background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS

czwartek, 9 czerwca 2011

Surferzy na frytkach

Wpis przedpremierowy



L.Stadt - El. P

Kiedyś twierdziłem, że L. Stadt to tylko kolejny rockband grający tylko po prostu fajne kawałki i mający nie wiem po co aż dwóch bębniarzy. Kiedyś twierdziłem, że znudzą mi się po jakiś dwóch tygodniach i och, jakie to nieodkrywcze. Kiedyś twierdziłem nawet, że też tak umiem grać na gitarze i to przejście w "Stop" z self-titleda musiało im wyjść przypadkowo, bo to się nie da tak po prostu tak świetnie.

Byłem na ich koncercie, fajny, ściągnąłem płykę, fajna. Pół roku później też. Być może powątpiewanie wiąże się z griźną ślepą wiarą w blogosferę, na której było o nich zastanawiająco cicho. Cos w tym jest, bo to nie jest raczej polska płyta. Nie uświadczysz tu juz żadnych polskich tekstów, a korzeni należy szukać w rdzennym hamerykańskim rockandrollu. Kluczową postacią jest tutaj producent z USA, Mikael Count (współpracował podobno z Radiohead i New Order) u którego nagrywali El. P . To była genialna decyzja, bo jest to najlepiej brzmmiąca polska płyta od dawna. Wszędobylski Marcin Bors jest "tylko" Polakiem. Wszystkie gitary i wszystkie bębny słychać lepiej niż świetnie, a słowem jakim się z tym brzmieniem kojarzy jest "soczyste".

Zaczynając od perkusyjnej zawieruchy i najbardziej czadowych klawiszy w drugiej zwrotce 'Death of a surfer girl' gdzie od razu mamy unikalny retro-klimat, dzieje się na krążku bardzo, bardzo dużo.

Co tam na płycie - już 'Fashion Freak' składa się z jakiś 5 różnych części, gdzie po suchych bębnach u pianinie wchodzą nagle jakieś latynoskie taneczne rytmy podcinane jescze rytmiczną gitarą. Dwaj perkusiści w składzie dają jednak różnicę, bo swoboda z jaką bawią się rytmem jest obłędna. A na odtwarzaczu mamy dopiero jedną minutę - takieh różnorodności nie było u nas od 'Terroromansu'.

Sekcja rytmiczna dzieli i rządzi, co słychać w 'Ciggies' gdzie fantastyczny bas ściga się z chwytliwym riffem gitary elektrycznej. O ile 'Smooth' jest bardziej konkretnym i klimatycznym echem pierwszej płyty to już 'Charmin/Lola' pokazuje zuchwałe oblicze wokalisty Łukasza Lacha, a podbijająca linia basu zmusza do jakiegoś tańca. Techniczna maestrie prezentuje pan Count w 'Puppet's song No. 1' ,który jeśli chodzi o ballady jest ich powolnie rozwijającym się odpowiednikiem 'Londynu'. Czy smutniejszym - chyba tutaj nie da się tak wczuć, wzruszyć, klimat (budowany genialnie chórkami i delikatnym backing vocalem) jest dosłownie kosmiczny i odrelniony.
Producent potwierdza "mistrza drugiego planu" króciutkim samplem zaczynającym 'Mumms Attack, który kieruje nas prosto w stylistykę kultowych kiczowatych horrorów klasy B. A wyjście z szaloych klawiszy refrenu do "bitego" gitarowego rytmu to mistrzostwo świata.
'Sun' jest po prostu pełny od różnych wstawek, sampli i sztuczek. Są one ednak potrzebne, bo ożywiają tę zbyt leniwą melodię. Ostatni 'Jeff' potwierdza tylko światowy poziom całości, a gitara zaciąga końcówki taktów i buja potwierdzając wielką klasę i niewątpliwy feeling w budowaniu napięcia.
Nie pisałem wiele o wokalu wokalisty, nie będę odnosił do pojawiających się porównań do wielkiego Damona Albarna, ale swoją robotę odgrywa znakomicie. Płynie przechodzi z niższych rejestrów nawet to falsetu (jak w zakończeniu właśnie). Słychać duży luz w wykonach i umiejętność pokazywania, budowania różnych emocji. Fajnie po prostu.

Troszkę niespodziewanie można nazwać 'El.P' jedną z najlpeszych polskich płyt ostatniego roku. Nie ma na niej może innowacji czy eksperymentów, ale piosenki prowadzone są bezbłędniem, a brzmienie wprowadza zespół z Łodzi na poziom prawdziwie światowy. Bardzo mocna płyta pełna świetnych pomysłów i zdecydowanej energii.



PS. Czekałem z publikacja tej recenzji na uruchomienie innej "platformy", ale pewnej osobie się nie chce i nie jest ona jeszcze gotowa. A bardzo chciałem wkleić to szybko, bo koncert L.Stadt na OFF Frytce Fest w Częstochowie jest już w sobotę i trzeba to promować i pokazywać, że warto.
A dlatego jest to przedpremiera, bo przygotowywujemy z Mikołajem bardzo poważny projekt i mam nadzieję, że już niedługo uda się go uruchomić.

poniedziałek, 23 maja 2011

Niesamowita piosenka z Lampy, w której się zakochacie a nigdzie indziej jej nie ma

Chcę być taki alternatywny, że nawet kupiłem ostatnio takie pismo "lampa" z płytą. Albowiem są oni tak niszowi, że muszą drukować na czarno-białą czcionką i nie znam 80% ludzi tam opisywanych.Ale była płyta, więc wziąłem, bo tam na tym ichnim mixtejpie "Daleko od szosy" miały być siostry Wrońskie. Ogólnie jest to zbiór bardzo sympatycznych zespolików polskich, którymi akurat nie zajmuje się Trójka, a którym Nerwowe Wakacje zabrały tytuł "Obrońców muzyki śpiewanej po polsku".

03. Żółte Kalendarze - Nie Wiem by yarpen11


JARAM SIĘ. UWIELBIAM.
Co za wokal, to początkowe zaciąganie i maniera pt. "aaaagggrrrr nie wiem". To słychać. I jak Karotka (jakaś zdolna pani) wchodzi z tym "dobrze zastanowię się" to się to chce śpiewać. Walić mainstram!


Ok, czas się przyznać i wytłumaczyć, że chyba pierwszy raz post przeze mnie napisany nie ma określonej formy czy skomplikowanej tematyki czy absurdalnej długości i buńczucznych ambicji.
To że zapętlam Żółte Kalendarze (ta nazwa jest vitange btw. ;p) to tylko pretekst.

