background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS

wtorek, 2 sierpnia 2011

KROPKI - KRESKI : hustle and cuss






Okładka także świetnej drugiej płyty The Dead Weather z 2010 roku - Sea of cowards.
Jack jak zawsze trzyma fason a Alison jako ikona.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

living - loving



Muzyka epoki X-Factora to zuo. Produkuje kukuełki w konkursie najlepszy instrument głosowy, aby Iskiński mógł zaśpiewać wszystko, nawet pioseneczkę nadaną mu z wytwórni. Szczytem wszystkiego i symboliczntm kuriozum jest nowy program śpiewaczy z Dwójki wyłaniający uczestników za pomocą programu komputerowego. Kto zaśpiewa głośniej, bardziej w tempo i uda mu się utrzymać w tonacji ma szansę na "muzyczną bitwę" na przekrzykiwanie się. Wykonawcy muszą śpiewać różne zupełnie piosenki, przez co nie mogą pokazać swojego stylu, najlepiej, żeby go w ogóle ne było, to dopasować wytwórni będzie łatwiej. Boli mnie to, bo w takiej zabawie nie mają szans takie prawdziwe talenty jak Zuzanna Moczek właśnie.

Brakuje mi znacznie kogoś takiego na "polskiej scenie muzycznej". Taki-ej. Kobiety, dziewczyny, która potrafiłaby stworzyć intymny, własny klimat, wzruszyć. Ania Dąbrowska robi z bigbandem, Brodce zdarza się piszczeć, Edyta Bartosiewicz pozazdrościła Guns N'Roses, a w Nosowskej Brakuje dziewczyny, zwykłej smutnej pani, która wzruszyłaby sobą po prostu, swoim głosem bez żadnych nie-prawdziwych ozdobników.
Jakiego mam fuksa, że poznałem Living-loving, jej.

Zaczyna się zwyczajnie się zaczyna, tylko jedna gitara i już klimat z rodzaju "kolacja przy świecach" (by Piotr Baron). Delikatność miękkiego głosu, który dokładnie pokrywa przestrzeń ze skromnym przecież akompaniamentem.Bo do takiego głosu nie trzeba nic więcej, proszę mi uwierzyć. Pani wokalistka operuje w zwrotce taką delikatnością trochę jak Emiliana Torrini też. Jednak gdy zanurzamy się w tym pięknym obrazku następuje przebudzenie i przejście, a raczej zejście w niepewność. To nagła zmiana charakteru i klimatu głosu, słyszę tam siłę woli godną PJ Harvey, tylko taką delikatniejszą (cały czas czarownie, utrzymując czar).

Strasznie podoba mi się tytuł tego utworu. Wiem, że są skojarzenia z Led Zeppelin (podobno, ale tam była naparzanka), ale mi bardziej kojarzy się z jakimś stanem zawieszenie. Być może popełnię bluźnierstwo wspominając Kołobrzeg-Świnoujście Much, ale bardzo mi odpowiada taki sposób opowiadania - ogólny, a zarazem bardziej kompletny. Chociaż nie ma tu wielkiej historii, kilka wersów, zarys, to muzyka potrafi to uzupełnić. Pokazuje tę zależność między loving a living - najpierw ten sielski, urokliwy klimat aż nagle coś źle, koniec "miło-wania". Osoba śpiewająca w pełni świadomie staje do walki z jakimiś zgrzytem tonacji molowej. Niezgodna chronologia z melodią sprawia, że kluczowa fraza sama w sobie może stać się zagadką do zastanowienia.

Gdyby ktoś dogrzebał się do jutubowych komentarzy, które to, że ktoś nie może zrozumieć słów tekstu są bzdurą, to się nie zgadzam. Nie wyobrażam sobie, aby p. Zuzanna miałaby przerywać to piękne smęcenie (mruczenie, jako pozytywny wydźwięk słowa), żeby doakcentować sylabę To kosmiczny absurd, zabcie klimatu, włączenie światła. Właśnie w tym przejawia się styl autorki, tj. np. właśnie niedopowiedzeniem mógłbym pokazać oniryczny klimat (gdybym używał słów, które rozumiem).

