Oficjalne uruchomienie w naszym kraju Spotify - największego serwisu ze streamingową muzyką nie zmieniło mojego życia. Nie wpłynęło na sposób, w jaki korzystam z muzyki, nie sprawiło, że wyrzuciłem płyty za okno, nie męczą mnie w nocy apokaliptyczne wizje Życia w Chmurze, ani nie solidaryzuję się rewolucyjnie z poszkodowanymi artystami. Dla mnie Spotify oznacza wygodę. Płacąc co miesiąc równowartość Hepi Mila mam w zasięgu ręku większość wyobrażalnej mi muzyki, dostępnej bez większych formalności i kombinowania. Być może moja błogość wynika z tego, że słuchanie muzyki z YouTuba jest jakimś przykrym masochizmem - nigdy tego nie zrozumiem. Spotify to gadżet do okładania plejlist, ale dzięki niemu lubię myśleć, że rynek muzyczny w Polsce wreszcie dorósł do zachodniej normalności.
Okolicznościowa plejlista z moimi ulubionymi singlami 2013 roku (żeby nie było tak w ogóle bez podsumowań)
poniedziałek, 17 lutego 2014
0/13' : Najważniejsze z trzynastego
Nie jestem wielkim entuzjastą roku Trzynastego w muzyce - jak widać, nie udało mi się nawet skomplikować miejsc rankingowych. Może to być dowodem słabości ubiegłorocznych wydawnictw, jak również zmiany mojego osobistego stosunku do muzyki. Inną tendencją, której nadejście przeczuwałem już wcześniej jest rozproszenie opinii, tak charakterystyczne dla czasów internetowych. Bardzo trudno zorientować się o nowościach, ocenić je gdy każde środowisko ma swoją odmienną optykę i wskazuje na coś zupełnie różnego. Mamy konserwatywnego Rolling Stone'a, gimbusiarskie NME czy "biblię hipsterów" (Przemysław G. hehe) pitchfork.com. Na polskim malutkim rynku należy wyróżnić przede wszystkim T-mobile Music, serwis kierowany przez Jarka Szubrychta. Może mniej recenzje, ale w ich dziale publicystycznym narodził się pomysł rozmowy o muzyce z kultowym już reżyserem teatralnym Janem Klatą - zdecydowanie mój ulubiony tekst roku łączący The White Stripes z Hamletem. Najlepszy polski magazyn o kulturze w ogóle - serwis NINY dwutygodnik.com niestety dość rzadko zajmuje się muzyką rozrywkową, ale zawsze są to poważne teksty pisane przez jak najbardziej profesjonalnych autorów - przykładem równie smakowite wspomnienie o Elliocie Smithcie.
Wszystkie te ośrodki opinii łączy chyba tylko Arcade Fire, ale nie tylko dlatego ich Reflektor był najważniejszym wydarzeniem muzycznym 2013 roku. To płyta wybitna, nie było nikogo kto by się zbliżył do jej doniosłości. Dzięki swej różnorodności słucham jej niemal codziennie i cały czas jestem pod ogromnym wrażeniem jak energetyczne i pełne sensów dzieło stworzyli ci rodzinni Kanadyjczycy.
W kolejnych postach opisuję trzynaście najważniejszych według mnie wydarzeń minionego 2013 roku ułożonych w kolejności mniej więcej chronologicznej. Jest to tylko moja subiektywna lista, w której starałem się uchwycić najważniejsze tendencje jakie się pojawiły, mające znaczenie dla mnie, ale również dla Świata.
Najważniejsze z Trzynastego
Nie jestem wielkim entuzjastą Trzynastego w muzyce - jak widać, nie udało mi się nawet skomplikować miejsc rankingowych. Może to być dowodem słabości ubiegłorocznych wydawnictw, jak również zmiany mojego osobistego stosunku do muzyki. Inną tendencją, której nadejście przeczuwałem już wcześniej jest rozproszenie opinii, tak charakterystyczne dla czasów internetowych. Bardzo trudno zorientować się o nowościach, ocenić je gdy każde środowisko ma swoją odmienną optykę i wskazuje na coś zupełnie różnego. Mamy konserwatywnego Rolling Stone'a, gimbusiarskie NME czy "biblię hipsterów" (Przemysław G. hehe) pitchfork.com. Na polskim malutkim rynku należy wyróżnić przede wszystkim T-mobile Music, serwis kierowany przez Jarka Szubrychta. Może mniej recenzje, ale w ich dziale publicystycznym narodził się pomysł rozmowy o muzyce z kultowym już reżyserem teatralnym Janem Klatą - zdecydowanie mój ulubiony tekst roku łączący The White Stripes z Hamletem. Najlepszy polski magazyn o kulturze w ogóle - serwis NINY dwutygodnik.com niestety dość rzadko zajmuje się muzyką rozrywkową, ale zawsze są to poważne teksty pisane przez jak najbardziej profesjonalnych autorów - przykładem równie smakowite wspomnienie o Elliocie Smithcie.
Wszystkie te ośrodki opinii łączy chyba tylko Arcade Fire, ale nie tylko dlatego ich Reflektor był najważniejszym wydarzeniem muzycznym 2013 roku. To płyta wybitna, nie było nikogo kto by się zbliżył do jej doniosłości. Dzięki swej różnorodności słucham jej niemal codziennie i cały czas jestem pod ogromnym wrażeniem jak energetyczne i pełne sensów dzieło stworzyli ci rodzinni Kanadyjczycy.
Poniżej opisuję trzynaście najważniejszych według mnie wydarzeń minionego 2013 roku ułożonych w kolejności mniej więcej chronologicznej. Jest to tylko moja subiektywna lista, w której starałem się uchwycić najważniejsze tendencje jakie się pojawiły, mające znaczenie dla mnie, ale również dla Świata.
1.
Oficjalne uruchomienie w naszym kraju Spotify - największego serwisu ze streamingową muzyką nie zmieniło mojego życia. Nie wpłynęło na sposób, w jaki korzystam z muzyki, nie sprawiło, że wyrzuciłem płyty za okno, nie męczą mnie w nocy apokaliptyczne wizje Życia w Chmurze, ani nie solidaryzuję się rewolucyjnie z poszkodowanymi artystami. Dla mnie Spotify oznacza wygodę. Płacąc co miesiąc równowartość Hepi Mila mam w zasięgu ręku większość wyobrażalnej mi muzyki, dostępnej bez większych formalności i kombinowania. Być może moja błogość wynika z tego, że słuchanie muzyki z YouTuba jest jakimś przykrym masochizmem - nigdy tego nie zrozumiem. Spotify to gadżet do okładania plejlist, ale dzięki niemu lubię myśleć, że rynek muzyczny w Polsce wreszcie dorósł do zachodniej normalności.
4.
