piątek, 22 sierpnia 2014
SNL: Not gonna do that think that my voice goes high
Saturday Night Live to bez wątpienia najlepszy program rozrywkowy. Nie jest mi łatwo przetranslatować jego formułę i znaczenie na polską kulturę telewizyjną, musiałbym bowiem dokonać niewyobrażalnej niestosowności i porównać go do naszych rodzinnych przaśnych i żenujących "kabaretów".
Wyobraźmy sobie na chwilę, że żyjemy w jakiejś zabawniejszej rzeczywistości niż III RP (co istotne - po 89' roku, bo nie można zapomnieć o cesarzach polskiego słowa - Kabarecie Starszych Panów czy Wojciechu Młynarskim). Chcąc zaznać weekendowego odprężenia, włączamy telewizor i zamiast Mazurskiej Nocy Kabaretowej (ciężko pisać to z wielkiej litery, ale to nazwa własna...) oglądamy premierowe skecze odgrywane przez wybitnych Aktorów Komediowych (dość powiedzieć, że z SNL wywodzą się min. Eddie Murphy, Chevy Chase czy Kristen Wiig). Skecze puszczające oko do aktualnych i uwzględniające inteligencję odbiorcy. Ten wielki komediowy projekt stworzony przez Lorne Michelsa będący już ważną częścią amerykańskiej popkultury będzie obchodzić w tym roku 40-lecie istnienia. Chcąc choć symbolicznie uświetnić nadchodzący jubileuszowy sezon, postanowiłem napisać serię tekstów o moich ulubionych postaciach Saturday Night Live.
Zgodnie z formułą programu gościem, czy też "gospodarzem" każdego odcinka jest znana osoba, która razem z cast members występuje w skeczach i pomaga w ich napisaniu. Zazwyczaj zaproszona gwiazda ma zwiększyć oglądalność, ale w przypadku Justina Timberlake'a zysk był po obu stronach. Wszyscy wiedzieli, że jako typowy chłopiec z boysbandu potrafi on świetnie tańczyć i śpiewać, ale dopiero występy w SNL sprawiły, że jego nazwisko stało się synonimem scenicznego perfekcjonizmu. Hostując program aż pięć razy stał się członkiem Five-Timers Club, "najbardziej ekskluzywnego klubu w Nowym Yorku" oraz jednym z symboli SNL ostatnich lat.
Szoł rozpoczyna się wygłoszeniem przez gwiazdorskiego gospodarza zabawnego monologu, podczas którego nie wchodzi jeszcze w rolę, ale pozostaje "sobą". Mimo zdobytego doświadczenia aktorskiego Justin w swoim 4 monologu (2011 r.) skarży się na wciąż prześladującą go muzyczną przeszłość. Tak bardzo chce udowodnić, że tym razem nie będzie już niczego śpiewać, że nagle prezentuje publiczności cały wachlarz swoich chwytów scenicznych. Wszystko opiera się oczywiście na dystansie do własnego wizerunku, ale musi zachwycać swoboda z jaką Timberlake żongluje sztandarowymi elementami "gwiazdora pop" rozłożonymi na czynniki pierwsze.
Mówiąc o obopólnych korzyściach nie można zapomnieć, że to od występów w SNL zaczęła się filmowa kariera Justina która odciągnęła go od tworzenia muzyki na dobrych kilka lat. Można sobie wyobrazić udrękę fanów pragnących nowych tanecznych rytmów z jednej i pobłażanie dla kolejnego aktorzącego piosenkarza z drugiej strony. Wszystko to zostało zawarte w ledwie 5 linijkach scenariusza poniższego skeczu, w którym Andy Samberg stara się być poważny.
Justin i Andy także na polu muzycznym okazali się świetnie dobranym duetem, gdy stworzyli klasyczne już Dick in a Box. Prosty sposób na gwiazdkową niespodziankę rozwinęli do genialnego pastiżu obciachowej ballady R&B. A także parodii samego Timberlake'a, który w alternatywnej rzeczywistości, z klasyczną bródką naprawdę mógł święcić najtisowe triumfy na dyskotekowych densflorach. Bo to po prostu świetna piosenka wychodząca z głowy z taką samą trudnością co "normalne single" Justina.
The Lonely Island & Justin Timberlake - Dick In A Box (Subtitulado Español) from JulianaThe319 on Vimeo.
Choć Samberg to faktycznie zdolny i pomocny chłopak, to nie znajdziecie w historii SNL dwóch większych kumpli niż Justin Timberlake i Jimmy Fallon. Poznali się, gdy ten drugi był jeszcze członkiem obsady Saturday Night Live i zaprosił śpiewającego kolegę do swojego chyba najbardziej znanego motywu - The Barry Gibb Talk Show. Grają tam braci Gibb z legendarnego zespołu disco The Bee Gees, którzy swoimi firmowymi falsetami zapraszają do politycznej dyskusji. Uzupełniają się idealnie, zarówno wyglądem (klaty!) i temperamentem. Skeczem trzęsie - dosłownie i w przenośni - Fallon, ale Timberlake udowadnia, że dobry aktor skradnie dla siebie scenę jednym gestem czy nawet epizodyczną rólką.
Ten subiektywny przegląd niech zakończy opowieść Justina o jego własnej karierze. Snuje ją z pozycji swojego pradziadka marzącego dla swojego grand-grand-sona o wielkiej, acz wtedy niewyobrażalnej karierze śpiewaka pop. Przodek księcia popu zamiast garnituru nosi swatygowaną marynarkę, ale pewne rzeczy okazują się być niezmienne - urok i czar roztaczany przez Timberlake'a. A także to, że mimo upływu lat w jedną czy drugą stronę najbardziej rozpalają ludzi perypetie i niedomówienia nastoletniego związku Justina z Britney Spears.
wtorek, 19 sierpnia 2014
OFF : 3/3 I always cry at endings
Byłem na koncercie Eric Shoves Them in His Pockets, ale szczerze mówiąc mało z niego zapamiętałem, bo zauważyłem w tłumie Misię Furtak i tak jakoś... no wiecie... rozumiecie...