Mam ogromne szczęście, że mogłem poznać Living-loving, bo to pierwsza rzecz Zuzanny Moczek (chyba), którą wystawiła tylko na YouTubie. Obawiam się, że nikt Jej nie zna, więc ogarnijcie, zanurzcie się, poczujcie, wzruszcie, zachwyćcie się. Dla prawdziwych emocji nie ma przecież miejsca w telewizji. Prawdziwe wyznania trzeba znaleźć samemu.

niedziela, 31 lipca 2011

KROPKI - KRESKI : Even better than the real thing






Dziś w nocy zakończyła się trasa koncertowa U2 - 360° tour. Była to największa i najdroższa trasa w historii i miała taką właśnie niesamowitą scenę. Po 2 latach koncertów, przejechaniu całego świata i gry na 6 kontynentach The Claw kończy swoją służbę. Było kosmicznie, co mogłem też doświadczyć na sobie, ponieważ byłem na koncercie ich w Chorzowie dwa lata temu. To był najbardziej niesamowity koncert na którym byłem.
Dziękuję wam,  U2 !

piątek, 29 lipca 2011

SP 7'' : Festiwal piosenki festiwalowej



 Every Teardrop Is A Waterfall EP (2011)

Zimnograjkowie, wielokrotnie już ogłaszani "następcami U2" nie nagrali żadnej płyty od trzech lat aż i ta nowa płyta musi być naprawdę świetna, bo drugi raz nie zamydlą już oczu "zmianą stylu" i "rewolucją". Pracują nad nią znów z Brianem Eno, co jest kluczowe, bo to największy człowiek w muzyce, ale nie zdążyli z nowym longplayem na okres latowakacyjny. Co bardzo dużym już ryzykiem, bo wcześniej zawsze z nowymi nagraniami udanie wpisywali się  wt en okres roku. To jest jakoś fachowo udowodnione - w wakacje Coldplaya się słucha, trzeba. (Nawet teraz mnie się przypomniało o nich jakoś na początku czerwca. Nie wiem, ten radosny poprock zupełnie nie pasuje mi do jesiennej smuty np. i prawdopodobnie niedługo znów zacznę się z nich śmiać z nieżalowową wyższością.

Every teardrop is a waterfall 
Lato jest tak cudnym okresem,że można spokojnie przyjąć tę słodycz i cukierkowość w muzyce. Korzystając więc z lipca i ich nowej EPki mogę jeszcze w sobie przywołać do nich sympatię i ten popwy gust6 z gówniarskich początków tego bloga. Więc ta EPka została wydana z okazji mini-trasy Coldplaya po letnich festiwalach (buli wszędzie, nawet w Gdyni, ale o tym innym razem soon). To słychać! Wiem,że na porcysiu Every teardrop is a waterfall  dostał jakieś 0-1, ale ni ewolno o tym zapominać, że to piosenka na festiwal jest.
Prosty rytm, który można nawet skakać i jak ładnie mogą się do tego zsynchronizować lasery, prawda? Sam tekst w świetny sposów jest opisem stanu koncertowej ekstazy, gdy zmysły są wyostrzone, a każda łza to wodospad. Fraza I feel my heart start beating to my favourite song jest tak życiowa, że za przykładem Chrisa też chce się walić dłonią w klatkę piersiową. Bardzo ciekawym wątkiem biograficznym Martina jest to, że from underneath the rubble sing a rebel song , które w moich znających Sunday Bloody Sunday uszach wydaje się pragnieniem dorównania do U2 (znów...). A zdanie, że I'd rather be a coma than a full stop idealnie oddaje mój osobisty stosunek do Coldplay.
Muzycznie to ten sam Koldplej z Viva la vida or Death and all of his friends, te same fajne klawisze na początku np., pozdro Brian. Niestety, nie potrafię wyleczyć się z sentymentu do gry Krzyśka chwytami na gitarce akustycznej, która tutaj wchodzi fantastycznie i nadaje takie cherful tempo. Ten bęben Willa Championa kupiony w Afryce jest już legendarny i ten pre-refren z chóralnym zacięciem... Ja łykam to w całości więc, jaram się jakbym był z H&Mu. To jest idealnie koldplejowo-epickie i zgłaszam kandydaturę Every teardrop is a waterfall na oficjalny hymn hipsterskiego festynu Ołpenera. Chciałem hejterzyć, ale przyszły te chórki na końcu i to jak sobie Krzysiek podśpiewuje, to jest to, melodyjny pop w postaci czystej.

Dwa słowa o teledysku, który jest uosobieniem stylu zimnograjków grających taką właśnie pastelowo-kolorową ciekawą jednak i efekciarską muzykę. Bo to dobry teledysk jest.