Justin Timberlake - złote dziecko amerykańskiej popkultury, mające na koncie kilkanaście milionów $, występy w Klubie Myszki Miki, N'sync, epizody w Saturday Night Live i oklaski za aktorstwo w The Social Network chyba w ogóle nie musiał nagrywać tej płyty. I ten niedostępny dla zwykłych śmiertelników styl, niemal zblazowany luz gra na The 20/20 Experience kluczową rolę. Każdy utwór rozciągnięty do 7-8 minut ocieka tu luksusem, ale niewielu mężczyzn na świecie potrafi tak swobodnie nosić smoking. Pawet Sajewicz widzi w JT Franka Siniatrę naszych czasów; ja pokusiłbym się o stwierdzenie, że produkcje Timbalanda są kunsztownie dopieszczone nawet jeszcze bardziej.
Okazuje się, że nie jestem jedynym gościem w Europie, który chce być jak Justin Timberlake. Podobną stylówę obrał także niejaki Alex Turner. Wyraźnie było to widać podczas koncertu jego Arctic Monkeys na Openerze. Dotychczas zwykłe brytyjskie chłopaki, a teraz? Nawet gitarzysta zapięty jest pod gustownym krawatem, ogromne AM ułożone z lamp zdjętych z jakiegoś rewiowego afisza i dopełniająca ten przesadny obraz kula dyskotekowa. Muszę przyznać, że dzięki odpowiedniej dawce ironii, z eleganckim wizerunkiem bardzo im do twarzy. AM to faktycznie ich najlepsze wydawnictwo od czasów debiutu, a w Knee Socks naturalnie podejmują dwuznaczne bieliźniane wątki Jarvisa Cockera, które spiżowy zaśpiew Josha Homme'a zamienia w najlepszy i najgorętszy moment 2013 roku. Trzeba tu zgodzić się z Anną Gacek - już dawno rock nie był tak seksowny.
5.
Znakiem, że polska muzyka elektroniczna okrzepła mogło być dość chłodne przyjęcie przed-zeszłorocznego długogrającego debiutu Kamp! Recenzenci nie nabrali się już na doskonale znane z wcześniejszych epek piosenki, których główną cechą było brzmienie "tak jak zagranico". W 2013 roku ranking Gazety Wyborczej na polską płytę roku wygrał (związany zresztą z Kamp!) duet Rebeka grający dość konwencjonalne piosenki. Nie jest to nic odkrywczego klasy AlunaGeorge, ale na OFFowym koncercie sympatycznie skojarzyli mi się z tenecznymi The Ting Tings. W blogosferze natomiast furorę zrobił inny, mniej znany męsko-damski duet (bynajmniej nie chodzi mi tu o The Dumblings hehe). Sorja Morja to tajemniczy, nieco gotycki projekt, który w singlowym wydawnictwie Nowy utwór / Stany zachwyca zimnym brzmieniem, a teksty propsuje im sam Afrojax. (Wybitne rzeczy, wstyd nie znać, najbardziej polecam.) Wreszcie powrócił Tomek Makowiecki nagrywając bardzo dobry Moizm - płytę trochę niedokończoną, przypominającą mi nieco projekt Passangers (U2 + Brian Eno). Przebojowe Holidays in Rome od wyżej wymienionych młodziaków odróżnia właśnie ten celebrycki sznyt - niewymuszona elegancja, którą bardzo lubię w - z założenia bezdusznej - elektronice.
PS. Na świecie świetną drugą płytę wydał James Blake, nagrodzony słusznie Mercury Price.
6.
Dawid Podsiadło rozbił bank. Kto by się spodziewał, że ten skądinąd niepozorny chłopak zdobędzie szerokie uznanie, tysiące fanek i aż trzy platynowe płyty za swój debiut fonograficzny? Nie byłem zdziwiony, że Comfort and Happiness będzie ponadprzeciętnie dobrą płytą, produkował ją w końcu Bogdan Kondracki, a ciepło wypowiadał się na jej temat min. Piotr Metz. Ale kto czyta te branżowe doniesienia? Mam inny pomysł na wyjaśnienie tego fenomenu.
Jeśli spojrzeć z szerszej perspektywy na kariery największych polskich zespołów, można zauważyć, że swoją pozycję opierali oni na popularności konkretnych zagranicznych nurtów czy bandów. I tak Republika była polskim Joy Division, Hey trafiło do fanów grandżu i Pearl Jam, Myslovitz inspirowało się britpopem Oasis (a później Radiohead), a u Brodki tylko W pięciu smakach znalazłem całe modne indie (co świadczy już lepiej o osłuchaniu jej fanów). Podsiadło wyraźnie przywołuje natomiast na swojej płycie klimat Parachutes. Nie ma co mówić o „moim pokoleniu” ale podobnie jak wiele obecnych 20-latków wychowałem się na pierwszych płytach Coldplay i mam do nich wciąż emocjonalny stosunek. (btw. To chyba najmłodszy zespół, który na koncercie zdołał zapełnić w Polsce cały stadion ). Oczywiście wizerunek „chłopaka takiego jak ja” jest podstawową mistyfikacją talent shows, ale dzięki wspólnemu gustowi muzycznemu jestem bardziej skłonny udzielić Dawidowi Podsiadle kredytu zaufania.
(No dobra, chodzi po prostu o to, że ja też kocham się w Kejti Melui <3>3>7.
Podsumowanie 2013 roku w formie list rankingowych wydało mi się nie najlepszym pomysłem, bo znalazłyby się tam doskonale znane wszystkim nazwy - Queens of the Stone Age, The National, czy Atoms for Peace. Oczywiście wydali oni dobre płyty, ale jakoś nie mam do nich serca, aby anonsować je ekscytującymi nowościami. Podobny problem mam z Franz Ferdinand - ich "nowa rockowa rewolucja" celowo przedstawia stan z 2004 roku, co nie zmienia faktu, że Right Words, Right Words, Right Actions była najczęściej słuchaną przeze mnie płytą zeszłego roku. Chociaż w Right Actions coverują samych siebie nawet teledyskiem, to już ilustracją do Evil Eye - pysznym pastiżem filmów klasy B - pożerają konkurencję. Jest to mój singiel roku; co może być lepszego na przebudzenie niż dobre gitarowe indie z beatem Michaela Jacksona?
Po drugiej stronie oceanu Vampire Weekend, jak przystało na Młodych Wilków amerykańskiej Warszafki (ang. Modern Vampires of the city) "pociągają granice gatunku trochę wszerz". Hitowy Diane Young to już nie tylko proste indie do podskoków nastolatek - nie da się wyłonić pojedynczych ścieżek gitar, bo wszystko sprowadzone jest do wciąż bardzo organicznego rytmu. Jednocześnie wydaje mi się najlepszym hołdem złożonym Elvisowi Presleyowi, co potęguje tylko charakterystyczna modulacja głosu w refrenie. Wreszcie dzięki niemal barokowej ornamentyce Step zdali test trzeciej płyty i zyskali wreszcie poważną pozycję, czego dowodem jest pierwsze miejsce na liście rocznej Pitchforka.