Jonathan Wilson potwierdził natomiast, że od bluesa do folkowych jamów gitarowych prowadzi nie tak znowu daleka droga. North Karolajnowe zagrywki wyluzowanych gitar świetnie pasowałyby do "Trzech Wymiarów Gitary", w których Piotr Baron aksamitnym głosem zapowiedziałby 7 minut solówkowych wynurzeń. Które, powiedzmy sobie szczerze - zbyt wielkiej treści to one w sobie nie miały. Jak na nawiedzonego włóczykija zaprawionego przez barowy los przystało, Wilson z lubością powtarzał kolejne czerstwe wysokie struny pozwalając kumplowi na wymyślne pasaże, którymi okrążył tonację. Dokładnie. Dookoła. Tak uparcie zaprzeczał piosenkom, że nie usłyszałem tak wyczekiwanej przeze mnie melodii Love to love. Chyba najbardziej znaczącym momentem występu było zdjęcie okularów przez lidera, który nagle okazał się być człowiekiem - kretem (miał naprawdę śmieszne półoczy, serio). Niemniej jednak muszę przyznać, że koncert odbywał się o idealnej porze - zachodzące popołudnie, pewne zmęczenie atrakcjami festu sprawia, że sprawdzone dźwięki gitary - nawet nieprzyzwoicie ograne - mają swój niezaprzeczalny urok.
Mam dosyć wspomnień, z trudem ogarniam własny dom. Mimo wystarczającej ilości problemów z organizacją OFF Festivalu Artur Rojek wziął sobie na głowę jeszcze jedną kłopotliwą sprawę - prezentację solowego materiału z pierwszej sygnowanej swoim nazwiskiem płyty. Podjął tym spore ryzyko wystawiając się na ostrzał hejterów (wiadomo, zapchany toi toi na polu - wina Scumbaga Rojka) i takich malkontentów jak ja, nieprzekonanych co do wartości płyty i podrażnionych manierą dyrektora. A jednak wygrał. Chociażby perfekcyjny przygotowaniem - świetnie połączył tradycyjne gitary z elektronicznymi rytmami tak, że nawet najbardziej przesłodzone utwory jak Kot i Pelikan zyskały przyjemną pianinową pulsację. Byłem jak najfanjniej zaskoczony tanecznym potencjałem tych piosenek, modne syntezatorowe hooki pojawiały się najmniej spodziewanych momentach. Pod względem technicznym zebrał naprawdę świetny zespół (min. piękna dama grająca na klawiszach także u Brodki) i "Artur Rojek" to obecnie jeden z najlepszych koncertowych wykonawców w tym kraju. Ale ujął mnie nie tylko wykonawczym profesjonalizmem - były też krótkie momenty wzruszenia. Drastyczne przesłanie Beksy zrównoważyli specjalni goście - grupka absolutnie uroczych dzieciaczków, która razem ze swoimi dziadkami (chór starszych po drugiej stronie Artura) śpiewała refren utworu. Nazwiecie to banałem, ale zdobyły one serca całej publiczności i ze wzruszenia także Rojasowi załamał się głos na początku drugiej zwrotki. Jeszcze piękniejszy fragment nastąpił w czasie hitowych Syren gdy powietrze rozbłysło niezliczonymi ilościami konfetti (oczywiście z logo Artura Rojka). Ktoś na U2forums zauważył, że "to bardziej koldplej niż Flaming Lips" i tak, właśnie o to chodziło! Przyznaję, poszedłem w sukurs i obraziłęm smutne osobiste przesłania tekstów traktując koncert jak ciepłą imprezę pożegnalną tegorocznego festu. Sam Artur gestem dobrego wujka robiącego niespodziankę wystrzelił sreberka po słowach Nie chciałbym bez ciebie żyć. A my możemy chyba uznać, że było to adresowane do nas, do OFFowej społeczności, prawda. My też dziękujemy panie dyrektorze.
Kto przegapił koncert Slowdive, przegrał kosmos - tak nieziemski był to występ. Warunki były wprost idealne, aby wzbić się aż na Soulvaki Space Station - dysponowaliśmy chyba najlepiej nagłośnionym koncertem jaki pamiętam na OFF Festivalu. Bo dźwięk był tu wszystkim, to brzmienie gitary, które rozlewało się po całej Dolinie Trzech Stawów Nabierało niemal fizycznej postaci, gdy zamykaliśmy oczy zatapiając się w plastycznej magmie strunowych sprzężeń. Ich drgania były tak namacalne, że kołysałem się na ich strunach. Mogłem sięgnąć i zaczerpnąć z dźwięków, bo nigdy wcześniej nie wydawały mi się one tak realne. Uświadomiłem sobie, że to wszystko czego oczekuję od brzmienia gitary elektrycznej, ten charakterystyczny falujący ruch gryfem, który porusza uderzany akord. Bujanie gitarą jest wszystkim co się liczy, obrazy fal dźwiękowych mają ich postać. To tak jakby ktoś wziął delaye The Edge'a i zwielokrotnił ich moc na jakimś turbowzmacnianiu. To nie były piosenki, to były przeżycia. Soniczny absolut, w którym rozprzestrzeniłem się i uleciałem na milion kawałków. W kosmos.
Ten wysoki chłopak na koncercie Belle & Sebastian wygląda na 24 lata, ale nie nazwałabyś go mężczyzną. Być może dlatego, że jest zbyt chudy i za często się uśmiecha pełen niezrozumiałego entuzjazmu. Podobnie jak niemęskie i brr...miłe pioseneczki Belle & Sebastian. Co zrobić, skoro pokrywają one niemal całkowity horyzont jego zainteresowań - dziewczyny i kłopoty. Jeśli przez "dziewczyny" rozumiemy ich brak, kłopot z brakiem dziewczyny, ale one zawsze gdzieś są, w godzinach straconych na wzdychaniu (do nich) czy oczach zepsutych na podziwianiu (ich postaci). Ale tym razem, przy dźwiękach dansingowych przebojów dobiegających ze Sceny Głównej akurat taniec - kolejna niemęskość, z której był ulepiony - był akceptowalny społecznie i genderowo. Wszyscy tańczyli, nie dało się zachować pozycji innej niż wirującej dookoła. Tak się składa, że tancerzem jest akurat świetnym i wśród partnerek (wyłącznie tanecznych, oczywiście) panuje co do tego przyjemny konsensus. Czy jest lepszy sposób zakończenia OFF Festiwalu? Zabawianie koleżanek i tańczenie nareszcie z kimś, zamiast umownego podskakiwania w słuchawkach w samotnym domu. Nie mógł jednak oprzeć się wrażeniu, że do ideału jeszcze troszkę brakuje. Bardzo lubi te niewątpliwe urocze koleżanki, Klaudynki też są dla niego sympatyczne, ale... no właśnie. Znamy się. Chciałby poznać kogoś innego, ukraść choć jeden taniec nieznajomej piękności. Ale koncert nie jest na szczęście odpowiednią chwilą na takie marudzenia. Świetnie się bawi, jest cudownie, radośnie i rytmicznie.
