niedziela, 31 lipca 2011
KROPKI - KRESKI : Even better than the real thing
Dziś w nocy zakończyła się trasa koncertowa U2 - 360° tour. Była to największa i najdroższa trasa w historii i miała taką właśnie niesamowitą scenę. Po 2 latach koncertów, przejechaniu całego świata i gry na 6 kontynentach The Claw kończy swoją służbę. Było kosmicznie, co mogłem też doświadczyć na sobie, ponieważ byłem na koncercie ich w Chorzowie dwa lata temu. To był najbardziej niesamowity koncert na którym byłem.
Dziękuję wam, U2 !
piątek, 29 lipca 2011
SP 7'' : Festiwal piosenki festiwalowej
Every Teardrop Is A Waterfall EP (2011)
Zimnograjkowie, wielokrotnie już ogłaszani "następcami U2" nie nagrali żadnej płyty od trzech lat aż i ta nowa płyta musi być naprawdę świetna, bo drugi raz nie zamydlą już oczu "zmianą stylu" i "rewolucją". Pracują nad nią znów z Brianem Eno, co jest kluczowe, bo to największy człowiek w muzyce, ale nie zdążyli z nowym longplayem na okres latowakacyjny. Co bardzo dużym już ryzykiem, bo wcześniej zawsze z nowymi nagraniami udanie wpisywali się wt en okres roku. To jest jakoś fachowo udowodnione - w wakacje Coldplaya się słucha, trzeba. (Nawet teraz mnie się przypomniało o nich jakoś na początku czerwca. Nie wiem, ten radosny poprock zupełnie nie pasuje mi do jesiennej smuty np. i prawdopodobnie niedługo znów zacznę się z nich śmiać z nieżalowową wyższością.
Every teardrop is a waterfall
Lato jest tak cudnym okresem,że można spokojnie przyjąć tę słodycz i cukierkowość w muzyce. Korzystając więc z lipca i ich nowej EPki mogę jeszcze w sobie przywołać do nich sympatię i ten popwy gust6 z gówniarskich początków tego bloga. Więc ta EPka została wydana z okazji mini-trasy Coldplaya po letnich festiwalach (buli wszędzie, nawet w Gdyni, ale o tym innym razem soon). To słychać! Wiem,że na porcysiu Every teardrop is a waterfall dostał jakieś 0-1, ale ni ewolno o tym zapominać, że to piosenka na festiwal jest.
Prosty rytm, który można nawet skakać i jak ładnie mogą się do tego zsynchronizować lasery, prawda? Sam tekst w świetny sposów jest opisem stanu koncertowej ekstazy, gdy zmysły są wyostrzone, a każda łza to wodospad. Fraza I feel my heart start beating to my favourite song jest tak życiowa, że za przykładem Chrisa też chce się walić dłonią w klatkę piersiową. Bardzo ciekawym wątkiem biograficznym Martina jest to, że from underneath the rubble sing a rebel song , które w moich znających Sunday Bloody Sunday uszach wydaje się pragnieniem dorównania do U2 (znów...). A zdanie, że I'd rather be a coma than a full stop idealnie oddaje mój osobisty stosunek do Coldplay.
Muzycznie to ten sam Koldplej z Viva la vida or Death and all of his friends, te same fajne klawisze na początku np., pozdro Brian. Niestety, nie potrafię wyleczyć się z sentymentu do gry Krzyśka chwytami na gitarce akustycznej, która tutaj wchodzi fantastycznie i nadaje takie cherful tempo. Ten bęben Willa Championa kupiony w Afryce jest już legendarny i ten pre-refren z chóralnym zacięciem... Ja łykam to w całości więc, jaram się jakbym był z H&Mu. To jest idealnie koldplejowo-epickie i zgłaszam kandydaturę Every teardrop is a waterfall na oficjalny hymn hipsterskiego festynu Ołpenera. Chciałem hejterzyć, ale przyszły te chórki na końcu i to jak sobie Krzysiek podśpiewuje, to jest to, melodyjny pop w postaci czystej.
Dwa słowa o teledysku, który jest uosobieniem stylu zimnograjków grających taką właśnie pastelowo-kolorową ciekawą jednak i efekciarską muzykę. Bo to dobry teledysk jest.