Major Minus czyli Krzysztof Marcin jedzie samochodem i śpiewa przez CB radio. Na początku też wydawało mi się to dziwne, ale drugą myślą było "Brian Eno wie najlepiej" i faktycznie. Przez to zepsute, zamglone brzmienie pan producent dokonał prawdziwego cudu, sprawił bowiem, że Chris Martin po raz pierwszy zabrzmiał naprawdę zuchwale i niepokojąco (!). Sam też w to dalej nie wierzę. Ale znów strunowce bezbłędne i w fantastycznie prosty sposób gitara wprowadza taki rwany, niespokojny klimat. Podskórne napięcie zabrane z jakiejś meksykańskiej speluny (?, wiem), łał. Refren dzięki surowej nieco gitarze trzyma nas z dala od tradycyjnej hymniczności, a krótka wiązanka słowna świetnie rozwiązuje melodię. To nie jest już przydługi i epicki chorus, tylko konkretne i błyskawiczne zejście melodii. A ten cytat z refrenu jest tak świetnym ultimatum, że chodziło za mną z 5 dni. I solówka gitary bardzo fajnie zagęszcza klimat, ale to przecież bardzo w stylu The Edge'a. Mając w pamięcie domniemaną mroczność Cementries of London w życiu bym nie pomyślał, że Coldplay kiedykolwiek nagra tak duszny utwór z charakterem.
Got one eye on the road and one on you!






Moving to Mars najlepszą piosenkę zostawili sobie na koniec. Najlepszą od bardzo dawna, lepszą niż te na ostatniej płycie, o X&Y litościwie nie wspominając. Nareszcie, w końcu udało im się połaćzyć klimat muzycznej prostoty Parachutes z rozbuchanym ostatnio stylem. A kolorowe pianinko Chrisa nigdy jeszcze nie brzmiało tak urokliwie. Zaprawdę, Brian Eno jest największym żyjącym producentem, rzekłem. Oczywiście, że Zimnograjkowie nie mogli wymyślić sami tak wybitnego utworu BOWIEm nawiązanie do Davida Bowiego jest celowym na pewno hołdem. Połączyli tutaj na swój sposób jego Space Oddity i Moving to Mars?. Cóż, wielkość Dejwida jest powszechnie znana i taki ukłon w stronę legendy można tylko pochwalić.
Trzeba przyznać, że tak na klawiszach potrafi przysmęcić tylko Coldplay i jest to tak oczekiwane przeze mnie   od dawna idealne rozwinięcie wrażliwości debiutu. Przejście, a raczej przelot na order (dla Eno) i już po chwili znajdujemy się w barokowym stylu "stadionowegorockanastępnychu2nowejgeneracjistadionów". Mogę z czystym sumieniem przyznać, że to rozwinięcie i cała przestrzenność drugiej połowy utworu to jeden z TYCH wielkich momentów muzyki 2011 roku. Kosmiczne.

Coldplay - Moving To Mars by dmrock


Coldplay udanie powrócili i bardo słusznie wydali "tylko" EPkę, bo widać jak dobrze oswoili się i nauczyli nowego brzmienia, które to Brian Eno wymyślił im perfekcyjne - zachowujące resztki dawnego emocjonajnie przebogatego stylu. Po wysłuchaniu TAKIEGO utworu jak Moving to Mars, znów zaczynam czekać na ich nową płytę z niecierpliwością.

wtorek, 26 lipca 2011

KROPKI - KRESKI : let's burn the cigarette somewhere




Rome by phoenix by catt331

Fajnie jest mieć fajnych znajomych, którzy są tacy zdolni, że np. robią TAKIE zdjęcia. Fajnie jest rozkminiać takie coś i grzebać się w ich strumieniu świadomości o co tam chodzi i dlaczego. I szukać odpowiedniej piosenki pasującej do zdjęcia.
Które jest, jakby ktoś nie zauważył, genialne. Te kolory wręcz wylewają się z ekranu i kontrast zaraz pęknie. Soczyste i intensywne.
Żywym i żywiołowym indie jest akurat też Phoenix. I ma być coś jeszcze. Że nie jest tak huura optymistycznie. A zresztą ogarniajcie, zdjęcie + muzyka to już bardzo dużo. (Mam nadzieję tylko, że ten utwór tu pasuje, bo pierwszy raz tak mi przyszło dobierać.)