Nagle wzrok koncentruje się na kimś innym. Kogoś kogo nie zna, a kto jest jest bardzo ładny. Pojawia się dziewczyna, która też lubi dziwną muzykę i miłośnie buja się do niej w tym samym rytmie i brzmieniu co on. Więc czego jeszcze trzeba, carpe diem, chwytaj dzień, bierz ją chłopaku. Poprosił ją do tańca, uśmiechnął się miło. With a winning smile, the boy / With naivety succeeds. I zgodziła się. I tańczyli. Jak boksujące kangury. Problemy z dziewczynami rozwiązane w ekstatycznym i melodyjnym tańcu. Idealny plan nie tylko na OFF Festival, ale z przyjemnością zapisałby go na resztę życia.
środa, 13 sierpnia 2014
OFF : 2/3 I see the planets spinning faster
(Uff, jak gorąco! Autentyczne zdjęcie prawdziwej OFFowiczki, której nie straszne były zwrotnikowe upały na sobockiej katowickiej ziemii).
Drugi dzień OFF Festivalu przypomniał o upływie czasu - jest to przecież IX edycja tej fantastycznej imprezy. Pewne różnice metrykalne artystów miały znaczenie dla przekazu, ale nie ma mowy o podziale na staruszków i młodzieniaszków, ale chodzi bardziej o doświadczenie i zgromadzone przeżycia, którym dzielili się z publicznością.
Młodością tryskał Bobby the Unicorn. Na scenie Trójki wszędzie było go pełno, kiedy lawirował z nerwem między raczej statycznymi sidemenami. Mogliście już u mnie przeczytać, że w repertuarze ma bardzo dobre piosenki, a ta Utopijna maszyna na żywo rozkręca się jeszcze bardziej. "Wilk" brzmiał w refrenie jak soczysty "Wir" czy angielsko złowieszczy "fear" i nawet ballady utrzymywały się mocno na ciężkich strunach gitary. Musi być coś w tym chłopaku skoro używając ledwo podręcznego akustyka porwał cały namiot fantastycznym zakończeniem Dużych Drzew. Nie będzie słychać tego tak dobrze na studyjnym nagraniu, ale refren tej nadspodziewanie pulsującej piosenki był jednym z najbardziej przebojowych momentów całego festiwalu.
Znany i lubiany wśród fanów alternatywy Jacek Lachowicz przybierając nową artystyczną postać L.A.S.a Siwe kosmki brody 40-latka występowały jako oznaka czasu mijającego także dla dojrzałej już polskiej sceny alternatywnej (wysokie czoło Rojasa to temat na inną opowieść...). Rozświetliły się one jednak szerokim uśmiechem pełnym entuzjazmu i zwyczajnej sympatii. Lachowicz nosi się z rozbrajającą swobodą - kiedy uprzejmie wita się z publicznością przestajemy się bać jego długiej czarnej szaty Kaszubskiego Szamana. Nie przyszedł tu udawać, ani robić min na pokaz. Nie potrzebuje też uznania i poklasku gawiedzi. Na tle jego stateczności tym dokładniej było widać braki The Dumplings - jego podkłady byłe pełne treści i jakby przy okazji tylko akompaniując melodii leciały tam gdzie chciały wprawiają w ruch także konary drzew. Teksty być może nieco pretensjonalne, ale afirmujące życiową przestrzeń - w pewnym momencie pomyślałem, że gdyby dołożyć do tego Piasek i popowe dęciaki otrzymalibyśmy coś w rodzaju codziennego Budzikom Śmierć. Tak przyjemny był to koncert, jednak do pełni szczęścia brakowało mi widoku drzew zza Sceny Leśnej - ktoś nierozumny zasłonił jej cały tył czarnymi płachtami.
Do L.A.S.a świetnie pasuje cytat z Candelarii Saenz Valiente (która grała w tym samym sobotnim czasie na scenie mBanku ze swoim Pictorial Candy) przytoczony w wywiadzie przez Jerza Igora : "że pewne rzeczy zaczyna się robić po trzydziestce". O naturalnym biegu rzeczy zgodnie z którym chłopaki dorastają do założenia rodziny i sadzenia drzewa pisałem przy okazji motywów nagrania Małej Płyty. W tym miejscu muszę zdradzić się z pewną słabością - uwielbiam słuchać jak stroją się orkiestrowe instrumenty. Zbig Wodecki miał słuszne obawy co do letnich festiwali - są pełne zgiełku i hałasu. I właśnie ta nieprzystająca delikatność żywych instrumentów jest dla mnie szczególnie ujmująca, wprowadza bowiem ożywczy powiew prawdziwych, a nie prądowo wzmocnionych dźwięków. Mimo, że niewielki namiot Trójki pomieścił aż 10 Muzyków, ich zdolności były wykorzystane w odpowiednio oszczędny sposób. W ukołysaniu się do snu mojego wewnętrznego Królewicza przeszkadzało mi niestety dokuczliwe ziarenko nudy. Katowicka ziemia mogła być przecież jeszcze milszym muzycznym posłaniem.
Kobietą, od której,doznałem największego rozczarowania okazała się niestety Xenia Rubinos. Ja dałem jej swe serce na łamach tego bloga, a ona dała słaby koncert. Nie mogę jednak być tak bezlitosny w obarczaniu winą, bo z całych sił próbowała nadrabiać młodzieńczą energią. Wydaje mi się, ze zabrakło po prostu synchronizacji. Rozkminiając Magiczne Tryksy zwracałem uwagę na kluczową rolę przeszkadzajek rytmicznych, które muszą być w punkt skalibrowane z energią wokalną Xeni. Być może w mniejszym namiocie wyglądałoby to zupełnie inaczej, bo w takiej sytuacji wystarczyłby ten metr mniej dystansu między nią a perkusistą, aby połączyć ich wspólnym rytmem. Na Scenie Leśnej rozchodziło się to samopas na wszystkie strony rozsiewając hałas głuchych i meczących uderzeń klawiszy oraz tępej perkusji.