Major Minus czyli Krzysztof Marcin jedzie samochodem i śpiewa przez CB radio. Na początku też wydawało mi się to dziwne, ale drugą myślą było "Brian Eno wie najlepiej" i faktycznie. Przez to zepsute, zamglone brzmienie pan producent dokonał prawdziwego cudu, sprawił bowiem, że Chris Martin po raz pierwszy zabrzmiał naprawdę zuchwale i niepokojąco (!). Sam też w to dalej nie wierzę. Ale znów strunowce bezbłędne i w fantastycznie prosty sposób gitara wprowadza taki rwany, niespokojny klimat. Podskórne napięcie zabrane z jakiejś meksykańskiej speluny (?, wiem), łał. Refren dzięki surowej nieco gitarze trzyma nas z dala od tradycyjnej hymniczności, a krótka wiązanka słowna świetnie rozwiązuje melodię. To nie jest już przydługi i epicki chorus, tylko konkretne i błyskawiczne zejście melodii. A ten cytat z refrenu jest tak świetnym ultimatum, że chodziło za mną z 5 dni. I solówka gitary bardzo fajnie zagęszcza klimat, ale to przecież bardzo w stylu The Edge'a. Mając w pamięcie domniemaną mroczność Cementries of London w życiu bym nie pomyślał, że Coldplay kiedykolwiek nagra tak duszny utwór z charakterem.
Got one eye on the road and one on you!
Moving to Mars najlepszą piosenkę zostawili sobie na koniec. Najlepszą od bardzo dawna, lepszą niż te na ostatniej płycie, o X&Y litościwie nie wspominając. Nareszcie, w końcu udało im się połaćzyć klimat muzycznej prostoty Parachutes z rozbuchanym ostatnio stylem. A kolorowe pianinko Chrisa nigdy jeszcze nie brzmiało tak urokliwie. Zaprawdę, Brian Eno jest największym żyjącym producentem, rzekłem. Oczywiście, że Zimnograjkowie nie mogli wymyślić sami tak wybitnego utworu BOWIEm nawiązanie do Davida Bowiego jest celowym na pewno hołdem. Połączyli tutaj na swój sposób jego Space Oddity i Moving to Mars?. Cóż, wielkość Dejwida jest powszechnie znana i taki ukłon w stronę legendy można tylko pochwalić.
Trzeba przyznać, że tak na klawiszach potrafi przysmęcić tylko Coldplay i jest to tak oczekiwane przeze mnie od dawna idealne rozwinięcie wrażliwości debiutu. Przejście, a raczej przelot na order (dla Eno) i już po chwili znajdujemy się w barokowym stylu "stadionowegorockanastępnychu2nowejgeneracjistadionów". Mogę z czystym sumieniem przyznać, że to rozwinięcie i cała przestrzenność drugiej połowy utworu to jeden z TYCH wielkich momentów muzyki 2011 roku. Kosmiczne.
Coldplay - Moving To Mars by dmrock
Coldplay udanie powrócili i bardo słusznie wydali "tylko" EPkę, bo widać jak dobrze oswoili się i nauczyli nowego brzmienia, które to Brian Eno wymyślił im perfekcyjne - zachowujące resztki dawnego emocjonajnie przebogatego stylu. Po wysłuchaniu TAKIEGO utworu jak Moving to Mars, znów zaczynam czekać na ich nową płytę z niecierpliwością.
wtorek, 26 lipca 2011
KROPKI - KRESKI : let's burn the cigarette somewhere
Rome by phoenix by catt331
Fajnie jest mieć fajnych znajomych, którzy są tacy zdolni, że np. robią TAKIE zdjęcia. Fajnie jest rozkminiać takie coś i grzebać się w ich strumieniu świadomości o co tam chodzi i dlaczego. I szukać odpowiedniej piosenki pasującej do zdjęcia.
Które jest, jakby ktoś nie zauważył, genialne. Te kolory wręcz wylewają się z ekranu i kontrast zaraz pęknie. Soczyste i intensywne.
Żywym i żywiołowym indie jest akurat też Phoenix. I ma być coś jeszcze. Że nie jest tak huura optymistycznie. A zresztą ogarniajcie, zdjęcie + muzyka to już bardzo dużo. (Mam nadzieję tylko, że ten utwór tu pasuje, bo pierwszy raz tak mi przyszło dobierać.)
Aaa Kanka jest świetna i super i czekajmy wszyscy razem na Jej kolejne fotosy. Polecam bardzo, bo jestem Jej fanem i w ogóle są świetne no.
http://kannnka.blogspot.com/
niedziela, 24 lipca 2011
Inteligentna łyżka
Spoon - The Way We Get By by manouchka53
Spoon to amerykański zespół indie, którego największa zagadką jest to, dlaczego jest jeszcze tak słabo znany. Ostatnio nie są już tak alternatywni, że aż niszowi, ale ich dużą cechą pozostaje brzmieniowa małość i używana skromność środków muzycznych. "Wystąpili" już w wielu takiech skromnych filmach jak np. 500 days of summer a do takich soundtracków są idealni. Muzycznie tez są świetnie uznani (wszędzie świetne oceny, WSZĘDZIE). I mają fajną okładkę i razem z nią są jednym z najinteligentniejszych zespołów jakie znam.