Aaa Kanka jest świetna i super i czekajmy wszyscy razem na Jej kolejne fotosy. Polecam bardzo, bo jestem Jej fanem i w ogóle są świetne no.

http://kannnka.blogspot.com/

niedziela, 24 lipca 2011

Inteligentna łyżka


Spoon - The Way We Get By by manouchka53



Spoon to amerykański zespół indie, którego największa zagadką jest to, dlaczego jest jeszcze tak słabo znany. Ostatnio nie są już tak alternatywni, że aż niszowi, ale ich dużą cechą pozostaje brzmieniowa małość i używana skromność środków muzycznych. "Wystąpili" już w wielu takiech skromnych filmach jak np. 500 days of summer a do takich soundtracków są idealni. Muzycznie tez są świetnie uznani (wszędzie świetne oceny, WSZĘDZIE). I mają fajną okładkę i razem z nią są jednym z najinteligentniejszych zespołów jakie znam.

Inteligencja ambiwalencja. Tak, cały czas mowa tu o muzyce i to ma faktycznie duże znaczenie, bo bez tego mogliby wszystko poprzykrywać dużą warstwą głośności i innych efektów sztuczek. Ale minimalizm. Tutaj świetnie nie ma miejsca na zbędny dźwięk i instrument.
The way we get by czyli najlepsze, najbardziej popowo wpadający w ucho fragment płyty. Chorobliwie chwytliwy od pierwszych dźwięków i oparty tylko na zwykłym pianinie grającym ładna melodię (cały czas na białych). A refren to tamburyn, klaskanie i naturalnie oczywiste zejście linie basowej. Bezpretensjonalna energia wokalisty odsyła nas do zwykłego pokoju prób, a produkcja nie szuka zbędnych przecież syntezatorów. Później wystarczy wzmocnić bas i dodać talerze. I tyle, już.

Minimalizm srealizm, a chodzi o to, że oni piszą po prostu bardzo proste piosenki. Kilka akordów pianina nadających rytm jak w Someone something , gdzie melodia wychyla się tylko na refren, tylko na chwilę. Kończący płytę Vittorio E. to przecież A-dur i D-dur, które doskonale znamy z All I want is you U2. Te najprostsze akordy wypisane z małych płytek Bitelsów. Tak jak dziadzio Macca, tutaj też bas musi być melodyjny, jak w All the preety girls go to city. Nie możn anie docenić też perkusisty, chociaż nie ma jakiś wyrazistych partii, to właśnie bębny napędzają tempo.

Świetne wstawki, jak spersonifikowany rytm do Stay don't go lub goniące słuchacza pukanie w otwierającym Small stakes.. Inteligentnie. Gitara elektryczna jeśli sie pojawia, to tlyko aby ożywić melodieę i cały czas wygrywa te staroświeckie akordy. Ta płyta ma już 10 lat, ale zupełnie tego nie słychać w ogóle. Tutaj nie ma po prostu co się zestarzeć. Genialne melodyjne melodie, akustyki i C-dury zostaną na zawsze.

No i oni są z USA, co ma także niebagatelne znaczenie i co także świetnie słychać, bo właśnie amerykanie mają takie bystre zespoły (vide Modest Mouse). Brytole zawsze pojadą bezczelną flegmą i łobuzerstwem jak od np. Oasis lub też ew. przechodzą w eleganckie retro. Tutaj sposób w jaki wykorzystane jest pianino jest świetnie błyskotliwy i ożywczy, No i mamy ten akcent jankesów, którym zaciąga wokalista w refrenie The way we get by energicznie zapychając wolne miejsca w takcie. Jest  w tym coś cholernie charakterystycznego i po amerykańsku awersome.

Te najważniejsze składniki - prostota i minimalizm zawsze jednak sprawdzają się w balladach. Niesamowitym owocem tych zabaw Spoona jest Paper Tiger (czyste piękno). Zaczyna się niebanalnie tylko po to, że żeby utrzymać prosty rytm. Klawisze są cudownie miękkie, a ten rytm to jakieś poduszki powietrzne zabezpieczające wszystko. Wszystkim jest intymna atmosfera tej piosenki. Wycofanie i nieśmiale człowiek spowiada się ze swojej naiwności, że I'm not dumb, just wanna hold your hand. Gitary dają zgrzyt i niepewność . A pałeczki byją rytm i czekają w tej samotni nadwrażliwca.
I will be there with you when you turn on the light


Płyty Spoon nie pozostawia obojętnym. Świetna energia z najprostszych środków plus cwane przeszkadzajki dają formułę indie ciekawego i inteligentnego i prawie idealnego.I genialna, kompletna i zupełnie nienachalna produkcja, wszystko wyliczone ze wzorów Pichforka i podporządkowane tym bardzo świetnym po prostu ładnym m e l o d i o m.  A wreszcie nie chodzi tylko szpan taką płytą, ale taki Paper tiger wzrusza i pokazuje
te najważniejsze, też najprostsze emocje.

