background
Testowy blog
  • Last
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS

poniedziałek, 15 września 2014

Jelly Beans and Billy Jean to celebrate my sweet sixteen



Może się wydać dziwne, że polską Alison Mosshart została właśnie ona. Julia Marcel już wcześniej miała silną osobowość, która nie pozwalała przejść obojętnie, ale nie wyrażała tego w czarnej skórze i na podłodze między perkusjami. Zaczynała jako ułożona songwriterka z klawiszami, aby na drugiej płycie dorzucić elektronicznych uroków Bat for Lashes. Gwałtowną zmianę obrazuje teledysk - tak samo prosty i surowy jak bas prowadzący całą piosenkę. Julia wciąga za sobą w mroczny świat młodzieńczych instynktów. Stara szkoła, po której bezwiednie chodził każdy z nas staje się gotycką areną sił drzemiącego zła. Można przyznać, że rockowy bunt w wykonaniu młodzieży jest dość ogranym chwytem, ale Władca Much nie miał na swojej wyspie tak tętniącej muzyki. W zwykłej wydawałoby się melodii burzy się energia, która niewłaściwie ukierunkowana mogłaby spowodować wiele bałaganu. Tutaj zaś rozrywa przyzwyczajenia i nawiedza nieodpartą melodyką wcale nie beztroskiego nucenia.




Zagłuszoną dziewczęcą niewinność daje na szczęście w prezencie Spike Jonze. Geniusz tego reżysera ogaraniemy być może dopiero za kilkanaście lat, ale nie chodzi w nim na pewno tylko o sprawność techniczną, ale to co mówi o nowoczesnych nam czasach. Pokazauje czułość wśród elektronicznej technologii - rzecz, o której zdają się zapominać informatyczni geniusze z Doliny Krzemowej i kolejne profile na fejsbuku. Wybitnym dziełem Jonze'a jest Her, do którego balladę napisała jego przyjaciółka Karen O. Teraz on zwraca jej (inną) piosenkę w filmiku spontanicznie nagrany na ajfonie.

Wszyscy wiedzą jak uroczą osóbką jest Elle Fanning (♥), powiecie więc, że to żadna sztuka sfilmować osobę, którą tak bardzo kocha kamera, ale tylko Spike potrafi zrobić to w jednym telefonowym ujęciu w przeciągu ledwie półtorej minuty. Idealnie połączył naiwność piosenki Karen z młodzieńczą, naprawdę swobodną zabawą Elle. I nawet ta ogromna, historyczna przestrzeń nowojorskiej Metropolitan Opera House nie jest w stanie stłamsić jej energii, Elle absolutnie nic sobie nie robi z renomy tego miejsca traktując je jako kolejną piaskownicę, zabiera je jako własne.

Bo czy wielkość artysty nie polega właśnie polega właśnie na tym? Żeby potrafić złapać te malutkie chwile piękna w codziennym życiu? A jeśli nowoczesne, przenośne technologie mogą nam w tym pomóc, to może te wszystkie Instagramy i głupie filmiki mają jednak jakiś głębszy, potrzebny sens.

PS.
Zbyt rzadko wymyślam preteksty do umieszczenia teledysków z ładnymi dziewczynami, więc pokażę jeszcze jedno piękno w ruchomych obrazkach. I to nic, że nikt tam nie chodzi przed kamerą, temat nie pasuje do tytułu nowej płyty U2, a Scarlett tak naprawdę nie wystąpiła w oficjalnym teledysku tak jednoznacznie klasycznego, że aż nudnego Smashing Pumpkins. To nie jest istotne, bo każdy powód jest dobry, aby pokazać piękno, prawda?


środa, 10 września 2014

Songs of Innocence


Sam w to nie wierzyłem, a jednak.

U2 powróciło z nowym albumem. Po 5 latach nerwów i wkurzania fanów głupimi gadkami zupełnie niespodziewanie udostępnili go na dzisiejszej prezentacji Apple. Za darmo. Do ściągnięcia przez iTunes.

http://www.u2.com/news/title/songs-of-innocence/

poniedziałek, 1 września 2014

SP 7" : Męskie granie



Uderzenia w stalowe struny. Musztra samokontroli tempa. Poligon mglistej przestrzeni. Marszowy rytm. Niski głos. Chrapliwe zaciąganie. Zimne srebro trąby. Jednostajna barwa moro. Dostojne puzony. Szeregowe werble. Przelot szumów na horyzoncie. Perkusje na dobicie przeciwnika. Defilada wyrzutów gitarowych. Syrena pola bitwy.