Trzeba promować nie tylko młode polskie supergrupki, których nie ma nawet w Trójce, ale ciekawych ludzi.
A ta osoba jest naprawdę przeciekawa i przeinteligentna i mój wcześniejszy post o nocnym chwiejnym łażeniu był właściwie wyrazem bezgranicznego zdumienia jak można spotkać nagle tak świetnego człowieka i rozmawiać nagle na takie bardzo ważne tematy.

aha

http://urodzilamnieciotka.blogspot.com/

że dziękuję

niedziela, 22 maja 2011

It's time to get away

Nie jesteśmy wspaniałym zespołem. Zero wczuwania się. Zero okularów przeciwsłonecznych. Zero dawania czadu. Zero improwizowania. Zero popisowych solówek. Zero podkręcania publiki. zero udawania, ze jestem fajny. Choć jeśli ktoś uzna, że jestem fajny, nic na to nie poradzę. Nie założę jednak na głowę żadnego rockandrollowego kapelusza. Za to ma być głośno. Głośno. Głośno. Na scenie też głośno.                           
                                                                                James Murphy
Jak go nie uwielbiać?
Jamesie Murphy, usiądź obok Damona Albarna i zostań moim idolem.
Ale nie wierzcie mu. To jeden z najpierwszych hipsterów. Podbił NYC singlem "Loosing my edge" w którym po kolei wymienia jaki to on nie jest fajny i powtarza się zwrot "I was sth", np. " I was the first guy playing Daft Punk to the rock kids."  Jego erudycji muzycznej zazdroszczą nawet goście z porcysia i tak, owszem, wiem doskonale, że nigdy nie zrozumiem tych podtekstów i nawiązań do popkultury w ogóle. Jest lepszy niż
ten koleś z "High fidelity". Zrobił płytę do joggingu. Całą, taką że czas jej trwania jest idealny podobno na trening i zawiera płyta muzycznie też rytmy do rozciągania kończącego bieg. Ma własną wytwórnię płytową. I nie to, że jak jakieś Third Man Records, żeby mógł wydawać swoje w swoim, tylko podobno DFA Records jest kultowe. Nie wiem, nie ogarniam. Chcę być w jednej dziesiątej tak super jak on.
Pewnie dlatego doszukuję się w jego piosenkach jakiegoś śmiesznego klucza do moich aktualnych życiofych problemików. (jak zwykle, o tym jest ten blogasek w ogóle).






Dlaczego o tym wszystkim piszę? Czułem się jak człowiek z piosenki Jamesa Murphy'ego!
Ale. W nocy z wczoraj na dzisiaj miałem bardzo przyjemne "wyjście na miasto" (Mikołaj & Ola dzięki :* ).  Tak, było super, a w pewnym momencie moim ulubionym tekstem na określenie tego wszystkiego było "motyw jak z LCD Soundsytem".
Idziesz sobie, kupujesz pizze, chodzisz po tej wsi, szukasz piwa, inni zbierają się na/kupują/udają, że nie mają/dzielą się/zapalają/trują się papierosami, poznajesz jakiś nowych ludzi, gadasz z nimi zupełnie normalnie, wymiana żałosnych sucharów, idziesz do Deka (w którym leciało U2!!!!!!!!!!!!!!!!!), dostajesz od Oli piękny wprost prezent, spotykasz Ręcznika itp. itd. Barackmama na cie skarży.
Koleś z batmanem nie chce wracać do domu przed szóstą. Ale co jeszcze lepsze -po północy poznajecie i rozmawiacie z bardzo inteligentną osobą na bardzo inteligentne tematy "książki,muzyka, jakieś empetrójki" (cytat by Doris). Kto by się spodziewał?

Where are your friends tonight?

Chociaż what happens at the party, stays at the party, to nagle wszyscy są twoimi przyjaciółmi z piosenki LCD Soundsystem.


[[[[[[[[[[oświadczenie autora. nie, nie chcę szpanować tym, że gdzieś spędziłem noc. próbuję tylko dorobić filozoficzny kontekst to napicia się. alkoholu. nie piję po to, żeby być pijanym, piję po to, żeby chodzić jak Jack Sparrow. Koniec oświadczenia autora. ]]]]]]]]]







czyli przysłowiowe party hard i niezapomniana domówka u Mikołaja (!) <sprawdziłem i najśmieszniejsze jest to, że wtedy bouncowaliśmy do Time to get away. Ale dla mnie to to samo>. Jarałem się tym bardziej, że to ja im podesłałem, heh. I ci bardziej dowcipni doszukają się tutaj fizycznej niemożliwości, że mogę napisać, że "Głupkowaty Punk gra w moim domu". Cóż zrobić, każdy dźwięk basu to pierdolnięcie. Toczka.








Po pierwsze : co za wideo! W epoce szału X-factorem polecam bardzo jako wgląd w to co się tam dzieje.
Tutaj właśnie pan Murphy objawia się nam w całej okazałości jako niesamowity tekściarz. I nie wiem, jak słychać na tym teledysku, ale jego feeling bije na głowę większość raperów. Co za angielsko-językowa przebieżka z jakiejś górki w dół (nie wiem jak się to nazywało, 'zawijas'?). 11/10 I ten rym z dwóch najfajniej brzmiących słów mean-lean, które może się tylko równać z marcinowo-płatkowym razem-czasem. A i tak najlepsze najlepsze najlepsze jest to, że ta niewyobrażalnie dobrze brzmiąca zbitka słów ma naprawdę bardzo duże życiowe przesłanie, rozkmińcie, ja wklejam na profil na fejsa.

Just 'cause I'm shallow doesn't mean that I'm heartless
Just 'cause I'm heartless doesn't mean that I'm mean, but
Sometimes love gives us too many options
Just 'cause you're hungry doesn't mean that you're lean







 Czy kogoś jeszcze to dziwi? Nie, nie mówię tutaj o cytacie gitarowym z Bowie'go. Ten pan bywa smutny, tak smutny jak piosenki które wcześniej tu opisywałem, idealnie ten sam klimat (tylko piszę o tym w środku posta, tak dla zachowania pozorów, że piszę czasem na blogasku o czymś co nie jest płaczem). Podmiot liryczny opowiada, że owszem, jest mu smutno, ale tak naprawdę, to on chce tylko chwili uwagi i świadomości, że komuś na nim zależy tak bardzo, że temu komuś jest smutno, że musiał odejść. Nie chce mi się autobiograficznie wklejać całego tekstu, że you never have needed anyone for so long. 

yeah, all I want is your pity
or at least all I want are your bitter tears









Teraz coś jeszcze bardziej smutnego.
LCD w tym roku zakończyło działalność epickimi trzema nocami w Madison Square Garden. Miał być jeden prawdziwie ostateczny gig, ale "kupiłem dwa bilety na swój własny występ i zapłaciłem za nie trzy razy więcej niż powinienem. To było co najmniej dziwne".
Ten kawałek to ich manifest, dlaczego zdecydowali się na ten najbardziej drastyczny krok. Miałem wrzucić to kiedyś na fejsbuka z napisem "dlaczego z pewnych piosenek nie da się zebrać lajkytów." (trwa 9, dziewięć minut, joł) Jak już wszedłem w formę cytowania to to ma jeden z najlepszych dwuwierszy ever, bardzo też życiowy, taddaaa

Yeah, you wanted the time
But maybe I can't do time 





I proszę to też uznać za wytłumaczenie mojego nie-częstego nie-wybitnego pisania.