Spoon - Paper Tiger by VincentAnzalone

Back to black



Dowiedziałem się tego jadąc samochodem dokładnie o 21 z serwisu informacyjnego Trójki. I Anna Gacek chyba płakała. Słuchałem przez jakieś pół godziny wcześniej Listy Osobistej Metza i mówił coś o Amy, puszczał piosenki, czytał listy fanów, że wielka szkoda, ale myślałem, że chodzi o to, że dzisiaj jest ten festiwal w Bydgoszczy na którym miała dać koncert i dlatego ludziom jest szkoda. Fajnie grali. Słyszałem Where did you sleep last night Kurta i All along the watchtower Jimmiego, a wcześniej na Myśliwieckiej (3/5/7) włączyłem akurat na So real Jeffa Buckleya. I się cieszyłem, że przypominają legendę i nie zauważyłem związku tego wszystkiego.

Trochę byłem w szoku. O ile nie dziwiły mnie za bardzo Jej ostatnie popisy na scenie i odwołanie tego pierwszego polskiego koncertu (kiedyś Ziółkowski mówił, że nie zaprosił Jej na Ołpenera, bo nie było pewności co do formy Amy), bo były jakby częścią jej wizerunku to teraz... Właśnie, wizerunek. Nikt się tego chyba nie spodziewał, wszyscy byli przekonani, że taka właśnie Winehouse jest i pozostanie "sobą". Przecież chodziła na odwyki, a to nie są już czasy lat 70tych, kiedy wielcy muzycy masowo umierali przez narkotyki. I myśleliśmy, że wróci triumfalnie na jakieś Glastonbury i zrobi niezły interes na wywiadach o "powrocie do życia" i wyda nawet książkę o "wyjściu z nałogu". Ale udało jej się. Weszła do słynnego "Klubu 27" i jest teraz wymieniana obok Cobaina, Hendrixa, Morrisona. Ale okazała się bardziej tru.

Obecnie w muzyce nie było chyba ważniejszej wokalistki. Lady Gaga nie jest człowiekiem, Madonna to trochę już przeżytek, jakiejś Katy B nie znam w ogóle, z innych z UK też można się śmiać, a Adele to przecież podróbka Amy tylko i jedzie cały czas na stylistyce retro zaczętej przez Ronsona & Winehouse. (w tak podniosłym momencie można zapomnieć o PJ Harvey, czy Bjork...). Właściwie to w czasach, w których liderzy "największych zespołów rockowych" angażują się w każdą akcję charytatywną Amy była ostatnim prawdziwym rockmanem. Muzykiem, który całkowicie zatracił się w urokach życia w trasie i zgubił się w narkotykach i alkoholu. Mam na myśli ten archetyp "sex, drugs & rock and roll". Ogromny sukces muzyczny prowadzi dzisiaj do wegetarianizmu, sławnej żony i mecnastwa nad jakąś szczytną akcją.

To wszystko sprawia, że Amy Winehouse przejdzie niedługo do legendy. Prawdopodobnie. Nie mamy obecnie lepszych muzycznie straceńców, a Back to black jako wyznacznik nowego stylu retro dla takich wokalistek jak Duffy czy wspomniana Adele było jednym z najważniejszych wydarzeń w ostatniej dekadzie. Dlatego jej śmierć jest tak ważnym wydarzeniem. Wiem, że dużo ludzi płacze, ale jednak wydarzeniem bo nieczęsto na naszych oczach dzieje się historia. Wydarzeniem, bo odniosłem bardzo niemiłe wrażenie, że wiele ludzi bardziej płacze nad tą ćpunką niż nad prawie 100 osób zabitych w zamachach w Norwegii.
Pamiętajmy o tym.

Szkoda takiego talentu. Odszedł chyba najlepszy głos jaki mieliśmy obecnie w muzyce. Potężny głos. Wyrazisty i brudny. Głos mający w sobie prawdziwą bezczelność i charyzmę. Moc i klasę. Nie było lepszej "nowej Janis Joplin". A oczekiwania były przecież ogromne. Szkoda mi jej fanów, bo 2 płyty to trochę słabo. Była sama sobie trochę winna tym całym nałogiem, a trochę jest też winien przemysł muzyczny i to, że nikt nie potrafił jej pomóc. Ale szkoda, że jednak udało jej się z sobą skończyć.
Amy, ty dziwko.

Amy Winehouse - Valerie by dinopoli