8.
Koncert Blur na Heineken Opener Festiwalu był dla mnie tak
ważnym wydarzeniem, że zdołałem pokonać lenistwo i zrelacjonowałem go dość
obszernie w poprzednim wpisie. Nawet bez brytyjskiego zespołu Opener wciąż
pozostaje największym polskim festiwalem i w edycji 2013 nareszcie
przekonywująco to potwierdził. Każdy z 4 dni miał w Line-upie co najmniej dwóch
bardzo poważnych headlinerów. Arctic Monkeys, Nick Cave and the Bad Seeds, The
National, czy Queens of the Stone Age to przecież zespoły, które wiele znaczą i
mogłyby grać na głównych scenach nawet Glastonbury (nnnno w przypadku Kings of
Leon ludzie zagłosowali nogami). Tego właśnie oczekuję od tak drogiego eventu –
używam tego słowa dość kąśliwie, bo muzyka nie jest w Gdyni taka najważniejsza.
Oczywiście bardzo fajnie, że promuje się min. dobry teatr (rozchodzące się po polu
namiotowym songi z Courtney Love Strzępki i Demirskiego pozostaną jednymi z
moich najmilszych wspomnień), ale Opener stał się obowiązkowym nadmorskim
punktem rozpoczęcia wakacji dla modnej młodzieży i snobistycznych
30-latków. Opener < OFF Festiwal.
9.
Pierwszy dzień OFF Festivalu z pewnością przejdzie do Historii Polskiej Muzyki Rozrywkowej. Spotkanie Zbigniewa Wodeckiego i ekipy Maccia Morettiego to piękny symbol uznania młodych dla klasyki polskiej piosenki. Koniec podziału na alternatywę i obciachowy pop - spełniło się założenie Topu Wszechczasów serwisu Screenagers. To był prawdziwie czarowny wieczór - piękne panie i eleganccy panowie przywołali klimat jakiegoś legendarnego występu Orkiestry Polskiego Radia ze wszystkimi manierami, smyczkami i dęciakami. Reklamowany jako :najbardziej optymistyczny film roku Sugar Man opowiadał właściwie o radości fanów, który odnajdują swojego idola i mogą wreszcie mu podziękować i docenić jego dzieła. Ja tak samo poczułem się w Katowicach.
10.
Sugar Man faktycznie okazał się piękną historią, ale w Polsce nakręcony został inny świetny dokument muzyczny, aczkolwiek z mniej wesołym klimatem. Miłość to legendarna trójmiejska formacja yassowa, której członków znamy doskonale z innych, późniejszych działalności. Mowa tu o: szalonym i charyzmatycznym Tymonie Tymańskim, awangardowym Mikołaju Trzasce i gwiazdorze fortepianu Leszku Możdżerze. Tak jak w Niewinnych Czarodziejach jazz jest wszystkim, entuzjazm muzyczny wyraża energię młodości, przyjaźń, a także radość z odzyskanej właśnie wolności kraju. Ten idylliczny obrazek zaczyna się jednak psuć - (nie mniej utalentowany) perkusista Jacek Olter wpada w chorobę psychiczną, a wielka przyjaźń Tymańskiego i Trzaski nie wytrzymuje ambicji i różnicy charakterów. Głównym tematem tej jakże filmowej opowieści pozostaje muzyka, nie tylko samo funkcjonowanie organizmu zespołu, ale stosunek jaki mamy do niej w życiu, wierność jej ideałom.
11.
"Here comes the night time" - podczas gwiazdorskiego występu po Saturday Night Live Win Butler wyrzuca ze sceny gościa w masce Wina Butlera na głowie. Intruzem okazuje się być zirytowany Bono. Beka z dinozaurów? Ukoronowanie absolutnie genialnej akcji promocyjnej nowego albumu? Jak najbardziej, ale dla mnie jest to symboliczne zrównanie statusów dwóch wielkich zespołów - U2 i Arcade Fire. Ten Panteon Rocka (popu, jak kto woli) jak najbardziej im się należy. Wydanie dziś epickiej płyty z dwiema częściami odrębnymi klimatem, nawiązującej nawet do mitologii i filozofii jest dziś wyrazem wielkiego szacunku dla słuchacza. Nad Reflektorem czuwał James Murphy - najbardziej cool człowiek w NY - który tradycyjną stadionowość kanadyjczyków zamienił w taneczne wielowątkowe, blisko 7-minutowe ścieżki z tłustym basem (It's never over!). Ale to nie elektronika odgrywa tu największą rolę, ale najbardziej podstawowa, naturalna część muzyki - rytm. Hipnotyzujące bębny z Haiti mogłoby być owocem poszukiwań Radiohead czy Damona Albarna. W niezwykle ważnych kulturowo tekstach Butler opowiada o uczuciach w świecie internetowych społeczności - Reflektor z chórkami samego Davida Bowiego - i zalewającej nas seksualności jak w najbardziej czułej piosence jaką słyszałem - Porno.
12.
W tym miejscu w tym roku powinny być Pustki, które też zbierały pieniądze na pracę ze "znanym zagranicznym producentem", z którego wyszli aż trzej pochodzenia krajowego. Paula i Karol zamiast półsłówek posłużyli się podstawową cechą swojej muzyki - bezpretensjonalnością. Radochą inaczej. Ich program promocyjny okazał się bardziej zabawny i elastyczny, dzięki czemu nawet ja mogłem dorzucić się dyszką. Polscy artyści pracujący z zagranicznymi producentami nie są już zjawiskiem nowym (pisałem już jak pomogło to L.stadt), ale Ryan Hadlock jest teraz naprawdę na topie - nie tak dawno płyta The Lumineers, która wyszła spod jego ręki zdobyła nominację do nagrody Grammy. Ponadto, muzyka sympatycznego duetu zawsze odznaczała się chałupniczymi środkami, które owszem, miały ogromny urok, ale bardziej profesjonalne podejście do nagrań może faktycznie przynieść nową jakość. Trudno nie kochać Pauli i Karola, ogromnie się cieszę że im się udało i może mogłem nawet jakoś im w tym pomóc.
13.