Ale nie da się mówić o miłości w krótkich żołnierskich słowach. Choć mają być one ranić brutalnym odrzuceniem, nieoczekiwanie stają się przeprosinami. Nawet taki niezdyscyplinowany wyrzut sumienia nie powinien się przedostać przez wytrenowany pancerz zimnego drania. Odwiecznego kowboja, który zaciska zęby na cygarze nie zaszczycając kobiety ani słowem. Bo jej rolą jest przecież służenie, nie wtrącanie się w sprawy męskiego świata i czekanie, które nie ma prawa do słowa skargi. Tłumaczenia powinny być zbędne, to że nie przytulę cię potem, odwrócę, rzucę dobranoc w męskich relacjach jest oczywistością. Nie powinien nawet znać takich wyrażeń jak to, że serce ci pękło. To przedmiotowe żądanie być zawsze pod ręką także kruszy się nieszczerością po delikatnym przecież jeśli chcesz troszcz się o mnie.

Ten mężczyzna może mówić prawdę, że nie ma we mnie miłości. Uczucia jednak pozostały.

piątek, 29 sierpnia 2014

Leżę z tobą wystukując rytm



Gdy piszę te słowa tegoroczna trasa Męskiego Grania dobiega końca i raczej nikt nie będzie za nią płakać. Oczywiście z wyjątkiem Piotra Stelmacha, który z uporem i ekscytacją (nie)godną pracownika Radia Zet wymyślał coraz to nowe i coraz to bardziej kwieciste frazesy o "muzycznych spotkaniach prawdziwych charakterów". Trzeba przyznać, że w przeszłości Męskiemu Graniu faktycznie udawało się doprowadzać do sytuacji nie do pomyślenia, rzeczywiście interesujących jak cover Lecha Janerki na instrumenty dęte czy uśmiech na twarzy Marka Dyjaka. Stworzyła się też nowa klasyfikacja popularności muzyków polskich, kolejno występujących w: mainstreamie i eReMeFach, Męskim Graniu i Trójce, namiotach Openerowych, OFF Festivalu i stoiskach niezależnych wytwórni. W tym roku akcję promocyjną Żywca firmuje najbardziej oczywista para młodych wykonawców - Monika Brodka i Dawid Podsiadło. Jakby nie patrzeć, selekcjonerzy nie wysilili się z muzyczną ideą. Używając konwencji mojej nauczycielki fizyki z VII LO: "Idź do piaskownicy, zgwałć gimnazjalistę i zapytaj go jacy sa najbardziej rozpoznawalni muzycy w Polsce". O ile styl i egzaltacja O.S.T.R.ego może nieco irytować, to jego duet z Michałem Urbaniakiem (bezsprzecznie uznaną legendą jazzową) w zeszłym roku był naprawdę frapujący i odkrywczo ciekawy. Teraz z jazzu został tylko po raz kolejny Mazolewski, który zaraz wyskoczy nam z lodówki (oczywiście z zimnym piwkiem w dłoni).



Wtórność i banalność line-upu Męskiego Grania zaskakująco wiernie oddaje singiel promujący całe wydarzenie. Elektryczny numer napisał Andrzej Smolik, prawdziwy spiritus movens polskiej sceny muzycznej - jego macierzystą kapelą wciąż pozostają Wilki, a swoje trzy grosze dorzucił swego czasu nawet do Lenny'ego Valentino. Jak na profesjonalnego kompozytora przystało, Andrzej wiernie odtworzył popularne w naszym kraju The Black Keys. Niestety dosłownie - to samo brzmienie, rytm i riff ściągnięty z Howing for you czy Gold on the ceiling. Oczywiście nie omieszkałem wypominać tego na fejsbukowych udostępnieniach moich znajomych, ale obok kąśliwego komentarza musiałem zostawić podniesiony kciuk. Lubię to! Fajnie się tego słucha. Bardzo przyjemnie podbija podeszwę buta. Owa chwytliwość i niepodrabiana energia sprawiają, że spokojnie mogę ogłosić, że na przestrzeni lat Elektryczny to mój ulubiony singiel Męskiego Grania (wciąż nie przeszła mi awersja do Waglewskich).