Inteligencja ambiwalencja. Tak, cały czas mowa tu o muzyce i to ma faktycznie duże znaczenie, bo bez tego mogliby wszystko poprzykrywać dużą warstwą głośności i innych efektów sztuczek. Ale minimalizm. Tutaj świetnie nie ma miejsca na zbędny dźwięk i instrument.
The way we get by czyli najlepsze, najbardziej popowo wpadający w ucho fragment płyty. Chorobliwie chwytliwy od pierwszych dźwięków i oparty tylko na zwykłym pianinie grającym ładna melodię (cały czas na białych). A refren to tamburyn, klaskanie i naturalnie oczywiste zejście linie basowej. Bezpretensjonalna energia wokalisty odsyła nas do zwykłego pokoju prób, a produkcja nie szuka zbędnych przecież syntezatorów. Później wystarczy wzmocnić bas i dodać talerze. I tyle, już.
Minimalizm srealizm, a chodzi o to, że oni piszą po prostu bardzo proste piosenki. Kilka akordów pianina nadających rytm jak w Someone something , gdzie melodia wychyla się tylko na refren, tylko na chwilę. Kończący płytę Vittorio E. to przecież A-dur i D-dur, które doskonale znamy z All I want is you U2. Te najprostsze akordy wypisane z małych płytek Bitelsów. Tak jak dziadzio Macca, tutaj też bas musi być melodyjny, jak w All the preety girls go to city. Nie możn anie docenić też perkusisty, chociaż nie ma jakiś wyrazistych partii, to właśnie bębny napędzają tempo.
Świetne wstawki, jak spersonifikowany rytm do Stay don't go lub goniące słuchacza pukanie w otwierającym Small stakes.. Inteligentnie. Gitara elektryczna jeśli sie pojawia, to tlyko aby ożywić melodieę i cały czas wygrywa te staroświeckie akordy. Ta płyta ma już 10 lat, ale zupełnie tego nie słychać w ogóle. Tutaj nie ma po prostu co się zestarzeć. Genialne melodyjne melodie, akustyki i C-dury zostaną na zawsze.
No i oni są z USA, co ma także niebagatelne znaczenie i co także świetnie słychać, bo właśnie amerykanie mają takie bystre zespoły (vide Modest Mouse). Brytole zawsze pojadą bezczelną flegmą i łobuzerstwem jak od np. Oasis lub też ew. przechodzą w eleganckie retro. Tutaj sposób w jaki wykorzystane jest pianino jest świetnie błyskotliwy i ożywczy, No i mamy ten akcent jankesów, którym zaciąga wokalista w refrenie The way we get by energicznie zapychając wolne miejsca w takcie. Jest w tym coś cholernie charakterystycznego i po amerykańsku awersome.
Te najważniejsze składniki - prostota i minimalizm zawsze jednak sprawdzają się w balladach. Niesamowitym owocem tych zabaw Spoona jest Paper Tiger (czyste piękno). Zaczyna się niebanalnie tylko po to, że żeby utrzymać prosty rytm. Klawisze są cudownie miękkie, a ten rytm to jakieś poduszki powietrzne zabezpieczające wszystko. Wszystkim jest intymna atmosfera tej piosenki. Wycofanie i nieśmiale człowiek spowiada się ze swojej naiwności, że I'm not dumb, just wanna hold your hand. Gitary dają zgrzyt i niepewność . A pałeczki byją rytm i czekają w tej samotni nadwrażliwca.
I will be there with you when you turn on the light
Płyty Spoon nie pozostawia obojętnym. Świetna energia z najprostszych środków plus cwane przeszkadzajki dają formułę indie ciekawego i inteligentnego i prawie idealnego.I genialna, kompletna i zupełnie nienachalna produkcja, wszystko wyliczone ze wzorów Pichforka i podporządkowane tym bardzo świetnym po prostu ładnym m e l o d i o m. A wreszcie nie chodzi tylko szpan taką płytą, ale taki Paper tiger wzrusza i pokazuje
te najważniejsze, też najprostsze emocje.Spoon - Paper Tiger by VincentAnzalone
Back to black
Dowiedziałem się tego jadąc samochodem dokładnie o 21 z serwisu informacyjnego Trójki. I Anna Gacek chyba płakała. Słuchałem przez jakieś pół godziny wcześniej Listy Osobistej Metza i mówił coś o Amy, puszczał piosenki, czytał listy fanów, że wielka szkoda, ale myślałem, że chodzi o to, że dzisiaj jest ten festiwal w Bydgoszczy na którym miała dać koncert i dlatego ludziom jest szkoda. Fajnie grali. Słyszałem Where did you sleep last night Kurta i All along the watchtower Jimmiego, a wcześniej na Myśliwieckiej (3/5/7) włączyłem akurat na So real Jeffa Buckleya. I się cieszyłem, że przypominają legendę i nie zauważyłem związku tego wszystkiego.