PS. "bo Jacek myśli, że tylko on słucha muzyki" powiedziała PIga w przerwie między treningami.

niedziela, 15 maja 2011

Pretty Sad

Chciałbym postawić kolejny pomnik dla następnej niezwykle uroczej śpiewającej pani. Tak, znów polubiłem smęty i owszem, znów nie chce popadać w zbytnie emo (przy takiej pogodzie się to po prostu nie da, ale o samotności w czasach ciepłoty napiszę jakoś przy okazji Metronomy). Potwierdza się stara prawda, że najlepszy, a raczej najpełniejszy smutek da się uzyskać nie ze strasznym wyciem i darciem się "aaaaachhhhchhoooohhhjakmiźle" ,ale tylko i jedynie w ciszy, spokoju i z jakże niezbędnym, przysłowiowo wręcz "życiowym" dystansem (vide Damon Albrarn kilka postów niżej). Tym razem w moim dziwnym życiu nawet Damon jest zbyt smutny. Dystans dystansem, przyszedł jednak chyba czas ową melancholijność w pełni zaakceptować.

Czyli więc to, ze ktoś z uporem maniaka i tak i tak lubi "wzluszające pasaże foltepianu" jest tak charakterystyczne, że jakiś-tam-weltschmerz staje się częścią tej osoby,taką charakterystyczną, że nawet "widzialną" - można powiedzieć, że smutek pasuje do kogoś jak wąsy pasują do Adama Małysza (wymyślę kiedyś lepsze porównanie, które przejdzie do potocznego języka, serio). Natalia F. to rozstrzyga tak, że nie muszę nic więcej wytłuszczać czy wyłuszczać. Niesamowite jest dla mnie jak już w pierwszym wersie stawia kawę na ławę "I look so pretty when I sad". Nie ma w tym jakiejś ach opowieści, że ach, znów mnię ktoś rzucił - to opis samej siebie, coś najbardziej oczywistego w świecie. To normalne, że nie może być zbyt fajnie- szczęście jest przecież podejrzane, bo kiedyś się skończy. J nie ma sensu z tym walczyć, jakoś poczekać, bo przecież "but she looks pretty, pretty sad" (pointa refrenu).

Ok, nie będę przesadzać, nie będę opisywać wymyślać całej sytuacji, ale jest w drugiej tam zwrotce (oprócz jakiegoś tam lirycznego zwrotu akcji, ale sam sobie niech ktoś pomyśli) moment, który mnie kompletnie rozkłada. W 1:29 przcudnie harmonijne zejście, które tylko potwierdza spokój osoby śpiewającej - czasem jest nie-fajnie, ale niektórym ze smutkiem jest bardziej do twarzy.

04.Nathalie and the Loners - Pretty sad by yarpen11


Dramatycznie rezygnuję z całkiem zgrabnego zakończenia,; trzeba podbić statystykę trochę, więc napiszę jakim to ja hipsterem nie jestem. Zawsze przyjmowałem The xx jako hajp roku, od jakże wyrafinowanej nazwy na starannych fryzurach wokalistów kończąc. Ok, klimat bardzo fajny, ale spodobało mi się bardziej tylko Crystalised z tą ichnią zamianą wokali gdzieś w środku. Ale ambicje Jamiego xx były tak duże, że wszędzie dosłownie wcisnął jakieś kosmiczne efekty i udziwnienia. Jak bardzo jest to zbędne pokazał sam Damon Albarn, który zaszczycił ich pięknym coverem na fortepian i cymbałki. Na szczęście ostał się odrzut z bajeranckiej płyty przeznaczonej do wymyślania najnowszych gatunków muzycznych. Mógłbym napisać "Wychowałem się na gitarze The Edge'a, więc wiem co to minimalizm, dziwnko" ale licuje to z moją nienaganną estetyką.

"Do you mind" jest cudne. Skupiono się na największym atucie zespołu - wokalach. Są one jak najbardziej delikatne, ulotne, słychać jakby odchylali głowy przed mikrofonami. Z ekstrawagancji studyjnych pozostawiono jedynie rozdeganą gitarę, a efekt echa kojarzy mi się jak najlepiej. Zresztą, uwielbiam takie melodyczne rozjazdy, gdy gitara plumka sobie w tle do w górne rejestry, bardzo fajne rozciągnięcie melodii i jakiś rodzaj chórku (jestem fanatykiem U2 i zawsze staje mi wtedy przed oczami kadr z koncertowego "Miracle drug" ,tak po prostu. something epic).
"Może pojedziesz ze mną dzisiaj gdzieś?".  Nie, nie odbieram tego jako piosenka o seksie (którą raczej jest). Dla mnie jest tu masa ogromnej delikatności i jakiegoś zawstydzenia. Że może jednak, hmm? "baby, I like you're style so just wsiadaj do mnie". Spokój. Zwątpienie. If that's ok?





PS. Polecam soundcloud.com , szczególnie jak się zna magiczny adres innej stronki dzięki której dostajemy bardzo fajne jakościowo .mp3 z chmurki. Podobno to przyszłość muzyki w Internecie. Bardziej audiofilskie niż tuba. 
PS. 2 Wygląda na to, że przesiadywanie do rana w Baraku jest bardzo fajne i można wejść w bardzo fajny klimat i jest czas na rozmyślania dające się kartko-długopisowo sformułować. 
PS. 3 "Rome" Danger Mouse'a i Daniele Luppi to więcej niż płyta roku.    
PS. 4 Szykuję coś zupełnie nowego i "poważniejszego'. Będzie na fejsie jak coś.

sobota, 19 marca 2011

Wierność w stereo

Wiem, że dawno dawno nie pisałem. Wiem, że to głupie. Ale jak już zacząłem kiedyś to dokańczam. I niech sobie jest.

"Wierność w stereo" to tytuł mojej ulubionej książki, w której główny bohater stara się zawrzeć najważniejsze aspekty swojego życia w śmiesznych rankingach, typu "5 najlepszych piosenek na pogrzeb". Zaintrygowała mnie sama teza, że można w tak łatwy sposób pokazać jak muzyka może mieć wpływ na nasze życie. Że piosenki są tylko odzwierciedleniem naszych aktualnych emocji. Więc przedstawiam moje top 5 płyt, które mogły w jakiś sposób ukształtować mnie czy moje uczucia czy sposób patrzenia na świat.

Na początku


1. U2 - All That You Can't leave behind


To był naprawdę początek. Trudno mi nawet szacować jak bardzo ta płyta mnie ukształtowała, moje emocje, wrażliwość czy sposób odbierania zarówno świata jak i muzyki. Jedyna płyta, która dla mnie nie ma ani jednej zbędnej czy średniej minuty, wszystko jest tu idealnie dopasowane. Niech o jej wielkości powie coś to, że od pewnego czasu nie mogę słuchać jej ot, tak.
To rytuał. Jeśli decyduję się na odsłuch, to staram się temu nadać jak najbardziej mistyczne znaczenie - nie robię nic innego tylko "wczuwam się w klimat" i rozkminiam. Dzieje się to też, gdy chcę się szczególnie zastanowić what's going on i ogólnie jak dzieje, lub ma się stać coś dla mnie szczególnie ważnego. Ta płyta właściwie mogłaby zastąpić pozostałe 4 w tej "sekcji", bo jest dla mnie głównym drogowskazem, jak czasem jestem lekko "zamotany" i nie wiem co robić to przypomina mi jaki byłem i jaki powinienem być do tej pory.