A może to Monika Brodka wznosi moją sympatie do tego utworu na sercowy level? Wyposzczony brakiem jej nowego głosu rzucam się na każdą, krótką nawet autorską linijkę. Bo właściwie co ona robi w tym klipie - po prostu jest. Majestatycznie schodzi na scenę i roztacza aurę bycia cool wygrywając obrazek charyzmą mikrofonowego wybuchu. Mało kto to potrafi, a jeszcze mniej liczni mogą sobie na to pozwolić. Od wydania Grandy stuknie zaraz 5 lat; w międzyczasie kupiła sobie czas wydanie przebojowej Lax EP. Wiedziała, że branży to wystarczy, bo szanowna kapituła Fryderyków 2013 nominowała tą - powtórzę się wyraźniej - EPkę do "Albumu Roku" Najważniejsze, że Monika nie mami tak swoich fanów - jej występy znowu tworzą nowy standard Polski koncertowej i zmienia aranżacje średnio co pół roku. Miejmy tylko nadzieję, że z wydaniem płyty długogrającej będzie jej jednak łatwiej od Gaby Kulki (z takim pietyzmem wypracowującej nowe brzmienie na koncertach, że przemyciła je na "nową płytę" okazującą się być tylko koncertówką). Jest na pewno o co walczyć, bo Brodka dzierży największą szansę na ogólnoświatową karierę od czasów Myslovitz. Założę się, że chodzi teraz z demówkami po najpoważniejszych wytwórniach takich jak XL Recordings czy nie wiem, 4AD. Ok, Kamp! też chodzili, ale nie mieli tak kompletnej osobowości ogarniającej szeroko poza muzykę. Szukajcie jej na lookbookach i Voguach - nadejdzie wraz z najmodniejszymi trendami.

Czy podobny zagraniczny plan ma Dawid Podsiadło? Jeszcze nie wiadomo, na razie z łatwością rozgrywa rodzime etery muzyczne. Weszła ustawa premiująca polskie słowa piosenek? Do dwóch albumowych indeksów dopisujemy swojskie liryki. Reszta płyty gra po angielsku? Dorzucamy kolejne dwie polskie single niealbumowe (w tym jeden do filmu o Powstaniu, +44 do Szacunku Historii). Musimy wreszcie rzucić do radia anglojęzyczną piosenkę? Nic nie szkodzi w zostaniu drugi sezon z rzędu "przebojem lata". Właśnie No, ten ostatni (?) promocyjny oddech zwiastuje zmiany w wizerunku Dawida. Otóż w teledysku do tego utworu po raz pierwszy pojawia się seks! (ładna dziewczyna już była, pozdrawiam Kamilę). Rozczochrany wrażliwiec pokazuje obnażoną klatę i i areszcie szybszy rytm - No od początku było dla mnie najfajniejszym utworem z płyty. Męskie Granie - oprócz poważnego epitetu tytułowego - pomaga Podsiadłemu w medialnym dorastaniu jeszcze bardziej; w rasowych gitarach ma wreszcie szansę zedrzeć swoje mocniejsze rejestry głosu. Trzeba przyznać, że daje sobie radę całkiem nieźle i ta desperacja ucieczki od smutnego chłopca tylko podbija głośność Elektrycznego. Jego następna płyta będzie obarczona ogromnym ciężarem oczekiwań, zdobył przecież wszystkie "rozrywkowe" Fryderyki. Moim zdaniem trochę niesłusznie, bo Comfort and Happiness nie jest tak znaczącym tytułem jak chociażby Granda. Mimo oczywistych zapożyczeń i prostoty kompozycji, po tych wszystkich wyrywających się z ramek ruchach ja także jestem jednak w stanie zaczekać na nią z zainteresowaniem.

