo, ni mniej ni więcej. To ono jest kluczem do wizerunku autora, inicjały którego są wybite szczerym Oscarowym złotem.
Pop jako gatunek muzyczny ma to do siebie, że w przeciwieństwie do np. rocka nie musi nieść ze sobą jakiegoś wielkiego, istotnego dla świata przekazu. Dobry pop omija zaangażowania i zajmuje się stylem samym w sobie. Wielkość Justina Timberlake'a polega na tym, że doskonale to rozumie i nie wstydzi się bogactwa, tych wszystkich milionów dollarów jakie rozdaje mainstream. Nie owija w bawełnę i szpanuje bezwstydnie drogim blichtrem. "To understand what that weak is like. This weak is crazy!" - opowiadając swojemu oczywiście nie mniej gwiazdorskiemu kumplowi Jimmiemu Fallonowi o Saturday Night Live Justin oddał esencjonalną definicję całego show-businessu. Jak już wspomniałem, on wcale nie musiał nagrywać tej płyty, ale zachciało mu się pokazać całemu światu jak perfekcyjnie tańczy i jak doskonale leży na nim smoking. Taka już kolej rzeczy - zwykli śmiertelnicy muszą zajmować się naprawdę istotnymi kwestiami jak sens życia i utrzymanie rodziny, podczas gdy Możni i Wielcy mogą sobie pozwolić na zabawę w gwiazdorstwo.