2. Coldplay - Parachutes


Sam się zdziwiłem jak bezbłędnie znam jeszcze tekst tego utworu. "So I looked in your direction, but you paid me no attention, (do you?)" Wystarczała tylko chwila uwagi, wyrażało się gotowość do najbardziej radykalnych zmian przy dźwiękach akustyka dzielonego z delikatnym przesterem małej ekektrycznej udającej "gwiazdki: Edge'owych pogłosów. I rozpaczliwie archetypiczny młodzieńczy falset "Is this my final chance of getting you?". Więc zadrżyłaś czy nie? Nie chciałem iść z Tobą do kina czy zmienić status na fejsbuku (wtedy nie miałem nawet lasta), że zrobiliśmy karmel z chemii, która jest między nami (ciekawe co wtedy porabiał p. Marcin...). Drgnij no, żeby Cię to chociaż drgnęło!

3. Blur - 13


Ciężka, głęboka, charszcząca gitara Coxona, gdzieniegdzie bas akcentujący powolny rytm walca, swoisty Slow Dancing tego utworu i klimatu w ogól. Raczej percussion niż drums, prawie unplugged w sensie, że tak intymny... (znów) klimat. "I won't kill myself, trying to stay in your life. I got no distance left to run". Albarn w żałobie, przerażająco smutny, zmęczony, w 3:36 ("that this life") wręcz tłumi przywołane, sztuczne, obojętne ziewnięcie. Gospelowe chórki proszące wcześniej tender ("waiting for that feeling to come"), teraz jasno określają klimat, że tak, to ma być celowo smutna piosenka.

4. Radiohead - OK Computer

Pewnego kiedyś dawnego wakacyjnego dnia włączyłem OK Computer na Winampie, pod głosiłem głośnik, wyłączyłem monitor, zasiadłem na fotelu, patrzyłem w okno (zaczynało się chyba robić ciemno) i słuchałem. Chyba pierwszy raz tak bardzo dałem wciągnąć się w chory klimat muzyki w ogóle. A było w co. Kiedy pierwszy raz usłyszałem Airbag byłem w lekkim szoku, bo chociaż mogłem rozróżnić poszczególne instrumenty, to nie ogarniałem dlaczego to brzmi tak zupełnie... inaczej niż wszystko inne. Futurystycznie a zagrane przecież przez "żywy" zespół i nawet tam elektroniki jakiejś bardzo nie znajdowałem. Pewnie stało się tak ze wszystkimi, nie będę oryginalnym mówiąc że płyta Radiohead stała się dla mnie biletem do świata muzyki alternatywnej, całkowicie tego świadomy stałem się młodym adeptem nieżalu. I muzycznym snobem sikającym na nudę radia powszechno-absolutnie-wszędzie-słuchanego-komercyjnego.
Exit Music (for a film) do tej pory jawi mi się jako archetypiczny wzór smutku doskonałego. Motyw z Romka i Julki to taka klasyka, że już banał, ale zawarta w epickich, wręcz sakralnych organach/chórkach "keep breathing" opowieść o najbardziej niezsynchronizowanej parce świata tak samo jak u Shakespear-a bezpośrednio uderza i wzrusza przeraźliwie prostym i oczywistym smutkiem.

5. Myslovitz - Korova Milky Bar


Pamiętam, że w pewnym momencie przeistoczył się ten song z typowego imoł-smęta w coś co definiuje, nazywa moje uczucia. Jakaś beznadziejność. AAAaaaa Werter.


Teraz

ad 1. Muchy - Notoryczni debiutanci (+ punchline-y z "Terroromansu"

(sry za jakość)

To nie przypadek, że to na koncerty Much nie chodzę sam, tylko z "paczką", to nie przypadek, że nie-singiel z "Notorycznych" lubi aż jakieś 5 osób, to nie przypadek, że wszyscy tańczą do "Przesilenia" i skaczą i jest fajnie (i nawet niektórzy zaczynają to lubić). Pewnie nie będę pierwszy, ale Muchy to dla mnie TEN zespół, który będę pamiętał po latach jako ten, który pomagał mi się wyrażać w czasach nastoletniości. Nie bez znaczenia jest to, że znam ich od samego początku, od razu przypadli mi do gustu, gdy obejrzałem kiedyś kiedyś jeszcze amatorski teledysk do "Najważniejszego dnia" (i będę się tym szczycił). Kiedyś był Perfekt, gdzie ludzie krzyczeli "chcemy bić ZOMO", a teraz nagle wszyscy mieli na GG teksty o delicjach z "Galanterii". Ok, trzeba pamiętać o proporcjach, ale znana mi połowa pokolenia '93 zna i kojarzy ten świetny zespół, co jest super. Mamy coś wspólnego.
To nie może być przypadek, że najlepszy utwór z 2giej płyty nazywa się właśnie "93". Przywłaszczam go sobie, panie Wiraszko.
"Zakochałem się w tramwaju, zakochałem się na mieście".

ad 2. Sparklehorse & Danger Mouse (+ "Piano fire)


Jest coś niewypowiedzianie pięknego i nieuchronnego, nie-powierzchownego gdy już w ołpenerze Revenge ten pan podobno z The Flaming Lips wyczekuje na te całe smyki w refrenie. Coś jak muzyka filmowa, podobny poziom dostojeństwa, lekkiego dodania patosu, który każe naprawdę dać sprawom jakieś znaczenie. Później, track nr. 2. Przecież bicie gitary, rytm to jest sielanka jakaś. I w tym klimacie leciutko powtarzane "just war" po czym wchodzi najpiękniejsze rozwinięcie refrenowo-melodyczne roku, bez dwóch zdań (z taką gitarką w tle). Nie potrzeba już tak płakać jak na "Spadochronach" , można cały czas już pozornie zachowywać spokój ducha, mieć całe te werterowskie sprawy bardziej poukładane, a i tak podświadomie po prostu się wie, pamięta, że można się przez to zabić/wystawić na wieczne pośmiewisko (jak np. nie trafić strzelając sobie w łeb).
A lullaby (że kołysanka) może być już insane (że obłąkane że).
Bo zawsze można już skrzywdzić jakąś little girl tak taśmowo, jak te argegggio wiosła.