wtorek, 26 sierpnia 2014

KROPKI - KRESKI : I'm bringing sexy back


2002

Obrazek zdobiący pierwszą płytę Justina Timberlake'a Justify mogłaby być wzorem okładki albumu popowego chłopca, model "Typowy Justin". Młody mężczyzna z boysbandową przeszłością patrzy tęsknym wzrokiem wprost w obiektyw. Na brodzie zwisa pierwsza bródka, pod którą błyszczy archetypiczny element niepokornego badgaja - skórzana kurtka. Najlepiej oświetlona jest oczywiście blond fryzura, a piaszczysty pejzaż na drugim planie symbolizuje... Nie mam pojęcia co symbolizuje, wystarczy że jest malowniczy. I szorstki; tak jak sam Justin wyczekujący z utęsknieniem na życiodajny deszcz łez. Cry me a river.



2006

Na okładce przełomowego muzycznie FutureSex/LoveSounds Justin ma pod noga cały świat tanecznej kuli dyskotekowej. Ale nie jest to triumfalna, napuszona poza zdobywcy z jaką obnosi się obecnie Kanye West. Na moje europejskie oko przypomina to bardziej futbolowe sztuczki, żonglerkę piłką, czy też gatunkami muzycznymi takimi jak R&B, funk, trance, a nawet krautrock (JT w inspiracjach wymieniał nawet Radiohead, a interludia podpatrzył u Mesjasza Coolerstwa Davida Bowiego). Gdy jednak przyjrzeć się bliżej okazuje się, że obcas błyszczącego pantofla Justina rozbija szklaną kulę na drobne kawałeczki z bezpośredniością rozsadzenia typowego popu eksperymentami producenckimi na samej płycie. Mimo tego zamachu, symbol szalonych lat 80tych cały czas błyszczy triumfem refleksów ozdabiając sterylnie białą podłogę. Marynarka jest jeszcze swobodnie rozpięta, bo chodzi tu głównie o nightlife-ową zabawę. To nowoczesny playboy jakiego grał w Social Network, ale te elektroniczne sztuczki są mu potrzebne tylko do podrywu, bo umie przecież powiedzieć ayo, I'm tired using technology. Uwagę zwraca również pieczołowicie dobrana kolorystyka napisu. Zdjęcie wykonał Terry Richardson, słynny fotograf modowy, sam Timberlake przyznał zresztą, że chciał, aby jego album przypominał "fashion editorial, YSL and Gucci suits, which goes with the sonics".



2013

Z okładki 20/20 Experience spogląda na nas zblazowany multimilioner. To oczywiste - kogo innego byłoby stać na taką bajerancko specjalistyczną, drobiazgowo skalibrowaną i najwyraźniej bezużyteczną aparaturę? Kolejna zachcianka ekscentrycznego bogacza, który przygląda się maluczkim z niestosowną ciekawością Howarda Hughesa. I ten smoking. Muszka leżąca tak naturalnie, że łatwo sobie wyobrazić jej właściciela jedzącego w takim stroju śniadanie. Chodzi tylko o bogactwo, ni mniej ni więcej. To ono jest kluczem do wizerunku autora, inicjały którego są wybite szczerym Oscarowym złotem.
Pop jako gatunek muzyczny ma to do siebie, że w przeciwieństwie do np. rocka nie musi nieść ze sobą jakiegoś wielkiego, istotnego dla świata przekazu. Dobry pop omija zaangażowania i zajmuje się stylem samym w sobie. Wielkość Justina Timberlake'a polega na tym, że doskonale to rozumie i nie wstydzi się bogactwa, tych wszystkich milionów dollarów jakie rozdaje mainstream. Nie owija w bawełnę i szpanuje bezwstydnie drogim blichtrem. "To understand what that weak is like. This weak is crazy!" - opowiadając swojemu oczywiście nie mniej gwiazdorskiemu kumplowi Jimmiemu Fallonowi o Saturday Night Live Justin oddał esencjonalną definicję całego show-businessu. Jak już wspomniałem, on wcale nie musiał nagrywać tej płyty, ale zachciało mu się pokazać całemu światu jak perfekcyjnie tańczy i jak doskonale leży na nim smoking. Taka już kolej rzeczy - zwykli śmiertelnicy muszą zajmować się naprawdę istotnymi kwestiami jak sens życia i utrzymanie rodziny, podczas gdy Możni i Wielcy mogą sobie pozwolić na zabawę w gwiazdorstwo.