Mam problem z koncertem The Notwist. Wszyscy chwalą za różnorodność i nie mogę się z tym nie zgodzić. Mówią o zachowanych nastrojach i też muszę przyznać im rację. Ale nie zmienia to faktu, że spodziewałem się większej ilości gitarowych snujów. Zawsze akceptuję poszerzanie pola melodii refleksyjnymi eksperymentami, ale w tym przypadku miałem dość niekomfortowe wrażenie, że forma piosenki jest tylko pretekstem do łamania elektronicznych rytmów. Za bardzo odlatywali mi w tych swoich dżojstikach i programatorach, a może to ja zbyt łatwo gubiłem wątek z nieznajomości ich utworów? Były tam przecież fascynujące realizacyjnie wątki wykonania koncertowego, z którymi spotkałem się po raz pierwszy jak wspomniane pady, czy wibrafon. Widzieliśmy na pewno zespół dojrzale ukształtowany, w swojej najlepszej formie, doskonale świadomy mieszających środków i panujący nad nimi z potrzebną profesurą. Wiem czego na pewno mi zabrakło - przepięknego Gloomy Planets. I chociaż wieńczące Gravity godnie nawiązywało do zamglonych planet i świecących punkcików, to jego tajemnica obejmuje całkiem inną, nie tak życiową skalę.
Muzycy zespołu The Jesus and Mary Chain podobnie jak dzień wcześniej Neutral Milk Hotel nie wyrazili zgody na kamerowanie ich wizerunku. Śmiem twierdzić, że intencje Anglików nie były tak szczytne jak dziwaków z Luizjany - podejrzewam, że nie chcieli po prostu wystawiać swoich pomarszczonych przez ząb czasu twarzy na większy widok. Zamiast nich na telebimach zamieszczono staroświecką planszę z nazwą zespołu, żywcem wyjętą z kasety VHS archiwów ejtisowego VH1. Lecz wehikuł czasu nie zabrał ze sobą publiczności i rozdźwięk czasowy był aż nadto odczuwalny. Występ był tak mało porywający, że istniało prawdopodobieństwo pomyłki Doliny Trzech Stawów z Doliną Charlotty (lokalizacji Festiwalu Legend Rocka). Teoretycznie wszystko grało - wciąż dobre piosenki były wykonywane we właściwy sposób, a każdy dźwięk tkwił na swoim miejscu. Co z tego, skoro nijak nie byłem w stanie się przejąć plakatową wielkością headlinera. Nie aspiruję do bycia specjalistą od rocka lat 80tych, ale wydaje mi się, że bracia Reid nie przeszliby do legendy gitarowego hałasu grając tak sobie. Więcej sprzężeń niż wykonanie Just Like Honey wywołał we mnie masowy fitness pana Roberta po lewej stronie sceny (pozdrawiam serdecznie współperformerów!)
sobota, 9 sierpnia 2014
OFF: 1/3 Sweet dreams sweet cheeks
(fot. Dawid Charlimoniuk, ukradłem stąd)
Godnie żegnając się z OFF Festivalem 2014 przedstawiam dokładną relacją z pierwszego dnia imprezy.
Oto co działo się w piątek, 1 sierpnia.
Dzisiejszą relację sponsoruje zwrot "starać się", bo faktycznie piątkowi artyści bardzo mocno chcieli zagrać dobrze dla katowickiej publiczności. Wydaje mi się to tylko jednym z dowodów na dojrzałość i wysoki poziom festiwalu, który okrzepł i stał się naprawdę poważnym wydarzeniem o zasięgu międzynarodowym.
OFF szczęśliwie pozostaje najbardziej szalenie zróżnicowanym festiwalem w Polsce, ale jego rdzeń zawsze stanowić będą gitary. Kolejną głośną kapelą ze stajni legendarnej wytwórni Sub Pop która rozpoczęła dla mnie katowicką imprezę jest jest Lee Bains III. Widać było, że tych czterech chłopaków ze wszystkich sił stara się zrobić hałas i było tak fajnie, że nawet ja doceniłem ciekawe podcięcia rytmu przez perkusję. Chociaż to nie moja muzyka i mogę tylko powiedzieć, że było "spoko".
W wywiadach nad modnego Openera wyżej stawiają OFFa i porównują się do AlunaGeorge mimo, że nie są jeszcze tak znani w Polsce. Widać, że The Dumplings kierują się w jak najbardziej słuszną stronę mocno starając się czerpać z jak najlepszych wzorców. Niestety jest to wciąż nieco bezrefleksyjne naśladownictwo. Wokalistka jest już urodziwa dziewczyną swobodnie osiągającą wysokie wokalizy (miło skojarzyła mi się głosowo z Izą Lach), ale jej zachowanie na scenie nazwałbym monotematycznym. Podobnie beatmaker - ten też podpatrzył ze trzy pozy na jutubie stylowo prezentując je na scenie. Muzyka duetu jest całkiem przyjemna mimo widocznych szwów łączących tylko najpotrzebniejsze elementy. Powodem tego wszystkiego jest oczywiście młody wiek wykonawców, ale trudno oczekiwać, żeby mieli już tak rozwiniętą osobowość. Wymarzone doświadczenia na głównej scenie OFF Festivalu na pewno jednak zostawią w nich slad, który z czasem pomoże zrobić z nich ciekawszych artystów.
Jeśli chodzi o Los Campesinos!, mógłbym zacząć pisać o kwestiach muzycznych czy innych bardziej lub mniej profesjonalnych aspektach, ale w przypadku indie Power popu jego prawidłowe działanie musi skutkować tylko jednym - świetną zabawą. A tej na pewno nie brakowało. Pani obsługująca klawisze ze słodko zmartwioną miną próbowała naprawić syntezator, a charyzmatyczny wokalista starał się dokończyć pointę swojego sit-downu. Jej starania zostały nagrodzone, bo oprócz działającego instrumentu zdobyła także (ode mnie) tytuł najfajniejszej dziewczyny OFFa 2014 portalu "Jaram się śpiewającymi laskami". Jej zmęczony uśmiech był dla mnie najlepszą nagrodą w tym skaczącym szaleństwie przebojów nie tylko z pierwszej płyty. Na koniec podążając tropem mojej interpretacji Hold on now, youngster... wszyscy członkowie zespołu bohatersko wspięli się na stojące odsłuchy spektakularnie dyrygując hymnem młodości każdej serii: One blink for yes, two blinks for no. Sweet dreams sweet cheeks we leave alone.
Lyla Foy wyglądała jak jedna z zagubionych sióstr Lisbon dotkniętych Przekleństwem niewinności. najmniejsza ze scen jeszcze bardziej potęgowała intymne zamknięcie się w sobie, dla którego ucieczką znowu okazały się piękne piosenki. Także te z wcześniejszcy, bardziej przydomowych EPek wprowadzały duszny nastrój - nie tylko - dziewczęcego bycia samemu. Miałem szczęście stać akurat w takim mijescu, że twarz nachylającej się do mikrofonu Lyli zasłaniała wiązkę jednego ze scenicznych reflektorów tworząc swego rodzaju aureolę wokół jej głowy. Zbliżająca się do śpiewu Lyla zasłaniała zimne światło rozświetlając nastrój kolejnymi i kolejnymi tkaniami strun gitary. (jeden z najpiękniejszych koncertowych obrazków).