ad 3. Gorillaz - Demon Days


Damon Albarn is god. Jego głos zawsze mnie uspokaja. Zmęczony, zrezygnowany, śpiewa jakby od niechcenia (wspaniale oddają to animacje koncertowe, dosłownie pokazane niechlujstwo). Gdy słyszymy go w Blur, w takim Out Of Time, ten smutek jest dosłowny, namacalny, bardzo ludzki; powiedzmy wprost - niezwykle on dołuje. Tu - na Damon Days - jest wzięty jakby w cudzysłów, pokazany z koniecznego wręcz dystansu. Otoczony jest świetnymi bitami i plumkaniem basu, które wprowadzają wspaniałą równowagę nie pozwalającą nam pociąć się żyletką. Słuchając tych niesamowitych smyczków dostajemy jasne przesłanie - "pieprzyć to, tak ma być, niech se będzie".

ad 4. The Kills - Midnight Boom


Pierwsze imprezki, całonocne, swobodne picie alkoholu, jednocześnie niezdrowa fascynacja taką jawnie złą kobietą jak Allison. Prawdziwy hedonizm, już nie udawany jak przy grzeczno-tanecznym Franz Ferdinand. Zgrzyt. Szorstkość. Mogę to lubić.

ad 5. Interpol - Antics (+ NYC + Specialist)


Nie wiem dlaczego, ale dokładnie te zejścia basu w 1:44 są perfekcyjne. Pamiętam jak idealnie zawierał się w tym klimat pierwszej poasienajebałem zamuły.
A "Specialist" to przecież najbardziej przejmujące błaganie o litość we wszelkiej muzyce. Zagłuszone, pochłaniane przez tą idealną sekcję rytmiczną.
"I'm a specialist in hope and I'm registered to vote".

sobota, 4 września 2010

Postcards from ... summer. Część pierwsza - wesoła

Kończą się wakacje, kończy się lato. Nie ma sensu nad tym lamentować, bo to wystarczająca oczywistość. Rozpaczliwie próbuję więc nadać tym wakacjom jakieś jakiekolwiek znaczenie. Co zrobiłem? To, że czytałem bardzo mało litościwie przemilczę. Dobrą stroną tych dwóch wakacji może być to, że oprócz lenienia się i rozpaczliwego szukania sposobów na chamskie nicnierobienie/wniczymnikomuniepomaganie pomyślnie przeobraziłem moje konto na last.fm . Jakkolwiek o tym pięknie mówić - słuchałem dużo nowej muzyki. Zgodnie z postanowieniem, że "jeśli się na czymś znam, to na muzyce" nie uważam to za takie byle co. Nie przyniesie mi to także posady dziennikarza radiowej Trójki, ale za to będę mógł za kilka miesięcy bardziej różnorodnie wspominać te wakacje.
Wspomnienia. Jako człowiek uzależniony od muzyki zazwyczaj przypisuję pewne zdarzenia i uczucia do danej melodii czy piosenki. Czasem włączę jakiś utwór i nagle, jak w jakimś wehikule czasu czuję coś, co przeżywałem... kiedyś. Fajne, polecam każdemu. Jak wiadomo, 17 lat ma się tylko raz, więc warto zapamiętywać te "ulotne chwile młodości". Mam na to bardzo prosty sposób więc. Playlista. Kilka kawałków, które akurat katowałem w moim Zenie/laście, swoisty soundtrack do określonych "krótkich, gorących letnich dni".
Co mi się więc działo przez te dwa miesiące? Najpierw przypomnę sobie te pozytywne i "radosne" piosenki, które mi towarzyszyły wiernie w "summertime".
Jako, że jestem pro słuchaczem muzyki, słuchałem, starałem się słuchać całych albumów. Tak więc je opisze - albumy. Nie będą to raczej recenzje, bo te mi nigdy nie wychodzą. Postaram się zwięźle (acha...) opisać co dla mnie znaczyły te longplay-ie.

Dead Sound z płyty The Raveonettes - Lust lust lust


Wspomnienie ma być wesołe, więc napiszę jak bardzo cieszyłem się na myśl, że ten duet przyjeżdża na OFFa, który odbywa się w niedalekich Katowicach i naiwnie myślałem, że uda mi się "zebrać ekipę" i wybrać się na ten najbardziej mityczny i najlepszy polski festiwal. (Przed)wakacyjne hiperoptymistyczne plany być muszą, to właśnie one budują epickość tych dwóch wolnych od szkoły miesięcy. Przez pozostałe 10 miesięcy przeciętny nastolatek uczy się pilnie i marzy o tym co zrobi, jak będzie ciepło i jak nie będzie trzeba zakuwać do czegoś-tam.
Muzyka. Prosty rytm, duży przester i cała masa dźwiękowego brudu. Chaotyczny akompaniament niesamowicie łączy się z delikatnym wokalem, jakby występowały dwie warstwy w tym utworze. Prosty efekt gitarowy daje poczucie, że gitarzyście udało się złapać za nogi wokalistkę wzlatującą gdzieś w metaforyczne przestworza dźwiękowe. Jest bosko. Solówka gitary jest cudownie... rozhulana i wydaje się improwizowana, grana na poczekaniu, niespokojnie, starająca wyrwać się z ramy wspomnianego prostego, nieskomplikowanego rytmu. Cała płyta to takie genialne połączenie niespokojnej, hałaśliwej wręcz muzyki z wzorcowo opanowanym głosem, który można porównać nawet do tego anielskiego. No przesadzam, ale jest niesamowicie spokojny, delikatny i czysty.


Beautiful Boys z płyty Happy Pills - Retrosexual


Przebojowy, chwytliwy, swobodny i bardzo wakacyjny singiel polskiej grupy, o której słyszałem dotychczas jedynie jakieś skąpe legendy. Np. o tym, jak w zamierzchłych czasach minionego tysiąclecia, kiedy na polskiej "scenie muzycznej" królowała stylistyka grunge i punk (Hey!) istniał sobie zespół inny niż inne. Grał on melodyjnego rocka/gitarowy pop umiejętnie i dosyć swobodnie czerpiącego z amerykańskiego "nieżalowego" grania. Podczas gdy wspomniani "inny" chcieli być przesterowani i głośni, zespół o którym możemy mówimy, potrafił bez większego wysiłku nagle wprowadzić oszczędną ale treściwą partię gitary np. Zespół ten, niepasujący i niezrozumiały przez "polską scenę" chciał zrobić karierę na zachodzie. Gdy pewnego wrześniowego dnia wsiiedli w samolot do USA kierujący ich do tamtejszych hamerykańskich klubów na gigi. Niestety, był to akurat 11 dzień września roku 2001. I świat miał na głowie o wiele większe tragedie niż zmarnowana kariera jakiegoś zespoliku z dalekiej Polszy.

W w.w kawałku słychać te delikatne zagrywki, nienachalne, ale przewijające się przez całego songa i nadające ton całemu "tłu muzycznemu". Do tego dodamy świetną partię akustyka/bardzo fajne bicie i otrzymujemy oto świetny pop-rock hiciorek po prostu. Przepraszam, zapomniałem o całkiem ładnym i uroczym wręcz wokalu ;)

Epilog opowiastki : Band zakończył działalność, jeden z członków - Mariusz Szypura stworzył Silver Rockets, a teraz na szczęście wrócili. Brakowało mi takiego polskiego bandu grającego ciekawą, wesołą i chwytliwą gitarową muzykę.