piątek, 22 sierpnia 2014

SNL: Not gonna do that think that my voice goes high



Saturday Night Live to bez wątpienia najlepszy program rozrywkowy. Nie jest mi łatwo przetranslatować jego formułę i znaczenie na polską kulturę telewizyjną, musiałbym bowiem dokonać niewyobrażalnej niestosowności i porównać go do naszych rodzinnych przaśnych i żenujących "kabaretów".
Wyobraźmy sobie na chwilę, że żyjemy w jakiejś zabawniejszej rzeczywistości niż III RP (co istotne - po 89' roku, bo nie można zapomnieć o cesarzach polskiego słowa - Kabarecie Starszych Panów czy Wojciechu Młynarskim). Chcąc zaznać weekendowego odprężenia, włączamy telewizor i zamiast Mazurskiej Nocy Kabaretowej (ciężko pisać to z wielkiej litery, ale to nazwa własna...) oglądamy premierowe skecze odgrywane przez wybitnych Aktorów Komediowych (dość powiedzieć, że z SNL wywodzą się min. Eddie Murphy, Chevy Chase czy Kristen Wiig). Skecze puszczające oko do aktualnych i uwzględniające inteligencję odbiorcy. Ten wielki komediowy projekt stworzony przez Lorne Michelsa będący już ważną częścią amerykańskiej popkultury będzie obchodzić w tym roku 40-lecie istnienia. Chcąc choć symbolicznie uświetnić nadchodzący jubileuszowy sezon, postanowiłem napisać serię tekstów o moich ulubionych postaciach Saturday Night Live.

Zgodnie z formułą programu gościem, czy też "gospodarzem" każdego odcinka jest znana osoba, która razem z cast members występuje w skeczach i pomaga w ich napisaniu. Zazwyczaj zaproszona gwiazda ma zwiększyć oglądalność, ale w przypadku Justina Timberlake'a zysk był po obu stronach. Wszyscy wiedzieli, że jako typowy chłopiec z boysbandu potrafi on świetnie tańczyć i śpiewać, ale dopiero występy w SNL sprawiły, że jego nazwisko stało się synonimem scenicznego perfekcjonizmu. Hostując program aż pięć razy stał się członkiem Five-Timers Club, "najbardziej ekskluzywnego klubu w Nowym Yorku" oraz jednym z symboli SNL ostatnich lat.

Szoł rozpoczyna się wygłoszeniem przez gwiazdorskiego gospodarza zabawnego monologu, podczas którego nie wchodzi jeszcze w rolę, ale pozostaje "sobą". Mimo zdobytego doświadczenia aktorskiego Justin w swoim 4 monologu (2011 r.) skarży się na wciąż prześladującą go muzyczną przeszłość. Tak bardzo chce udowodnić, że tym razem nie będzie już niczego śpiewać, że nagle prezentuje publiczności cały wachlarz swoich chwytów scenicznych. Wszystko opiera się oczywiście na dystansie do własnego wizerunku, ale musi zachwycać swoboda z jaką Timberlake żongluje sztandarowymi elementami "gwiazdora pop" rozłożonymi na czynniki pierwsze.



Mówiąc o obopólnych korzyściach nie można zapomnieć, że to od występów w SNL zaczęła się filmowa kariera Justina która odciągnęła go od tworzenia muzyki na dobrych kilka lat. Można sobie wyobrazić udrękę fanów pragnących nowych tanecznych rytmów z jednej i pobłażanie dla kolejnego aktorzącego piosenkarza z drugiej strony. Wszystko to zostało zawarte w ledwie 5 linijkach scenariusza poniższego skeczu, w którym Andy Samberg stara się być poważny.




Justin i Andy także na polu muzycznym okazali się świetnie dobranym duetem, gdy stworzyli klasyczne już Dick in a Box. Prosty sposób na gwiazdkową niespodziankę rozwinęli do genialnego pastiżu obciachowej ballady R&B. A także parodii samego Timberlake'a, który w alternatywnej rzeczywistości, z klasyczną bródką naprawdę mógł święcić najtisowe triumfy na dyskotekowych densflorach. Bo to po prostu świetna piosenka wychodząca z głowy z taką samą trudnością co "normalne single" Justina.