Spełnia się moje małe chłopięce marzenie - dziewczyny wreszcie zaczynają grać na gitarach. Kwintesencją dziewczyńskości jest dla mnie siostrzane Haim, które właśnie zewsząd słychać w reklamie wiosennej ramówki TVNu. Owszem, zaadaptowano je do mainstreamu stępiając rockerstwo elektronicznymi beatami, ale dzięki Days are gone zrozumiałem wreszcie co znaczyły zarzuty o niedojrzałość w stosunku do pierwszych płyt Arctic Monkeys - przykładem The Wire rozprawiające się z męską słabą płcią. Na moc swoich wzmacniaczy stawiają dziewczyny z Savages, które ogłuszyły mnie już na OFFie 2012. Mroczny noise pozwala na takie tytuły jak "Joy Division na obcasach". W 2013 roku wydano też nową płytę rytmicznych polskich i pięknych dziewczyn z zespołu Drekoty. Tą żeńską tendencję w gitarowej muzyce przypieczętowały delikatnym pocałunkiem moje ulubienice z Warpaint. sensualnym singlem Love is to die. Ta osnuta kobiecością cudna pościelówa zapowiada na 2014 rok ich self-titled album i bardzo życzyłbym sobie, by stała się dobrą zapowiedzią na równie niezwykły następny rok.
10.
Sugar Man faktycznie okazał się piękną historią, ale w Polsce nakręcony został inny świetny dokument muzyczny, aczkolwiek z mniej wesołym klimatem. Miłość to legendarna trójmiejska formacja yassowa, której członków znamy doskonale z innych, późniejszych działalności. Mowa tu o: szalonym i charyzmatycznym Tymonie Tymańskim, awangardowym Mikołaju Trzasce i gwiazdorze fortepianu Leszku Możdżerze. Tak jak w Niewinnych Czarodziejach jazz jest wszystkim, entuzjazm muzyczny wyraża energię młodości, przyjaźń, a także radość z odzyskanej właśnie wolności kraju. Ten idylliczny obrazek zaczyna się jednak psuć - (nie mniej utalentowany) perkusista Jacek Olter wpada w chorobę psychiczną, a wielka przyjaźń Tymańskiego i Trzaski nie wytrzymuje ambicji i różnicy charakterów. Głównym tematem tej jakże filmowej opowieści pozostaje muzyka, nie tylko samo funkcjonowanie organizmu zespołu, ale stosunek jaki mamy do niej w życiu, wierność jej ideałom.
11.
"Here comes the night time" - podczas gwiazdorskiego występu po Saturday Night Live Win Butler wyrzuca ze sceny gościa w masce Wina Butlera na głowie. Intruzem okazuje się być zirytowany Bono. Beka z dinozaurów? Ukoronowanie absolutnie genialnej akcji promocyjnej nowego albumu? Jak najbardziej, ale dla mnie jest to symboliczne zrównanie statusów dwóch wielkich zespołów - U2 i Arcade Fire. Ten Panteon Rocka (popu, jak kto woli) jak najbardziej im się należy. Wydanie dziś epickiej płyty z dwiema częściami odrębnymi klimatem, nawiązującej nawet do mitologii i filozofii jest dziś wyrazem wielkiego szacunku dla słuchacza. Nad Reflektorem czuwał James Murphy - najbardziej cool człowiek w NY - który tradycyjną stadionowość kanadyjczyków zamienił w taneczne wielowątkowe, blisko 7-minutowe ścieżki z tłustym basem (It's never over!). Ale to nie elektronika odgrywa tu największą rolę, ale najbardziej podstawowa, naturalna część muzyki - rytm. Hipnotyzujące bębny z Haiti mogłoby być owocem poszukiwań Radiohead czy Damona Albarna. W niezwykle ważnych kulturowo tekstach Butler opowiada o uczuciach w świecie internetowych społeczności - Reflektor z chórkami samego Davida Bowiego - i zalewającej nas seksualności jak w najbardziej czułej piosence jaką słyszałem - Porno.
12.
W tym miejscu w tym roku powinny być Pustki, które też zbierały pieniądze na pracę ze "znanym zagranicznym producentem", z którego wyszli aż trzej pochodzenia krajowego. Paula i Karol zamiast półsłówek posłużyli się podstawową cechą swojej muzyki - bezpretensjonalnością. Radochą inaczej. Ich program promocyjny okazał się bardziej zabawny i elastyczny, dzięki czemu nawet ja mogłem dorzucić się dyszką. Polscy artyści pracujący z zagranicznymi producentami nie są już zjawiskiem nowym (pisałem już jak pomogło to L.stadt), ale Ryan Hadlock jest teraz naprawdę na topie - nie tak dawno płyta The Lumineers, która wyszła spod jego ręki zdobyła nominację do nagrody Grammy. Ponadto, muzyka sympatycznego duetu zawsze odznaczała się chałupniczymi środkami, które owszem, miały ogromny urok, ale bardziej profesjonalne podejście do nagrań może faktycznie przynieść nową jakość. Trudno nie kochać Pauli i Karola, ogromnie się cieszę że im się udało i może mogłem nawet jakoś im w tym pomóc.
13.
Spełnia się moje małe chłopięce marzenie - dziewczyny wreszcie zaczynają grać na gitarach. Kwintesencją dziewczyńskości jest dla mnie siostrzane Haim, które właśnie zewsząd słychać w reklamie wiosennej ramówki TVNu. Owszem, zaadaptowano je do mainstreamu stępiając rockerstwo elektronicznymi beatami, ale dzięki Days are gone zrozumiałem wreszcie co znaczyły zarzuty o niedojrzałość w stosunku do pierwszych płyt Arctic Monkeys - przykładem The Wire rozprawiające się z męską słabą płcią. Na moc swoich wzmacniaczy stawiają dziewczyny z Savages, które ogłuszyły mnie już na OFFie 2012. Mroczny noise pozwala na takie tytuły jak "Joy Division na obcasach". W 2013 roku wydano też nową płytę rytmicznych polskich i pięknych dziewczyn z zespołu Drekoty. Tą żeńską tendencję w gitarowej muzyce przypieczętowały delikatnym pocałunkiem moje ulubienice z Warpaint. sensualnym singlem Love is to die. Ta osnuta kobiecością cudna pościelówa zapowiada na 2014 rok ich self-titled album i bardzo życzyłbym sobie, by stała się dobrą zapowiedzią na równie niezwykły następny rok.
sobota, 25 stycznia 2014
KROPKI - KRESKI : Everyday Robots
Damon Albarn - Everyday Robots (2014)
Damon Albarn zapowiedział właśnie na 24 kwietnia wydanie swojego solowego albumu Everyday Robots. W tym miejscu odruchowo powinienem wpisać linijki achów, ochów i wykrzykników, ale można spokojnie przyjąć, że właściwie całe moje pisanie o muzyce jest jednym wielkim peanem na jego cześć. Tym razem ograniczę się tylko do opinii, że jest to obecnie prawdopodobnie najgenialniejszy aktywny artysta muzyki rozrywkowej (David Bowie już się chyba z nami pożegnał, a trudno brać na poważnie Bono jeśli od 5 lat niczego nie wydał, bo musi mieć hiciora nawet na Esce). Tytułowy singiel z płyty został już udostępniony, ale zgodnie z dość wyświechtanym hasłem "jeden obraz mówi więcej niż tysiąc nut" mam wrażenie, że sama okładka Everyday Robots może powiedzieć wystarczająco dużo o filozofii nadchodzącego wydawnictwa.