Falling Down z płyty James - Pleased to meet you


Nie ukrywam, że poznałem ten zespół z forum U2, gdzie zamieszczono taką adnotację: "Kto lubi U2 a nie zna James, ten pozna James i polubi też, ręczę." Dodatkowe wspomnienie o podobieństwie do mojej ukochanej płyty Irlandczyków (All That You Can't Leave Behind) było najlepszą zachętą jaką można sobie wyobrazić, oczywiście, no przecież. Muszę z zadowoleniem napisać, że zapowiedzi okazały się prawdą, płyta ta posiada to co w ATYCLB jest najistotniejsze - tzw. "przestrzenność dźwięku". Oczywiście nie umiem tego opisać do ludzku i normalnie, gdybym miał to przedstawić, pokazałbym pierwsze sekundy teledysku do Beautiful Day (http://www.youtube.com/watch?v=co6WMzDOh1o&ob=av2n) . Eeee, chmury-niebo-przestrzeń, syntezatory tworząca ten klimat, muzyka zdolna przesuwać chmurki po niebie. Kurcze... no bajka!
Można by to chyba też opisać, że kompozycja rozwija się w bardzo fajny sposób : najpierw mamy zwrotkę na niskich dźwiękach, zaśpiewaną w krótkich, urywanych wersach, to tego dochodzi bas grający... w ten sam sposób. Nagle wchodzi refren w którym wokal porusza się po wyższych liniach melodycznych, a bas jest uderzony pojedynczo, dzięki czemu jego wypasiony, głęboki dźwięk może spokojnie rozejść się po naszych słuchawkach.
Jak udało komuś, komukolwiek uszczknąć odrobinę magii U2? Jak zwykle odpowiedzią jest jeden człowiek - Brian Eno, który wyprodukował oba albumy. Jak wszyscy powinni wiedzieć, jest on muzycznym bogiem, postacią mityczną, którą ogarniemy za jakieś 20 lat dopiero. Człowiek ten nauczył poważniejszego grania U2 na ich "Unforgettable Fire". Nauczył jak najbardziej dosłownie, bo Irlandczycy w tamtym czasie byli po prostu zbyt cienkimi punkowcami na takie granie, co tu ukrywać. "Jeśli są na tej planecie ważni artyści, z którymi nie współpracował, to zmieni to się wkrótce albo nie są ważni."
Kontekst psychologiczno-autoboigraficzny : słuchałem tej płyty jak jechałem do Istebnej (w góry na 3 tyg.) i myślałem sobie jak będzie tam fajnie.

The Suburbs z płyty Arcade Fire - The Suburbs


Piosenka z przesłaniem pt. "Nie ściągajcie wczesnych przecieków audio w słabej jakości!" Pewnego więc czerwcowego dnia ściągnąłem jakieś nagranie słabej jakości z jakiegoś radia. Pierwszy exluziv singiel z nowej, wyczekiwanej płyty Arcade Fire. Pierwsze wrażenie moje było takie sobie, nic wielkiego, ale zdołałem docenić wspaniałe przejście z akordu dur do moll. To jest to co Kanadyjczycy potrafią najlepiej, swoisty znak rozpoznawczy ich kompozycji - błyskawiczna, harmonijna zmiana klimatu kompozycji. Gdy jakiś miesiąc później dostałem całą płytę w dobrej jakości, od razu musiałem poprawić swoje zdanie o ołpenerze. Bowiem w wersji, którą mam teraz słuchać nareszcie dobrze wszystkie instrumenty, a co najważniejsze - słychać tam pianino! Niby nic, a decyduje ono o klimacie całego kawałka, teraz jest naprawdę dobrze wyprodukowany i niczego w nim nie brakuje (mamy nawet smyczki gdzieś tam w tle i świetnie wyrównane chórki).
Jeśli już o klimacie mowa, to trzeba pamiętać, że cały album opowiada o tytułowych "Przedmieściach". Czuć tą beztroskę w przeskakiwanych jakby akordach na zwyczajnym pianinie, które można znaleźć w takim podmiejskim domku. Może to i dobrze, że nie ma tu jakiś produkcyjnych sztuczek czy wysilonej hymniczności. Ta płyta naprawdę ma coś w sobie z leniwego letniego popołudnia, gdy ze spokojną, nie skażoną nauką głową kroczy się przez jakąś tam określoną połać przestrzeni.

Billy Elliot z płyty Julii Marcell - It might like you


Kolejny, zmów uroczy przykład załagodzenia mojego negatywnego stosunku do naszych zachodnich geograficznie sąsiadów - Niemców to znaczy. Powiem więcej - poczułem jakąś dziwną sympatię do tej nacji, a to za sprawą następnej Polki, która uparcie twierdzi iż jest Niemką. P. Julia tworzy i mieszka bowiem w Berlinie (?), a zdobyła środki na wydanie debiutanckiej płyty dzięki naturalnemu urokowi osobistemu (zbierała pieniądze na portalu wspierającym młodych muzyków). Jako, że posiada go bardzo, bardzo dużo, przyszło jej to bez większego wysiłku, podobnie jak podbicie mego serca. Muszę tłumaczyć, dlaczego jest taka wspaniała i w ogóle? Naprawdę, nie wydaje mi się to wystarczająco racjonalne, nie da się po prostu ;)
Ok, muzycznie p. Julia jest świetną pianistką, na tym instrumencie bowiem jest oparta większość płyty (wyciszenie po pierwszej minucie filmiku i spokojne budowanie znów napięcia i mocy - świetne!). Nie wiem, nie ogarnę czemu "te szwaby" zabierają nam najładniejsze dziewczyny, naprawdę, poddaję się ;(

U.R.A. Fever z płyty Alison Mosshart The Kills - Midnight Boom


Jak już delikatnie zasugerowałem, cała płyta jest taka świetna i genialna tylko i wyłącznie za sprawą Alison Mosshart. W ogóle cały zespół oparty jest na charyzmie i charakterach VV i Hotela, co do tego nie może być wątpliwości. Świetnie widać na teledysku, który w zasadzie zbudowany jest z różnych improwizowanych scenek, interakcji pomiędzy nimi, naturalnej chemii. (Sam teledysk jest też genialny wprost, sama estetyka zabija i zachwyca, wszystko dopracowane w najdrobniejszych szczegółach). Niesamowicie pasują do siebie także ich głosy - dobrali się idealnie. Muzyka zaś jest taka jak sama Alison - szorstka, szybka, szarpana, głośna, niespokojna, wręcz brudna. Sam nie wiem dlaczego nagle polubiłem taki jej rodzaj, przypuszczam jednak, że chcę podświadomie wyprzeć z siebie tą banalną romantyczność nabytą od Coldpleja ;p Przester gitary, charszczenie głośników, jakiśtamrytm, niesamowity, niepokojący klimat i jedyny w swoim rodzaju dialog dwóch... nie wiem, nie wiem, ale wiem, że moment od 1:10 miecie i bezpośrednio każe jeszcze bardziej gwałtownie szarpać się głową w rytm muzyki! The Kills rządzi, prawdziwie prymitywna i brudna muzyka plus niczym nieograniczona energia, a raczej ekspresja Alison Mosshart. Mówiłem już, że ją kocham? ( a raczej "pożądam ;p)