Trochę byłem w szoku. O ile nie dziwiły mnie za bardzo Jej ostatnie popisy na scenie i odwołanie tego pierwszego polskiego koncertu (kiedyś Ziółkowski mówił, że nie zaprosił Jej na Ołpenera, bo nie było pewności co do formy Amy), bo były jakby częścią jej wizerunku to teraz... Właśnie, wizerunek. Nikt się tego chyba nie spodziewał, wszyscy byli przekonani, że taka właśnie Winehouse jest i pozostanie "sobą". Przecież chodziła na odwyki, a to nie są już czasy lat 70tych, kiedy wielcy muzycy masowo umierali przez narkotyki. I myśleliśmy, że wróci triumfalnie na jakieś Glastonbury i zrobi niezły interes na wywiadach o "powrocie do życia" i wyda nawet książkę o "wyjściu z nałogu". Ale udało jej się. Weszła do słynnego "Klubu 27" i jest teraz wymieniana obok Cobaina, Hendrixa, Morrisona. Ale okazała się bardziej tru.
Obecnie w muzyce nie było chyba ważniejszej wokalistki. Lady Gaga nie jest człowiekiem, Madonna to trochę już przeżytek, jakiejś Katy B nie znam w ogóle, z innych z UK też można się śmiać, a Adele to przecież podróbka Amy tylko i jedzie cały czas na stylistyce retro zaczętej przez Ronsona & Winehouse. (w tak podniosłym momencie można zapomnieć o PJ Harvey, czy Bjork...). Właściwie to w czasach, w których liderzy "największych zespołów rockowych" angażują się w każdą akcję charytatywną Amy była ostatnim prawdziwym rockmanem. Muzykiem, który całkowicie zatracił się w urokach życia w trasie i zgubił się w narkotykach i alkoholu. Mam na myśli ten archetyp "sex, drugs & rock and roll". Ogromny sukces muzyczny prowadzi dzisiaj do wegetarianizmu, sławnej żony i mecnastwa nad jakąś szczytną akcją.
To wszystko sprawia, że Amy Winehouse przejdzie niedługo do legendy. Prawdopodobnie. Nie mamy obecnie lepszych muzycznie straceńców, a Back to black jako wyznacznik nowego stylu retro dla takich wokalistek jak Duffy czy wspomniana Adele było jednym z najważniejszych wydarzeń w ostatniej dekadzie. Dlatego jej śmierć jest tak ważnym wydarzeniem. Wiem, że dużo ludzi płacze, ale jednak wydarzeniem bo nieczęsto na naszych oczach dzieje się historia. Wydarzeniem, bo odniosłem bardzo niemiłe wrażenie, że wiele ludzi bardziej płacze nad tą ćpunką niż nad prawie 100 osób zabitych w zamachach w Norwegii.
Pamiętajmy o tym.
Szkoda takiego talentu. Odszedł chyba najlepszy głos jaki mieliśmy obecnie w muzyce. Potężny głos. Wyrazisty i brudny. Głos mający w sobie prawdziwą bezczelność i charyzmę. Moc i klasę. Nie było lepszej "nowej Janis Joplin". A oczekiwania były przecież ogromne. Szkoda mi jej fanów, bo 2 płyty to trochę słabo. Była sama sobie trochę winna tym całym nałogiem, a trochę jest też winien przemysł muzyczny i to, że nikt nie potrafił jej pomóc. Ale szkoda, że jednak udało jej się z sobą skończyć.
Amy, ty dziwko.
Amy Winehouse - Valerie by dinopoli
piątek, 22 lipca 2011
KROPKI - KRESKI : Calm like you
Okładka płyty projektu The Last Shadow of Puppets, który tworzą Alex Turner z Arcic Monkeys i Miles Kane, a płyta nazywa się The Age Of The Understatement.