Minimalizm. Chociaż Albarn podpisywał już swoim nazwiskiem opery i soundtracki, dopiero ta płyta będzie jego pierwszym w pełni autorskim projektem. Ludzie, którzy znają Damona ze spektakularnych hymnów czy drugiej piosenki może zdziwić ten ascetyzm, ale przygarbiona sylwetka od dawna wydaje się być jego naturalną postawą. Już w samym środku odgrywania roli młodego boga brit popu śpiewał I'm a professional cynic, but my heart's not in it aby później kryć swój smutek na kolorowym tle (podczas trasy koncertowej Demon Days, który to koncept wizualny wciąż mnie zachwyca i zainspirował także logo tego bloga).
Dla mnie Damon jest jedną z tych szczególnych osób, które nie muszą już się starać być cool, bo są chodzącym synonimem tego określenia (vide David Bowie invented cool). Typowy londyńczyk chroniący się przed klimatem szeroką kurtką. Ale skąd u niego te skarpetki w romby? Czyżby pan Albarn zestarzał się już na tyle, że czeka na tytuł szlachecki od Królowej Matki? A może aplikuje na rozmowę o pracę w korporacji, aby przeprowadzić obserwację uczestniczącą wśród "everyday robots"? Miejsce, które ma zajmować jest przecież tak szczegółowo oznaczone taśmą pod dopowiednimi nogami krzesełka, że swobodnie zrezygnowana poza tknie zbyt widocznym szyderstwem.(Tutaj miałem porównać naszego bohatera do Stańczyka, ale ich różnica popkulturowa jest tak ogromna, że poprzestanę na barowym stand-uperze).
Tło tego obrazu jest idealne, wręcz sterylnie czyste, brakuje na nim tylko nadgryzionego jabłka - symbolu epoki high-endu. Tytuł płyty obwieszcza idealnie czytelna czcionka zaplanowana co do centymetra swoim industrialnym wzornictwem rodem z "Metropolis". Ale zaraz nad nim ktoś dla draki dopisał zwykłym ołówkiem figlarnie roztrzepane litery. Brzuchate "d", uśmiechnięte "o", podskakujące "b" i przypominające połowę ptaszka "r".
Człowiek vs. technologia.
poniedziałek, 28 października 2013
Just let them go
Opener Festival 2013, dzień 1
Opener Festiwal i jego dyrektor, MikołajScumbag Ziółkowski
stał się w ostatnim czasie bardzo łatwym i dość powszechnym obiektem hejtu. A
to za drogo, za długo, za daleko, piwo nie takie, pogoda angielska, pole się
topi, dni za dużo, za dużo hipsterów, brak prawdziwych hipsterów, za mało
nagrywających komórek, za dużo rejestrujących tabletów, gdzie są ci wszyscy MOI
ulubieni artyści, a tak w ogóle to beka z tego „zachodniego festiwalu”. Opinie
te należą do ludzi, którzy są zawistni, samolubni i mają rację. Ja także z
chęcią przyłączyłbym się do chóru krytyków kpiących z nastoletniego iwentu, ale
od dwóch lat z pewnym siebie zarozumialstwem powtarzałem, że Ziółek sprowadzi
wreszcie do Polski Damona Albarna z Blur, pokornie zamknę twarz i bez cienia
protestu kupię nadmorski karnet. Dlatego można sobie łatwo wyobrazić moje
ambiwalentne uczucia, gdy podczas swojej tradycyjnej wizyty w radiowej Trójce
Mikołaj Ziółkowski ogłosił pierwszego i najważniejszego headlinera swojego
festiwalu. It really, really could hapten.
Opener Festiwal i jego dyrektor, Mikołaj
Na dobry początek przygotowano Dawida Podsiadło, platynową
sensację wydawniczą ostatnich miesięcy. Już przed premierą „Comfort and
Happiness” miałem podstawy twierdzić, że wytwórnia pokierowała go w stronę
„męskiej Brodki” czyli niegłupiego alt-popu.
Do produkcji debiutanckiej płyty
zaangażowała samego Bogdana Kondrackiego - prawdziwego specjalistę
odpowiedzialnego min. za wysmakowane brzmienia płyt Anny Dąbrowskiej, poza tym
bardzo ciepłe opinie Piotra Metza pozwalały mi spokojnie uznać, że będzie to
bardzo fajny krążek. Jednak zamiast pisać o tym i popisywać się zmysłem
przewidywania, pozostałem szczerze zdziwiony rozmiarami sukcesu Ślązaka. Może
to Granda tak przetarła szlaki adaptacjom zachodniego Indie, może to tęsknota
za „starym Coldplayem”, ale wydaje mi się, że po prostu przeceniłem możliwości dziewczęcego
targetu oczarowanego uczuciowym
kudłaczem.
Wydaje się, że wykonawca był podobnie zaskoczony masą ludzi,
która wypełniła Openerowy namiot (położony gdzieś na końcu świata) już na
rozpoczęcie imprezy, bo o 17:oo. Podsiadło dał całkiem dobry koncert, udało mu
się odtworzyć subtelny klimat albumu, w czym pomógł zespół z szerokim
instrumentalium i bliższa atmosfera zaciemnionego namiotu. Cóż, nie było chyba dość blisko, bo też nie przeżyłem niestety
wielkich emocji. Oczywiście brawo, że zagrali wszystko bez błędów tak jak na
płycie, nikt też nie spodziewa się po Dawidzie bycia frontmanem na miarę Maccia
Morettiego. Ta nieśmiałość i nieogar jeszcze pasują do trądziku na twarzy, ale
mam nadzieję, że wkrótce jego występy staną się prawdziwymi wydarzeniami.
Co zaskakujące i niekoniecznie miłe, prawdziwej mocy zabrakło też na pierwszym koncercie (głównej) Opener Stage, gdzie słabo - ale bardzo urokliwie w popołudniowym Słońcu - wystartowali Editors. Miałem nadzieję na zdecydowanie i soczyste gitary jak na Rattle& Hum mojego ukochanego U2 (które wróciło ostatnio do punktów odniesienia młodszych zespołów także za sprawą dziewczyn z Savages, które równolegle hałasowały na Tent Stage. Ale uuum, well, i tak widziałem je już rok temu na OFFie). Może to wina spapranego nagłośnienia, ale nawet pomimo straty głównych największych atutów wokalista nie starał się tak bardzo o naszą uwagę. Nie wiem dlaczego, ale pytanie o to, czy grają dla nas na sto procent nie powinno pojawiać się tak natarczywie. Ale piosenki mają dobre, chociaż za bardzo skłaniali się w stronę pierwszych, bardziej „zwykłych” gitarowo płyt. Na szczęście później Tom Smith pokazał zaangażowaniem, że nie odda tego koncertu bez walki z… mikrofonem, na którym skupiał swoją muzyczną złość ( „when you caught my eye” w An end Has a start – świetne, zapamiętam). Na finał zespół wrócił do sprawdzonych syntezatorów i singlami z poprzedniej płyty odpowiednio mocno przygotował pole dla Gwiazdy Wieczoru.