The Lonely Island & Justin Timberlake - Dick In A Box (Subtitulado Español) from JulianaThe319 on Vimeo.

Choć Samberg to faktycznie zdolny i pomocny chłopak, to nie znajdziecie w historii SNL dwóch większych kumpli niż Justin Timberlake i Jimmy Fallon. Poznali się, gdy ten drugi był jeszcze członkiem obsady Saturday Night Live i zaprosił śpiewającego kolegę do swojego chyba najbardziej znanego motywu - The Barry Gibb Talk Show. Grają tam braci Gibb z legendarnego zespołu disco The Bee Gees, którzy swoimi firmowymi falsetami zapraszają do politycznej dyskusji. Uzupełniają się idealnie, zarówno wyglądem (klaty!) i temperamentem. Skeczem trzęsie - dosłownie i w przenośni - Fallon, ale Timberlake udowadnia, że dobry aktor skradnie dla siebie scenę jednym gestem czy nawet epizodyczną rólką.



Ten subiektywny przegląd niech zakończy opowieść Justina o jego własnej karierze. Snuje ją z pozycji swojego pradziadka marzącego dla swojego grand-grand-sona o wielkiej, acz wtedy niewyobrażalnej karierze śpiewaka pop. Przodek księcia popu zamiast garnituru nosi swatygowaną marynarkę, ale pewne rzeczy okazują się być niezmienne - urok i czar roztaczany przez Timberlake'a. A także to, że mimo upływu lat w jedną czy drugą stronę najbardziej rozpalają ludzi perypetie i niedomówienia nastoletniego związku Justina z Britney Spears.

wtorek, 19 sierpnia 2014

OFF : 3/3 I always cry at endings



Swoje aspiracje zostania następcą mistrza katowickiej ceremonii, Artura Rojka potwierdził młody songwriter Patrick the Pan. Piszę "potwierdził", bo wcześniej supportował dyrektora podczas jego solowej trasy koncertowej. Nie chcę używać tak uproszczonych analogii, których źródłem jest raczej zarządzenie wspólnej wytwórni, ale i bez tego widać między nimi pewne podobieństwa, głównie charakterologiczne. Obaj nad staranną stylówę klasycznego, pewnego siebie frontmena przekładają uprzejme wycofanie; nawet w bezpośredniej konferansjerce jedną nogą zostając w odczuciach piosenek. Obaj także muzycznie upodabniają się do Tomasza Jorka, gdy do hałasu wkręcających się gitar wlewają wysokie i czyste piski wokalu. Bo po Patricku nie spodziewałem się tak zdecydowanego, elektrycznego koncertu. I nie jest to raczej tymczasowa taktyka obliczona na niesprzyjające refleksji festiwalowe sety, ale faktyczna siła emocji pragnących wydostać się z głośników.

Byłem na koncercie Eric Shoves Them  in His Pockets, ale szczerze mówiąc mało z niego zapamiętałem, bo zauważyłem w tłumie Misię Furtak i tak jakoś... no wiecie... rozumiecie...


Jonathan Wilson potwierdził natomiast, że od bluesa do folkowych jamów gitarowych prowadzi nie tak znowu daleka droga. North Karolajnowe zagrywki wyluzowanych gitar świetnie pasowałyby do "Trzech Wymiarów Gitary", w których Piotr Baron aksamitnym głosem zapowiedziałby 7 minut solówkowych wynurzeń. Które, powiedzmy sobie szczerze - zbyt wielkiej treści to one w sobie nie miały. Jak na nawiedzonego włóczykija zaprawionego przez barowy los przystało, Wilson z lubością powtarzał kolejne czerstwe wysokie struny pozwalając kumplowi na wymyślne pasaże, którymi okrążył tonację. Dokładnie. Dookoła. Tak uparcie zaprzeczał piosenkom, że nie usłyszałem tak wyczekiwanej przeze mnie melodii Love to love. Chyba najbardziej znaczącym momentem występu było zdjęcie okularów przez lidera, który nagle okazał się być człowiekiem - kretem (miał naprawdę śmieszne półoczy, serio). Niemniej jednak muszę przyznać, że koncert odbywał się o idealnej porze - zachodzące popołudnie, pewne zmęczenie atrakcjami festu sprawia, że sprawdzone dźwięki gitary - nawet nieprzyzwoicie ograne - mają swój niezaprzeczalny urok.