W pięciu smakach z płyty Moniki Brodki - Granda (której tej płyty oczywiście nie znam jeszcze)


Uff, niby z "Idola" ,a nie zawiodła naszego zaufania. Młodzieńczo wygrała trzecią edycję tego szoła, zwyciężyła także w Opolu z całkiem niezłym hiciorckiem (ze słowami A. Piasecznego ;p), odbębniła zaśpiewanie dwóch płyt dla wytwórni, zagrała ciekawy cover "Libertanga" z ciekawym zespołem na koncercie w Trójce (+10 do powagi w środowisku i +15 do inteligentnego lansu), została okrzyknięta najbardziej cool designem w Polsce i zyskała wreszcie artystyczną niezależność. Krążyły pogłoski, że robi naprawdę ciekawy i niebanalny/niehitowopopwy materiał. Wreszcie doczekaliśmy się premiery nowego singla, oczywiście dokonało się to na Trójce, na Liście Przebojów (w ogóle jakieś +25 do epickości lansu).
Efekciarski efekt produkcyjny na początek, świetny rytm i sekcja rytmiczna bezczelnie skradzione od TV On The Radio ("Golden Age" dokładniej), refren z łatwością mógłby wskoczyć do któregoś z hitów Vampire Weekend (Holiday chociażby), późniejsze miechowe klawisze w 2:05, chórki oraz wykorzystanie swojskich instrumentów może być zainspirowane Arcade Fire. Końcowa solówka to partia gitary z National Anthem Radiogłowych zagrana na dudach chyba, a i refren przypomina charakterystyczne falsety Thoma Yorka (który jest ulubionym wokalistą tej wokalistki). Jeśli mam być chamski, to samo instrumentalne zakończenie jednoznacznie przypomina o "Afterglow" INXS.

Za te wszystkie inspiracje nie pozostaje mi nic zrobić jak tylko to pochwalić. Nawet Hey-owi w każdej recenzji wypominano zgapianie od Modest Mouse np. co nie przeszkodziło zbierać im najwyższych ocen. Ja też traktuję to jako zaletę, bo jeśli Brodka przemyci do masowego radia echa tych wszystkich zespołów (które mają zerowe szanse na rmf) to oznaczać to będzie, że "polska muzyka pop" rozwija się w dobrym kierunku. A i sama młoda wokalistka także.

Ta jej nowa płyta "Granda" będzie świetna. Zapowiadam to już teraz, pamiętajcie. Produkcja w singlu jest naprawdę spoko, świetnie łączy te wszystkie wagoniki z nazwami tych wspaniałych alternatywnych bandów i dodatkowo takiego kopa, że ten specyficzno-metaforyczny pociąg jedzie tak szybko, że demaskujące napisy rozmazują się i nie zwraca się na nie uwagi. Ale najfajniejszą niespodzianką z tego wszystkiego jest to, że autorami tekstów nie jest już Piasek, ale Budyń (!) i Radek Łukasiewicz (z Pustek, w "W Pięciu Smakach" pokazał nareszcie swoją zabawniejszą stronę) (!!).
Czekałem na taką polską płytę

Prenzlaurberg z płyty Beirut - Gulag Orkestar


Wrocław jest świetny. Byłem naprawdę zdumiony taką głupotą małą, że wystarczy przejechać jakieś 5-10 minut rowerem, aby z centrum miasta z galeriami na każdym kroku przejechać na kompletne przedmieścia. Puste, spokojne i czyste, których jedynym elementem przynależności do "miasta" jest linia tramwajowa. Ten szok dawał wręcz wrażenie pewnego surrealizmu, które ostatecznie objawiło się przy słynnej juz ogólnie wyposażonej w kosmos fontannie (laserowej? świetlnej?). Totalna różnorodność krajobrazów i harmonijne ich dopasowanie tworzy coś specjalnego, co sprawia, że miasto, przestrzeń ma "to coś".

Podobnie intuicyjnie wszechobecny i zaskakujący jest klimat płyty "Gulag Orkestar". Nagle możemy przenieść się w odległe (dodatkowo określone przez Zacha Condona miejsca). "Prenzlaurberg" można określić jako muzykę wschodniej Europy. Tęskne, rozciągnięte chóralne głosy męskie i akordeon jako główny instrument. Lubię myśleć o tym utworze jako o ludowej melodii towarzyszącej lokalnej jakiejś uroczystości typu chrzest/ślub/pogrzeb. Jest tu dostojny, spokojny rytm mający coś z walca. Ci wszyscy brodacze w wielkich wełnianych czapach i kobiety w bogato ustrojonych spódnicach i oni tańczą, a nad wszystkim unosi się ulotny klimat tęsknej zadymy. Niesamowita, bezbłędna stylizacja przenosząca nas w zupełnie inne miejsca na mapie świata.

Half of That zespołu Muchy


Piosnka ta pochodzi z kultowej już chyba epki - dema Much. Świetne zmiany tempa (0:15 s.), genialnie przyspiesza melodia w refrenie, tam też gitara w stylu Radiohead (nie napiszę przecież "arpeggio" ;p) i genialny, charakterystyczny zagubiony chórek Maciejewskiego. Jako, że Muchy byli wtedy jeszcze piękni i młodzi, można zauważyć pewne gówniarstwo jeszcze w tej piosence. Ok, przesadzam z tym określeniem - punkt widzenia nastolatka. Na związek np. - mimo iż w tekście stoi jak byk "so you gone away", to wokal pędzi z zabójczą szybkością, zdaje się uciekać wręcz od tej całej odpowiedzialności i od uczuć też. Wspomniany chórek głównego wioślarza może symbolizować jakieś wyrzuty sumienia czy coś takie smutne uczucia przedstawiane przez podmiot liryczny. W ogóle w tym naciąganym kontekście bardzo fajnie wypada outro, należące do Maciejewskiego, a podły, nieczuły wokalista kaszle, mamy nadzieję, że się krztusi lub nawet dusi.

Golden Skans z płyty Klaxons - Myths of the Near Future


Kolejny niedoceniony przeze mnie zespół z Ołpenera. Chyba jednak musiałem wmówić sobie to, że Festival Hainekena jest zły i drogi, aby bez większego żalu słuchać relacji stamtąd w Trójce. Kolejnym zabawnym aspektem wyparcia/poznania wreszcie Klaxonsów było to, że "Golden Skans" znalazłem na składance/liście wszech czasów New Musical Express, które jak wiadomo, promuje śmieszne zespoliki z Wysp jako mesjaszy/stworzycieli danego gatunku w muzyce. Nie wiem, jaśli nimi gardzę, nie powinno mnie to obchodzić, ale...
Golden Skans zaczyna się naprawdę wspaniale melodyjnie, Od mruczanego intra perkusja po prostu pędzi, a jej rytm jest świetnie zaakcentowany przez stare, dobre akordy pianina na na syntezatorze (bo na czym). Jak w każdym dobrym singlu, zwrotka stanowi jedynie rozgrzewkę przed ultraprzebojowym, skandowanym (na dwa aż głosy!) refren, w którym linia melodyczna naprawdę szczelnie zapełnia takty muzyki. Nawet ciekawe, nie-czyste wejścia gitary są tylko ozdobnikiem, zaakcentowaniem rytmu do którego się powinno skakać, najlepiej.