Pewnie sygnalizowałem już to wcześniej wiele razy, ale kocham Blur - brzmienie ich gitar uważam za
dokładnie obliczoną mieszankę britpopową w idealny sposób zgrzytającą
szaleństwami Coxona, zachwycam się socjologicznym rysem brytyjskiego
społeczeństwa lat 90tych, ekscytuję się ciągłymi poszukiwaniami muzycznymi, a
Damona Albarna to już w ogóle podziwiam we wszystkich projektach i staram się
wzorować nawet w kolorze koszulki z długim rękawem, którą kupiłem w jednej z
sieciówek. Wielokrotnie traciłem nadzieję, że zobaczę ten dream teamowy skład
na żywo, a kolejnymi ze swoich legendarnych powrotów w Hyde Parku pozostaną
dobrem narodowym wyłącznie Brytyjczyków.
Obawiam się, że nie jestem w stanie wypowiedzieć się
krytycznie o tym koncercie, bo od razu muszę powiedzieć, że był to
prawdopodobnie mój Koncert Życia, występ idealny (jeśli chodzi o U2 w
Chorzowie, to jednak inna sprawa, inne emocje, ale chyba wtedy byłem bardziej
krytyczny, dostrzegałem wyraźnie słabsze momenty, które w Gdyni nie miały
miejsca w ogóle). A Damon okazał się dokładnie tym samym geniuszem, którego
całe życie sobie idealizowałem.
Miałem pewne wątpliwości, owszem, bałem się, że sekcja
rytmiczna tak bardzo zajęta wytwarzaniem serów (Alex James) i jeszcze bardziej wyglądaniem jak Typowy
Angielski Belfer (Dave Roventree) zgodnie ze słowami swojego lidera, średnio
już nadaje się do grania prawdziwie popowej muzyki, że po prostu będzie
zgrzytało i zwalniało. Jednak te bluźniercze kwestie zostały mi brutalnie
wybite z głowy. Z żeber. Z naskórka rąk.
Wybito mnie z równowagi. Dosłownie. Łokciami. Spoconymi cielskami. Absurdalnymi – w odległości kilku metrów od
sceny – plecakami. Mogę z dużą precyzją posłużyć się wyświechtanym
stwierdzeniem, że początek koncertu mnie zabił.
Nie zgodzę się jednak z dość powszechną opinią o tym, że
dali set „bardzo imprezowy”. Mamy tu do
czynienia jednak z cięższym ciężarem gatunkowym, a najlepszym tego przykładem
było wykonanie Caramel. Chwili doprawdy magicznej, zupełnie nie-festiwalowej
kiedy duża część publiczności w całkiem
bliskiej odległości od sceny, połowa „golden circle” nagle zaczęła siadać.
Nagle wszyscy, nawet ci nachlani Niemcy i okazjonalni fani „FIFA 98!” wspólnie
łącząc się w cichym skupieniu dołączyli się do intymnej spowiedzi Damona. Jeden
z niewielu znanych mi w muzyce przypadków wykorzystania „love, love, love”
wyraził się Naprawdę.
Generalnie różnica między zwykłym zespołem, a Wielkim wydaje
się dość prosta. Pierwsi, jak Editors odgrywają ten sam zwykły set ze zwykłym,
letnim stosunkiem do muzyki i ot, koniec, następny przystanek na trasie. Natomiast
ci Wielcy Muzycy tworzą na kolejnych koncertach tworzą swoje dzieła na nowo,
pierwotna moc i przekaz wysyłane są dokładnie z tą samą intensywnością i nie ma
w tym nic nieaktualnego, czy wystudiowanego, odtworzonego z dyskietki zza
błyszczącego kasku. Szepty Albarna w megafonie przed Trimm Trabb wywołują takie
same, a nawet wyraźniejsze dreszcze na całym ciele, podobnie jak ekscytujące
przejścia bębnów przerzucające się w pozornie chaotycznym refrenie.
Podobnie nie wierzę w to, że pozy Albarna, które naoglądałem
się na youtubach, jego kolejne grymasy, które znam chyba całkiem dobrze miałyby
być zaplanowane. Był tego wieczoru naprawdę smutny (Out of time, wiadomo),
czarujący (zaproszenie do tańca w orkiestrowym The Universal), szalony (wygłupy
na barierkach pod Country House’m), czuły (Tender, nawet podegrał do wspólnego
śpiewania), meast(r)atyczny (dowodzenie sekcją dętą i chórkiem – tak, to
wszystko wzięli ze sobą do Polski, w ich słowniku nie ma słowa „fuszerka”) i
wreszcie polski, kiedy rzucał nie-tak-bardzo zdawkowe „dzięki” i szczerze
przyznawał się do stanu wiedzy o Solidarności. Dobrze wiedzieć, że są ludzie,
którzy się nie zmieniają i tak pięknie uskuteczniają smutek jako podstawowy
środek artystyczny.
Patrząc na szaleństwa lidera i rozpływając się w „ocean of
noise” spiżowego solo Grahama Coxona w This is a low trudno mi było wyobrazić
sobie Blur w lepszej formie. Tym bardziej boli niezrozumiała kwestia
całkowitego zawieszenia prac nad długogrającym wydawnictwem . Określenie, które
ciśnie mi się na usta, że „oni wciąż mogą” może się wydawać nieco dziwne
kontekście Damona, który, przypomnijmy, zdobył nawet komiksową Amerykę małpami
Gorillaz, a ostatnio nawet stworzył operę. Podobnie entuzjastycznie może ktoś
pomyśleć o niedbale garażowych impresjach piosenkowych Grahama Coxona, ale
prosty rachunek pokazuje, że nie zrobili razem niczego większego od 14 lat (13 LP). Podczas, gdy rozproszona i zdehumanizowana
dzisiejsza muzyka nie dzieli ze współczesnymi sobie żadnej wspólnej myśli,
przewijające się tego wieczora hasło
„end of the century” brzmiało tak bardzo aktualnie. Paradoksalnie to dzisiejsza
muzyka jest „rozmyta” -zapętlaniem i „mrocznym, kombinowanym techno” oddaje
niepewność i zwątpienie czasów kryzysu. Albarn już się z tym zmagał – to ja
jestem thwentieth first century boy z, satelita stoi także na dachu mojego
domu, a gdyby nie podziałało swobodnie rzucone zapewnienie, że it’s nothing
special, Damon bierze każdego nas do serduszka szepcząc „hallelujah singing out
loud singing to you”.