WOR to Warszawska Orkiestra Rozrywkowa składająca się z najznamienitszych osobowości środowiska Lado ABC. Nietuzinkowe spojrzenie na muzykę w wykonaniu owych postaci świetnie zdradza się na tle płyty Becka, którą odtwarzali w lebiwe niedzielne popołudnie. Song Reader został bowiem pierwotnie wydany wyłącznie na najbardziej analogowym nośniku - papierze, a dokładniej w formie partytury. Zapisane zostały wyłącznie nuty, aranżacja to tabula rasa. Był to więc wymarzony materiał do harców ekipy Maccia Morettiego. Utwory Becka Hansena zawsze pozostawiały pewien przelot, wolną przestrzeń i WOR także nie zapełniali zbyt skwapliwie, gorliwie tego luzu. O kumpelskiej swobodzie warszawskich szpeców niech zaświadczy to, ze dopiero pod koniec występu uświadomiłem sobie, że na klawiszach gra Ten Marcin Masecki. A nawet jeśli ktoś nie byłby szczególnie zainteresowany melodyjnymi pioseneczkami Becka to jak zawsze na OFFie wydarzeniem staje się samo pojawienie się Maccia Morettiego, który tym razem zaprezentował swoje szoł siedząc za perkusją. Pewnie zbyt czesto używam w swoich relacjach prostego jednak określenia "fajnie", ale o to chodzi w letnich festiwalach. Na występie WORu świetną zabawę miala i publiczność i sami wykonanwcy.

Mam dosyć wspomnień, z trudem ogarniam własny dom. Mimo wystarczającej ilości problemów z organizacją OFF Festivalu Artur Rojek wziął sobie na głowę jeszcze jedną kłopotliwą sprawę - prezentację solowego materiału z pierwszej sygnowanej swoim nazwiskiem płyty. Podjął tym spore ryzyko wystawiając się na ostrzał hejterów (wiadomo, zapchany toi toi na polu - wina Scumbaga Rojka) i takich malkontentów jak ja, nieprzekonanych co do wartości płyty i podrażnionych manierą dyrektora. A jednak wygrał. Chociażby perfekcyjny przygotowaniem - świetnie połączył tradycyjne gitary z elektronicznymi rytmami tak, że nawet najbardziej przesłodzone utwory jak Kot i Pelikan zyskały przyjemną pianinową pulsację. Byłem jak najfanjniej zaskoczony tanecznym potencjałem tych piosenek, modne syntezatorowe hooki pojawiały się najmniej spodziewanych momentach. Pod względem technicznym zebrał naprawdę świetny zespół (min. piękna dama grająca na klawiszach także u Brodki) i "Artur Rojek" to obecnie jeden z najlepszych koncertowych wykonawców w tym kraju. Ale ujął mnie nie tylko wykonawczym profesjonalizmem - były też krótkie momenty wzruszenia. Drastyczne przesłanie Beksy zrównoważyli specjalni goście - grupka absolutnie uroczych dzieciaczków, która razem ze swoimi dziadkami (chór starszych po drugiej stronie Artura) śpiewała refren utworu. Nazwiecie to banałem, ale zdobyły one serca całej publiczności i ze wzruszenia także Rojasowi załamał się głos na początku drugiej zwrotki. Jeszcze piękniejszy fragment nastąpił w czasie hitowych Syren gdy powietrze rozbłysło niezliczonymi ilościami konfetti (oczywiście z logo Artura Rojka). Ktoś na U2forums zauważył, że "to bardziej koldplej niż Flaming Lips" i tak, właśnie o to chodziło! Przyznaję, poszedłem w sukurs i obraziłęm smutne osobiste przesłania tekstów traktując koncert jak ciepłą imprezę pożegnalną tegorocznego festu. Sam Artur gestem dobrego wujka robiącego niespodziankę wystrzelił sreberka po słowach Nie chciałbym bez ciebie żyć. A my możemy chyba uznać, że było to adresowane do nas, do OFFowej społeczności, prawda. My też dziękujemy panie dyrektorze. 