W ostatnim tygodniu sierpnia (ech...) naprawdę zwariowałem na punkcie tej piosenki, nauczyłem się nawet podśpiewywać ten zawiły i wspaniale-angielsko-łączący się tekst w refrenie. Klasyczna naiwność i młodzieńcza przekora w wersie "you can forget our future plans" może być elementem tragicznym. Klimat ten fatalistyczny i nie-wesoły można przyrównać do pożegnania wakacji, więc można sobie dopisać, że żegnałem lato bujając się w rytm niespokojnej perkusji o czymś złotym.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Love comes tumbling

Zakochanie, zauroczenie, uczucie, motylki w brzuchu to istne szaleństwo. Szaleństwo, czyli głupota. Człowiek zapomina wtedy o całym świecie, nagle zmienia hierarchię wartości różnych i myśli tylko wyłącznie o konkretnej osobie. Klasykiem są uwagi otoczenia o nie-myślenie, gapiostwo czy ślamazarność wynikająca z "zamyślenia się". Bujanie w obłokach, gadanie o niczym, głupia radość z byle powodu. Przesadne przywiązywanie wagi do najmniejszych szczegółów i niespotykany optymizm. Wszystko to nie jest zbyt normalnym stanem dla normalnych ludzi. Aby jeszcze fajniej pokazać ten stan psychiczny, warto zajrzeć do słownika języka angielskiego. Kilka pierwszych lepszych wyrażeń, takich jak "crazy in love" lub "madly in love with" - szalony z miłości, lub "fell in love (with a girl)" - dosł. "wpaść w miłość". Że tak gwałtownie i po same uszy. Chodzi o to, że jak już człowiek ta "wpadnie" to po prostu traci kontrolę nad sobą, nad myślami, które nagle biegną z prędkością światła i przedstawiają przesłodzony obraz świata, w którym love story musi, MUSI się zakończy długim i szczęśliwym wspólnym życiem.

Jest to myślenie zazwyczaj błędne, bo jak wiadomo, życie nie jest komedią romantyczną i doświadczenie boleśnie uczy, że zazwyczaj to nie jest TO (TO - mityczna "prawdziwa miłość" i inne lukrowane rzeczy). Jeśli jest się doświadczonym przez okrutny los młodym broken-harted-romantykiem-humanistą, o takim rzeczach już się wie mniej więcej. Jednakże, niestety, gdy serce zaczyna bić szybciej, patrząc na świat przez różowy filtr łatwo zapomnieć o tym jak bardzo świat jest zły i nieczuły oraz pusty (czyt. samotny). Z jednej strony chcemy dać się porwać nowym doznaniom uczuciowym, z drugiej jednak warto pamiętać o zdrowym rozsądku. Powtarzam znów więc pytanie : jak? (how?) ?

Znów, po raz 425578215698475 z pomocą przychodzi muzyka. Jak to bywa w sytuacjach kryzysowych, jest to U2. W soundtracku tego odcinka telenoweli pt. "Życie i twórczość Jacka S." pojawia się nagle stara piosenka jeszcze młodych wtedy Irlandczyków "Love comes tumbling".   




Jako, że na tym blogu zdecydowanie za mało zachwycam się wielkością U2, to przedstawiam kolejne ich Dzieło. Następne, które stało się dla mnie Bardzo Ważne W Życiu i znów okazało się, że właśnie Bono potrafi najlepiej zdefiniować moje sprzeczne i gorące młodzieńcze uczucia, których nie ogarniam.Oczywiście tym razem też nie zwracam uwagi na tekst piosenki, wybieram kilka wersów i dopisuję sobie temat najlepiej do mnie pasujący. Tym razem "Love comes tumbling" to kubeł zimnej wody na rozgrzaną głowę zakochanego. Bo "love is blindness" i w ogóle.

Muzycznie zaczyna się firmowym pogłosem Edża, którego partia jest owszem, prosta, ale daje jak zwykle ogromną przestrzenność. Wydaje się zresztą, że tym razem główną rolę odgrywa bas Adama Claytona, który wydaje się bardzo radosny, zupełnie odmienny klimatem od... całej piosenki. To jest bas wręcz taneczny, bujający. Sekcja rytmiczna zdecydowanie hipnotyzuje. Narracyjnie, jak dla mnie pokazuje to szaleńcze tempo rozpływającego się w całym ciele nowego uczucia, jest jak fala zabierająca naszą świadomość i oczywiście, niemożliwa do zatrzymania. 

Najpierw gitara prowadząca lekko "chrapie" (literacko opiszemy ją jako kotwica?) . I wokal Bono. Od dawna było wiadomo, jak ogromny mają jego niższe partie głosowe, ale tutaj zbliżył się do mistrzostwa. Udręczenie, zmęczenie, bezsilność, beznadzieja, świadomość tego, że to love story po prostu nie może zakończyć się dobrze (bezwolne powtarzane "love, love, love..." gdzieś w 1:50 minucie). Genialny kontrast między hopeful (mającą nadzieję, jak to brzmi po polsku...) sekcją rytmiczną, wyskakujący z entuzjazmem bas i prawda życiowa w ustach wokalisty. Niesamowite, jak wiele można przekazać za pomocą 3 instrumentów, z których każdy ma coś niezwykle istotnego do powiedzenia. 

Jak już powiedziałem, uwielbiam w U2 to, że nie muszę śledzić dokładnie tekstu piosenki, mogę sobie dopisywać setki różnych znaczeń. Wystarcza mi to, że znam nastrój kawałka, dalej dopasowywuję tylko do konkretnej historii. Tutaj wybrałem akurat tytuł : "love comes tumbling" tłumaczę jako "miłość przychodzi tupiąc". Owszem, brzmi to idiotycznie, ale od razu wiadomo, że uczucie nie zawsze musi być dobre dla nas i nie zawsze przynosi szczęście, a częściej smutek. Bono woła, ostrzega nas przed takim właśnie potworem, który nadciąga w różowym i pachnącym wdzianku, aby wtopić zimne ostrze w nasze najczulsze punkty (czyt. serca) ;>
Strzeżcie się więc miłości. Tupie, rani i boli.

(Ok, all you need is love, zgadzam się cały czas z The Beatles, bo za czymś trzeba płakać, aby po pierwsze primo: nie zostać nieczułym draniem, po drugie primo : mieć coś miłego wspominać  i po trzecie primo - ultimo: nic tak nie zwiększa doznawania Interpolu i innych smętów jak zły romans. Rzekłem)