Pewnie to seksistowskie, ale Kobiet nie ocenia się zazwyczaj zbyt surowo, zbyt dokładnie. Przecież pomiary z linijką i odważnikiem w ręku są jak największym faus pax jakie można sobie wyobrazić. W podobnym tonie do pójścia na ich koncert zanęcił mnie klimat muzyki tego zespołu, o którym nie będę się może powtarzać, bo legendarny Marcello oczywiście znowu zabrzmiał tego wieczora. Świętowano bowiem 10 rocznicę wydania debiutanckiego albumu nadmorskiego kolektywu, do którego okazyjnie dołączył jego pierwszy producent Maciej Cieślak. Wszyscy sumiennie starali się oddać klimat falującego wyluzowania - z wyjątkiem Ciślaka własnie. On zwyczajnie tego nie musiał, bo uosabiał to uczucie; zbyt fajne, aby dało się je tak łatwo uchwycić. Ćmiąc długiego peta zwisającego z ust nad psychodelicznymi solówkami klawiszy.
Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou dali chyba najfajniejszy koncert OFFa! Nie kumam niestety tak dobrze afrykańskiej muzyki, ale pokuszę się o stwierdzenie, że żadna inna nacja nie potrafi tak bawić się rytmem, trąbkami, basem, obrotami, zaśpiewami Afrika Africa i muzyką w ogóle. Jak śpiewa bardziej znana wokalistka hips don't lie i faktycznie - nie dało się ustać w miejscu (czego dowodem był spontaniczny pociąg kursujący pod sceną). Powinienem poznać Afrobeat tym bardziej, że odkrywając rąbek jego czarnej tajemnicy zupełnie przepadłem w rozumieniu nawet podstawowych rytmów. W pewnym momencie jeden z frontmenów zaintonował jakiś zaśpiew zupełnie nie pasujący (mi) do bicia bębnów. Gdy w słowo wszedł cały zespół, gitara basowa (pewnie najlepsza na festiwalu) tak poprzestawiała interwały taktowe, że wszystko znalazło się oczywiście na swoim miejscu. Za takie rzeczy kocham ten festiwal - nigdzie indziej nie zaproszonoby takiej ekipy, bo jest tylko "ciekawa". Ja jednak o wiele bardziej wolę posuwiste pląsy od mechanicznego skakania do modnych bangerów.
PS. Nagrania ukradłem od Bloody Bootlegs.
czwartek, 31 lipca 2014
OFF: In The Aeroplane Over The Sea
Artur Rojek jest pewnie ze mnie bardzo dumny. Uwielbiam cały OFF festival - idealnie pasuje mi atmosfera, format, wielkość, umiejscowienie zarówno geograficzne jak i przyrodnicze, a przede wszystkim jakość i styl prezentowanej tam muzyki. Szczęśliwie to już moja trzecia edycja, więc trochę w podziękowaniu tu na tym blogu postanowiłem się trochę mocniej do niej przygotować. Cały czas nie wierzę w moje nowe tempo pisania, ale i tak pominąłem koncerty, które na pewno trzeba zobaczyć. W ostatniej chwili spieszę więc ze stosownym uzupełnieniem:
Slowdive - Mogę uspokoić tych, którzy rok temu uciekali spod sceny na MBV - ta legenda shoegazu jest bardziej przyjazna na żywo. Ich bardziej oniryczny klimat zainspirował min. Sigur Ros, więc spodziewam się rzeczy pięknych.
Fuck Buttons - pewnie najmodniejsza gwiazda OFFa, który trochę zbyt łatwo zadowala się klasycznymi reunionami (przydałby się jakiś hipsterski headliner jak wcześniej Metronomy czy Solange). Jeśli szukacie chorego, transowego sztosa to na londyńczyków na pewno możecie liczyć.
Neutral Milk Hotel - nie miałem śmiałości zbliżyć się z piórem do otoczonego kultem In the Aeroplane over the Sea. Istnieje możliwość, że ich naturalistyczne folkowe granie o tej porze może nieco przynudzić, ale swojej żarliwości te staroświeckie songi nie stracą na pewno tak łatwo.
Mister D - jeśli jest w Polsce jakiś artysta, który swoim przekazem może zmienić myślenie całego narodu, to jest to Dorota Masłowska. Może idealizuję, ale jej zasięg jest nieprawdopodobny - od prawa do lewa, przez virale na prestiżowe sceny teatralne. "Społeczeństwo jest niemiłe" to zdumiewające, wielowątkowe zjawisko.
Noon - nie znam się na hip-hopach, więc trudno mi ogarnąć renomę tego człowieka, ale z pewnością wykracza ona poza rapowane środowisko. W tym samym miejscu zeszłorocznego line-upu ze swoją elektroniką wystąpił Skalpel i zagrał zdecydowanie najbardziej klimatyczny koncert festiwalu.
Perfume Genius - on w swoich preferencjach wybiera chłopców, a ja wybiorę w piątek wybiorę Kobiety. Niemniej jednak musi robić wrażenie fakt, że jego łzawą balladkę na pianino zcoverowali sami The National.
Pewnie to #nikogo nie obchodzi, ale podam też mój osobisty stół czasowy, tablicę wyników w bitwach zespołów o moją festiwalową uwagę. Oczywiście nie ma fizycznej możliwości, żebym zobaczył to wszystko, bo to, że akurat na OFFa faktycznie jedzie się słuchać muzyki, to wciąż jest to "letni festiwal". Powiedzmy, że te mniej prawdopodobne sloty wezmę w kursywę, a priorytetami będą zespoły opisane przeze mnie na tych łamach.
Piątek
16:10 - 16:55 Lee Bains III
17:00 - 17:45 Kaseciarz
17:50 - 18:40 Los Campesinos!
18:45 - 19:35 Lyla Foy
19:40 - 20:40 Kobiety / Perfume Genius
20:45 - 21:45 The Black Lips
21:50 - 23:00 Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou
23:05 - 00:05 Michael Rother (NEU! and Harmonia)
00:10 - 01:30 Neutral Milk Hotel
01:35 - 02:35 Holden (live)
Sobota
15:00 - 15:30 Bobby the Unicorn15:35 - 16:05 L.A.S.