To był jeden z piękniejszych wieczorów mojego życia, nie
tylko w czysto muzycznych kategoriach. Cóż, czekałem na ten koncert pół życia,
ale wszystko i tak okazało się cudowne. To dobrze, że istnieją jeszcze ludzie,
którzy zajmują się smutkiem, aby odmalować swój stosunek do życia, do świata,
do emocji. To się działo naprawdę, wreszcie poczułem – na żywo, a nie jak
zwykle w słuchawkach – euforię na triumfalne zakończenie The Universal, gdy
dęciaki grały instrumentalny refren mogłem drzeć się razem z nimi i skakać i
unosić ręce w góry zwycięskim gestem. Bo udało mi się, stałem się częścią tej
wielkiej historii i… well here’s youre lucky Day!
niedziela, 19 maja 2013
KROPKI - KRESKI: Nowe Horyzonty
W centrum tegorocznego plakatu festiwalowego znalazł się pocałunek: oś filmowego układu słonecznego, tu w wykonaniu zakochanych po uszy Paula Newmana i Joanne Woodward. Kadr pochodzi z 1963 roku. Dwa ciała w spiralnej pieszczocie, zupełnie jak optyczny wir wprawiany w ruch przez hipnotyzera. Kto wejdzie do kina, nie wyjdzie taki sam – a przynajmniej taką żywimy nadzieję, ilekroć na sali gasną światła.-Michał Oleszczyk, Dwutygodnik.com , Festiwal w Cannes (1): Gatsby nasz współczesny.
poniedziałek, 6 maja 2013
Dwunasty Zagranico, podsumowania roku 2012 cz. 2
Druga część podsumowania roku 2012 w muzyce, które w mniej grafomańskiej formie zawarłem na mojej najnowszej muzycznej zabawce, czyli serwisie Spotify.
http://open.spotify.com/user/1167141070/playlist/3rghdUn3wqhCZm5RGzAYkJ
SINGLES
1. Blur - Under the Westway
Prawdziwa Pieśń, hymn godny olimpijskiego Londynu. Esencja wielkości Damona Albarna ukazującego skrawki sacrum porozrzucane w prozie codzienności; nawet jeszcze bardziej nie-zwykle niż w Out of time. Czekamy na tytuł szlachecki.
2. Cat Power - Nothing but time
Niekoniecznie spodobał mi się entuzjazm, z jakim na swojej płycie Sun Chan Marshall weszła w elektronikę. Różnica polega chyba na tym, że wcześniej niedostatki i bardziej niewyrzeźbione fragmenty piosenek zalewała samą słodyczą intymnego, barowego klimatu. Komputery niepotrzebnie pośredniczą w tym... byciu Chan Marshall. Ale ta pieśń nadrabia to na szczeście przestrzenią tak znaczną, że rozciąga się przed nami w 11 minutach swobodnej hymniczności.
3. Tindersticks - Chocolade
Dekadencki Paryż, romantyczna Wenecja, ciepły Rzym, upalna Barcelona, pamiętna Werona, winna Toskania, przytulna knajpka, pokój hotelowy, im ciaśniej tym lepiej, łóżko, tapczan. Wszędzie, gdzie występuje duszna atmosfera namiętności, erotycznego oczekiwania z nogi na nogę, (The) Great expectations, warm and smokey, full of possibilities. Jedna z tych oddzielnych historii opowiedziana tą kunsztowną angielszczyzną, której zwykła flegma okrywa stylizację i pulsujące uczucie.
(Koniecznie słuchać z napisami, znakomicie sprawdza się także jako podkład do czytania.)
4. Fun. - We are young
Nie muszę się z tego tłumaczyć może aż tak bardzo, jak Trójka z nadreprezentatywności piosenek Comy w Polskim Topie Wszechczasów, ale jednak to sooo #mainstream #teenage #skins #glee #american #pop #queen #sweet #swag #handsome #hot #yolo. Wyśmiałem już to przy okazji okładki, a jeśli chodzi o kwestię "nagrania" to jest to niewątpliwie jeden z najbardziej potężnych smash hitów pop. Produkcja, która definiuje jakoś brzmienie A.D. 2012 i kunsztownie pozostawiając niemal klasyczne pianino obok tego sunącego basu i samplowanych beatów.
5. Norah Jones - Happy Pills
Podobnie jak Cat Power, Norah zboczyła nieco z akustycznej ścieżki, ale w tymprzypadku bardziej zdecydowane bity (jak zawsze świetny za konsoletą i nawiązujący do soundtracku Danger Mouse) dodały jej charakteru. Gładka dziewczęcość zmienia się w zbuntowaną dziewczyńskość. W towarzystwie smoothujazzącego fotepianu nie można tak stanowczo powiedzieć "get out" to tego potrzeba bardziej wyrośniętej zaciorności.
LONGPLAYS
1. Violens - True
Zabrakło elementu zaskoczenia, małe okazały się też rewolucje reformatorskie. Jest to jednak płyta najrówniejsza i najlepsza zespołu, co - według mnie, który już rozpływał się nad tym The Smiths XXI w. - zdecydowanie wystarcza do wygrania tego zestawienia. When to let go wciąż najlepiej czuje się pływając po nasłonecznionych wodach, Der Microarc kryje w sobie tajemny wzór matematyczny na złożenie indie perfekcyjnego, a sam środek płyty tak samo urywa głowę rozpięciem klimatu tworząc najbardziej intensywne 7 minut roku.
When to let go
2. Twin Shadow - Confess
Znowu analogowe ejtisy, stara szkoła robienia bujania. Podobno były takie czasy, że smutków i desperacji nie szukano ani w pasażach fortepianu, ani w zimnej fali pogłosu suchego rytmu, ani nawet w Tajlandii, ale w rozlewających się syntezatorach, motoryce gitarowych szarpnięć i włosach jeszcze bardziej przylizanych żelem z żałości.
Five seconds
3. Grizzly Bear - Shields
Nowojorczycy znowu bezpretensjonalnie grają lekkość, śliczne piosenki płyną po falach dźwiękowych jak wielcy The Beach Boys. Jednocześnie czai się tam niespokojny nerw, gdy w najlepszym na płycie Yet again używają prostych akordów z tak spektakularną siłą jaką można znaleźć dopiero u Radiohead. Celebrując niemalże sztukę wspólnego pisania piosenek na gitarach wierzę, że mogliby spokojnie wysłuchać moich żalów na "dzisiejszą muzykę".