Bardzo ładnie, brytyjsko, vitange, stylowo, seksownie.
czwartek, 21 lipca 2011
Rzym vitange
Więc Danger Mouse stał się jednym z bohaterów współczesnej muzyki popularnej. Wcześniej na 'Grey Album' półlegalnie połączył (dosłownie) Biały Album The Beatles i płytę Jaya-Z wywołując burzę z mash-upami. Wyprodukował wielką wirtualną operę Gorilaz ('Demon Days'), samego Beck'a ('Modern Guilt') i pomógł pożegnać się ze światem Markowi Linkousowi ('Dark Night of the soul'). Wreszcie wkroczył do mainstreamu hitowym "Crazy" w duecie Gnarls Barkley. Był najciekawszym producentem ostatniej dekady, brakowało mu tylko własnej kapitalnej płyty. Już nie.
Krążek ma tak malownicza nazwę, gdyż zainspirowany został klimatem spaghetti westernów i soundtracków Ennio Morricone. Dosłowne to nawiązanie, bo na albumie gra ten sam zespół, co na ścieżkach dźwiękowych filmów. Nie wiem ile ci panowie maja teraz lat, ale… to brzmi troszkę nieprawdopodobnie, bo grają genialnie! Szczególnie sekcja rytmiczna; bas tworzy osobną melodię, nie jest tylko tłem, a perkusja bardzo ładnie, wręcz jazzowo wybija lekko rytm.
Na przedpremierowych filmikach ze strony promocyjnej oglądamy jak panowie autorzy szukają po włoskich domach określonego instrumentu - organów. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo brzmienie jest faktycznie perfekcyjne, kompletne. Te "dzwoneczkowe klawisze" są właśnie przykładem dbałości o najmniejsze szczegóły (dzwon w 'The World' !). To prawdziwa superprodukcja - jest oczywiście filmowa orkiestra symfoniczna i chór, a ozdobą instrumentalnego wydawałoby się 'Roman Blue' jest pani sopranistka, która 'wyjawia się' niespodziewanie pięknie w końcówce. Cały album ma wyraźnie filmowy sznyt i stylistykę i koncept i jest „muzyką do nieistniejącego filmu” (świetna okładka jako plakat filmowy).
Niektórzy mogą poczuć się lekko rozczarowani udziałem w projekcie Jacka White'a, a właściwie jego wymiarem, bo rzeczywiście - Pan Biały "występuje" tylko w 3 piosenkach na płycie. Zgodzę się, że prawdopodobnie w grę wchodził też szum marketingowy - w końcu Brian Burton pracował do tej pory raczej w duetach, a Gnarls Barkley to... Gnarls Barkley i jego pseudonim artystyczny nie jest jakoś świetnie znany. Z drugiej strony Jack jest tak wielką ikoną, że teraz może tylko pokazywać swoje kolejne talenta i wcielenia jest przecież świetnym wokalistą też. Nie ma obecnie drugiej tak charyzmatycznej postaci w muzyce, a każdy western potrzebuje przecież szorstkiego głównego bohatera. (btw. jako aktor Jack zagrał epizod w "Kawie i papierosach" a jego dbałość o design czy look są już legendarne).
Prawda jest taka, że największa gwiazdą jest ktoś inny. Norah Jones w "Performance by an Actress in a Leading Role" po prostu kradnie całe show, jest tajemnicza, pięknie kobieca i zupełnie inna niż w solowych jazzopodobnych kompozycjach. Nie znam się na soulu, ale feeling jest i głos tylko bardziej delikatny niż u Cat Power. Ma się wrażenie, że te wszystkie utwory instrumentalne to tylko 'interludes' do jej muzycznych scen. Jej piosenki... jedna lepsza od drugiej, a trzecia - finał - zupełnie miażdży i zapiera dech w piersiach i jest tak filmowy jak tylko może być. Norah robi, co chce, szczyt możliwości. Celowo nie podaję linku do tego utworu, aby nie odbierać Wam przyjemności z tak wyśmienitego rozwiązania całej płyty.
Album składa się aż z 15 indeksów, ale ukrywa to tylko największą wadę - Rome jest krótki! Inna sprawa, że nie ma tu ani jednej zbędnej minuty i jest on cudownie spójny, To concept album, który opowiada swoją historię. Nie można do niego podchodzić jak do zbioru singli, to dzieło. W świetny sposób, ożywia ducha przygody starych filmów i bardzo ładnie wprowadza (miejmy nadzieję) modę na takie filmowe i bardziej klasyczne brzmienia.
Spaghetti western forever.
PS. Ale mi wstyd, jeszcze ktoś pomyśli, że dopiero teraz poznałem tą płytę. Otóż chciałem opublikować to na nowej stronce, którą miałem zrobić, ale nie wyszło. Shame on me, bo to świetna płyta jest i trzeba było ją pokazać światu o wiele wcześniej.