16:10 - 16:55 Jerz Igor
17:00 - 17:45 Xenia Rubinos
17:50 - 18:40 Hookworms
18:45 - 19:35 Grolsch Stage
19:40 - 20:40 Mister D
20:45 - 21:45 Frank Fairfield
21:50 - 23:00 The Notwist
23:05 - 0:05 Noon
0:10 - 01:30 The Jesus and Mary Chain
01:35 - 02:35 Pional (live) / Karpaty Magiczne
Niedziela
15:00 - 15:30 Die Flote / Patrick the Pan15:35 - 16:05 Ebola Ape + Ja Miron
16:10 - 16:55 Eric Shoves Them In His Pockets
17:00 - 17:45 Perfect Pussy
17:50 - 18:40 Jonathan Wilson
18:45 - 19:35 Andrew W.K. / Składanie Namiotu
19:40 - 20:40 Warszawska Orkiestra Rozrywkowa gra Song Reader Becka / Król
20:45 - 21:45 Artur Rojek
21:45 - 22:55 Slowdive
23:00 - 00:10 Fuck Buttons
00:15 - 01:30 Belle & Sebastian
01:35 - 02:35 The Range
OFF: Pięć, cztery, trzy i dwa...
Jerz Igor wystąpi na OFF Festivalu drugiego dnia na Scenie Trójki o godz. 16:10. Cała impreza odbędzie się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia.
W line-upie są także min. Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos!, The Notwist, Artur Rojek, Lyla Foy i Xenia Rubinos oraz The Jesus and Mary Chain, The Black Lips i Jonathan Wilson.
Jerz Igor - Mała płyta (2014)
Jerz Igor to projekt, który można najłatwiej nazwać Mitch & Mitch-em dla młodszych odbiorców. Jego członkowie to podobnie jak ekipa Macia Morettiego erudyci muzyczni bawiący się łączeniem jak najróżniejszych i najbardziej egzotycznych gatunków. Z tym, że w przypadku Jerza Igora ta zabawa została potraktowana w jak najbardziej dosłowny sposób, tworzą oni bowiem kołysanki, muzykę dla dzieci.
Zapytacie pewnie czym różni się muzyka dla juniorów od odbiorców w kategorii open? W kwestii kompozycji wszystko zostaje takie samo, oczywiście nie odnotowano żadnych uproszczeń czy skróceń pięciolinii. Natomiast ciekawsza jest ewolucja samych gatunków muzycznych. Przez cale dorosłe życie myśleliśmy, że miarowy rytm walca czy bossa novy niesie ze sobą dostojność i powściągliwość godną Tańca z gwiazdami. Tymczasem ten miarowy rytm okazuje się być idealnym podkładem kołysania się do snu. A już takie konkretne przygotowanie utworów do dziecięcych uszu odbyło się głównie w fazie miksowania, gdzie instrumenty stępiły nieco swą dętą moc, a trąbki grzeją naprawdę mięciutko. Właśnie, zapomniałbym o najważniejszym - wszystkie partie orkiestrowe korzystają z prawdziwych instrumentów. Sama naturalność wolna od nowoczesności i techniki; zarówno w warstwie muzycznej jak i tekstowej, co może stać się świetną pomocą do podstawowej nauki instrumentów.
Mała płyta to wydawnictwo jak najbardziej zasługujące na określenie "album muzyczny", bo strona wizualna stanowi jego integralną, bardzo ważną część. Ta dbałość o odpowiednie zaprezentowanie wszystkich obrazków w zabawnym opakowaniu sprawiła, że autorzy zbierali fundusze na należyte wydanie w serwisie polakpotrafi.pl. Jak to zwykle bywa z takimi dobrowolnymi składkami, budżet dopiął się w ostatniej chwili, ale ku zaskoczeniu wszystkich gotowy produkt błyskawicznie zszedł ze sklepowych półek.
W tym momencie nie sposób uciec od pewnej socjologicznej refleksji. Rzecz dzieje się bowiem w Warszawie, autorzy są jak to ładnie ujął dwutygodnik "kojarzeni ze środowiskiem stołecznego wydawnictwa Lado ABC." (nawiasem mówiąc, bardzo fajnym i obecnie chyba najbardziej trzęsącym miastem). Co by nie mówić, stolica od zawsze była inkubatorem najnowszych trendów lajfstajlowych. Młoda klasa kreatywna tworząca kulturalną piaskownicę/plac zabaw miasta siłą rzeczy poważnieje i... rodzą im się dzieci. Dowodem na taką zmianę wektora zainteresowań jest tacieżyńska blogosfera, Matka Polka Feministka czy gwałtowne walki o miejsca przedszkolne. Dynamiczni, "postępowi" konsumenci przenoszą swoje spełnione wielkomiejskie aspiracje na dzieci, co jest oczywiste, ale może być szkodliwe dla najmłodszych. Skrajny przypadek opisuje na łamach Kontaktu Rafał Milewski w swojej krytyce marki odzieżowej Czesiociuch, która biorąc przykład ze swojego imiennika na siłę wciska się ze swoją fajnością do małych ludzi, którym nie powinna ona być w ogóle potrzebna.
Pewnie nie powinienem wszystkiego oceniać tak surowo, nie sprzedaliśmy chyba jeszcze naszych dzieci. To bardzo dobrze, że rodzice już od małego dbają o to, aby ich pociecha słuchała muzyki dobrej jakości.
Jerzemu Rogiewiczowi i Igorowi Nikiforowowi przyświecało przecież założenie, że milusiński nie mogą słuchać nagrań już z założenia gorszych: "Przypominało to jakiś generator MIDI. Bardzo zła muzyka, ubogie brzmienie. Coś w rodzaju: „Aha, jak dla dzieci, to może być kiepskie”. Dla nas to niezrozumiałe. Dlaczego dzieci miałyby słuchać czegoś kompletnie niezrozumiałego dla dorosłych?". Bezwzględnie trzeba uczyć dzieci, pomagać w ich rozwoju intelektualnym. O ile w szkole można z tym przesadzić lądując zbyt dużo zajęć do plecaka, to akurat dobrą muzyką nie da się zrobić niczego złego. Dobrej muzyki nigdy za wiele i jest to piękna zasada aktualna dla słuchaczy w każdym wieku.
W line-upie są także min. Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos!, The Notwist, Artur Rojek, Lyla Foy i Xenia Rubinos oraz The Jesus and Mary Chain, The Black Lips i Jonathan Wilson.