Yet again
4. Tame Impala - Lonerism
Nieco obłędne i nienaturalnie intensywne granie w trafiające w punkt zakrzywiający rzeczywistość. Duchowi potomkowie Johna Lennona (ten beatlesowski bas) i Ariel Pink bez funcu, za to z gitarami. Totalny zawrót i przewrót. Najodpowiedniejszym obrazem tej muzycznej jaskrawości i nasycenia jest po prostu sama okładka.
Feels like we only go backwards
5. Spiritualized - Sweet heart/Sweet light
Wykorzystałem już wszystkie synominy terminu "niedzisiejsza", ale coś w tym jest, że tylko doświadczeni Ojcowie Założyciele alternatywy zachowali gdzieś w szafach prawdziwe, potężne... wzmacniacze gitarowe. Cała energia niżej podlinkowanego Hey Jane opiera się na starym, dobrym D-dur. Jest w tym jakieś mistyczne uniesienie, prawda i pierwotne przesłanie muzyki gitarowej, które nijak nie chce zmieścić się na tetrabajtach aplowych maców obsługujących najbardziej zaawansowane na świecie zabawkowe emulatory.
Hey Jane
http://open.spotify.com/user/1167141070/playlist/3rghdUn3wqhCZm5RGzAYkJ
SINGLES
1. Blur - Under the Westway
Prawdziwa Pieśń, hymn godny olimpijskiego Londynu. Esencja wielkości Damona Albarna ukazującego skrawki sacrum porozrzucane w prozie codzienności; nawet jeszcze bardziej nie-zwykle niż w Out of time. Czekamy na tytuł szlachecki.
2. Cat Power - Nothing but time
Niekoniecznie spodobał mi się entuzjazm, z jakim na swojej płycie Sun Chan Marshall weszła w elektronikę. Różnica polega chyba na tym, że wcześniej niedostatki i bardziej niewyrzeźbione fragmenty piosenek zalewała samą słodyczą intymnego, barowego klimatu. Komputery niepotrzebnie pośredniczą w tym... byciu Chan Marshall. Ale ta pieśń nadrabia to na szczeście przestrzenią tak znaczną, że rozciąga się przed nami w 11 minutach swobodnej hymniczności.
3. Tindersticks - Chocolade
Dekadencki Paryż, romantyczna Wenecja, ciepły Rzym, upalna Barcelona, pamiętna Werona, winna Toskania, przytulna knajpka, pokój hotelowy, im ciaśniej tym lepiej, łóżko, tapczan. Wszędzie, gdzie występuje duszna atmosfera namiętności, erotycznego oczekiwania z nogi na nogę, (The) Great expectations, warm and smokey, full of possibilities. Jedna z tych oddzielnych historii opowiedziana tą kunsztowną angielszczyzną, której zwykła flegma okrywa stylizację i pulsujące uczucie.
(Koniecznie słuchać z napisami, znakomicie sprawdza się także jako podkład do czytania.)
4. Fun. - We are young
Nie muszę się z tego tłumaczyć może aż tak bardzo, jak Trójka z nadreprezentatywności piosenek Comy w Polskim Topie Wszechczasów, ale jednak to sooo #mainstream #teenage #skins #glee #american #pop #queen #sweet #swag #handsome #hot #yolo. Wyśmiałem już to przy okazji okładki, a jeśli chodzi o kwestię "nagrania" to jest to niewątpliwie jeden z najbardziej potężnych smash hitów pop. Produkcja, która definiuje jakoś brzmienie A.D. 2012 i kunsztownie pozostawiając niemal klasyczne pianino obok tego sunącego basu i samplowanych beatów.
5. Norah Jones - Happy Pills
Podobnie jak Cat Power, Norah zboczyła nieco z akustycznej ścieżki, ale w tymprzypadku bardziej zdecydowane bity (jak zawsze świetny za konsoletą i nawiązujący do soundtracku Danger Mouse) dodały jej charakteru. Gładka dziewczęcość zmienia się w zbuntowaną dziewczyńskość. W towarzystwie smoothujazzącego fotepianu nie można tak stanowczo powiedzieć "get out" to tego potrzeba bardziej wyrośniętej zaciorności.
LONGPLAYS
1. Violens - True
Zabrakło elementu zaskoczenia, małe okazały się też rewolucje reformatorskie. Jest to jednak płyta najrówniejsza i najlepsza zespołu, co - według mnie, który już rozpływał się nad tym The Smiths XXI w. - zdecydowanie wystarcza do wygrania tego zestawienia. When to let go wciąż najlepiej czuje się pływając po nasłonecznionych wodach, Der Microarc kryje w sobie tajemny wzór matematyczny na złożenie indie perfekcyjnego, a sam środek płyty tak samo urywa głowę rozpięciem klimatu tworząc najbardziej intensywne 7 minut roku.
When to let go
2. Twin Shadow - Confess
Znowu analogowe ejtisy, stara szkoła robienia bujania. Podobno były takie czasy, że smutków i desperacji nie szukano ani w pasażach fortepianu, ani w zimnej fali pogłosu suchego rytmu, ani nawet w Tajlandii, ale w rozlewających się syntezatorach, motoryce gitarowych szarpnięć i włosach jeszcze bardziej przylizanych żelem z żałości.
Five seconds
3. Grizzly Bear - Shields
Nowojorczycy znowu bezpretensjonalnie grają lekkość, śliczne piosenki płyną po falach dźwiękowych jak wielcy The Beach Boys. Jednocześnie czai się tam niespokojny nerw, gdy w najlepszym na płycie Yet again używają prostych akordów z tak spektakularną siłą jaką można znaleźć dopiero u Radiohead. Celebrując niemalże sztukę wspólnego pisania piosenek na gitarach wierzę, że mogliby spokojnie wysłuchać moich żalów na "dzisiejszą muzykę".
Yet again
4. Tame Impala - Lonerism
Nieco obłędne i nienaturalnie intensywne granie w trafiające w punkt zakrzywiający rzeczywistość. Duchowi potomkowie Johna Lennona (ten beatlesowski bas) i Ariel Pink bez funcu, za to z gitarami. Totalny zawrót i przewrót. Najodpowiedniejszym obrazem tej muzycznej jaskrawości i nasycenia jest po prostu sama okładka.
Feels like we only go backwards
5. Spiritualized - Sweet heart/Sweet light
Wykorzystałem już wszystkie synominy terminu "niedzisiejsza", ale coś w tym jest, że tylko doświadczeni Ojcowie Założyciele alternatywy zachowali gdzieś w szafach prawdziwe, potężne... wzmacniacze gitarowe. Cała energia niżej podlinkowanego Hey Jane opiera się na starym, dobrym D-dur. Jest w tym jakieś mistyczne uniesienie, prawda i pierwotne przesłanie muzyki gitarowej, które nijak nie chce zmieścić się na tetrabajtach aplowych maców obsługujących najbardziej zaawansowane na świecie zabawkowe emulatory.
Hey Jane