Kto przegapił koncert Slowdive, przegrał kosmos - tak nieziemski był to występ. Warunki były wprost idealne, aby wzbić się aż na Soulvaki Space Station - dysponowaliśmy chyba najlepiej nagłośnionym koncertem jaki pamiętam na OFF Festivalu. Bo dźwięk był tu wszystkim, to brzmienie gitary, które rozlewało się po całej Dolinie Trzech Stawów Nabierało niemal fizycznej postaci, gdy zamykaliśmy oczy zatapiając się w plastycznej magmie strunowych sprzężeń. Ich drgania były tak namacalne, że kołysałem się na ich strunach. Mogłem sięgnąć i zaczerpnąć z dźwięków, bo nigdy wcześniej nie wydawały mi się one tak realne. Uświadomiłem sobie, że to wszystko czego oczekuję od brzmienia gitary elektrycznej, ten charakterystyczny falujący ruch gryfem, który porusza uderzany akord. Bujanie gitarą jest wszystkim co się liczy, obrazy fal dźwiękowych mają ich postać. To tak jakby ktoś wziął delaye The Edge'a i zwielokrotnił ich moc na jakimś turbowzmacnianiu. To nie były piosenki, to były przeżycia. Soniczny absolut, w którym rozprzestrzeniłem się i uleciałem na milion kawałków. W kosmos. 



Ten wysoki chłopak na koncercie Belle & Sebastian wygląda na 24 lata, ale nie nazwałabyś go mężczyzną. Być może dlatego, że jest zbyt chudy i za często się uśmiecha pełen niezrozumiałego entuzjazmu. Podobnie jak niemęskie i brr...miłe pioseneczki Belle & Sebastian. Co zrobić, skoro pokrywają one niemal całkowity horyzont jego zainteresowań - dziewczyny i kłopoty. Jeśli przez "dziewczyny" rozumiemy ich brak, kłopot z brakiem dziewczyny, ale one zawsze gdzieś są, w godzinach straconych na wzdychaniu (do nich) czy oczach zepsutych na podziwianiu (ich postaci). Ale tym razem, przy dźwiękach dansingowych przebojów dobiegających ze Sceny Głównej akurat taniec - kolejna niemęskość, z której był ulepiony - był akceptowalny społecznie i genderowo. Wszyscy tańczyli, nie dało się zachować pozycji innej niż wirującej dookoła. Tak się składa, że tancerzem jest akurat świetnym i wśród partnerek (wyłącznie tanecznych, oczywiście) panuje co do tego przyjemny konsensus. Czy jest lepszy sposób zakończenia OFF Festiwalu? Zabawianie koleżanek i tańczenie nareszcie z kimś, zamiast umownego podskakiwania w słuchawkach w samotnym domu. Nie mógł jednak oprzeć się wrażeniu, że do ideału jeszcze troszkę brakuje. Bardzo lubi te niewątpliwe urocze koleżanki, Klaudynki też są dla niego sympatyczne, ale... no właśnie. Znamy się. Chciałby poznać kogoś innego, ukraść choć jeden taniec nieznajomej piękności. Ale koncert nie jest na szczęście odpowiednią chwilą na takie marudzenia. Świetnie się bawi, jest cudownie, radośnie i rytmicznie. 
Nagle wzrok koncentruje się na kimś innym. Kogoś kogo nie zna, a kto jest jest bardzo ładny. Pojawia się dziewczyna, która też lubi dziwną muzykę i miłośnie buja się do niej w tym samym rytmie i brzmieniu co on. Więc czego jeszcze trzeba, carpe diem, chwytaj dzień, bierz ją chłopaku. Poprosił ją do tańca, uśmiechnął się miło. With a winning smile, the boy / With naivety succeeds. I zgodziła się. I tańczyli. Jak boksujące kangury. Problemy z dziewczynami rozwiązane w ekstatycznym i melodyjnym tańcu. Idealny plan nie tylko na OFF Festival, ale z przyjemnością zapisałby go na resztę życia.