Jerz Igor - Mała płyta (2014)
Jerz Igor to projekt, który można najłatwiej nazwać Mitch & Mitch-em dla młodszych odbiorców. Jego członkowie to podobnie jak ekipa Macia Morettiego erudyci muzyczni bawiący się łączeniem jak najróżniejszych i najbardziej egzotycznych gatunków. Z tym, że w przypadku Jerza Igora ta zabawa została potraktowana w jak najbardziej dosłowny sposób, tworzą oni bowiem kołysanki, muzykę dla dzieci.
Zapytacie pewnie czym różni się muzyka dla juniorów od odbiorców w kategorii open? W kwestii kompozycji wszystko zostaje takie samo, oczywiście nie odnotowano żadnych uproszczeń czy skróceń pięciolinii. Natomiast ciekawsza jest ewolucja samych gatunków muzycznych. Przez cale dorosłe życie myśleliśmy, że miarowy rytm walca czy bossa novy niesie ze sobą dostojność i powściągliwość godną Tańca z gwiazdami. Tymczasem ten miarowy rytm okazuje się być idealnym podkładem kołysania się do snu. A już takie konkretne przygotowanie utworów do dziecięcych uszu odbyło się głównie w fazie miksowania, gdzie instrumenty stępiły nieco swą dętą moc, a trąbki grzeją naprawdę mięciutko. Właśnie, zapomniałbym o najważniejszym - wszystkie partie orkiestrowe korzystają z prawdziwych instrumentów. Sama naturalność wolna od nowoczesności i techniki; zarówno w warstwie muzycznej jak i tekstowej, co może stać się świetną pomocą do podstawowej nauki instrumentów.
Mała płyta to wydawnictwo jak najbardziej zasługujące na określenie "album muzyczny", bo strona wizualna stanowi jego integralną, bardzo ważną część. Ta dbałość o odpowiednie zaprezentowanie wszystkich obrazków w zabawnym opakowaniu sprawiła, że autorzy zbierali fundusze na należyte wydanie w serwisie polakpotrafi.pl. Jak to zwykle bywa z takimi dobrowolnymi składkami, budżet dopiął się w ostatniej chwili, ale ku zaskoczeniu wszystkich gotowy produkt błyskawicznie zszedł ze sklepowych półek.
W tym momencie nie sposób uciec od pewnej socjologicznej refleksji. Rzecz dzieje się bowiem w Warszawie, autorzy są jak to ładnie ujął dwutygodnik "kojarzeni ze środowiskiem stołecznego wydawnictwa Lado ABC." (nawiasem mówiąc, bardzo fajnym i obecnie chyba najbardziej trzęsącym miastem). Co by nie mówić, stolica od zawsze była inkubatorem najnowszych trendów lajfstajlowych. Młoda klasa kreatywna tworząca kulturalną piaskownicę/plac zabaw miasta siłą rzeczy poważnieje i... rodzą im się dzieci. Dowodem na taką zmianę wektora zainteresowań jest tacieżyńska blogosfera, Matka Polka Feministka czy gwałtowne walki o miejsca przedszkolne. Dynamiczni, "postępowi" konsumenci przenoszą swoje spełnione wielkomiejskie aspiracje na dzieci, co jest oczywiste, ale może być szkodliwe dla najmłodszych. Skrajny przypadek opisuje na łamach Kontaktu Rafał Milewski w swojej krytyce marki odzieżowej Czesiociuch, która biorąc przykład ze swojego imiennika na siłę wciska się ze swoją fajnością do małych ludzi, którym nie powinna ona być w ogóle potrzebna.
Pewnie nie powinienem wszystkiego oceniać tak surowo, nie sprzedaliśmy chyba jeszcze naszych dzieci. To bardzo dobrze, że rodzice już od małego dbają o to, aby ich pociecha słuchała muzyki dobrej jakości.
Jerzemu Rogiewiczowi i Igorowi Nikiforowowi przyświecało przecież założenie, że milusiński nie mogą słuchać nagrań już z założenia gorszych: "Przypominało to jakiś generator MIDI. Bardzo zła muzyka, ubogie brzmienie. Coś w rodzaju: „Aha, jak dla dzieci, to może być kiepskie”. Dla nas to niezrozumiałe. Dlaczego dzieci miałyby słuchać czegoś kompletnie niezrozumiałego dla dorosłych?". Bezwzględnie trzeba uczyć dzieci, pomagać w ich rozwoju intelektualnym. O ile w szkole można z tym przesadzić lądując zbyt dużo zajęć do plecaka, to akurat dobrą muzyką nie da się zrobić niczego złego. Dobrej muzyki nigdy za wiele i jest to piękna zasada aktualna dla słuchaczy w każdym wieku.
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z wywiadu jakiego kompozytorzy Jerza Igora udzielili Mariuszowi Hermie na łamach dwutygodnika.com.
środa, 30 lipca 2014
OFF: One for the cuts and two for the scars
Jonathan Wilson wystąpi na OFF Festivalu trzeciego dnia na Scenie mBanku o godz. 17:50. Cała impreza odbędzie się w Katowicach od 1 do 3 sierpnia.
W line-upie są także min. Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos!, The Notwist, Artur Rojek, Lyla Foy i Xenia Rubinos oraz The Jesus and Mary Chain i The Black Lips.
Jeśli miałbym wybrać najbardziej wakacyjny gatunek muzyczny, postawiłbym pewnie na folk. Zaczynając od gitary, która jest nieodłącznym atrybutem każdego letniego wędrownika - wystarczy przypomnieć słowa piosenki "już za parę dni za dni parę / weźmiesz plecak swój i gitarę". Warto zauważyć, że w tym wydaniu jest to instrument głównie rytmiczny; kto z ogniskowego towarzystwa martwiłby się o tonacje czy czyste dźwięki - wszystko to synchronizacja. Owszem, są pewne zagrożenia: wszyscy wiemy przecież, że Polak+gitara=Whisky moja żono. Ale cóż, akurat ten moment imprezy sygnalizuje zazwyczaj stan upojenia alkoholowego, więc who cares? (czy też w wydaniu szantowym: " oj tam, oj tam").
Tak czy inaczej najcudowniejszą cechą folku jest to, że naturalnie dostosowuje się on do miejsca, w którym przebywasz. Gdziekolwiek się znajdziesz, on już tam jest - zawsze inny i będący częścią tego konkretnego kawałka Ziemi. Jego kształt zależy od lokalnych zwyczajów, gwary, pochodzenia mieszkańców, od tego skąd stryj przywiózł taki, a nie inny akordeon i jak dziad zrobił akurat takie dziwne skrzypeczki. Może to być fascynujący sposób na poznanie danej społeczności, bo ludzie mają bezpośredni wpływ na kulturę, której używają - w naukach społecznych nazywamy to "obserwacją uczestniczącą". Mówię o tym, bo takimi opisami zajmował się Oskar Kolberg - wybitny polski antropolog, którego rok obchodzimy teraz w Polsce i z tej okazji patronuje on patronuje scenie folkowej na OFF Festivalu.
Pocztówkę Dźwiękową z gitarowych wędrówek wysyła nam Jonathan Wilson. Love to love przywołuje historię chłopaka.,który zdołał wyrwać się ze swojego old furniture town, ale nie zapomniał wziąć ze sobą swojej muzyki (So I brought with me these here three guitars). Bardzo chwytliwy numer - wydawałoby się, że wszedł na ścieżkę wygładzoną już przez zdobywających szeroką popularność Fleet Foxes, ale przecież początkowa aranżacja składa się tylko z akustycznych akordów i prostego nabicia rytmu. Wjeżdża z przekomarzaniem na przedmieścia refrenu wykazując się charyzmą wokalu jak u monumentalnego Wilco. Nie zapomnijmy o jakże istotnym przesłaniu w refrenie o dzieleniu się miłością (tyle z życia masz ile dasz?). Poszedłbym tropem długiej brody Jonathana (nie, nie hispterskiej, zbyt na to postrzępionej), która może być znakiem duchowego pokrewieństwa z klasycznym ruchem hipisów; nie wiem jak bardzo reprezentowali folk, ale zew natury również był im bliski. Love to love to kapitalna piosenka, jedna z tych na tyle lekkich, że nie przeszkadzają w plecaku, ale pozostawiają wiele przestrzeni na słoneczne powietrze pachnące miękką trawą. Jonathan Wilson wszedł na ścieżkę przebojowych headlinerów letnich festiwali (średniej wielkości), ale zachował świadomość długiej i ciężkiej drogi, którą przeszedł.
Organizatorzy w ten sposób piszą o folkowej idei tegorocznej edycji festiwalu: "Obchodzimy rok Oskara Kolberga, upamiętniający dwusetną rocznicę urodzin tego wybitnego etnografa i kompozytora, który ocalił dla przyszłych pokoleń polską muzykę źródeł. Sobotni program Sceny Eksperymentalnej na OFFie to nasz hołd dla Kolberga i zarazem zachwyt nad tym, jak fascynująca, wielobarwna i awangardowa może być szeroko pojmowana muzyka folkowa."
W line-upie są także min. Kobiety, Bobby the Unicorn, Los Campesinos!, The Notwist, Artur Rojek, Lyla Foy i Xenia Rubinos oraz The Jesus and Mary Chain i The Black Lips.
Jeśli miałbym wybrać najbardziej wakacyjny gatunek muzyczny, postawiłbym pewnie na folk. Zaczynając od gitary, która jest nieodłącznym atrybutem każdego letniego wędrownika - wystarczy przypomnieć słowa piosenki "już za parę dni za dni parę / weźmiesz plecak swój i gitarę". Warto zauważyć, że w tym wydaniu jest to instrument głównie rytmiczny; kto z ogniskowego towarzystwa martwiłby się o tonacje czy czyste dźwięki - wszystko to synchronizacja. Owszem, są pewne zagrożenia: wszyscy wiemy przecież, że Polak+gitara=Whisky moja żono. Ale cóż, akurat ten moment imprezy sygnalizuje zazwyczaj stan upojenia alkoholowego, więc who cares? (czy też w wydaniu szantowym: " oj tam, oj tam").
Tak czy inaczej najcudowniejszą cechą folku jest to, że naturalnie dostosowuje się on do miejsca, w którym przebywasz. Gdziekolwiek się znajdziesz, on już tam jest - zawsze inny i będący częścią tego konkretnego kawałka Ziemi. Jego kształt zależy od lokalnych zwyczajów, gwary, pochodzenia mieszkańców, od tego skąd stryj przywiózł taki, a nie inny akordeon i jak dziad zrobił akurat takie dziwne skrzypeczki. Może to być fascynujący sposób na poznanie danej społeczności, bo ludzie mają bezpośredni wpływ na kulturę, której używają - w naukach społecznych nazywamy to "obserwacją uczestniczącą". Mówię o tym, bo takimi opisami zajmował się Oskar Kolberg - wybitny polski antropolog, którego rok obchodzimy teraz w Polsce i z tej okazji patronuje on patronuje scenie folkowej na OFF Festivalu.
Pocztówkę Dźwiękową z gitarowych wędrówek wysyła nam Jonathan Wilson. Love to love przywołuje historię chłopaka.,który zdołał wyrwać się ze swojego old furniture town, ale nie zapomniał wziąć ze sobą swojej muzyki (So I brought with me these here three guitars). Bardzo chwytliwy numer - wydawałoby się, że wszedł na ścieżkę wygładzoną już przez zdobywających szeroką popularność Fleet Foxes, ale przecież początkowa aranżacja składa się tylko z akustycznych akordów i prostego nabicia rytmu. Wjeżdża z przekomarzaniem na przedmieścia refrenu wykazując się charyzmą wokalu jak u monumentalnego Wilco. Nie zapomnijmy o jakże istotnym przesłaniu w refrenie o dzieleniu się miłością (tyle z życia masz ile dasz?). Poszedłbym tropem długiej brody Jonathana (nie, nie hispterskiej, zbyt na to postrzępionej), która może być znakiem duchowego pokrewieństwa z klasycznym ruchem hipisów; nie wiem jak bardzo reprezentowali folk, ale zew natury również był im bliski. Love to love to kapitalna piosenka, jedna z tych na tyle lekkich, że nie przeszkadzają w plecaku, ale pozostawiają wiele przestrzeni na słoneczne powietrze pachnące miękką trawą. Jonathan Wilson wszedł na ścieżkę przebojowych headlinerów letnich festiwali (średniej wielkości), ale zachował świadomość długiej i ciężkiej drogi, którą przeszedł.
Jeszcze wczoraj miałem w planach zawarcie w powyższym tekście muzycznej sylwetki Franka Fairfielda, ale... nie chciałem. I nie chodzi tu nawet o czas, którego nie mam, aby chociaż singlowo dokonać selekcji jego twórczości, ale uznałem, że utwór Jonathana Wilsona zasługuje na to, żeby obronić się w pojedynkę. Oczywiście polecam tego wykonawcę, któremu wielką karierę wróży na swoim blogu Bartek Chaciński.





